Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DUŻY FORMAT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DUŻY FORMAT. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 października 2008

Ewa Sołowiej - zaślubiona ojcu Tadeuszowi

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
2008-10-14, ostatnia aktualizacja 2008-10-12 18:12

Zobacz powiększenie
Ślub w warszawskim kościele biorą prezes Marcin Konopka i wiceprezeska społki ewa Sołowiej - wydawcy "Naszego Dziennika"
Fot. East News

Jedyna kobieta, o którą jest zazdrosny ksiądz Rydzyk

Zobacz powiekszenie
Fot. East News
Ojciec Tadeusz uwielbia Ewę, wtajemniczeni mówią, że jest zazdrosny
ZOBACZ TAKŻE
Kiedy byłem w szpitalu i nie byłem w swoim biurze poselskim przez trzy miesiące, pracownicy TV Trwam w Rzeszowie swoje potrzeby fizjologiczne w moim biurze załatwiali do doniczek z pięknymi kwiatami, powodując niesamowity smród" - napisał w czerwcu tego roku były lider LPR Zygmunt Wrzodak w liście do redaktor naczelnej "Naszego Dziennika" Ewy Sołowiej.

I dalej: "A przecież to ja przez lata lansowałem Pani gazetę w swoich środowiskach. Jako jedyny Poseł płaciłem największą składkę na rzecz Radia Maryja, utrzymywałem w swoim biurze poselskim oddział TV Trwam. Mieli wszystko do swojej dyspozycji - i co? Kwiaty zniszczyli... Piszę o tym, ponieważ trzeba uświadamiać Polaków, jak zakłamane i fałszywe jest już wasze, a nie moje środowisko. Pani woli udawać, że służy prawdzie! Niestety tak nie jest i trzeba was demaskować".

Na taką miłość nas skazali, Ewuniu

Odnaleźć - a co dopiero zdemaskować - Ewę Sołowiej nie jest łatwo. Nie bywa na dziennikarskich uroczystościach, nie pokazuje się w restauracjach ani teatrach. W ciągu dziesięciu lat widziano ją w miejscach publicznych ledwo kilka razy.

Raz w Watykanie - gdzie wręczyła Benedyktowi XVI aktualny numer "Naszego Dziennika".

Raz w warszawskiej katedrze polowej, na koncercie kolęd zorganizowanym przez Ordynariat Wojska Polskiego.

Podczas tej drugiej uroczystości biskup polowy Tadeusz Płoski nagrodził redakcję "ND" medalem "Milito pro Christo". Z tej okazji inny hierarcha - często obecny na antenie Radia Maryja biskup Józef Zawitkowski z Łowicza - wystosował do kapelana armii uroczysty list:

"Czcigodny Ekscelencjo, Biskupie Generale!

Przeżyłem w życiu wiele wzruszających chwil. Przyzwyczaiłem się do wzruszeń. Chłopaki nie płaczą! Ale nie mogłem oprzeć się wzruszeniu, bo łzy dotykały twarzy ślepymi palcami płaczu (Zb. Herbert).

Nie ukrywałem nigdy szacunku dla Biskupa Generała, ale odtąd noszę Go w sercu jako Bohatera. Gdy tyle redakcji, rozgłośni, biskupów i liderów pluło na »Nasz Dziennik «, na Radio Maryja i Telewizję Trwam, Biskup Polowy rozdygotaną Kobietę, Redaktor Naczelną - Ewę Sołowiej odznaczył biskupim medalem »Milito pro Christo «!

Księże Biskupie Generale. Przyjdzie czas, że zmądrzejemy. Bóg zapłać Ci za wzruszenia. Bóg zapłać Ci za odwagę.

Ewuniu!

Ciężko wyznać: na taką miłość nas skazali, taką przebodli nas Ojczyzną".

Ewa modli się głośno, a mówi cicho

Siedziba naczelnej "Naszego Dziennika" to nie jest miejsce, do którego można wejść z ulicy. Ukryta za grubymi murami klasztoru sióstr loretanek w Rembertowie, dostępna tylko dla tych, którzy pokażą siostrzyczce na furcie pisemne zaproszenie. Kto go nie posiada, musi dostać przynajmniej ustną zgodę naczelnej na wejście.

Ten, komu uda się wjechać windą na drugie piętro, może odnaleźć wąskie schody, które prowadzą do niepozornych drzwi strzeżonych czytnikiem kart elektronicznych. Kto je otworzy, wejdzie na przeszło 400-metrowe poddasze. Minie korytarz, kuchnię, studio TV Trwam, zobaczy newsroom dla prawie 40 dziennikarzy, 14 pracowników składu i korekty, dla sekretarek i fotoreporterów.

W "Naszym Dzienniku" pracuje 118 osób.

Kto pójdzie dalej, minie jeszcze archiwum, sekretariat dyrekcji i wreszcie - gabinet szefowej. Wysoka brunetka o gęstych włosach i dużych dłoniach siedzi za potężnym biurkiem, za plecami ma regały pełne książek, na ścianie prezent od ojca Rydzyka - obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Dalej jest jeszcze sala konferencyjna i korytarz, w którym odbywają się kolegia oraz codzienne, wspólne odmawianie Anioła Pańskiego. Ewa modli się najgłośniej, choć na co dzień mówi cicho.

Zawsze taka była: religijna i wyciszona.

Taką ją pamiętają sąsiedzi z Macharów.

Wieś na końcu Polski. By do niej trafić, trzeba zjechać w boczne dukty odchodzące od drogi Mrągowo - Szczytno. Połowa z 300 mieszkańców wioski żyje w popegeerowskich blokach, druga połowa - w gospodarstwach pamiętających niemieckich właścicieli. To w jednym z nich wychowała się Ewa, najmłodsza z trójki rodzeństwa. Rodzice pracowali w polu, dziś są na emeryturze, hodują gęsi.

- Matka zawsze mówiła, że jej dzieci Bogu przeznaczone, obie córy do zakonu pójdą, a syn na księdza - opowiada sąsiadka Sołowiejów. - Trochę się spełniło, bo Ewy siostra była w zakonie, ale nie wytrzymała. Katechetką jest, moje wnuki uczy, bardzo sobie chwalą. A Ewa karierę robi w Warszawie. Co dokładnie, to nie wiemy, bo Sołowieje nie są wylewne.

Ewa wie wszystko o Bandungu

Wyjeżdża z domu w Macharach, kiedy kończy 15 lat. Zamieszkuje w internacie przy LO w Mrągowie, później wynajmuje stancję na mieście. Jest rok 1985.

- Mieszkała tam z jedną dziewczyną, idealnie się dobrały. Obie były tak ciche, że aż niezauważalne - wspomina Agnieszka Wasilewska, koleżanka z klasy. - Muszę się mocno skupić, żeby przypomnieć sobie, jak wyglądały. Ewa była wtedy raczej tęga, skromnie ubrana. Odzywała się tylko, kiedy musiała, nie przejawiała żadnej aktywności. Na tę ich stancję nikt z nas nie chodził. Na osiemnastkę może ze trzy osoby z klasy zaprosiła.

- Mnie Ewa zawsze będzie się kojarzyła z indonezyjskim miastem Bandung - Andrzej Stankiewicz, uczeń tej samej klasy, dziś jest nauczycielem informatyki. - Miałem przygotować na wiedzę o społeczeństwie coś o konferencji państw występujących przeciw kolonizacji, ona odbywała się właśnie w Bandungu. Siedzę pusty jak dzwon i czekam na dwóję. A tu nie wiadomo skąd Ewa podaje mi kartkę, a na niej wszystko o Bandungu.

- Była pilna i zdolna, raczej uczennica czwórkowa niż piątkowa - przypomina sobie Kazimiera Bieleń, emerytowana wychowawczyni Ewy. - Pierwsze słyszę, że karierę zrobiła w jakiejś redakcji. Jestem zaskoczona, bo była bardzo wycofana, mało przebojowa. Trudno mi sobie ją przypomnieć w jakiejś akcji. Poczekajcie... No, mam taki jeden obraz przed oczyma: na pegeerowskim polu zbieramy ziemniaki. Ewa bardzo dobrze pracuje, chyba najlepiej, widać, że z domu to wyniosła. Później za te pieniądze jeździliśmy na wycieczki.

Sławomir Rudnicki, dyrektor mrągowskiego LO, też dopiero od nas dowiaduje się, że była uczennica jest naczelną w stolicy. W wydanym dwa lata temu albumie pamiątkowym z okazji 60-lecia LO wśród znanych absolwentów są obszerne notki dziennikarzy: Bożeny Kraczkowskiej z "Gazety Olsztyńskiej" i Piotra Szmidta, byłego korespondenta PAP. O Ewie nic.

- W kolejnym wydaniu naprawimy błąd! - zapewnia dyrektor.

Ewa milczy całe dnie

Gdy wali się komunizm, Ewa zdaje maturę i wyjeżdża do stolicy. Studiuje w Szkole Głównej Handlowej, zostaje magistrem. Ma świetne wyniki w nauce - pewnie dzięki temu, bez żadnych koneksji, w 1995 roku dostaje etat w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych. Właśnie odchodzi premier Oleksy, przychodzi Włodzimierz Cimoszewicz, tylko szef resortu przekształceń własnościowych pozostaje ten sam. Ale Wiesław Kaczmarek nie zapamiętał Ewy jakoś szczególnie. Lepiej zapadła w pamięć swemu sąsiadowi z biura, urzędnikowi w randze radcy.

- Tajemnicza postać - opowiada. - Siedziałem z nią przez pewien czas biurko w biurko, milczała całe dnie. Nikomu nie ufała. Szybko dorobiła się stanowiska starszego radcy, to odpowiednik dzisiejszego głównego specjalisty. Ja pracuję tu ponad 15 lat i jeszcze nie mam takiego stopnia. Pamiętam, że nagle stała się bardzo rozmodlona. Ni z gruszki, ni z pietruszki różaniec zaczęła odmawiać, obrazek święty na biurku postawiła. To było gwałtowne.

Wracając z pracy w ministerstwie, Ewa zaczyna codziennie zaglądać do klasztoru ojców redemptorystów przy ul. Karolkowej. Modli się, czasami tylko siedzi w ławce.

Po kilku tygodniach zauważa ją ojciec Tadeusz Rydzyk. Rozmawiają o Polsce i o Radiu Maryja. Młoda ekonomistka, nieco zahukana, mocno nieufna wobec świata i rządu, dla którego pracuje, przypada księdzu do gustu.

- Niespodziewanie zwolniła się na własną prośbę - wspomina dalej kolega z ministerstwa. - Na korytarzach sporo się o tym mówiło. Taka dobra posada, tylko kroczek do nominacji na zastępcę dyrektora wydziału, a ona kładzie wypowiedzenie. Musiała dostać superofertę. Odeszła bez pożegnania.

Superoferta to oczywiście propozycja ojca Rydzyka.

- Nadszedł już czas, żebyśmy wydawali ogólnopolską gazetę. Żebyśmy mieli i radio, i prasę - mówi pewnego dnia redemptorysta. - Zastanawiam się, czy nie chciałabyś, Ewo, zostać jej właścicielem?

- Zgadzam się.

Ewa już nie prosi, tylko każe

Wydawcą "Naszego Dziennika" jest spółka SPES (łac. nadzieja).

Ewa zakłada ją, kupując za 4 tysiące złotych 40 udziałów. W ten sposób zostaje jedynym właścicielem.

Na prezesa SPES zakonnik wyznacza Marcina Konopkę, najstarszego z siedmiorga dzieci posłanki Haliny Nowiny-Konopczyny, z którą przyjaźni się od dawna. W czerwcu 2008 roku Marcin zostanie mężem Ewy Sołowiej, odtąd Ewy Konopki.

Do zarządu SPES - obok nich dwojga - wchodzi Piotr Wojcieszek, biznesmen, wydawca z Radomia.

Pierwszym redaktorem naczelnym dziennika zostaje Artur Zawisza, dziś polityk i doradca Prawicy RP. Na początku redaguje tzw. numery zerowe, które nie idą do kiosku. To normalna procedura przed wejściem gazety na rynek.

- Zostałem zaproszony do redakcji przez samego ojca Rydzyka - wspomina Zawisza. - Z rozmowy wnioskowałem, że ojciec dyrektor będzie patronem gazety, a wydawca ma pełnić rolę formalną. Byłem przekonany, że mam wpływ na kształt pisma i dobór dziennikarzy, a konsultować muszę się najwyżej z ojcem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pani Ewa zaczęła traktować mnie jak podwładnego. Nie była partnerem, ale zachowywała się jak właściciel.

- Poskarżył się pan księdzu Rydzykowi?

- Chciałem, ale ojciec schodził z linii strzału. Mówił: "Gazeta ma wydawcę. Nie chcę się wtrącać".

Ewa zawsze wygrywa

Zawisza nie kryje, że na początku współpracy z Ewą był nią zauroczony.

- Potrafi zrobić świetne pierwsze wrażenie. Wydaje się bardzo sympatyczna, ciepła, ma ujmujący, szeroki, uśmiech. Czuć, że jest niezwykle z ojcem dyrektorem zbliżona, jest jego powiernicą. Mają głęboki, wewnętrzny kontakt. Gdzieś odchodzą na bok, szeptem dyskutują. To mi imponowało.

