wtorek, 14 października 2008

Poland's politicians row over foreign policy

Poland's foreign minister has begged the Polish president, 'on bended knee', to stay away from an EU summit as part of an escalating row between the country's government and president that threatens to derail Poland's foreign policy.

Dispensing with diplomatic niceties, Radek Sikorski, said it was imperative that President Lech Kaczynski stayed at home during the meeting of EU leaders in Brussels later this week.

"Mr President, I'm on bended knee," he said in a radio interview. "I'm begging you to forget it. "Don't go. Don't damage Poland's position." Despite the attack the president's office has said there will be only one Polish delegation in Brussels, and that it will be lead by Mr Kaczynski.

The heated dispute, which comes as the latest clash between president and government over foreign affairs, threatens to damage Polish attempts to portray itself as coherent and credible voice in the EU, especially with regards to forming policy towards Russia.

Pushing his constitutional mandate to the limit, Mr Kaczynski, who as head of state represents Poland abroad, has frequently riled Warsaw's government with his belief that Poland, and consequently Europe, should take a hard line towards Moscow.

Late last week the president labelled Mr Sikorski as soft on Moscow, and suggested that Poland's policy towards its eastern neighbour was dictated by Russian agents. In addition to this the president has also attacked the government over its stance on Georgia. In response the government has insisted that it runs foreign policy, and has criticised the president's involvement arguing that it undermines its goals and objectives

Prezydenta wpuszczą na szczyt

09:04, 14.10.2008 /TVN24

ANALIZA INGI ROSIŃSKIEJ

Prezydenta wpuszczą na szczyt
Polskie problemy dziwią unijnych urzędników
tvn24.pl
- Może skończyć się na walce o krzesło, jak w dziecięcej zabawie w muzyczne krzesełka – pisze z Brukseli o zamieszaniu wokół polskiej delegacji korespondentka TVN24 Inga Rosińska. Z jej informacji wynika, że mimo iż prezydenta nie ma w oficjalnym składzie delegacji na unijny szczyt, do budynku Rady UE Lech Kaczyński zostanie wpuszczony.
Jeżeli Lech Kaczyński poprosi polskiego ambasadora o załatwienie wstępu - a ambasador nie ma powodu, żeby odmówić - to najprawdopodobniej dostanie od rządzącej Unią obecnie Francji specjalny znaczek, uprawniający do wstępu na obrady szczytu. Dostają go tylko trzy osoby z każdego państwa – mają go już premier Donald Tusk, minister Radosław Sikorski i minister Jacek Rostowski. Polska będzie zapewne wyjątkiem, bo znaczek dostanie czwarty polityk.

Samotny prezydent?

Pytanie jednak, czy prezydent nie będzie musiał wejść do budynku sam. Na każdą delegację przypada bowiem zaledwie 15 przepustek. Przydzielone zostały dyplomatom i ochronie premiera. W dodatku, ludzie premiera odbiorą je pierwsi, bo wcześniej wylądują w Brukseli.

Kto powinien pojechać na szczyt do Brukseli?
Na poprzednim szczycie część delegacji premiera w ostatniej chwili oddała przepustki delegacji prezydenta. Czy zrobią to także tym razem? - zastanawia się korespondentka TVN24.

Muzyczne krzesełka

Następny problem to krzesła. Gdy prezydent, premier i jeden z ministrów wejdą do sali obrad, będą tam stały tylko dwa krzesła. Już na poprzednim szczycie usłyszeliśmy bardzo jasno od Francuzów, że krzesła mogą tylko dwa.

Jeżeli tym razem minister nie ustąpi, to będzie jak w muzycznych krzesełkach – politycy trzej, a krzesła dwa. Czy będą biec na wyścigi do stołu, czy przepychać się na jednym krześle? Chyba nie dojdzie do regularnej walki, bo jednak to nie dziecięca gra, ale poważne spotkanie przywódców.

Na kolacji krzesło jest jedno, ale tu pewnie - potwierdzenia nie ma - jedno Francuzi dostawią.

Dwugłos Polski?

W trakcie obrad Rady głosu udziela prezydencja, czyli tym razem prezydent Nicolas Sarkozy. Jak obaj politycy będą chcieli przemówić, pewnie głos dostaną. Tylko, że wtedy polska delegacja zajmie wszystkim więcej czasu, a czas jest cenny, gdy siedzi przy stole aż 27 osób.
- Gorący spór, będący najnowszym starciem prezydenta z rządem w sprawie... czytaj więcej »
Pytanie, czy stanowiska będą spójne? Jeśli nie - Polska osłabi swoją pozycję. Jeśli tak - incydent jakoś ujdzie.

Co na będzie omawiane na szczycie?

Po pierwsze pakiet klimatyczny. Bardzo możliwe, że za kilka lat niemal dwukrotnie podrożeje ogrzewanie mieszkań, co będzie problemem dla wielu rodzin. Właśnie o tym ma mówić premier Tusk, bo takie niebezpieczeństwo kryje się za tzw. pakietem klimatycznym. Poprzednio na wstępne zapisy pakietu prezydent Kaczyński się zgodził.

Ważna sprawa to też energetyczna solidarność. Teraz unijny mechanizm solidarności nie gwarantuje nam bezpieczeństwa -
Koniec bitwy prezydenta z premierem o wyjazd na szczyt Unii Europejskiej.... czytaj więcej »
żeby go uruchomić musi być zagrożone 20 proc. importu do UE przez 8 tygodni. Polska importuje mniej niż jedną piątą unijnego gazu, więc w razie odcięcia UE nie musi nic robić.

Przywódcy Unii mają też mówić o Gruzji. Rosja w żywe oczy śmieje się z własnych obietnic - w Abchazji i Osetii Południowej wciąż stacjonuje kilka tysięcy rosyjskich żołnierzy. Czy UE wznowi negocjacje nowej umowy z Moskwą? Co ze szczytem UE-Rosja?