- O co się poróżniliście?

- Po czasie dostrzegłem, że mamy inną wizję świata. Wydawało się, że łączy nas światopogląd katolicki i antyliberalny. Jednak po bliższym poznaniu Ewy doszedłem do wniosku, że jest jej bliski światopogląd gnostycki. Sposób myślenia, w ramach którego istnieją siły zła i dobra jako takie.

- Może pan to wyjaśnić?

- Siły dobra zawsze są dobre i tylko słusznie postępują. Radio Maryja jest siłą dobra, nie może więc być krytykowane, nie popełnia błędów, wszystko, co jest powiedziane na antenie, z założenia jest pozytywne. "Gazeta Wyborcza" to siła zła. Wszystko, co znajduje się na jej łamach, jest złe. Nigdy nie stanie się dobre. Pamiętam zebranie, podczas którego omawialiśmy próbę zarejestrowania związku narodowości ludności śląskiej. Ministrem spraw wewnętrznych był wtedy Leszek Miller, a więc z założenia Ewy człowiek zły. Jednak właśnie ten Miller przeciwstawił się rejestracji związku Ślązaków, w założeniu naruszającego integralność Polski. Ja mówię: "Ewa, chwalimy go, ma zdrowe stanowisko". Ewa złapała się za głowę: "Millera chcesz chwalić? Po moim trupie!".

- Kto wygrywał spięcia?

- Często były nierozstrzygnięte. Żeby wyjść z tego pata, zaproponowałem jej fotel sekretarza redakcji, ale to był głupi pomysł. Podlegała mi jako sekretarz i była jednocześnie moim zwierzchnikiem jako właściciel. Po kilku miesiącach obopólnej męczarni dostałem wypowiedzenie. Nie doczekałem rynkowego debiutu dziennika.

Ewa zwalnia bez naczelnego

29 stycznia 1998 roku "Nasz Dziennik" pojawia się w kioskach. Czarno-biała gazeta ma osiem stron i archaiczną szatę graficzną. Duże zdjęcie na okładkowej stronie: brzuchaty wąsacz idzie z reklamówką, w tle transparent: "Ursus. Polsko, obudź się. Naród ginie".

Artykuł czołówkowy to relacja z zebrania ursuskiej "Solidarności". Związkowcy przekonują Senat RP, że obniżenie wydatków na rolnictwo może doprowadzić do "całkowitego załamania polskiego przemysłu ciągnikowego".

Boczna szpalta to słowo wydawcy do czytelników: „Od dawna Polacy oczekiwali na nowe pismo codzienne, które byłoby źródłem wiarygodnych wiadomości o Polsce, świecie, polityce, gospodarce, Kościele i wsi. Chcemy dać Polakom »Nasz Dziennik «, który będzie odtrutką na zalew kłamstwa i manipulacji ze strony lewicy, przez demaskowanie jej, a także przez pokazywanie Prawdy, Dobra i Piękna”.

Na dalszych stronach tematyka obecna w "Naszym Dzienniku" do dziś. "Strach przed Unią", "wyprzedaż polskiego majątku", "Papież wspiera obrońców życia w Niemczech", pean na cześć Obozu Narodowo-Radykalnego. Do tego program publicznej telewizji, dokładna rozpiska audycji Radia Maryja i pół strony sportu.

- Nie świętowaliśmy debiutu, nie było tortu ani szampana - wspomina Artur Górski, drugi naczelny "ND", dziś poseł PiS. - Zostałem naczelnym trochę z przypadku. Odszedł Zawisza, Ewa na gwałt szukała następcy. Ojciec Rydzyk zagroził, że jak nie znajdzie, to gazeta nie wyjdzie. Zaakceptował mnie, bo byłem dziennikarzem PAP z jakimś doświadczeniem i byłem ideowy, zarazem nie należałem do żadnej partii, a to było dla ojca dyrektora bardzo ważne. Mój wpływ na kształt gazety był jednak znikomy.

- Przecież był pan naczelnym.

- Ale nie miałem samodzielności, wydawca zwalniał bez konsultacji ze mną wiele osób, nowych nie zatrudniał. W pewnym momencie nawet krótkie notki sam musiałem pisać.

Ewa odciska piętno na zawsze

Miesiąc po rynkowym debiucie do zespołu "Naszego Dziennika" dołącza Marek. Zaczyna jako wiedeński korespondent, później tworzy dział "Polska wieś". Jest też ekspertem rolnym Radia Maryja. Osiem lat później składa wypowiedzenie.

Dziś publikuje w tygodniku "Nasza Polska". Nie kryje nienawiści do "Gazety Wyborczej".

Długo rozmawialiśmy przez telefon, zanim udało nam się umówić spotkanie, i to tylko pod warunkiem, że nie pojawi się jego nazwisko.

W słoneczne wrześniowe popołudnie przysiadamy w warszawskiej cukierni Bonjour. Redaktor co chwilę spogląda przez wielką szybę na ludzi spieszących Alejami Jerozolimskimi.

- Dlaczego pan odszedł?

- Bo godność jest ważniejsza niż pensja. Odeszło wielu ludzi, ale tylko ja zdobyłem się na odwagę i napisałem list do ojca Tadeusza. Chciałem, żeby wiedział, jak wielki błąd popełnił, dając Ewie Sołowiej tak potężną władzę.

Z listu do ojca dyrektora:

„Narastająca arogancja pani Ewy Sołowiej wobec podwładnych, powtarzające się publiczne połajanki, długie pogadanki, jak trzeba kochać Boga i Ojczyznę, rosnące napięcie, systematycznie spadające zarobki, nieszanowanie godności człowieka przyczyniły się do stworzenia zapaści organizacyjnej »Naszego Dziennika «.

Pani Sołowiej, najczęściej powodowana przypływami niesłychanej wprost furii, wyrzuciła z pracy wielu ludzi, którzy w jej oczach w ciągu kilku minut okazywali się nieprzydatni. Ogłaszała ich zdrajcami. ( ) Myślenie, że dzisiaj ludzi można bezkarnie wyszydzać, wyrzucać i wymieniać jak zużyte robocze rękawiczki, budzi tylko litość. Takich działań w żaden sposób nie da się wszczepić w podstawy cywilizacji łacińskiej, z której garściami chcą korzystać przecież instytucje - dzieła o. Dyrektora.

Zmuszony jestem zaprotestować jako katolik i Polak przeciw takim metodom zarządzania. ( ) Gdy zespół redakcyjny dziesiątkowany był - doprawdy najczęściej z błahych przyczyn - przez Panią Sołowiej, wśród pozostających jeszcze w pracy powstawał wewnętrzny, ludzki, zrozumiały odruch buntu. Ten bunt był skutecznie tłumiony przez strach, aby nie być - jak to określaliśmy między sobą - »następnym do raju «”.

Gdy kolejni redaktorzy otrzymali swoje pięć minut na opuszczenie redakcji, przy najbliższej próbie łajania mnie złożyłem przygotowane wcześniej wymówienie.

- Ojciec odpisał?

- Nie.

- Ma pan żal?

- Redaktor Sołowiej wysłała redemptorystom z Radia Maryja SMS-y, że mają nie wpuszczać mnie więcej na antenę. Ośmiu facetów stanęło przed nią na baczność, wykonali polecenie. Moich argumentów nie chcieli wysłuchać. To mnie boli. Ale z chłopskiej rodziny pochodzę, AK-owskiej. Nigdy nie dałem się złamać. Jakoś sobie poradziłem.

- A inni?

- Znam takich, co popadli w depresję, ale też takich, którzy są dziś posłami, kariery porobili w mediach. Jedno nas łączy: na zawsze odciśnięte piętno Ewy.

Ewa nie musi spać

Grudzień 1998. Po odejściu dwóch kolejnych naczelnych w redakcji "ND" panuje chaos. Wybuchają drobne sprzeczki, coraz więcej osób usiłuje się dodzwonić do ojca dyrektora - proszą, by rozsądzał kolejne spory, sprzedaż gazety maleje. Niezadowolony redemptorysta odsuwa Ewę na boczny tor. Poszukanie trzeciego naczelnego zleca prezesowi SPES Marcinowi Konopce i jego zastępcy Piotrowi Wojcieszkowi.

Panowie podejmują ryzyko: jadą do Lublina i proponują fotel redaktora Tomaszowi Rakowskiemu, doktorantowi z KUL, zwolennikowi Kościoła otwartego.

Rakowski początkowo odmawia: - Jeśli Polska i Kościół miałyby wyglądać tak, jak chce "Nasz Dziennik", to ja nie chcę być Polakiem i katolikiem - mówi.

Prezesi zapewniają, że gazeta jest gotowa na zmiany. Ma się stać trybuną całej prawicy, nie tylko jej skrajnego skrzydła. Czas wpuścić świeże powietrze, wprowadzić na łamy nowych publicystów i ekspertów.

Rakowski zostaje naczelnym.

- Jeden z większych błędów w moim życiu - podsumowuje ten epizod dzisiejszy dyrektor TVP w Lublinie. - Wytrzymałem cztery miesiące. Nie przypadłem do gustu Ewie Sołowiej.

- Jak ją pan wspomina?

- Jako tytana pracy, ona chyba nie musi spać. Przychodziła do redakcji pierwsza, wychodziła ostatnia. Była na granicy wyczerpania. Dialog z nią nie wchodził w rachubę. Mieliśmy różne wizje świata. Co ważniejsze - z wizją pani Ewy zgadzali się czytelnicy, z moją - nie bardzo. Nie mogłem robić gazety wbrew wydawcy i odbiorcom.

Próba skierowania dziennika w stronę centrum kończy się klęską po tym, gdy kolejną rocznicę soboru watykańskiego komentuje na łamach kojarzony z otwartym katolicyzmem prof. Stefan Swieżawski.

Oburzeni jego wpuszczeniem na łamy czytelnicy zasypują redakcję listami. Pytają, jak można drukować autora „współpracującego z żydowskim »Tygodnikiem Powszechnym «”, w „ND” nazywanym najczęściej „Obłudnikiem Powszechnym”.

Jeszcze większą falę krytyki wywołuje komentarz redaktora Rakowskiego dotyczący konfliktu wokół oświęcimskiego żwirowiska.

Na terenie przylegającym do obozowego bloku śmierci stoi krzyż. Stanowczo protestują przeciw niemu Żydzi. Ich zdaniem w miejscu największego żydowskiego cmentarzyska nie powinno być żadnych symboli religijnych.

Odpowiedzią na protest jest wspólna akcja antysemitów Kazimierza Świtonia i Leszka Bubla. Panowie zawiązują Społeczny Komitet Obrony Krzyża i wzywają do stawiania kolejnych krucyfiksów.

"Nasz Dziennik" wspiera SKOK, dopóki Rakowski, w bardzo osobistym felietonie, nie napisze: nie można używać krzyża odwrotnie do jego sensu.

Po tym komentarzu listowne obelgi pod adresem naczelnego spływają do wydawcy przez kilka miesięcy. Rakowski odchodzi, a ojciec Rydzyk kończy z eksperymentami - stanowisko redaktora naczelnego obejmuje Ewa Sołowiej.

Ewa przynosi zysk

Aby z nią porozmawiać, dzwonimy do furty klasztoru w Rembertowie.

- Czy siostra może nam pomóc w skontaktowaniu się z panią redaktor naczelną?

- My nie możemy wpuszczać. Ale dziennikarze mają w redakcji swój sekretariat i telefon. Przykro mi, że więcej nie mogę pomóc. Z Bogiem.

Dzwonimy do sekretariatu.

- Dzień dobry, czy można porozmawiać z redaktor naczelną?

- W jakiej sprawie?

- Jesteśmy dziennikarzami "Gazety Wyborczej". Piszemy tekst o pani redaktor.

- Nie ma pani redaktor.

- A kiedy będzie?

- Jak będzie, to będzie. Teraz jej nie ma. Miłego dnia życzę.

Jedziemy do sądu, chcemy obejrzeć akta spółki SPES.

Pierwszy wpis w Krajowym Rejestrze Sądowym pojawia się w 2001 roku. Z księgi wynika, że firma nie została powołana tylko do prowadzenia gazety. Rubryka "działalność" była wielokrotnie uzupełniana. Dzisiaj obejmuje branżę wydawniczą, ale również "rolnictwo, leśnictwo, rybołówstwo, górnictwo węgla kamiennego i torfu, kopalnictwo rud metali, produkcję wyrobów tytoniowych, odzieży, skór i wyrobów futrzarskich", a także "wytwarzanie koksu, produktów rafinacji ropy naftowej i paliw jądrowych".

Żaden z pobocznych rodzajów działalności jeszcze nie ruszył. Zyski SPES pochodzą dziś głównie ze sprzedaży kioskowej "ND" (jej wysokość jest tajna, medioznawcy szacują ją na 30-50 tys.), z reklam (katolickie biura pielgrzymkowe, zioła ojca Klimuszki itd.) oraz z prowadzonych w Warszawie i Krakowie księgarni.