Oprócz trzech powyższych tematów, delegacje omówią sposoby powstrzymania kryzysu finansowego, dalsze losy Traktatu Lizbońskiego, a także sytuację na Bliskim Wschodzie.

Inga Rosińska, mtom/mlas

Sterydy - Mały ptaszek w wielkiej klacie

Barbara Pajchert
Szeroka, wysunięta, nienaturalnie rozrośnięta szczęka. Przerwy między zębami. Wypryski… To typowa twarz „koksiarza”. Dopóki bierze sterydy, zachowuje się jak młody, podniecony byczek. Gdy przestaje brać, w najlepszym wypadku staje się impotentem

Wielu ludziom trudno pojąć, dlaczego to co, wielkie, twarde, nabrzmiałe, z fioletowymi pulsującymi żyłami – powoduje u niektórych taką fascynację. A jednak wybujałe bicepsy i uda jak rzepy, to marzenie wielu młodych chłopców.

- Zanim zacząłem brać anaboliki, wyglądałem jak "półdupek zza krzaka". Teraz moje ramiona w obwodzie, bez napompowania, mają 47 cm – mówi z satysfakcją 19-letni Darek. Wierzy, że duże mięśnie mają w życiu człowieka wyjątkowe znaczenie. On i jemu podobni, dla kilku centymetrów w barkach, wstrzykną sobie lub zjedzą najgorsze świństwo. Nawet gdyby miało ich to zabić.

Mirek kulturystykę uprawia już od kilku lat. – Jako szesnastolatek miałem fioła na punkcie klaty i trenowałem po kilka godzin dziennie. Ale treningi nie dawały takich efektów jak się spodziewałem. Nie mogłem osiągnąć muskulatury, jaką widziałem u innych, starszych kulturystów.

Młody człowiek szybko się dowiaduje, że wszystko da się zrobić, ale musi „koksować”. – Chłopakom, którzy przychodzą na siłownię się spieszy. Chcą bardzo szybko wyglądać tak, jak Arnold Schwarzenegger. Przychodzą zimą, by latem chwalić się na basenie masą mięśniową. I szybko dowiadują się, jak mogą to zrobić. Sterydy są bardzo łatwo dostępne. Można je bez żadnego problemu kupić w Internecie, a także w niektórych siłowniach i sklepach z odżywkami dla sportowców (spod lady) – mówi Konrad. B., właściciel siłowni. – Tym młodym chłopakom się wydaje, że jak będą więksi i silniejsi, to lepiej dadzą sobie radę w życiu. Chcą się poczuć pewniej. Dla nich mięśnie to oznaka siły, męskości, odwagi i władzy.

Obsesja na punkcie masy
Marek ma 21 lat. Jest ochroniarzem. „Koksuje”, bo wszyscy „koksują”. Efekty? – Wcale nie są natychmiastowe, jak niektórzy opowiadają. To zależy od tego, co się bierze. Dobre sterydy, nie zanieczyszczone chemicznie są drogie, więc kupuje się tańsze polskie albo sprowadzane ze Wschodu, z Ukrainy albo krajów azjatyckich. Od lat dużym wzięciem cieszą się sterydy weterynaryjne dla byków, koni wyścigowych czy nawet świń.

O tym, co potrafią uczynić z ciałem pochodne testosteronu, krążą w każdej siłowni legendy. – Głównym tematem szatnianych rozmów, oprócz dowcipów o blondynkach, są właśnie sterydy.

- W kiblach chłopcy robią sobie zastrzyki i chwalą się nowymi farmaceutycznymi zdobyczami – mówi Irek, który przez kilka lat handlował anabolikami. – Raz, pamiętam, sprzedałem pewien specyfik otłuszczonemu grubasowi. Nasłuchał się tych opowieści i zapragnął mieć ciałko jak Adonis. Tłumaczyłem mu, że najpierw powinien się odchudzić, ale miał to gdzieś. W parę miesięcy rozrósł się tak bardzo, że wyglądał jak hipopotam. Był pomarszczony i łysy. Miał poważne kłopoty z sercem. Jakiś czas potem przekręcił się na zawał.

Od wielu lat, niezmiennie jednym z popularniejszych specyfików jest metanabol, który jak większość sterydów jest pochodną testosteronu (męskiego hormonu płciowego, produkowanego przez jądra) syntetyzowanym w laboratorium. – Oni to łykają jak landrynki, bez chwili zastanowienia – mówi Irek. Jego zdaniem sterydy uzależniają psychicznie, jak większość narkotyków czy psychotropów. – Miałem klientów, którzy popadli w obsesję na punkcie swojej masy. Od rana do wieczora pozowali i napinali się do lustra. Myśleli tylko o tym, jak być jeszcze większym.

Uzależnienie wzmaga też jeden z mitów o sterydach, że jak się przestanie brać, to mięśnie zupełnie "sflaczeją".

Ciało za koks
Sterydy anaboliczne bierze się zazwyczaj seriami, powoli zwiększając dawki. – Powinno się je brać razem z odżywkami. Zwiększają syntezę białek, dlatego też, by osiągnąć dobre efekty, trzeba dostarczać organizmowi dużo wysokoenergetycznych, białkowych preparatów. Niezbędne są też aminokwasy, witaminy oraz mikro i makroelementy. A większość chłopaków nie ma kasy, by regularnie brać odżywki, które są drogie. Więc często można zobaczyć, jak jedzą ryż, który przynoszą sobie na siłownię w słoiczkach – mówi Konrad. B.

Zdarza się, że niektórzy chłopcy wzorem amerykańskich kolegów szukają sobie bogatych sponsorów, by mieć na „koks” i odżywki. Kupczenie umięśnionym ciałem to coraz popularniejszy sposób utrzymywania się młodych kulturystów. Jedni tylko pokazują się nago bogatym homoseksualistom. Inni pozują do zdjęć albo grają w filmach porno. Niektórzy mają stałych „opiekunów”, którzy za seksualne przysługi po prostu ich utrzymują.

Sami się proszą
Popyt na sterydy jest duży. Sprzedawcy na polskich preparatach mają 200, 300 proc. Przebicia, na zagranicznych – średnio 100 – 200 zł. O klientelę nie trzeba specjalnie zabiegać. – Przychodzi taki 16-letni dzieciak i nie ma pojęcia o tym, że jego kości nie są przygotowane, by unosić zwiększoną masę mięśniową. I robi z siebie kalekę. Ale sam się o to prosi – tłumaczy Irek. Dealerzy wykorzystując niewiedzę i naiwność młodych ludzi, bardzo często oszukują i sprzedają preparaty przygotowane z aspiryny albo mieszają sterydy z gipsem, talkiem czy pudrem. Zdarza się, że zamiast oryginalnych preparatów sprzedają podróbki. Zamiast popularnego winstrolu, sprzedają wodny testosteron, bo ma bardzo podobny wygląd, ale wart jest zaledwie jedną trzecią oryginalnego specyfiku. U dealerów i w Internecie można kupić także mnóstwo różnych środków odwadniających, których kulturyści używają tuż przed zawodami, by podkreślić rysunek mięśni. Jednym z najniebezpieczniejszych medykamentów jest lasix (furosemid), który odwadnia organizm, a przy okazji wytrąca sód, potas i elektrolity. To specyfik, który bardzo szybko może zabić. Znany na całym świecie kulturysta Mohammed Benaziza umarł po przedawkowaniu tego środka.

Szczęka jak ptasi dziób
Gdy zapytać chłopaków, którzy „koksują” czym są sterydy anaboliczne i co dzieje się w ich organizmach podczas ich zażywania, to okazuje się, że nie mają zielonego pojęcia. No, może z małymi wyjątkami. Za to potrafią jak z rękawa sypać nazwami specyfików, które zażywają. Zdaniem Irka to duży błąd. – Trzeba doskonale znać swój organizm oraz mieć dużą wiedzę o metabolizmie, żeby używać sterydów w miarę bezpiecznie. Zawodnicy robią to pod kontrolą lekarza, a wielu młodych chłopców, zapatrzonych w ciała znanych kulturystów, łyka czy wstrzykuje sobie co popadnie, rujnując nieodwracalnie własny organizm. Nawet niektóre odżywki czy mikroelementy mogą być groźne, gdy się ich nadużywa. Niestety, młodzi ludzie lubią przesadzać. Biorą sterydy, wlewają w siebie odżywcze koktajle i przetrenowują się, bo nie czują zmęczenia. Wszystko to w konsekwencji prowadzi do trwałych zmian w sercu i wątrobie.

Sterydowca można rozpoznać z daleka. Powiększają mu się kości szczęki i czaszki, rozjeżdżają zęby i robią między nimi spore przerwy. Podobno Schwarzenegger przestał „koksować”, gdy zauważył, że dolna szczęka wydłuża mu się jak ptasi dziób. Od razu widać też, kto bierze już bardzo długo, bo całą gębę ma w krostach i ropnych wykwitach. Sterydowiec jest zazwyczaj niezdrowo podniecony, a nawet agresywny. Jeden z silniejszych polskich sztangistów, po kuracji testosteronem poćwiartował rywala w interesach, inny zabił swoją dziewczynę. Obaj skończyli w więzieniu.

- Na początku zwykle jest euforia – mówi Konrad. – Jak gość jest na szczycie serii, to jest tak nabuzowany, że zerżnąłby nawet kaloryfer. Jego myśli krążą wyłącznie wokół seksu, jedzenia i spania. Gdy bierze się długo, a potem przestaje popada się z kolei w apatię. Często u siebie w siłowni obserwuję, jak gość siedzi kompletnie zamulony i przez pół godziny gapi się w ścianę. Czasem coś do siebie mruknie pod nosem. Potem nagle siada przy atlasie i ćwiczy intensywnie przez kilkanaście minut…

Od byczka do impotenta
W życiu każdego mężczyzny testosteron odgrywa szczególną rolę. Wpływa na cech płciowe, jak np. stopień owłosienia ciała, wysokość głosu i rozwój organów płciowych. Jest niezbędny do odbywania prawidłowych stosunków seksualnych, wzmaga syntezę białek i ich odkładanie w narządach ciała, co powoduje m.in. przyrost mięśni.

Sterydy anaboliczne, mówiąc najprościej, są laboratoryjnymi pochodnymi testosteronu. Przyjmuje się je albo w postaci tabletek, albo w zastrzykach. Sterydy doustne wykazują więcej działań ubocznych, bowiem muszą przebyć długą drogę przez układ trawienny i wątrobę nim trafią do mięśni. Długie ich stosowanie może prowadzić do bardzo wielu chorób.

- Duże dawki sterydów hamują czynność przedniej części przysadki mózgowej, co prowadzi do zahamowania wydzielania naturalnego testosteronu, a nawet zaniku jąder i powiększenia gruczołów mlekowych – tłumaczy lekarz endokrynolog. - Sterydy powodują tylko przejściowe zwiększenie pociągu płciowego, potem następują, często nieodwracalne zmiany popędu. Facet, krótko mówiąc, staje się dożywotnim impotentem. Wyjątkowo niebezpieczne jest branie sterydów przez młodych chłopców, u których bardzo często następuje zahamowanie wzrostu.

Specjaliści, trenerzy oraz sami sportowcy twierdzą, że nie ma dziś sukcesu sportowego bez sterydów. – Choćby nie wiadomo jak doskonała była struktura genetyczna, uzyskanie sylwetki na poziomie Mr. Olympia nie jest możliwe bez sterydów – twierdzi Greg Zulak, kulturysta. Jego opinie drukowane są w Internecie i pismach kulturystycznych i są pożywką dla młodych chłopców.