Wedle danych dostępnych w sądzie sześć lat temu SPES zanotował 743 tys. zł strat. Potem były już tylko zyski. 2004 - prawie milion; 2005 - 412 tys. zł; 2006 - 1,5 mln; 2007 - 480 tys. zł. Na co przeznaczone są zarobione pieniądze, trudno wywnioskować z bilansu. Z lakonicznego komunikatu wynika, że na "pokrycie strat z wcześniejszych lat" i "dalszy rozwój spółki".

Wynagrodzenie dwuosobowego zarządu to ok. 45 tys. zł rocznie. Miesięcznie wychodzi po 1800 złotych na głowę.

Ewa, czyli Wielka Siostra

21 czerwca 2008 roku Ewa i Marcin - prezes i wiceprezes SPES - stają na ślubnym kobiercu w warszawskim kościele św. Krzyża.

Mszę odprawia o. Tadeusz Rydzyk, ale na weselu się nie bawi.

Wtajemniczeni mówią, że jest na swój sposób zazdrosny o Ewę. Dotąd była mu bezgranicznie oddana i dyspozycyjna przez całą dobę, teraz w jej życiu będą osoby ważniejsze niż redemptorysta.

Stosunek o. Rydzyka do związku małżeńskiego naczelnej jest znany dziennikarzom "ND" i popierającym pismo politykom. Może dlatego w kościele nie ma tłumów i brak znanych nazwisk. Przyszli ci, których czas już minął, np. Jan Łopuszański.

Artur Górski, były naczelny "ND", dostał zaproszenie, ale - jak tłumaczy - miał tego dnia inne obowiązki.

- Decyzja Ewy i Marcina bardzo mnie ucieszyła - zapewnia. - To wspaniałe, że ona, która - jak mi się wydawało - nie ma życia poza redakcją, jednak postawiła na rodzinę. Życzę im wielu dzieci.

- Wszyscy zadajemy sobie pytanie: co dalej z gazetą? - mówi dziennikarz działu krajowego. - "Nasz Dziennik" to Ewa. Nazywamy ją Wielką Siostrą. Wszystko widzi, 24 godziny na dobę jest z nami. Jak jej zabraknie - padniemy.

Źródło: Duży Format

sobota, 11 października 2008

Simon Mol - Kręciła mnie taka moc w nim

Jakub Janiszewski, TOK FM
2007-01-16, ostatnia aktualizacja 2007-01-12 00:00

Jedyna rzecz, którą mogę teraz zrobić, to ocalić następne. Reportaż o ofiarach Simona Mola.

1.

"Moja pierwsza wizyta w szpitalu miała miejsce cztery lata temu, po tym jak zostałem zaatakowany przez grupę skinheadów. Nigdy nie byłem w szpitalu, nie miałem powodu, by martwić się o zdrowie. A już na pewno nie na tyle, żeby zrobić sobie test na HIV. Ludzie robią testy, kiedy mają po temu powody".

Simon Mol, "Syn Efasamoto: zostałem oskarżony". Fragment wpisu na blogu z 26 lutego 2006 roku.

Beata (22 lata, spotykała się z Simonem Molem od grudnia 2003 do lipca 2005 roku):

- Był moim pierwszym facetem. I myślę, że byłam od niego w jakiś sposób uzależniona. Dlaczego? Nie wiem. Chyba mnie fascynował. Może tym, że tak dużo wiedział o Afryce, a mnie ciekawił ten kontynent? Zwłaszcza religia. Te ich wierzenia, kult. Miał mi o tym opowiedzieć i tak się poznaliśmy. Przez znajomych.

Sylwia (25 lat, spotykała się z Simonem Molem w sierpniu 2005 roku):

- Kończyłam studia, nie miałam żadnej pracy i wolontariat przy Teatrze Uchodźców wydawał się jeśli nie świetną, to przynajmniej jakąkolwiek opcją. Toteż zgłosiłam się i robiłam tłumaczenia. Żeby zdobyć jakieś doświadczenie. Pamiętam, że Simon jawił mi się z początku jako facet, na którego żadna laska nie leci. Ani przystojny, ani lowelas, tylko taki sobie.

Marta (23 lata, spotykała się z Simonem Molem od kwietnia do czerwca oraz od września do listopada 2005 roku):

- To był taki wiosenny wieczór, bardzo ciepły. Siedzieliśmy z przyjaciółmi na ławce koło Nowego Światu i zobaczyłam go, jak przechodził. Było w tym coś z magii. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja poczułam, że stało się coś między nami. Coś zaiskrzyło.

Może pół godziny później zobaczyłam, jak wraca, idzie w naszą stronę. - Wyglądacie, jakbyście się świetnie bawili - powiedział i zaczął z nami rozmawiać. O wszystkim. O Afryce, o obyczajach, o tym, jak tam wygląda zachód słońca. Nas też był ciekawy. Pytał, co studiujemy, gdzie mieszkamy.

Moi przyjaciele mówili po angielsku trochę słabiej niż ja, więc chwilami przejmowałam rolę tłumacza. O sobie niewiele mówiłam, ale czułam, jakby zwracał się tylko do mnie.

Mówił w bardzo szczególny, poetycki sposób. Nawet gdy przeszliśmy już na polski, miałam poczucie, że jestem tą, która rozumie go najlepiej. Kilka razy, kiedy moje koleżanki dziwiły się temu, co mówił, powtórzył: wytłumacz im. Ja sobie tego porozumienia nie wymyśliłam.

Jestem bardzo wierząca, niektórzy mówią, że nie mam kontaktu z rzeczywistością. Wtedy rzeczywiście chyba go nie miałam. Wszystko widziałam bardzo idealistycznie, bez jakiegokolwiek dystansu.

Przed Simonem nie miałam żadnego mężczyzny.

Rozmawialiśmy na tamtej ławce przez kilka godzin - może cztery? A potem się rozstaliśmy. Razem z moją współlokatorką poszłyśmy do domu. Mieszkałyśmy blisko, poszłyśmy na piechotę.

Kilka przecznic dalej spotkałyśmy Simona ponownie. Zaprosiłyśmy go do siebie na herbatę. Żeby uczcić to przypadkowe, jak mi się wtedy wydawało, spotkanie. Dzisiaj myślę, że to sobie zaplanował, w końcu parę godzin wcześniej, na tej ławce, pytał o to, gdzie mieszkamy. Mógł przewidzieć, którędy będziemy wracać. Mógł to sobie zaplanować. Jest świetnym aktorem.

Monika (24 lata, spotykała się Simonem w styczniu i lutym 2006 roku):

- Ciekawił mnie Teatr Uchodźców i siłą rzeczy osoba Simona. Spotkaliśmy się. Poszliśmy na piwo. Parę dni później zadzwonił do mnie i umówiliśmy się u niego. Przechodziłam wtedy głęboki kryzys. Moja relacja z chłopakiem, z którym byłam rok, rozpadała się. Simon trafił na ten moment.

2.

Simon Mol na blogu:

"Po tym wszystkim, przez co przeszedłem przez osiemnaście miesięcy w Ghanie, śpiąc w centrum konferencyjnym i prowadząc nocne walki z moskitami, a potem przeczekując kolejne sześć tygodni tamtejszego aresztu tymczasowego, po tym, co spotkało mnie w ciągu następnych osiemnastu miesięcy w tutejszym ośrodku dla uchodźców, po tym, co przechodzę teraz, walcząc o przetrwanie, nie dojadając, koczując w niedogrzanym mieszkaniu, gdzie temperatura czasem spada do minus dwudziestu stopni Celsjusza, ciągle pisząc, ciągle organizując konferencje, spotkania, wreszcie próbując stworzyć grupę teatralną, po tym wszystkim nie byłbym w stanie dalej oszukiwać swojego ciała i zmuszać go do nieustannej gonitwy. Gdybym był HIV pozytywny, byłbym już martwy".

Beata:

- Już podczas pierwszego spotkania chciał się ze mną kochać, ale do niczego nie doszło. Nie tylko dlatego, że byłam dziewicą. Bałam się, że zajdę w ciążę. Przed następną randką zaczęłam brać pigułkę.

Marta:

- Nie czułam się atrakcyjna fizycznie. Pochlebiało mi, że Simon wybrał mnie, a nie którąś z pozostałych dziewczyn, które siedziały ze mną na tamtej ławce.

Myślałam, że chodzi o coś innego niż tylko seks, i rzeczywiście wtedy chyba naprawdę o coś innego chodziło.

Po tamtym przypadkowym spotkaniu na Nowym Świecie i późniejszej wizycie u mnie w domu umówiliśmy się na kolejną randkę, dwa dni później. Wtedy kochaliśmy się pierwszy raz. Straciłam z nim dziewictwo. Totalnie bez zabezpieczeń, bez myślenia o antykoncepcji. Nawet nie poczułam, kiedy się to stało, gra wstępna trwała tak długo i była tak pełna czułości, że nie poczułam żadnej presji ani żadnego bólu. Byłam szczęśliwa.

Tak było przez trzy miesiące. Czytałam jego poezję, spotykałam się z nim, nie myślałam o żadnych konsekwencjach.

Simon w swoich wierszach często pisze o bogini - jakiejś kobiecej postaci, którą wielbi. Czułam się, jakbym nią była - tą boginią.

Beata:

- Spotykaliśmy się przez półtora roku, ale nie mogę tego nazwać związkiem. Nie dzwonił zbyt często, raczej wysyłał SMS-y, żebym przyjechała. Czasem w środku nocy. Kiedy się wzbraniałam i odpowiadałam, że jest późno, zapewniał mnie, że zapłaci za taksówkę. I ja jechałam.

Sylwia:

- Widziałam w nim jakiegoś bohatera, bo ja wiem? Bojownika? Wydawał mi się silniejszy, lepszy ode mnie. Zawsze sobie wybierałam takich facetów, żeby byli poziom wyżej. Kręciła mnie taka moc w nim. Kręciła mnie moja własna uległość. Szukałam w nim manifestacji prawości i siły. W mojej głowie przez moment był personifikacją wszystkiego, co lubię.

Ja w ogóle rzadko miewałam facetów. Jakoś mi nie wychodziło. Chyba wszystkie moje związki były krótkotrwałe, może źle trafiałam? Między moim poprzednim romansem a Simonem upłynęło chyba jakieś półtora roku. No, w gruncie rzeczy to wychodzi na to, że żyłam jak zakonnica, choć w ogóle nie jestem purytańska. Pochodzę z bardzo liberalnego domu i to jeszcze bardziej mnie w tym wszystkim gubi. Jak to się stało, że ja, która od ósmego roku życia wiem, że trzeba się zabezpieczać, mogłam pójść z nim do łóżka i nie pomyśleć o prezerwatywie? W głowie mi się to dzisiaj nie mieści. Byłam głupia, wszystkie byłyśmy bardzo głupie.

Beata:

- Nigdy nie kochaliśmy się z prezerwatywą. Kiedyś, jeden raz, zdarzyło się, że nalegałam, żeby ją założył. Do niczego wtedy między nami nie doszło. Dla niego seks w prezerwatywie to nie seks.

Trochę pomagałam mu w pracy. Zdarzyło się, że przedzierałam bilety na koncert czy spektakl, raz próbowałam napisać jakiś artykuł do "Głosu Uchodźców" - to wszystko. Nie, pod tym względem nie czuję się wykorzystana.

Wiedziałam, że ta fascynacja jest jednostronna, on nie był mnie ciekaw. Mało o sobie mówił. Tylko czasem, po seksie, trochę się otwierał, ale zwykle na moje pytania odpowiadał: "It's my secret".

Kiedyś zapytałam go, czy jest zdrowy, czy się badał. Chodziło mi o HIV. Powiedział, że się badał i jest zdrowy. Uśmiechnął się. Dzisiaj wydaje mi się, że ten uśmiech był ironiczny.

Monika:

- Nie uwierzysz, co wtedy myślałam: że nie chcę być ofiarą stereotypu kulturowego i zakładać, że każdy czarny jest nosicielem HIV. I zobacz, jak mi się to teraz przysłużyło!

Wszystkiego przespaliśmy się ze sobą dokładnie cztery razy. Lekarz powiedział mi, że trzeba mieć potwornego pecha, żeby złapać od kogoś wirusa po zaledwie czterech razach, nawet bez prezerwatywy. Potwornego pecha albo też potwornie zakaźnego partnera.

Marta:

- Na wakacje wyjechałam z Polski za granicę. Kiedy wróciłam, nie chciałam się z nim już spotykać. Miałam nadzieję, że możemy dalej być przyjaciółmi, ale bez tej więzi seksualnej. W gruncie rzeczy chyba nie kochałam Simona. Czułam, że ma inne kobiety. A wtedy on zaczął naciskać. Dzwonił i mówił, jak bardzo czuje się samotny. Współczułam mu. Od samego początku chciałam mu pomóc, miałam wrażenie, że tego potrzebuje.

Znowu zaczęliśmy ze sobą sypiać, mimo że tego już nie chciałam. I seks zaczął być inny. Już nie było tej czułości, prawie nie było gry wstępnej. Po prostu we mnie wchodził, a potem wychodził.

Za każdym razem mówiłam, że to już nasze ostatnie spotkanie, a potem znowu dawałam się złamać.