Ale czy warto dla doraźnych efektów do końca życia nie móc pójść do łóżka z kobietą? I co po wspaniałych bicepsach, gdy zanikną jądra?

Kundera - Nieznośny ciężar zdrady

Barbara Sierszuła , Piotr Zychowicz 14-10-2008, ostatnia aktualizacja 14-10-2008 07:08

Jeden z najwybitniejszych czeskich pisarzy Milan Kundera wydał w ręce komunistycznej bezpieki bojownika podziemia niepodległościowego – wynika z dokumentów

Milan Kundera od lat mieszka we Francji. Gdy przyjeżdżał do ojczyzny, odmawiał kontaktów z prasą, a nawet meldował się w hotelach pod zmienionym nazwiskiem (na zdjęciu: w Paryżu w 1975 roku)
źródło: AFP
Milan Kundera od lat mieszka we Francji. Gdy przyjeżdżał do ojczyzny, odmawiał kontaktów z prasą, a nawet meldował się w hotelach pod zmienionym nazwiskiem (na zdjęciu: w Paryżu w 1975 roku)

Miało do tego dojść w 1950 roku. Kundera, wówczas student Praskiej Akademii Filmowej, podczas wizyty u koleżanki w akademiku spotkał niejakiego Miroslava Dvorzaczka. Gdy Kundera dowiedział się, że przybył on niedawno z zachodnich Niemiec i zostawił u koleżanki “na przechowanie” walizkę, natychmiast udał się do siedziby służby bezpieczeństwa.

Dvorzaczek okazał się przeciwnikiem reżimu komunistycznego. W 1948 roku uciekł do Berlina Zachodniego. Tam został przeszkolony przez Amerykanów i przerzucony z powrotem do Czechosłowacji, by mógł dołączyć do ruchu oporu. Po donosie Kundery został aresztowany i skazany na 22 lata więzienia.

Zapis tego donosu zachował się w policyjnym archiwum, do którego dotarli historycy z czeskiego Instytutu Studiów nad Reżimami Totalitarnymi. Artykuł na ten temat opublikował czeski tygodnik “Respekt”. Dziennikarze dotarli do żony obecnie 80-letniego Dvorzaczka; on sam przeszedł niedawno wylew i nie udziela żadnych wywiadów.

Okazało się, że Dvorzaczek, który mieszka obecnie w Szwecji, odsiedział w sumie 14 lat. Pracował w kopalni uranu. Z łagru wypuszczono go w 1963 roku. Przez całe życie był przekonany, że wydała go studentka, u której zostawił walizkę. Słynny pisarz nigdy do niego nie zadzwonił, by go przeprosić.

Kundera, który od lat nie udziela prasie wywiadów, przerwał milczenie, by powiedzieć, że cała ta sprawa to “kłamstwo”, i że nigdy na nikogo nie donosił. Według komentatorów ujawniony dokument może jednak być kluczem do zrozumienia wręcz obsesyjnej niechęci pisarza do kontaktów z mediami i opowiadania o swoim życiu.

Milan Kundera od 25 lat mieszka we Francji. Gdy przyjeżdżał do swego kraju, nie tylko odmawiał kontaktów z prasą, ale nawet meldował się w hotelach pod zmienionym nazwiskiem. Jego przyjaciele zaś zostali przez pisarza zobowiązani do milczenia na jego temat.

Miroslav Dvorzaczek, ofiara donosu pisarza, spędził 14 lat, pracując w kopalni uranu

Informacja o donosie Kundery wywołała szok w środowisku literackim. Najczęściej zadawane pytanie brzmi: Dlaczego? “Respekt” stawia trzy hipotezy. Pierwsza zakłada, że przyświecały mu motywy ideologiczne. W latach 50. Kundera był “wierzącym” komunistą. Według drugiej – chodziło o “sprawę osobistą”: pomoc koledze, który był zazdrosny o dziewczynę i chciał się pozbyć Dvorzaczka. Trzecia hipoteza zakłada, że donosem chciał naprawić nadszarpniętą w oczach komunistów reputację. To mu się zresztą udało. Wraz z dwoma kolegami opublikował wcześniej “nieprawomyślną” historyjkę. O ile pozostali dwaj autorzy wylecieli ze studiów i z partii, on został usunięty tylko z partii. Studiować i publikować mógł dalej.

To nie pierwszy podobny wypadek w Czechach. Kilka lat temu wyszło na jaw, że słynny bard opozycji Jaromir Nohavica był płatnym współpracownikiem bezpieki.

We współpracę z komunistycznymi służbami zaangażowanych było także wielu znanych intelektualistów w NRD czy na Węgrzech, gdzie TW okazał się słynny reżyser István Szabó.

Opinie dla „Rz”

Andrzej Czcibor-Piotrowski, tłumacz, znawca czeskiej literatury

Wcale nie jestem zaskoczony. Kiedy pan do mnie zadzwonił i zapytał o Kunderę, od razu wiedziałem, że chodzi o coś takiego. Pierwszą moją myślą było to, że okazał się agentem komunistycznej służby bezpieczeństwa. Niewiele się pomyliłem.

Nigdy nie lubiłem Kundery. Zarówno jako człowieka, jak i jako pisarza. Zawsze pamiętałem, że w młodości – czemu dał wyraz w swoich wczesnych książkach – był zafascynowany komunizmem, zaangażowany w ten ustrój. Pochodzimy mniej więcej z tego samego pokolenia. Pamiętam, że moi rówieśnicy w Czechach po wojnie byli nastawieni bardzo prokomunistycznie. Jak powiedział kiedyś Hrabal: „My, Czesi, mamy skłonności do chlania i komunizmu”.