Ostatnie zbliżenie było bardzo brutalne. Leżałam na łóżku, patrzyłam na Simona szeroko otwartymi oczami i myślałam: "Boże, człowieku, co ty mi robisz, co to jest?!". Potem wiele razy się zastanawiałam, czy właściwie tamta ostatnia sytuacja między nami nie otarła się o gwałt. Przecież tego nie chciałam. Ulegałam jego sile. Nie fizycznej, psychicznej.

Beata:

- Po półtora roku nabrałam poczucia, że nigdy się od niego nie uwolnię. Wzięłam dziekankę na studiach i wyjechałam za granicę. Do Anglii.

Sylwia:

- Po tym, jak pierwszy raz poszliśmy do łóżka, musiałam łykać postinor. Chciałam, żeby część odpowiedzialności za antykoncepcję Simon wziął za siebie. Odpowiedział, że to tylko moja sprawa. Wściekłam się i dokładnie na tym sprawa uległa zakończeniu.

I niemal natychmiast potem zaczęłam chorować.

3.

Simon Mol na blogu:

„Jakieś trzy lata temu moja dziewczyna, po dwunastomiesięcznym związku ze mną, została zmuszona przez swoich rodziców do zerwania. Nie mogli znieść faktu, że ich córka spotykała się z Afrykaninem. Po naszym zerwaniu została nakłoniona przez swoich krewnych do wykonania testu na HIV, by sprawdzić jej stan zdrowotny po »nieczystym romansie «”. Zrobiła test, wynik był negatywny.

Monika:

- Lekarze myśleli, że to angina. Zapisywali mi kolejne antybiotyki, z których żaden nie zadziałał. Przez pięć dni nie wstawałam z łóżka, a miesiąc później miałam wywalone węzły chłonne. Chodziłam po lekarzach, zrobiłam dwa testy na mononukleozę, EKG, całą masę innych badań, które niczego nie wykazały. I dopiero wtedy, po miesiącu, wpadło mi do głowy, że to może być HIV. Zaczęłam szukać w internecie. Wszystkie objawy się zgadzały, opis pasował. To mogła być ostra choroba retrowirusowa, a nie żadna angina.

Sylwia:

- Chodziłam od lekarza do lekarza. Miałam problemy ginekologiczne, gastrologiczne, skórne, laryngologiczne. Leżałam w szpitalu zakaźnym. I tak przez osiem miesięcy.

Beata:

- Na chwilę przed wyjazdem poznałam chłopaka, zaczęliśmy się widywać, myślałam, że po tym, jak już wrócę do kraju, będziemy ze sobą. Byłam w nim bardzo zakochana, chciałam być uczciwa. Zrobiłam test na wszelki wypadek. Nie spodziewałam się pozytywnego wyniku. Ja nie miałam żadnych problemów ze zdrowiem, czułam się dobrze.

Sylwia:

- Przypadkiem w internecie znalazłam na jakimś forum wpis, że Simon to dwulicowy, fałszywy człowiek, który zakaża ludzi. Struchlałam. Była niedziela, musiałam odczekać do poniedziałku i pobiegłam zrobić test. Wynik okazał się niejasny. Miałam czekać kolejny tydzień. Wtedy napisałam list.

4.

Simon Mol na blogu:

"Zabójstwo czyjejś reputacji nie jest nowym zjawiskiem. W tej grze, co obrazuje mój przypadek, nie ma żadnych zasad. W Polsce, co można stwierdzić bez większej przesady, mamy do czynienia z głębinową, skostniałą, przerażającą niechęcią wobec Afrykanów. Oskarżenie o bycie HIV pozytywnym to ostatnia broń, którą mogą wobec ciebie, wobec Afrykańczyka, wyciągnąć twoi wrogowie. To broń inspirowana ideologicznie, codziennie wzmacniana niepokojącymi publikacjami na temat Afryki pisanymi przez tak zwanych ekspertów. Wielu z nich otwarcie chełpi się dwutygodniową podróżą po kontynencie, na podstawie której napisali już tomy. O ile niektóre z tych naprędce skleconych książek mogły odnieść wychowawczy sukces, o tyle w społecznym i psychologicznym przeświadczeniu każdy Afrykanin, który chodzi po polskich ulicach, jest najpewniej HIV pozytywny i biada temu, kto ośmieli się zwalczać ten mit".

Korespondencja między Sylwią a Simonem Molem. Luty 2006.

Sylwia: "Simon, czy jesteś HIV dodatni?".

Simon: "Jeśli ty jesteś, to najpewniej ja także. Jesteś?".

Sylwia: "Po tym, jak przeczytałam ten komentarz na Twojej stronie internetowej, poszłam się zbadać, ale jeszcze nie mam wyników. Jedno nie pozostawia wątpliwości - osiem miesięcy temu, gdy się spotkaliśmy, byłam absolutnie zdrowa".

Simon: "Zaczynasz zachowywać się jak rasistka, lecisz robić sobie test tylko dlatego, że jakiś człowiek-widmo wrzuca coś na moją stronę, żeby mi zniszczyć reputację Jak myślisz, kto to napisał?

Czy sądzisz, że nie dbam o swoje zdrowie? Czytałaś moją odpowiedź na te oszczerstwa? Rasistów coraz więcej, wydają się mnożyć, a Ty zaczynasz się zachowywać jak jedna z nich. Nawet jeśli okażesz się pozytywna, nie ma gwarancji, że ja też jestem, bo ja nie jestem Wygląda więc na to, że z Ciebie jakiś anioł, tak? Że od kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, nie kochałaś się z nikim Ptakom to opowiedz! (w oryg. Tell it to the birds!)

Zaczynam rozumieć, dlaczego ten kraj jest notowany jako jeden z najbardziej antysemickich krajów na świecie!

I proszę, nie pisz do mnie więcej, nie jestem zainteresowany tym, co robisz, ani tym, co myślisz".

Sylwia: "Rozumiem, że nie jesteś zainteresowany ani tym, co robię, ani tym, co myślę, i, co może Cię zaskoczy, szanuję to, ale proszę, bądź świadom faktu, że jestem HIV POZYTYWNA, co oznacza, że Ty też. SIMON, NIE BĄDŹ TCHÓRZEM, ZRÓB TEST, bo możesz skrzywdzić wiele kobiet Nie pozwól, żeby ktoś złapał to od Ciebie. Bądź odpowiedzialny. Nie chcę Twojej odpowiedzi na ten list, chcę, żebyś nie pozwolił na to, że ktoś inny zachoruje. I proszę, nie wysyłaj już do mnie wiadomości z obelgami, zwłaszcza nie nazywaj mnie rasistką, jestem tym już zmęczona, a ty doskonale wiesz, że JESTEM OSTATNIĄ OSOBĄ, KTÓRĄ MOŻNA POSĄDZAĆ O RASIZM. Życzę Ci powodzenia, bo będziesz go potrzebował tak samo jak ja".

Beata:

- Moja przyjaciółka poszła razem ze mną porozmawiać z Simonem. Był październik 2005 roku. Umówiłyśmy się z nim w knajpie. Właściwie to ona się umówiła, bo ja czułam, że ze mną samą nie będzie chciał się spotkać. Wszedł, usiadł, nawet twarz mu nie drgnęła, gdy powiedziałam: "Zakaziłeś mnie HIV". Poprosiłam, żeby się zbadał, żeby nikogo już więcej nie krzywdził. Posłuchał mnie, a potem wyszedł, prawie bez słowa. Nasze spotkanie trwało może pięć minut.

Monika:

- Informowałam go dwukrotnie: raz osobiście, raz listem. Wciąż wierzyłam, że coś z tego, co mówię, do niego dotrze i że nikt wcześniej nie podjął takiego trudu. Chyba chciałam wierzyć, że on naprawdę nie wiedział. Tu jest taki fragment, posłuchaj: „Dlaczego piszę do Ciebie? Nie dla przyjemności. Nie mam potrzeby dzielenia się z Tobą moimi uczuciami. Robię to z obowiązku. Gdyby Twoje »wcześniejsze dziewczyny « zrobiły to, co ja, pewnie bym była zdrowa. Jedyną rzeczą, którą mogę teraz zrobić, to ocalić następne”.

Bo w gruncie rzeczy o to mi cały czas chodziło. Żeby ocalić następne.

Marta:

- W SMS-ie napisałam: "Simon, tym, co robisz, pogrążasz wszystkich Afrykańczyków w Polsce. To jest prawdziwa zbrodnia". Odpowiedział, że jestem największą rasistką, jaką w życiu spotkał.

5.

Simon Mol na blogu:

Oczywiście moi wrogowie przygotowują mój nekrolog. Jednakże nikt nie powinien dać się zwieść - nie umrę tak szybko. Moja śmierć musiałaby zostać wymyślona. Ten atak jest dużo głębszy niż fizyczna napaść. To jest atak na mnie całego, całą moją rzeczywistość i to, o co walczę".

Sylwia:

- Na początku myślałam, że jestem jedyna. Temu uczuciu towarzyszył strach - bałam się, zupełnie serio, bałam się, że mnie zabije, bo stanowię zagrożenie dla jego medialnej kariery.

To był ciężki czas. Powiedziałam rodzinie.

Monika:

- Miałam wrażenie, że rodzice nie mogą tego przeżyć. Niby jakoś sobie radzili ze sprawą, ale tak naprawdę widziałam, że się straszliwie boją. Ten lęk nie pomagał także i mnie, bo ja też się bałam.

Marta:

- Rodzice nie wiedzą, nie chcę, żeby wiedzieli.

Beata:

- U mnie wie tylko matka. Boję się, że ojciec się dowie. Umieram ze strachu. Zawsze czułam przed nim respekt.

Sylwia:

- Zaczęłam chodzić do poradni dla nosicieli. Okazało się, że mam fatalne wyniki - odporność tak słaba, a wiremia tak wysoka, że właściwie w moim wypadku można już było mówić o AIDS. W ciągu ośmiu miesięcy od zakażenia! To się zdarza wyjątkowo rzadko, no i właśnie w moim wypadku tak się stało. Trzeba było szybko włączyć leki.

Monika:

- Ich łykanie to mordęga. Sześć albo osiem tabletek w ciągu doby. Wymioty, biegunka, całkowite osłabienie organizmu, na początku nie dawałam sobie z tym rady.

Ciągle odwiedzałam lekarza, dużo mówiłam o mojej historii z Simonem. Zresztą poniekąd jest to część postępowania medycznego. To, co mnie uderzyło - lekarz nie był zaskoczony.

To mi dało do myślenia. Afrykanin mieszkający w Polsce, ostra retrowiroza, szybki rozwój zakażenia - nie wierzę, że to historie, z którymi ludzie przychodzą co dzień. Sama też wiedziałam, że nie jestem jedyna. W końcu czytałam jego blog, wiedziałam, że Simon z ostrzeżeniami musiał się wcześniej zetknąć.

Zapisałam mu swój numer telefonu i powiedziałam, że jeśli kiedykolwiek usłyszy od jakiejś dziewczyny nazwisko Simon Mol, niech jej go da, że dla innych zakażonych przez Simona kobiet zwalniam go z tajemnicy lekarskiej. Czułam, że muszę go powstrzymać, jeśli nie przez rozmowę, to drogą prawną.

Dowiedziałam się potem, że Sylwia zrobiła to samo. I rzeczywiście wkrótce zadzwonił telefon.

6.

Simon Mol na blogu:

"Z trzech relacji, które tutaj miałem (każda trwała dłużej niż rok), żadna nie była utrzymywana w tajemnicy. Byłem przedstawiony rodzicom każdej z dziewczyn. Żadna z nich nie skarżyła się, że jest HIV dodatnia. ( ) Tylko osoba skrajnie zdeterminowana, zaślepiona ideologią, patologicznie zazdrosna mogłaby się do tego posunąć".

Monika:

- Nigdy nie zapomnę tego, jak strasznie bałam się naszego pierwszego spotkania. Sylwia była nie tylko pierwszą osobą, z którą połączyła mnie ta sama historia, przede wszystkim była pierwszą osobą seropozytywną, jaką w życiu poznałam.

Sylwia:

- Czuję, że Monika jest do mnie bardzo podobna, w ogóle chyba wszystkie jesteśmy podobne. To jest trochę tak jak z więzami, które pojawiają się między ludźmi na wojnie. Wspólna bieda łączy.

Beata:

- Dziewczyny są jedynymi osobami, które znam, a które borykają się z tym samym problemem co ja. Czasem się martwię, że je zawiodłam, bo ja nie złożyłam zeznań, zabrakło mi odwagi.

Monika:

- Gdybyśmy się nie spotkały, nie złożyłabym zeznań. Musiałam się przekonać, że moje przypuszczenia są prawdziwe. I oczywiście były, dziś o tym wiem. Ostatnia dziewczyna, która do mnie zadzwoniła, została zakażona dwa miesiące temu. O tym, że jest seropozytywna, poinformowała Simona na dzień przed jego aresztowaniem.

Marta:

- Monika i Sylwia to dla mnie bohaterki. Żeby pójść z tym na policję, trzeba wielkiej odwagi.

7.

Simon Mol na blogu:

"Jako aktywista wiem, że stanąłem na pierwszej linii ognia".

Sylwia:

- Kiedy dowiedziałam się, że jestem zakażona, płakałam ze złości i z rozpaczy, bo myślałam o tym, że nawet jeszcze nie zaczęłam w życiu robić tego, o co mi naprawdę chodzi, a ono już zostało dramatycznie skrócone. Teraz myślę, że przez zaangażowanie w tę sprawę realizuję jakiś plan na siebie: żeby być pożytecznym, na coś się przydać.

Simon mnie wykorzystał, ale nie jako kobietę. Jako człowieka. Wykorzystał moje zaufanie. Tego się ludziom nie robi.

Kiedyś powiedział mi, że nigdy nikogo nie kochał. Pamiętam, że jakieś piknięcie wtedy poczułam. Jak to? 32 lata i nigdy nie czuł miłości? Oddania? Nie rozumiem. Wiem, że są ludzie, którzy nie są zdolni do wyższych uczuć. Może to ten przypadek?

Monika:

- Zanim poszłam na policję, sprawdziłam wszystko. Wszystko. Wiem, kiedy zakaził pozostałe dziewczyny, wiem, kiedy i jak go informowały, wiem, jak się czują i jak żyją. I wiem, że nie są jedyne. Nigdy niczym tak długo się nie zajmowałam. Sprawdzałam akty prawne, przepytywałam lekarzy. Wszystko po to, żebym w listopadzie wreszcie mogła z pełną świadomością pójść do prokuratury i złożyć zeznania, wiedząc, że Tak, że go pogrążam. Że to go zniszczy. Zrobiłam to i nie czuję żalu. Jestem pewna słuszności swojego działania. Nie chodzi o moją zemstę ani nawet o sprawiedliwość. Chodzi o ludzkie życie. Wiem, że ta sprawa uderzy w to, jak postrzegani są czarnoskórzy w Polsce, ale z tego rozliczaj Simona, nie mnie. Czuję ulgę, bo to jest koniec serii. Gdyby był biały, zrobiłabym to samo.

Beata:

- Pamiętam, kiedy widziałam Simona ostatni raz. To było na dworcu. Stałam w kolejce po bilety i wtedy go zobaczyłam. Szedł przez hol, miał w reklamówce jakieś soczki, butelki, sama nie wiem co. I wtedy - pierwszy raz w życiu coś takiego poczułam - wtedy chciałam do niego podejść, uderzyć go w twarz, krzyczeć. Przeszedł obok, a mnie wydawało się, że to robię, że się odwracam i za nim idę, ale stałam dalej. Nie byłam w stanie się ruszyć. Potem, kiedy wracał, minął mnie ponownie. Chyba dopiero wtedy mnie rozpoznał. Mogę się mylić, ale wydawało mi się, że spuścił głowę i próbował mnie nie widzieć. Poszedł dalej.

Bronię się przed nienawiścią. Z nienawiści nigdy nic dobrego nie wynikło.

Kiedyś bałam się Simona, a dzisiaj? Dzisiaj się boję społeczeństwa.

8.

Beata informowała Simona Mola o tym, że jest seropozytywna, w październiku 2005 roku. Monika w lutym, Sylwia w marcu, a Marta w listopadzie 2006.

Tekst na blogu "The Son of Efasamoto: I stand accused" został opublikowany na dziesięć miesięcy przed zatrzymaniem w związku z zarzutami o świadome zakażenie wirusem HIV czterech młodych kobiet.

Efasamoto według wierzeń plemienia Bakweri jest bożkiem zamieszkującym zbocza góry Fako, największego wulkanicznego szczytu Kamerunu. Tradycyjnie jest przedstawiany jako postać w połowie ludzka, w połowie kamienna. Simon Mol swój tekst kończy słowami: "stałem się prawdziwym synem Efasamoto".

*Imiona bohaterek na ich prośbę zostały zmienione

Źródło: Duży Format

poniedziałek, 12 maja 2008

Lista Sendlerowej - reportaż z 2001 roku

Magdalena Grochowska
2008-05-12, ostatnia aktualizacja 2008-05-12 10:59

Zobacz powiększenie
Irena Sendlerowa w objęciach jednej z kobiet, które kiedyś uratowała. Listopad 2003 r.
fot. Piotr Bernaś/AG

Śni jej się do dziś, że rodzice nie chcą oddać dziecka. A następnego dnia ich mieszkanie jest już puste

Zobacz powiekszenie
Fot. Igor Morye / AG Zobacz powiekszenie
Fot. Adam Kozak / AG Zobacz powiekszenie
Fot. Maciej Zienkiewicz / AG
01.06.2001 Irena Sendlerowa
U sióstr felicjanek w Otwocku za bardzo rzucał się w oczy - był najstarszy i jego ruda głowa sterczała ponad głowami dzieci. Irena zadepeszowała do Turkowic koło Lublina, do sióstr służebniczek: "Mam nową odzież".

Był rok 1943. Kilka miesięcy wcześniej ośmioletni Michał wyszedł z getta wraz z rodzicami. Jego matkę Irena zarekomendowała jako dobrą służącą, katoliczkę w pewnym otwockim domu. Uratowała się. Michał przeżył wojnę w Turkowicach. Prof. Michał Głowiński, historyk i teoretyk literatury, jest jednym z 2500 dzieci żydowskich uratowanych przez referat dziecięcy Żegoty, którego kierowniczką była Irena Sendlerowa.

Weźcie mnie za ręce

Katarzyna Meloch, inne dziecko z Turkowic. Twarz zasłoniła rękami i słucha. Jest 24 maja 2001 r., siedziba Gminy Żydowskiej w Warszawie. Amerykańskie uczennice grają swą sztukę "Życie w słoiku" dla grupki uratowanych z Holocaustu i paru Sprawiedliwych.

Ktoś wcześniej czytał maszynopis sztuki i zwrócił uwagę na dwa naiwne błędy. "Wezmę państwa dzieci i powiem strażnikom, że one mają tyfus i muszę umieścić je w szpitalu" - mówi w sztuce Irena do pani Rosner. Za takie tłumaczenie dostałaby w bramie getta kulę.

Przyjaciółka błaga Irenę, by nie szła do getta, bo naraża życie. "Mam papiery (...), jestem Polką i chrześcijanką" - odpowiada ufnie Irena. Jednak teraz, w sali Gminy Żydowskiej, naiwność niknie. Elizabeth, która gra Irenę, zagarnia ramionami powietrze: - Dzieci, weźcie mnie za ręce, pożegnajcie się z mamą i z tatą! Cisza; mężczyźni i kobiety mają szkliste oczy. - Przypomniałam sobie moment, gdy żydowska pielęgniarka wyprowadzała mnie z warszawskiego getta - mówi potem Katarzyna Meloch czterem amerykańskim uczennicom.

W kożuchu męża

Warszawa, rok 1912. Dwuletnia Irena ma koklusz, dusi się. Ojciec Stanisław Krzyżanowski jest lekarzem w szpitalu św. Ducha. Błaga laryngologa o ratunek dla dziecka. Doktor Erbrich prócz leków zaleca natychmiastowy wyjazd do Otwocka, gdzie klimat sprzyja leczeniu chorób płuc.

Stanisław otwiera praktykę lekarską w Otwocku, ale jako nieznany lekarz ma mało pacjentów - głównie żydowską biedotę i chłopów. Tej pierwszej zimy Krzyżanowscy klepią biedę. Żona Janina sprzedaje palto. Na spacer wychodzi w kożuchu męża wieczorami.

Odwiedzają ich siostra ojca i jej mąż - Maria i Jan Karbowscy. On - inżynier komunikacji - dorobił się majątku w Rosji, budując koleje. Teraz postanawia kupić w Otwocku budynek z rozległym parkiem przy ulicy Chopina, obiekt świetnie nadaje się na sanatorium. Karbowscy przekazują go w użytkowanie Krzyżanowskim. Stanisław organizuje w nim sanatorium dla gruźlików.

Mieszkają przy sanatorium, Irena bawi się z dziećmi z okolicy i wkrótce mówi po żydowsku. Pamięta, jak ojciec ją tuli. Ciotki mówią: - Nie rozpuszczaj jej, Stasiu, co z niej wyrośnie! A ojciec: - Nie wiadomo, jak potoczy się jej życie. Może te pieszczoty będą jej najmilszymi wspomnieniami?

Pamiętaj, ile serca

W książkach o Otwocku Stanisław Krzyżanowski odnotowany jest jako wybitny działacz społeczny. Socjalista. W 1905 r. usunięty z Wydziału Medycznego Uniwersytetu Warszawskiego za udział w strajkach szkolnych. Przeniósł się na medycynę do Krakowa. Relegowany za działalność polityczną. Studia skończył w Charkowie. Typ Judyma.

- Współtworzył tę wspaniałą formację demokratycznej, społecznikowskiej, lewicującej inteligencji - mówi prof. Michał Głowiński. - Z tej postępowej inteligencji wywodzi się pani Irena.

Pod koniec pierwszej wojny światowej w Otwocku szalał tyfus. Stanisław walczył z epidemią; zmarł na tyfus w lutym 1917 r. Na cmentarzu żegnały go tłumy Żydów. Kilka dni później Janinę odwiedzili przedstawiciele otwockiej Gminy Żydowskiej.

- Z wdzięczności dla pana doktora, że nas leczył, Gmina będzie wypłacała stypendium pani córce, Irenie, do czasu jej pełnoletności. Janina nie skorzystała z tej propozycji. - Mam 27 lat i sama zapracuję na jej wykształcenie - odpowiedziała. Córeczce przykazała: - Pamiętaj, ile serca oni ci okazali.

Pohulajcie w Warszawie

W czwartkowe popołudnie, 24 maja, amerykańskie uczennice siadły na podłodze u stóp Ireny. Brała je za ręce i głaskała. - Jesteście mądre i dzielne - mówiła - siejecie dobro. Czeka was wielka praca, bo świat potrzebuje dobra. Kocham was.

Przywiozły Irenie błękitną koszulę z podpisami młodzieży ze szkoły w Uniontown, paczuszkę listów od uczniów i serce z różowego papieru. Chciały wręczyć kopertę z pieniędzmi. Zbierały je do słoika, gdy grały w Stanach swoją sztukę "Życie w słoiku". Irena odmówiła. - Pohulajcie sobie za te pieniądze w Warszawie - zażartowała.

Zbyt czerwona

Po śmierci Stanisława Krzyżanowskiego Karbowscy sprzedają sanatorium w Otwocku. W 1920 r. Janina z córką wyjeżdżają do Warszawy. Matka Ireny robi na zamówienie kwiaty z papieru i haftuje serwety. Mimo pomocy braci Janiny żyją w biedzie. W 1931 r. młodziutka Irena wychodzi za mąż za Mieczysława Sendlera, studenta filologii klasycznej Uniwersytetu Warszawskiego. - Mama chciała jak najszybciej uniezależnić się od wujów - opowiada córka Janka Zgrzembska. Rozdzieli ich wojna - on spędzi te lata w oflagu w Woldenbergu, ona - w konspiracji. Rozejdą się.

Jest początek lat 30. Irena studiuje polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Działa w lewicującym Związku Młodzieży Demokratycznej. Na wykładach stoi - na znak protestu wobec getta ławkowego dla Żydów. Bojówkarz ONR-u szturcha pałką jej przyjaciółkę: - Dlaczego stoisz? - Bo jestem Żydówką. - A dlaczego ty stoisz? - Bo jestem Polką - odpowiada Irena i dostaje od ONR-owca w twarz.

Skreśla w indeksie stempel z literą A oznaczający aryjskość. Zawieszają ją za to w prawach studentki. - Dobrze, dziecko, zrobiłaś, bo getto ławkowe to hańba dla uniwersytetu, wracaj na wykłady - ratuje ją prof. Tadeusz Kotarbiński, kierownik I Katedry Filozofii, który akurat zastępuje nieobecnego rektora.

Irena wstępuje do PPS. Skończy studia, ale nie dostanie pracy w żadnej warszawskiej szkole. - Przyszła opinia z uniwersytetu - mówi jej kurator - pani jest zbyt czerwona!

Jeden śledź dla sześciorga

Gmach Wolnej Wszechnicy Polskiej przy Opaczewskiej 2a (dziś Banacha). Od 1925 r. przy WWP działało Studium Pracy Społeczno-Oświatowej. Z tym środowiskiem współpracowała Irena w latach 1932-35.

Wszechnica kształciła wielu młodych robotników i chłopów. Wśród kadry wybitni naukowcy o liberalnych poglądach: Krzywicki, Czarnowski, Gąsiorowska. "Żadne antyżydowskie hece nie były w tej uczelni dopuszczone" - opowiadała po latach profesor historii Natalia Gąsiorowska. Raz wpadła do gmachu bojówka ONR-u - kilkudziesięciu osiłków z kastetami. Studenci odcięli im odwrót i polali wodą z hydrantów.

Twórczynią Studium Pracy Społeczno-Oświatowej była prof. Helena Radlińska, działaczka niepodległościowa. - Było to środowisko lewicowe: pepeesowcy, ludowcy, działacze komunizujący. Wśród studentów - przeważnie nauczyciele - opowiada profesor historii Helena Brodowska, pod koniec lat 30. sekretarka Radlińskiej i studentka WWP. - Radlińska stworzyła kierunek pedagogiki społecznej; w żadnej polskiej uczelni nie istniała jeszcze wówczas ta dyscyplina. Prowadziła seminaria z oświaty pozaszkolnej; kto się dostał pod jej rękę, stawał się społecznikiem.