To paskudna historia, nie wiązałbym jej jednak z jego książkami. Pisarza ocenia się bowiem po talencie, a nie po charakterze. Było przecież wielu twórców zafascynowanych totalitaryzmem, którzy wspaniale pisali. I to nie tylko czerwonym – żeby wymienić choćby Louisa-Ferdinanda Céline’a i poparcie, jakiego udzielił narodowemu socjalizmowi.

—not. p.z.

Bohdan Urbankowski, autor „Czerwonej mszy”, książki o kolaboracji pisarzy z komunizmem

We wszystkich krajach komunistycznych działały podobne mechanizmy. Wielu ludzi pióra – pisarzy i dziennikarzy – szło na kolaborację z okupującym ich kraj totalitarnym reżimem. Wysokie nakłady, honoraria i inne przywileje kusiły żądnych sławy i poklasku twórców. Ci ludzie przewidywali, że ustrój komunistyczny utrzyma się przez wiele lat, i postanowili się w nim wygodnie urządzić. Jeżeli przy tym nie mieli silnie wpojonego systemu wartości, na przykład religijnych, gotowi byli na daleko idące współdziałanie z reżimem. Na przykład współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. W każdej społeczności znajdzie się bowiem pewien procent szuj i donosicieli. Oczywiście można powiedzieć, że Kundera – gdy w 1950 roku złożył donos na tego człowieka – był zupełnie innym człowiekiem niż później, gdy osiągnął dojrzałość literacką i w pełni ukształtował się jako człowiek. Pewnie to prawda. Ale ta przemiana, precyzyjne odróżnianie zła od dobra, najwyraźniej nie dokonała się w nim do końca. Skoro do tej pory nie był w stanie przyznać się do błędu młodości, nadal jest w nim coś z tego Kundery sprzed ponad 50 lat.

—not. p.z.

Eva Kanturkova, znana czeska pisarka i dysydentka

Byłabym bardzo ostrożna przy wysuwaniu takich poważnych oskarżeń. Wierzę tylko w te dokumenty, pod którymi widnieje własnoręczny podpis, lub takie, których autentyczność potwierdzi sąd. W przypadku tego protokołu uderzyła mnie jedna rzecz. To, że brakuje w nim numeru dowodu osobistego, który potwierdzałby, że tamten Kundera to rzeczywiście ten Kundera. Przecież ktoś mógł się pod niego podszyć, składając donos na Miroslava Dvorzaczka. Z tego, co pisze prasa, wynika, że w środowisku studenckim w tym czasie było co najmniej kilka innych osób, które mogły dopuścić się tego czynu. [Sam Miroslav Dvorzaczek, mieszkający obecnie w Szwecji, był przecież przekonany, że doniosła na niego koleżanka, u której się wtedy zatrzymał, Iva Militka – red.].

Z własnych doświadczeń z kontaktów z komunistyczną służbą bezpieczeństwa wiem, że bez potwierdzenia tożsamości osoby, z którą mieli do czynienia funkcjonariusze, nawet nie rozpoczynano przesłuchania. Pierwszą czynnością było okazanie dowodu osobistego. Bardzo niepokoi mnie, że dzisiejsi badacze historii tak bezkrytycznie podchodzą do dokumentów wytworzonych przez komunistyczną bezpiekę.

—not. b.s.

Japoński Nikkei poszedł w górę o 14,15 proc.

Aleksandra Fandrejewska , ksta 14-10-2008, ostatnia aktualizacja 14-10-2008 08:12

Indeks giełdy w Tokio zamknął się na poziomie najwyższym w swojej 58-letniej historii. Już niedługo po otwarciu wskaźniki Nikkei wzrosły o 14 punktów

Ideks Nikkei 225 o 05:38 czasu polskiego rósł o 13.04 proc.
źródło: AFP
Ideks Nikkei 225 o 05:38 czasu polskiego rósł o 13.04 proc.

Zwyżki znacznie uspokoiły nastroje inwestorów azjatyckich pamiętających niedawne, bo z zeszłego tygodnia 24 proc. spadki.

Także południowokoreański KOSPI niedługo po otwarciu wzrósł o 5,7 proc., podczas gdy w poniedziałek odbił się "zaledwie" o 2,5 proc.

Oznacza to, że inwestorzy zareagowali pozytywnie na poniedziałkowe zwyżki na giełdach w USA i Europie. Katalizatorem wzrostów są także oczekiwania, że australijski rząd ogłosi dziś wielomilionowy plan pobudzenia gospodarki. Najprawdopodobniej więc pozytywny efekt dają zapewnienia poszczególnych państw dotyczące wsparcia instytucji finansowych.

Analitycy przestrzegają jednak, że zachowanie giełd na razie należy traktować jako odreagowanie na wc

W środę mecz w Bratysławie: Słowacy oszczędzali Hamsika na Polskę


2008-10-12, ostatnia aktualizacja 2008-10-12 19:03
Zobacz powiększenie
Fot. Mieczys3aw Michalak / AG???????

- Mecz z Polską będzie wyglądał zupełnie inaczej. Moim piłkarze wiele muszą zmienić - powiedział trener Słowaków Vladim~r Weiss po sobotnim zwycięstwie 3:1 nad San Marino

SERWISY
Po meczu z Czechami: Bohaterowie poobijani, Borca boli pachwina »

Słowacy wygrali łatwo, ale selekcjoner narzekał. - Im dłużej trwał mecz, tym bardziej się przekonywałem, że jedynym jego pozytywem będą trzy punkty. Nie graliśmy tak, jak ustalaliśmy - mówił Weiss.

Amatorzy z San Marino strzelili nawet gola, ale szanse na remis mieli ledwie kilka minut. Nie pomogło im nawet, że przez ostatnie 18 minut grali w przewadze, bo czerwoną kartkę dostał Roman Kratochvil.