Powołała Ośrodek Opieki nad Matką i Dzieckiem - instytucję pomocy rodzinom bezrobotnym, w której szkolili się studenci. Tutaj, pod okiem Radlińskiej, pracowała Irena. Drobna, energiczna blondynka. - Spotkałam tam kilku działaczy nielegalnej KPP - opowiada Irena Sendlerowa - już po odbyciu przez nich wyroków. Mądrzy, szlachetni ludzie. Pod ich wpływem szłam ciągle na lewo. (Po 1948 r. zostanie członkiem PZPR. Rzuci legitymację po Marcu 1968).

- Przeprowadzałam wywiady środowiskowe w rodzinach. Nigdy nie spotkałam takiej skrajnej nędzy u Polaków jak u Żydów. Były rodziny żydowskie, w których jednego śledzia dzielono w szabat między sześcioro dzieci.

Co by Józef powiedział?

W Ośrodku Opieki nad Matką i Dzieckiem udzielali bezpłatnie porad adwokaci. Był wśród nich Józef Zysman, wuj prof. Michała Głowińskiego. Bronił ubogich w sprawach o eksmisję, występował o prawa dla nieślubnych dzieci.

Irena odwiedzała go potem w getcie. Zysman wysłał syna poza mury. Napisał do Ireny: Jedyną drogą do odrodzenia ludzkości i świata jest wszechpotężna miłość. Wychowajcie mojego syna na dobrego Polaka i szlachetnego człowieka (syn mieszka dziś w Szwecji).

Jesienią 1942 r. wyszedł z getta, lecz nie mógł znieść ukrywania się. Kiedy Niemcy, chcąc wyłapać resztki Żydów, ogłosili, iż umożliwią im wyjazd za granicę, zgłosił się do punktu zbornego w Hotelu Polskim. "Do dziś, kiedy staję wobec jakichś zawiłych problemów moralnych (...), zadaję sobie pytanie: >>A co by na to powiedział Józef?<<" - napisała Irena w Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego.

Ewa, Sara, Rachela

Wojna zastała ją na stanowisku opiekunki środowiskowej w Wydziale Opieki Społecznej Zarządu Miasta Warszawy. Od drugiego miesiąca wojny Opiece Społecznej nie wolno było udzielać pomocy materialnej Żydom. Jednak do czasu zamknięcia getta w listopadzie 1940 r. Opieka Społeczna na podstawie fałszywej dokumentacji pomagała ok. 3000 Żydów (pisze o tym Teresa Prekerowa w książce "Konspiracyjna Rada Pomocy Żydom 1942-1945").

Do stycznia 1943 r. Irena Sendlerowa i jej współpracownica Irena Schultz wchodziły do getta legalnie - okazując legitymacje kolumny sanitarnej - i przenosiły w ubraniu żywność, odzież, pieniądze i lekarstwa. Nieraz dwa, trzy razy dziennie - pisze Prekerowa. Przemycały szczepionkę przeciwko tyfusowi.

"Początkowo kierowałam się raczej pobudkami emocjonalnymi - pisze Irena Sendlerowa - zdając sobie sprawę z potworności wegetacji za murami, starałam się pomóc dawnym przyjaciołom".

Ewa Rechtman. Skończyła polonistykę na uniwersytecie i Studium Pracy Społeczno-Oświatowej. Do wybuchu wojny zajmowała się w Opiece Społecznej problemem żebractwa. Przyjaciele zapewnili jej schronienie po aryjskiej stronie, ale została w getcie. Kierowała tam Kołem Młodzieżowym przy Komitecie Domowym przy Siennej 16 (komitety domowe, tworzone w getcie spontanicznie, próbowały nieść pomoc; organizowały namiastki życia kulturalnego). To przez Ewę Irena nawiązała kontakty z Gminą Żydowską i Centosem - żydowską organizacją charytatywną. Stąd dostawała adresy dzieci w skrajnej nędzy. Ewa zginęła w 1942 r.

Sara Gołąb-Grynbergowa, nazywana Alą. Absolwentka Studium Pracy Społeczno-Oświatowej; naczelna pielęgniarka getta. Kierowała Kołem Młodzieży przy Smoczej 9. To tam prof. Ludwik Hirszfeld organizował tajne szkolenie sanitarne. W sierpniu 1942 r. na facjatce przy Smoczej Irena po raz ostatni namawiała Alę, by opuściła getto; po aryjskiej stronie czekała na nią córeczka, mąż i schronienie. Ala odmówiła.

Rachela Rozenthal, absolwentka polonistyki na uniwersytecie. Przed wojną uczyła najbiedniejsze dzieci żydowskie z Wołowej, Dzikiej, Nalewek. W getcie opiekunka Koła Młodzieży przy Pawiej. Jej młodzież organizowała zajęcia dla najmłodszych w tzw. kącikach dziecięcych. W czasie wielkiej deportacji, w lipcu 1942 r., zginęła cała rodzina Racheli. Tuż po wojnie spotkały się na ulicy. Rachela powiedziała Irenie: - Pamiętaj, Rachela zginęła za murami razem z całą rodziną, tu żyje zupełnie inny człowiek. I wybuchnęła płaczem. Ani mąż, ani córka nigdy nie poznali tajemnicy jej pochodzenia. Rachela zmarła w latach 80.

Nie jestem matką, tylko gosposią

"W 1942 r., kiedy zaczęły się masowe wysiedlenia - opowiada Irena Sendlerowa w książce >>Ten jest z ojczyzny mojej<< Władysława Bartoszewskiego - (...) wyłoniły się nowe zadania - wyprowadzić jak najwięcej Żydów, a przede wszystkim dzieci żydowskie, poza mury getta. Nasze możliwości finansowe coraz bardziej się kurczyły i zapewne nie bylibyśmy w stanie kontynuować tej działalności, gdyby nie fakt, że w owym czasie powstała Rada Pomocy Żydom".

Rada Pomocy Żydom "Żegota" dysponowała dużo większymi pieniędzmi niż wydział opieki. Była finansowana przez Delegaturę Rządu na Kraj. Konspiratorzy z Opieki Społecznej podjęli ścisłą współpracę z Żegotą. Irena Sendlerowa została kierowniczką referatu dziecięcego.

Do dziś śni jej się mieszkanie w getcie. Mówi rodzicom: - Umieszczę wasze dziecko u dobrej, polskiej rodziny albo w zakładzie opiekuńczym. Matka i babka rzucają się na dziecko, obsypują je pocałunkami. Płacz, spazmy. Ojciec pyta: - Jaka jest gwarancja, że dziecko przeżyje wojnę? Irena: - Żadna. Nie wiem nawet, czy wyjdę z nim teraz żywa z getta.

W tych snach oni wciąż nie oddają dziecka. Nazajutrz Irena znów wraca do ich mieszkania, ale ono jest już puste.

Śni się Irenie chłopczyk żydowski, którego zabiera od przybranej rodziny, bo szmalcownicy żądają okupu. Irena wiezie chłopca tramwajem do kolejnego domu. Mały szlocha: - Ile można mieć mamuś?

Opisała po wojnie, jak żydowskie matki - nieraz miesiącami - przygotowywały swoje dzieci do życia po aryjskiej stronie. Jak zmieniały im tożsamość. Ty nie jesteś Icek, tylko Jacek. Nie Rachela, tylko Roma. A ja nie jestem twoją matką, tylko byłam u was gosposią.

W 1965 r. Irena Sendlerowa została odznaczona medalem "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata". W 1983 r. pojechała do Jerozolimy i posadziła cedr w Alei Sprawiedliwych. Rośnie na wprost wyjścia z pawilonu dziecięcego muzeum Yad Vashem. Jeden z ocalonych zapytał ją wtedy: - Jak matka mogła mnie oddać? Odpowiedziała: - Oddała pana z miłości.

Nie czekaj do jutra

Gdy w "Gazecie" ukazał się reportaż ">>Życie w słoiku<< trwa dziesięć minut", u Ireny rozdzwonił się telefon. Nieznajomy z Gdańska rozpłakał się; poruszyła go historia nastolatek, które opowiadają Ameryce o polskiej dziewczynie z Żegoty. Ktoś powiedział: - Dość tej żydowszczyzny! Agata Barańska z Otwocka przysłała naręcze fiołków.

Korespondencja Agaty Barańskiej i Ireny Sendlerowej trwa rok. Nigdy się nie spotkały. Agata ma lat 30, Irena Sendlerowa - 91. Łączy je fakt sprzed prawie wieku - mała Irena przychodziła do sklepu wędliniarskiego pradziadków Agaty przy ulicy Warszawskiej w Otwocku.

Z listu Ireny Sendlerowej do Agaty Barańskiej z Otwocka: Każdego roku, w kwietniu, myślę o powstańcach z getta. Była wtedy piękna pogoda. Kiedy rozmodleni warszawiacy wyszli z kościołów, ujrzeli czarną chmurę nad gettem. Nikt nie pomógł, poza pojedynczymi żołnierzami AK. Świat dostawał meldunki od polskiego podziemia, ale milczał. Agata starannie układa listy Ireny w teczce. Mówi, że dzięki nim zrozumiała, co jest w życiu ważne.

Do firmy, w której Agata jest asystentką dyrektora, przychodzą często listy z prośbą o pieniądze. - One trafiają zwykle do kosza - opowiada. - Ja myślałam o tym, że powinnam jakoś ludziom pomagać, ale zawsze odkładałam to na jutro. Aż kiedyś zatrzymałam dwa listy.

Odtąd raz na kwartał Agata wysyła 50 zł fundacji wspierającej dzieci chore na białaczkę. Organizuje też pomoc dla rodziny inwalidów z córeczką chorą na niewydolność nerek. Zebrała dla niej wśród pracowników firmy 1500 zł, od swojej rodziny - 1000 zł i wysyła jej paczki. - Bo korespondencja z panią Ireną uświadomiła mi - mówi Agata - że nie wolno czekać do jutra.

Przed egzekucją

Gestapo przyszło nocą. 20 października 1943 r. - imieniny Ireny, ulica Ludwiki 6 na Woli. Zdążyły dopiero zasnąć: Irena, jej ciężko chora na serce matka oraz łączniczka Janina Grabowska. Pod leżak, na którym śpi łączniczka, wsunęły torbę z pieniędzmi Żegoty - zapomogami dla ukrywanych Żydów.

Na stole leżą wąskie paski bibuły - kartoteka Żegoty. Prawdziwe i fałszywe nazwisko dziecka, zaszyfrowany adres rodziny, u której przebywa. Żeby było wiadomo, gdzie posyłać pieniądze i żeby po wojnie dzieci mogły odzyskać tożsamość.

Wiele razy Irena ćwiczyła ten wariant: gestapo wali do drzwi, ona chwyta kartotekę i wyrzuca przez okno do ogródka. Teraz wyjrzała - pod oknem Niemcy. Janina Grabowska chowa bibułki pod pachę. Niemcy ich nie znajdą. Odrywanie podłóg, rozpruwanie poduszek. Leżak zapadł się, Niemcy nie zajrzeli pod płótno do końca rewizji. Wyprowadzili Irenę w kapciach.

Nigdy nie opowiedziała ani córce, ani przyjaciołom, co przeżyła na Pawiaku. W jej listach i wspomnieniach można znaleźć strzępki informacji. Właścicielka pralni - skrzynki kontaktowej - nie wytrzymała tortur i wydała Irenę.

Przez Annę Sipowicz, dentystkę, otrzymała gryps od Żegoty: robimy wszystko, by cię wyrwać z piekła. "Do dziś mam >>wizytówki<< tych nadludzi na swoim ciele" - pisze Irena.

Rankiem w lutym 1944 r. wywołano Irenę z celi. Z grupą innych skazanych pojechała do siedziby gestapo na Szucha. Czekają na egzekucję; zjawia się żołnierz z rozkazem, że ma odprowadzić Irenę Sendler na dodatkowe śledztwo. Na rogu dzisiejszej alei Wyzwolenia krzyczy po polsku: - Uciekaj! Tego wieczoru rozklejają w mieście afisze z listą rozstrzelanych. Jest na niej nazwisko Sendler.

Dolary pod czarnymi kluskami

Tego dnia, gdy aresztowano Irenę, Maria Palester pobiegła na Próżną do Władysława P. Maria kierowała akcją dożywiania niemowląt, spotykała Irenę w siedzibie Warszawskiego Towarzystwa Medycyny Zapobiegawczej. Z okien biura na rogu Złotej i Żelaznej patrzyły obie na getto, na most nad Żelazną. W swoim mieszkaniu przy Łowickiej Maria ukrywała Żydów. Jej mąż Henryk, lekarz, nie poszedł do getta.

Więc Maria biegnie do Władysława P. i prosi o ratunek dla Ireny. Władysław P. preparuje fałszywe papiery za pieniądze, pije z Niemcami, wyciąga za łapówki więźniów z Pawiaka, wywozi z getta dzieci pod śmieciami. Mówi do Marii: - Śmierdząca sprawa, grozi czapa, potrzebna wielka suma.