Weiss był tak pewny zwycięstwa, że posadził na ławce największą gwiazdę zespołu - Marka Hamsika. Gdyby 21-letni pomocnik Napoli dostał żółtą kartkę, nie mógłby zagrać w środę z Polską.

W drugim sobotnim meczu grupy Słowenia pokonała Irlandię Północną 2:0. - Serce i wola zwycięstwa napędzała moich piłkarzy do końca. Dojrzeliśmy - mówił trener Słoweńców Matjaż Kek. Nikt się nie spodziewał, że po trzech meczach jego drużyna będzie współliderem grupy, a Milivoje Novakovicz najlepszym strzelcem.

Słoweńskie media ojcem zwycięstwa ogłosiły Keka. 37-letni trener w drugiej połowie wpuścił Valtera Birsę i Zlatana Ljubijankicza. Birsa asystował przy pierwszej bramce, Ljubijankicz zdobył drugą. Obie padły w 60 sekund. - Do tego czasu kontrolowaliśmy grę i mieliśmy więcej szans na bramki - narzekał trener gości Nigel Worthington.

Jego drużyna w trzech meczach zdobyła ledwie jeden punkt. Porażka ze Słowenią boli jednak wyjątkowo, bo Irlandia Północna w rankingu FIFA zajmuje 35. miejsce, 38 pozycji nad sobotnimi rywalami.

W dodatku Worthingtonowi nie udało się przerwać trwającego 12 lat horroru. Z ostatnich 30 meczów na wyjeździe Irlandia Północna przegrała 19. Wygrała dwa: z Liechtensteinem i Maltą. Pierwszym poważny test Słoweńców będzie środowy mecz z Czechami. Gdyby wygrali, staliby się jednymi z faworytów grupy.

Beenhakker: Raz jestem kawałkiem g..., a raz Bogiem »

Najdłuższe metro nowoczesnej Europy

Wojciech Markiewicz
2008-10-09, ostatnia aktualizacja 2008-10-09 18:13

Zobacz powiększenie
Górnicy budujący metro świętują Barbórkę - zdjęcie z 2001 roku
Fot. Jacek Marczewski / AG

Po 25 latach zakończono budowę pierwszej i jedynej, 23-kilometrowej linii warszawskiego metra. Pierwszego i jedynego w kraju. Szybką kolej podziemną usiłowano uruchomić w stolicy od 83 lat. Niektórzy twierdzą nawet, że od 105 lat.

Zobacz powiekszenie
Fot. Zygmunt Wdowiński PAP/CAF
Warszawa, 1953 r. Pochód 1-majowy w Warszawie. Na zdjęciu budowniczowie metra z jego makietą
Zobacz powiekszenie
Okładka ostatniego numeru ''Polityki''
Zobacz powiekszenie
Fot. Michał Mutor / AG
Pierwszy kurs metra dla wybranych - tu wagon dla policjantów, kwiecień 1995 r.
Zobacz powiekszenie
Fot. Arek Ścichocki / AG
Otwarcie dwóch nowych stacji ''Ratusz'' i ''Świętokrzyska'' - maj 2001
Zobacz powiekszenie
Fot. Piotr Bernaś / AG
Rok 2004 - budowa odcinka Plac Wilsona - Hala Marymoncka
SERWISY
Już 145 lat temu, 10 stycznia 1863 r., kiedy w Warszawie przygotowywano wybuch powstania styczniowego, w Londynie ruszyła pierwsza kolej podziemna. Decyzję o jej budowie podjęto kilka lat wcześniej, bo w centrum miasta, w korkach, w oparach paromobili, zaczęły padać konie zaprzęgane do omnibusów, powozów, bryczek i karoc. Pierwszą 6-kilometrową linię budowano 6 lat. Pociąg miał napęd parowy, wentylacji praktycznie nie było. Nie odstraszało to londyńczyków; już w pierwszych tygodniach podziemna kolej przewoziła dziennie po 27 tys. pasażerów. 20 lat później londyńskie metro miało już kształt obwodnicy o długości 20 km. W 1890 r. pociągi parowe zastąpiono elektrycznymi. Dzisiaj Underground ma 12 linii o długości 408 km i przewozi 976 mln pasażerów rocznie.

Metro niefartowne

W Warszawie pierwsze plany budowy metra powstały w 1903 r., jeszcze pod zaborem rosyjskim. Zaborca nie był jednak zbytnio zainteresowany inwestycją, pomysł upadł na długo. Wrócono do niego dopiero w 1925 r., czyli 83 lata temu, w wolnej już Polsce. To wówczas władze miasta podjęły uchwałę o opracowaniu projektu kolei podziemnej Metropolitan. Planowano wybudowanie dwóch krzyżujących się linii, łączących Muranów z placem Unii Lubelskiej oraz Wolę z Pragą. W 1927 r. rozpoczęto badania geologiczne wzdłuż wytyczonych tras. A już dwa lata później przy tramwajach warszawskich powołano Referat Kolei Podziemnej. Budowa miała właśnie ruszyć, gdy przyszedł wielki kryzys lat 30. i wstrzymał wszelkie prace.

Dopiero w 1938 r. Stefan Starzyński, ówczesny prezydent Warszawy, powołał Biuro Studiów Kolei Podziemnej. Zespół kierowany przez Jana Kubalskiego zaktualizował plany sprzed 10 lat. Linię północ-południe wydłużono do 7,5 km i teraz miałaby łączyć pl. Unii Lubelskiej z pl. Wilsona. Trasa wschód-zachód (6,3 km) ciągnęłaby się od ul. Wolskiej, przechodziła nad Wisłą i kończyła na dworcu kolei Warszawa Wschodnia. Rok później prace budowlane były na tyle zaawansowane, że śmiało mówiono o uruchomieniu metra w połowie lat 40. Ale wybuchła wojna.