Córka Marii Małgorzata Palester, lekarka, pamięta plecak, w środku - czarny makaron i kasza. Niesie plecak na Próżną do Władysława P., prowadzi ją mama. Pod kluskami leżą paczki dolarów. Helena Grobelna, żona prezesa Żegoty, napisała po wojnie: "Ponieważ ob. Sendlerowa (...) była jedyną osobą, która znała na pamięć zaszyfrowane miejsca ukrycia dzieci - Prezydium Rady Pomocy Żydom czyniło starania o uratowanie jej".

Irena nigdy się nie dowiedziała, jaką kwotę zapłaciła za jej życie Żegota. Niemiec, który wziął łapówkę i wyprowadził Irenę z gestapo, został zesłany na front wschodni. Małgorzata Palester, dziewczynka z dolarami w plecaku, do dziś czuwa nad zdrowiem Ireny Sendlerowej. W czwartek 24 maja, w trakcie rozmowy z amerykańskimi uczennicami, Małgorzata Palester mierzy jej ciśnienie. Jest w normie.

Butelka, czyli słoik

Po ocaleniu z egzekucji Irena z fałszywymi dokumentami znów działała w Żegocie, ukrywała się. Ciężko chora matka przysłała jej karteczkę: "Niemcy znowu cię szukali, nie wolno ci wstąpić do mnie". Nie mogła przyjść na pogrzeb matki wiosną 1944 r.

Kartotekę Żegoty od powrotu z Pawiaka wkładała zawsze do butelki i zakopywała w ogródku willi przy Lekarskiej 9 (w przedstawieniu amerykańskie uczennice mówią: słoik). Mieszkała tu jej przyjaciółka i łączniczka Jadwiga Piotrowska. Przez jej dom przewinęło się trzydzieścioro żydowskich dzieci.

Po wojnie Irena przekazała kartotekę Adolfowi Bermanowi, który w Żegocie był sekretarzem, a od 1947 r. - przewodniczącym Centralnego Komitetu Żydów w Polsce. Komitet odbierał dzieci i umieszczał we własnych zakładach, a potem wysyłał do Izraela. W książce o Żegocie Teresa Prekerowa wymienia liczbę 2500 dzieci uratowanych dzięki Sendlerowej i jej współpracownikom. Ogródek przy Lekarskiej istnieje do dziś. Dziko zarośnięty, ze starą jabłonią pośrodku, pod którą Irena i Jadwiga zakopywały butelkę.

Piasek na patelni

Wybuch Powstania zastaje Irenę w mieszkaniu Marii i Henryka Palestrów przy Łowickiej na Mokotowie. Jest z nią Stefan Zgrzembski, działacz PPS, który dotąd ukrywał się w Otwocku i na Pradze. Przed wojną skończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, znali się z Ireną od lat 30. Pobiorą się po wojnie.

11 sierpnia Niemcy palą domy w tej części Mokotowa. Około trzydziestu osób kryje się w piwnicach przy Łowickiej 54. Mają eter, narzędzia chirurgiczne, bandaże - tworzą punkt sanitarny. W połowie września w tłumie warszawiaków wychodzą z miasta. Na Okęciu zajmują baraki. Niemcy trzymali w nich Żydów, a potem żołnierzy radzieckich. Wszędzie pluskwy i wszy. Na ścianie wisi obrazek Kremla. Zakładają tu szpital PCK. Do marca 1945 r. Irena pracuje jako pielęgniarka. Jest z nią Anna (imię zmienione), dziewczynka z getta. Przez rok po wojnie będą mieszkać razem w norze pośród gruzów na Siennej.

Anna do dziś przyjaźni się z Ireną. - Traktowała mnie jak córkę - mówi. Anna pamięta scenę z Okęcia, kiedy chorowała na zapalenie zatok - Irena grzeje na patelni piasek, wsypuje do pończochy i delikatnie przykłada do czoła Anny.

Czy on mnie słyszy?

- Irena ratowała dzieci, a z trojga własnych dwoje straciła - mówi Małgorzata Palester. W 1949 r. ciężarną Irenę przesłuchiwano na UB. Jej synek rodzi się za wcześnie. Umiera po kilku tygodniach.

W 1963 r. dwunastoletni Adam przechodzi zakażenie krwi i śmierć kliniczną. - Mama w czasie wojny stwierdziła, że Bóg się odwrócił od ludzi - opowiada córka Janka Zgrzembska. - Potem nie była religijna. Ale gdy umierał Adam, zaczęła się modlić. I Adam wrócił z tamtego świata.

Jednak zakażenie uszkodziło mu zastawki. Badania w Szwecji opłacili przyjaciele Ireny, Żydzi. Potrzebna była operacja, lecz Adam nie mógł się na nią zdecydować. Umarł nagle we wrześniu 1999 r. Miał czterdzieści osiem lat, był absolwentem bibliotekoznawstwa. Irena powiedziała, że ma chyba serce z kamienia, skoro przeżyła jego śmierć. Przy jej łóżku stoi duża fotografia Adama. Napisała w liście do Agaty z Otwocka: "Czy on mnie słyszy, ja tego nie wiem".

Pod biurkiem

Janka Zgrzembska, urodzona dwa lata po wojnie, pamięta nieustanną tęsknotę za mamą. - Byliśmy z bratem zmęczeni tym jej wiecznym społecznikostwem - opowiada.

Irena Sendlerowa pracowała w Opiece Społecznej, szkole medycznej, Ministerstwie Zdrowia. Wyciągała z nędzy tzw. gruzinki - dziewczęta, które w gruzach Warszawy oddawały się prostytucji. Organizowała dla nich Dom Pomocy w Henrykowie. Tworzyła domy dla sierot i starców. Poradnie życia rodzinnego. Dzienne pogotowia dla dzieci. Szkoliła opiekunów społecznych. Przeszła na emeryturę w 1967 r., ale do 1984 r. pracowała jeszcze w szkolnej bibliotece.

- Mamie się wydawało, że musi się poświęcić biednym - opowiada Janka. - Była u nas gosposia, ciepłe obiady, dom pozornie dobrze funkcjonował. Ale wszystkie uczucia i czas oddawała innym.

Mieszkali przy Belwederskiej. Janka siadała pod biurkiem ojca, ojciec całymi dniami stukał na maszynie. Co pisał? Może przygotowywał się do lekcji, uczył historii w szkole. W 1957 r. odszedł od nich. Wkrótce zmarł na wylew, miał 49 lat.

Za mało zrobiłam

W czarnej sukni i czarnej opasce na siwych włosach, maleńka, z błyskiem w oczach. Obok fotografii syna postawiła sztuczne słoneczniki od amerykańskich dziewcząt, symbol stanu Kansas, w którym mieszkają.

Przygotowała dla mnie kartkę. Punkt pierwszy, podkreślony: "Nic bym sama nie zrobiła". Punkt drugi, łącznicy: Irena Schultz, Jadwiga Piotrowska, Janina Grabowska, Jadwiga Bilwin, Iza Kuczkowska, Wanda Drozdowska, Lucyna Franciszkiewicz, Stanisław Papuziński, Róża Zawadzka, Jadwiga Deneka.

Punkt trzeci: "Oraz grono szlachetnych osób". Wymieniła ich nazwiska i zasługi w Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego z 1963 r. na czternastu stronach. - Bo żeby uratować jedno dziecko - mówi Irena Sendlerowa - trzeba było pomocy dziesięciu osób. A ja za mało zrobiłam.

W lipcu 1993 r. wystąpiła na spotkaniu ku czci Sprawiedliwych "Czy obojętność może zabić?". Zawieziono ją do mikrofonu na wózku inwalidzkim. Zapytała: - Czy 4 tysiące Sprawiedliwych na 25 milionów Polaków przed wojną to dużo, czy mało? Czy spowiadacie się, rodacy, z grzechu antysemityzmu? "Nie mamy się czym chwalić - stwierdziła - raczej winniśmy czuć zażenowanie. Jest i był antysemityzm, w czasie wojny byli i tacy, którzy się cieszyli, że Hitler robi za nas tę brudną robotę".

Małgorzata Palester obliczyła, że spośród dwudziestu Żydów, którzy przewinęli się przez mieszkanie jej rodziców na Mokotowie, dziesięciu zginęło - w wyniku szantażu. Anna pamięta, jak w mieszkaniu przy Obozowej szmalcownicy kazali jej bratu zdjąć spodnie.

Parę miesięcy temu Irena Sendlerowa napisała do przyjaciół w Izraelu: "Nie wiem, czy chcecie mnie jeszcze znać...". Właśnie zaczęła się dyskusja o mordzie w Jedwabnem.

"Potrzebna jest Polakom spowiedź" - pisze Irena Sendlerowa. I ogólnonarodowa pielgrzymka do Jedwabnego, jak do Częstochowy. "Tam, na klęczkach, z największą pokorą, powinniśmy całować ziemię zroszoną krwią (...). Znając jednak dobrze swoich rodaków - obawiam się, że do tego nie dojdzie".

Jakie ty grzechy masz na sumieniu?

Z listu do Agaty Barańskiej: "Tuż po wojnie pisano na mnie donosy, że ukrywam wśród pracowników ludzi z AK, wzywano mnie na UB. Byłam w ciąży, dziecko urodziło się przedwcześnie".

Koniec lat 40. Żoliborz, mieszkanie pułkownika Zbigniewa Paszkowskiego i jego żony Ireny Majewskiej. Paszkowski choruje, przynieśli mu z pracy pilny dokument do podpisu. Od 1945 r. jest szefem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego na terenie Warszawy. Jego żona jest Żydówką; życie zawdzięcza Irenie, która w czasie wojny ukryła ją w podwarszawskich Włochach. Teraz Majewska podaje kawę i chwyta strzęp rozmowy: "aresztować tę Sendler". Wywołuje z pokoju męża, błaga o ratunek dla Sendlerowej. Paszkowski nie podpisze dokumentu.

Tę historię Irena Majewska opowiedziała Irenie Sendlerowej dopiero w 1956 r. - Spłaciłam dług wobec ciebie - powiedziała.

W 1967 r. córka Ireny zdaje egzamin na polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Jest na liście przyjętych. Nagle znika z listy. Irena interweniuje u zastępczyni dziekana. Przyjmuje Irenę serdecznie: - To jakieś nieporozumienie - mówi ciepło. Trzy dni później rozmawia z Ireną na stojąco: - Sprawa bardzo skomplikowana.

Irena mdleje pod jej gabinetem. - Na Pawiaku nie byłam tak załamana jak po tej rozmowie - wspomina dziś. W domu Janka pyta z wyrzutem: - Mamo, jakie ty grzechy masz na sumieniu, że mnie skreślili? Skończyła studia zaocznie. - Całe życie ciągnęły się za mną szepty: "to Żydówka, sprzyja Żydom" - mówi Irena Sendlerowa. - Miałam etykietkę "żydowskiej matki".

Janka Zgrzembska: - Mama nie mówiła mi o swojej działalności. To wychodziło przy okazji wizyt różnych ludzi. Pytałam: - Kto to? Moja łączniczka... i na tym koniec. W 1988 r. pojechałam do Izraela, dotknęłam drzewka mamy w Alei Sprawiedliwych, na nazwisko Sendler otwierały się przede mną wszystkie drzwi. Dopiero wtedy zrozumiałam, co ona zrobiła.

Źródło: Duży Format

środa, 7 maja 2008

Polski Borat i tuzin londyńskich opowieści

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
2008-05-01, ostatnia aktualizacja 2008-05-05 16:27

Zobacz powiększenie
Na brzegach angielskich akwenów pojawiły się znaki o jasnej dla Polaków wymowie: "Trzymajcie się z dala od naszych ryb"
Fot. East News

Tabloidy rysują Polaka: śpi w kiblu, spółkuje z odkurzaczem, je w parku łabędzie i odławia karpie, które miały służyć wielu pokoleniom wędkarzy Zjednoczonego Królestwa. A potem ktoś rozbija mu na głowie blat

Zobacz powiekszenie
Zobacz powiekszenie
Fot. MATT SAYLES AP
Sacha Baron Cohen jako Borat
Tomek Słomkowski ma 26 lat i sportową sylwetkę. Używa dezodorantu, we włosy wciera żel. Potrafi spojrzeć na kobietę powłóczyście. Ma fajny T-shirt z napisem "Crazy Love". Mógłby się podobać, a jednak babki z Weymouth mu odmawiały, bo kiepsko się do tego zabierał.