Metro niepotrzebne

Zniszczenia Warszawy były tak ogromne, że w 1945 r. odstąpiono od projektu budowy metra biegnącego głównie pod ziemią. Trasy można było prowadzić na powierzchni, co jest znacznie tańsze niż drążenie tuneli. Powstał wtedy pierwszy projekt szybkiej kolei miejskiej, łączącej peryferyjne wówczas Młociny i Służew ze Śródmieściem oraz Wolę z Gocławiem i Wawrem. Przewidziano, że łączna długość tras wyniesie 64 km, w tym 26 w płytkim tunelu.

W tamtym czasie Józef Stalin zapytał Bolesława Bieruta (pierwszego prezydenta Polski Ludowej), jaki chciałby otrzymać dar ZSRR dla narodu polskiego. Prezydent mógł wybrać: metro, osiedle mieszkaniowe albo pałac kultury. Bierut, który z okien prezydenckiej limuzyny musiał zapewne oglądać winogrona pasażerów, oblepiające autobusy i tramwaje, odpowiedział z właściwym ówczesnej formacji znawstwem problemu: "Metro niepotrzebne, a osiedle możemy wybudować sami". Dostaliśmy PKiN.

Metro zimnowojenne


Wkrótce nadeszły czasy tzw. zimnej wojny i metro okazało się jednak potrzebne. Ludziom - owszem, też. Ale przeważyły względy militarne. Ustalono, że metro powinno przebiegać 30-50 m pod ziemią. Miało być ponadto połączone z linią kolejową. Tunel przechodziłby głęboko pod korytem Wisły, a tory obowiązkowo dostosowane byłyby do ruchu ciężkich wagonów wojskowych. Metro powinno pełnić rolę schronu na wypadek wojny. Wszystko to zapisano w uchwale, którą rząd podjął w 1950 r. Budowę rozpoczęto w 1951 r. Ze względów polityczno-militarnych po praskiej stronie Wisły. Pierwszy odcinek miał być gotowy - planowano - w 1956 r. W latach 1951-1953 wybudowano 17 szybów, z których drążono podszybia, budowano podziemne chodniki i komory. Dziwnym trafem owe szyby nie były położone bezpośrednio na planowanej trasie. W sumie wydrążono ponad 52 tys. m sześc. dziur w ziemi.

MEN chce posyłać maluchy do szkół. A może warto zapytać, co z naszymi przedszkolami?



Metro znowu zbyteczne

W 1953 r. po śmierci Stalina, za wczesnego Chruszczowa i chwilowego ocieplenia stosunków ZSRR-Zachód, Rada Ministrów zarządziła przerwanie robót. Do 1957 r. prowadzono prace doświadczalne na Targówku, gdzie przy ul. Mieszka I tunel wychodził na powierzchnię. Dzisiaj nad tym tunelem i szybem stoi centrum handlowe Wileńska. Po ostatecznym zakończeniu prac w końcowej części tunelu urządzono leżakownię win importowanych, resztę - prowadzącą do brzegów Wisły - zalano wodą. Oficjalną przyczyną przerwania prac były złe warunki geologiczne - kurzawka. Po ukazaniu się takiego komunikatu cenzura wstrzymywała wszelkie publikacje o metrze.

Metro zakazane

W 1974 r., pod koniec gierkowskiego boomu, Biuro Polityczne KC PZPR, a za nim rząd, postanowiły jednak budować metro. Z Kabat do Młocin, gdzie I linia dotrze - planowano - w 1982 r. Szybko okazało się, że PRL już na to nie stać. W kwietniu 1975 r. szef cenzury wydał polecenie: "Wszelkie materiały dotyczące budowy metra w Warszawie należy wstrzymać do decyzji kierownictwa GUK PPiW". Nie wolno było używać nawet słowa "metro".

Metro marchewka

W styczniu 1982 r. (kiedy to według planów miała być oddana do użytku I linia metra Gierka) premier Wojciech Jaruzelski zapowiedział w Sejmie budowę metra. Powszechnie odebrano to jako marchewkę, bo kij już mieliśmy; właśnie kilka tygodni wcześniej wprowadzono stan wojenny.

Był to, jakby należało dzisiaj powiedzieć, trafny chwyt PR. Stolica przeżywała komunikacyjny zawał. Straszyła katastroficzna wizja kilkuset tysięcy mieszkańców Ursynowa i innych planowanych osiedli, budowanych w kierunku Piaseczna, podróżujących rano do pracy w stronę Śródmieścia. Obrazowo rzecz ujmując, był to kilkukilometrowy wąż autobusów, jadących zderzak w zderzak z prędkością piechura i niegwarantowanym czasem dojazdu do centrum, minimum 1,5-2 godz. Byliśmy nadto jedyną obok Tirany stolicą europejską bez metra.

Po podpisaniu z ZSRR umów o pomocy w przedsięwzięciu, zawiązaniu społecznego komitetu i zatwierdzeniu planów - budowa ruszyła. 15 kwietnia 1983 r., a więc 32 lata po rozpoczęciu drążenia metra zimnowojennego. Przewidywano, że pierwszy odcinek od Kabat do Śródmieścia zostanie oddany w 1990 r., a do Młocin metro dojedzie w 1994 r. Dojeżdża dopiero teraz, z 14-letnim poślizgiem.

Bankruci, ale milionerzy Ciężki kryzys amerykańskiego systemu finansowego trwa. "Nadejdzie czas ukarania tych, co wzniecili pożar", mówi Barack Obama. Póki co jednak niefrasobliwi szefowie bankrutujących firm finansowych nie mogą narzekać na swój los. Mają się lepiej niż zazwyczaj.



Metro oszczędnościowe

"Sztandarowa inwestycja stanu wojennego" - jak szybko nazwano tę budowę - kłopotów finansowych nie przeżywała jedynie przez pierwsze dwa lata. W 1985 r. zaczęły się problemy; dotacja była zgodna z planem, ale nie uwzględniała wzrostu cen materiałów budowlanych. Rok później planowany budżet obcięto o ponad 30 proc. i trzeba było skorygować termin oddania do użytku pierwszej linii. Na początek przesunięto go o 2 lata.

"W czerwcu 1989 r. skończył się w Polsce komunizm, a w metrze pieniądze" - informował "Przegląd Techniczny". Galopująca inflacja pożerała większość funduszy. Cytowano opinię Banku Światowego, który zalecał wstrzymanie budowy na 3 lata. Tyle że zamrożenie inwestycji także wymagało pieniędzy. W ramach programu oszczędnościowego zrezygnowano z budowy dwóch stacji. Na pl. Konstytucji i Muranowie oraz przeprojektowano wystrój stacji na skromniejszy.

Metro polityczne

Nowa władza wcale się nie paliła, by "dokończyć propagandowe dzieło Jaruzelskiego. Rząd Mazowieckiego nie jest z budową metra związany ideowo ani uczuciowo" - pisała "Gazeta Wyborcza". W lutym 1990 r. podczas debaty budżetowej jeden z posłów stwierdził: "Metro było decyzją polityczną i nie sądzę, by budowa metra podnosiła prestiż miasta". Zamiast potrzebnych 620 mld zł - metru przyznano 217 mld. W maju delegacja budowniczych kolei podziemnej poprosiła premiera, aby w programie zapowiadanej pielgrzymki papieża umieścić wizytę w metrze. Z tego przewrotnego pomysłu (w przypadku wizyty Jana Pawła II rząd musiałby wysupłać na budowę metra więcej pieniędzy) nic nie wyszło.

W kolejnych latach systematycznie obcinano metru środki. Fachowcy obliczyli, że koszty spowalniania budowy od 1990 r. są większe od przyznawanych przez rząd nakładów. Nadto pieniądze napływały nieregularnie. Na koniec zmieniono status tej inwestycji - z centralnej trafiła do działu "inwestycje własne samorządu", a tego Związek Dzielnic - Gmin nie był już w stanie udźwignąć. Państwo nie mogło więc wycofać się z dofinansowywania budowy.

Metro nasze

Potrzeba było czasu, żeby nowa władza uznała metro za "nasze", a nie "ich". W bólach warszawskie metro dokopało się do stacji Politechnika (jedenasta od Kabat) i 7 kwietnia 1995 r. - 12 lat po rozpoczęciu budowy i z pięcioletnim poślizgiem - oficjalnie otwarto pierwszy 11-kilometrowy fragment pierwszej linii. Obawiano się, czy warszawiacy będą korzystać z metra. Nie docierało przecież do ścisłego centrum. Jednak mieszkańcy stolicy, jak londyńczycy w 1863 r., entuzjastycznie przyjęli nowy środek transportu. Pasażerów było tak wielu, że szybko trzeba było myśleć o zakupie kolejnych wagonów i pociągów.

Metro zapóźnione

Następne 12 km budowano o rok dłużej niż pierwszy odcinek. Nie było już gospodarki planowej, centralnego kierowania, obowiązkowego fajrantu o godz. 15. Nie szalała już inflacja, swobodny był dostęp nie tylko do materiałów budowlanych, ale i najnowocześniejszych technologii. Były - jak zawsze - kłopoty z pieniędzmi.

Metro wykorzystywano też do politycznych rozgrywek. W listopadzie 2002 r., gdy Sejm - głosami posłów SLD, Unii Pracy i PSL - nie przyznał 100 mln zł dotacji na metro, Lech Kaczyński, ówczesny prezydent Warszawy, oskarżał: "Polską rządzi mentalność późnego komunizmu. To jest zemsta za to, że kandydat SLD nie został prezydentem miasta".

Opóźniały też budowę liczne protesty. Jeden z wykonawców nie chciał się pogodzić z karą, jaką nałożył na niego inwestor. Odwoływał się też najemca budki-kolektury totalizatora, nie chcąc jej opuścić. Strajkowali - solidarnościowo - górnicy drążący tunel.

Czy Lech Kaczyński zmierza do tego, by ubezwłasnowolnić rząd - pyta na swoim blogu Daniel Passent



Metro planowane

Druga linia warszawskiego metra ma mieć 31 km i 28 stacji. Będzie przebiegać od Mor, dalej pod ul. Górczewską, potem przetnie pierwszą linię na stacji Świętokrzyska, mostem przebiegnie nad Wisłą do stacji Stadion, po czym jedna nitka pójdzie na północ w stronę Bródna, druga na południe w stronę Gocławia. Tym razem budowa ruszy od środka; do 2012 r. miał być - zgodnie z planem - gotowy odcinek centralny od Ronda Daszyńskiego po Dworzec Wileński. Rozpoczęcie jego budowy już się opóźnia, gdyż okazało się, że najtańsza oferta złożona w przetargu jest dwa razy droższa niż założone w budżecie środki (2,8 mld zł). Niewątpliwie cenę podbiła konieczność natychmiastowego rozpoczęcia prac w związku z mistrzostwami w piłce kopanej Euro 2012.

Miasto unieważniło przetarg i liczy na zaangażowanie chińskich firm, które przez 6 lat, przed olimpiadą, wybudowały w Pekinie ponad 100 km linii metra. Jeżeli część tej inwestycji nie powstanie do 2015 r., przepadną unijne fundusze. Druga linia metra będzie ponoć budowana przy wykorzystaniu najnowszej technologii, m.in. tarczy pozwalającej drążyć na dobę nawet 25 m tunelu (pierwsza linia powstawała w tempie 2 m na dobę). Całość - planuje się - będzie gotowa w 2016 r. Może więc Chińczycy pospołu z Unią załatwią nam to, czego nie dał towarzysz Stalin.

Najnowszy numer ''Polityki'' - spis treści