Typową Angieleczkę, śliczną blond drobinkę, klepnął w pupę, kiedy stali razem przed przejściem, na czerwonym. Spojrzała jak na wariata, coś powiedziała, ale Tomek nie zrozumiał, bo siedzi w "Ju-Kej" dopiero półtora roku. Robota dobra, w fabryce, 8 funtów na godzinę. Stać go na browar, kawę by mógł dziewczynie postawić albo ice-tea - jakiejś młodszej. Niektóre nastolatki się rewelacyjnie prezentują, szczególnie te kolorowe. Makijaż, wielgachne kolczyki w uszach, smoki wytatuowane na pośladkach wyciągają ogony aż na plecy - specjalnie, żeby kawałek było widać. Ta miała - jak się potem okazało - 15 lat. Lekko ją popchnął na chodniku. Gdy się oparła o ścianę, pogłaskał po piersiach i zagadał. Nie pamięta już, co dokładnie, bo był podniecony. A trzeba było milczeć. Od razu poznała, że Polak, i jak tylko czmychnęła, pobiegła do mamy, a mama - na policję. Tak go zaczęli szukać po całej południowej Anglii. Tylko jeszcze wtedy o tym nie wiedział. Do roboty chodził, popołudniami znów kogoś zapoznać próbował. Kolejna była w jego wieku i szła naprzeciwko przez skrzyżowanie. Podszedł z uśmiechem, fakt, że trochę drogę jej zastąpił, położył jedną rękę na swojej piersi, a drugą - na jej. Żeby wiedziała, że nie żebrze tutaj o kasę, tylko w celu towarzyskim podchodzi. Panna lekko zesztywniała, więc przytrzymał za ramię. A ona w nogi. I na policję. Zrobili portret pamięciowy i pokazali go w TV.

Tomek angielskiej telewizji nie ogląda, więc nawet i wtedy nic się nie zmieniło. Zdążył jeszcze wymiętosić pośladki kuso odzianej osiemnastki i jednej starszej nieco babce rękę pod sweterek wsunąć. I ta właśnie 45-letnia pani wrzasku narobiła na całe skrzyżowanie... a potem już wiadomo: zbiegowisko i policjant, i areszt. Dziewięć zarzutów mu postawili, bo tyle się skarg nazbierało. Ale i tak sprawa w sumie drobna przecież, nigdy by się nią tabloidy nie zajęły, gdyby nie to, że tłumaczka, Rosjanka z pochodzenia, chciała mu w śledztwie pomóc.

1. Czy w Polsce maca się obce kobiety?

Oświadczenie Svietlany Purkis leży w sądzie w Dorchester, pół godziny drogi z Weymouth, hrabstwo Dorset:

"Jako tłumacz chciałabym dodać, i jeśli istnieje taka potrzeba, złożyć oficjalne oświadczenie, że społeczeństwo wschodnioeuropejskie jest dużo bardziej rozflirtowane niż brytyjskie [much more flirtratious]. Flirt jest oparty na wzajemnej admiracji, a okazywanie podziwu dla płci przeciwnej nie oznacza braku szacunku. Zachowanie, jakiego dopuścił się oskarżony, zazwyczaj uchodzi w Polsce na sucho, nawet jeśli się kobiecie nie podoba".

Prokurator Jonathan Kingdon, gdy przeczytał sporządzony na komisariacie protokół, nie mógł uwierzyć w to, co czyta. Nie dowiemy się już, czy to on, czy ktoś inny ze śledczych dał znać redakcji "Daily Mail". Nie dowiemy się nawet, kto w gazecie ukuł hasło "Polski Borat", bo artykuł pod tym tytułem nie został sygnowany. Typowa praktyka w tabloidzie - agresywne teksty, za które można mieć proces, idą z podpisem "Daily Mail Reporter".

Jedno trzeba przyznać: po tym, co powiedziała tłumaczka, skojarzenie z najsłynniejszym Kazachem nasuwało się samo.

Dla niechodzących do kina: dziennikarz TV Kazachstan Borat Sagdijew to postać fikcyjna, stworzona na potrzeby filmu przez londyńskiego komika Sachę Cohena. Borat - niepoprawny politycznie seksista i ksenofob - wyjeżdża do USA i co rusz zalicza obyczajowe wpadki, które kompromitują jednak nie tyle jego samego, ile skostniałą obyczajowość Zachodu. Borat robi to, o czym inni tylko myślą: podszczypuje kobiety, naśmiewa się z inwalidów, śmieci, nawołuje do krwawej wojny z Arabami itd.

Zestawione obok siebie zdjęcia Słomkowskiego i Borata zajęły w "Daily Mail" całą stronę. W tekście można było przeczytać, że oskarżony o molestowanie Polak nie rozumie, co złego jest w podszczypywaniu na ulicy. Jego sąsiad z Weymouth mówi do gazety: "Chłopak z trudem tylko jest w stanie pojąć, co to różnica kultur". Anonimowy autor artykułu skrupulatnie wylicza grzechy Polaka, notując, która z Brytyjek została chwycona za lewy pośladek, a która za prawą pierś.

Informację - po "Daily Mail" - powtarza kilka innych tabloidów oraz bezpłatne gazety w całym Królestwie. "Polish Borat" dostaje się również na czołówki serwisów radiowych i telewizyjnych, nie mówiąc o portalach. Gości w mediach dwiema falami: po "wykryciu" sprawy przez "DM" i po ogłoszeniu wyroku. Orzeczenie jest surowe: dziewięć miesięcy więzienia, a potem deportacja albo nadzór specjalnego kuratora powołanego do zajmowania się wykolejeńcami. Słomkowski wybiera drugą opcję.

2. Polak gotuje łabędzia według przepisu

- W efekcie tej sprawy nasze czytelniczki były całkiem serio pytane w pracy, czy to prawda, że w Polsce faceci bezkarnie macają obce kobiety - czarnowłosa Kasia Kopacz, młodziutka redaktor naczelna "Gońca Polskiego", przyjmuje nas w niewielkim newsroomie na piętrze wąskiej kamienicy stojącej przy dworcu Ealing Broadway. Spośród pełnych oburzenia e-maili, które nadeszły do jej redakcji po tekście w "DM", najmocniej utkwił Kasi w pamięci list od Polki pracującej dla brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Szczegółowo opisała, jak bardzo było jej wstyd za Słomkowskiego i jak bardzo oburzyła ją wyciągnięta krótko potem "sprawa łabędzi".

Tym razem reporter "Daily Mail" oparł swój artykuł na relacji angielskiego wędkarza. Mężczyzna odpoczywający nad wodą w rozległym parku River Lee we wschodnim Londynie opowiedział gazecie o szczątkach królewskich ptaków znalezionych nieopodal obozowiska założonego na dziko przez wschodnioeuropejskich imigrantów.

- Jeden jeszcze żył, choć miał odłamane skrzydło - mówi na łamach poruszony wędkarz. - Niedaleko walały się ogryzione kości i części niezdatne do zjedzenia: łapy, dzioby, jelita itd. W całym obozowisku pełno było ptasich piór. To ohydne! Widziałem zakrwawione miejsca, gdzie ćwiartowano mięso przez ugotowaniem...

W Wielkiej Brytanii łabędzie są pod ochroną od stu lat. Nic dziwnego, że reporter tabloidu osobiście pofatygował się na miejsce. Znalazł nad rzeką kilka namiotów, ale nie udało mu się porozmawiać z ich mieszkańcami, bo żaden nie mówił po angielsku. Dziennikarz odnotował za to: "Przed namiotem leżą naczynia do gotowania i książka kucharska". Tytuł artykułu: "Emigranci z Polski zjadają łabędzie!".

Chcieliśmy zapytać w redakcji "DM", jak ich pracownikowi udało się rozpoznać polski przewodnik kulinarny i czy nie wydaje się dziwne, że bezdomni korzystają z takiej pomocy przy posiłku, ale elegancka sekretarka w siedzibie wydawcy - Associated Newspapers Limited - odmówiła nam wstępu do newsroomu. Ani nasze legitymacje prasowe, ani grzeczne uśmiechy nie zrobiły na niej żadnego wrażenia.

- W tym mieście mieszkają miliony ludzi, dzieją się miliony spraw - usłyszeliśmy. Gdyby każdy chciał wejść sobie z ulicy do redakcji, bo ma coś do powiedzenia dziennikarzowi, nie moglibyśmy pracować.

- W naszym kraju czytelnik ma prawo zobaczyć się z dziennikarzem... - zaoponowaliśmy, czując się jak dwa Boraty.

- Londyn to nie jest Polska - ucięła rozmowę wytworna pani. A starszawy ochroniarz z uśmiechem wyprowadził nas na zalaną deszczem Derry Street.

Zagadkę łabędzi musiał wyjaśnić kto inny. Podjął się prezes Zjednoczenia Polskiego Jan Mokrzycki: - Łabędzie są przysmakiem w Rumunii. Rumuńscy Cyganie, a to oni obozują często w podmiejskich parkach, jedzą je tutaj od dziesięcioleci. Dla dziennikarza "Daily Mail" Rumun czy Polak to jeden czort. Oni często w tabloidach używają określenia Poles na wszystkich z A-8, czyli ośmiu nowych państw Unii.

Prezes, energiczny 70-latek, ma paszport brytyjski. Ojciec zginął na Pawiaku, mama przeszła przez Auschwitz, do Anglii trafiła jako lekarka w powracającej z Niemiec

1. Dywizji Pancernej gen. Maczka. Urodzony już na Wyspach Mokrzycki od sześciu lat szefuje zrzeszającemu przeszło 60 polonijnych organizacji Zjednoczeniu. Palimy papierosy na balkonie Domu Polskiego w Hammersmith, gdzie na co dzień rezyduje. Za oknem betonowe budy i tory metra, które biegną tutaj wierzchem. Niedaleko urodził się Sacha Cohen. Prezes jego "Borata" nie oglądał, ale tekst o Słomkowskim czytał. I przypomina sobie jeszcze inny - też traktujący o lubieżnym Polaku. I o odkurzaczu. To było w "The Sun" - największym brytyjskim brukowcu.

3. Polak jęczy głośniej od silnika

Popularny w Anglii Henry Hoover to odkurzacz-ludzik stojący pionowo na kółkach. Wygląda jak robot-beczka z "Gwiezdnych wojen". Cylinder zakończony kopułką, wymalowany na przodzie szeroki uśmiech-banan, wesołe spojrzenie wielkich oczu, zamiast nosa - rura ssąca.

"Polski robotnik budowlany pracujący przy remoncie w londyńskim szpitalu dziecięcym stracił posadę po tym, gdy nakryto go, jak masturbuje się za pomocą odkurzacza. Polaka nakrył ochroniarz szpitala, gdyż jego jęki były głośniejsze niż silnik Hoovera" - napisała dziennikarka bulwarówki Virginia Wheeler.

Według jej relacji mężczyzna, przyłapany w fazie szczytowej rozkoszy, miał na sobie tylko slipy, i to częściowo ściągnięte, między nogami trzymał zaś włączony odkurzacz z rurą przytkniętą do przyrodzenia.

"The Sun" donosi, że ochroniarz, który to zobaczył, nakazał zawstydzonemu budowlańcowi najpierw doprowadzić do porządku siebie, a potem umyć odkurzacz. Także w środku. Następnie - jak pisze autorka artykułu - porządkowy wykopał Polaka za drzwi [kick him out]. W dodatku zawiadomił menedżera budowy, a ten natychmiast wezwał do siebie Polaka, który z kolei wytłumaczył, iż nad Wisłą czyszczenie bielizny za pomocą odkurzacza to normalna praktyka [common practice]. Szpitalny menedżer nie uwierzył. Powiadomił HG Construction - macierzystą firmę budowlańca - a ta zwolniła go w trybie natychmiastowym.

Informację o utracie pracy przez Polaka, którego danych - nad czym "The Sun" ubolewa - firma nie chce podać, redakcja opatrzyła komentarzem znanego komika Russella Branda, który przyznał się, że też miał "sesję z Hooverem", ale w wieku 14 lat.

Przejrzeliśmy wpisy czytelników "The Sun" pod internetową wersją tekstu pani Wheeler. Wśród komentujących postów znalazły się (często wykropkowane) określenia typu: "rats", "bums", "pukes", "tanks" i inne, trudne do przetłumaczenia, ale z grubsza mieszczące się w przedziale między śmieci, menele i głąby.

4. Polak wywozi 50-funtówki

- "The Sun", "Daily Mail", "Daily Express"... one wszystkie mają w sprawie imigracji podobną politykę - prezes Mokrzycki zaprasza z balkonu do swego gabinetu. Na ścianie portret papieża przewiązany kirem, biurko zawalone papierami. Niby krytykują Labour Party za to, że wpuściła tu przybyszów, którzy zabierają pracę, ale w rzeczywistości szczują przeciw obcokrajowcom, i to jeszcze w najgorszym, nazistowskim, stylu. Wiecie, że przed wojną "Daily Mail" bronił Anglii przed napływem Żydów próbujących tu uciekać z Trzeciej Rzeszy? Bo nie asymilują się, nie integrują, bo mają dziwaczne obyczaje... Wypisz wymaluj dzisiejsze zarzuty wobec Polaka.

- O co im chodzi, prezesie?

- Ma się rozumieć: o zatrzymanie imigracji. A długofalowo o wystąpienie Anglii z Unii Europejskiej. To są jasno artykułowane oczekiwania konserwatystów i skrajnej prawicy. Przecież oni nie tylko Polaków atakują. Muzułmanów nieustannie opisują jako terrorystów... W "Daily Mail" nie przeczytacie informacji, że 99 procent Arabów stanowią spokojni, Bogu ducha winni ludzie. Przeczytacie tylko, że rodzi im się za dużo dzieci, że ich kobiety po 30 latach wciąż nie mówią po angielsku...

- A Polacy?

- Wywozimy z Anglii pieniądze i przez nas znikają z obiegu banknoty 50-funtowe. Ma się rozumieć, "Daily Mail" taką bzdurę napisał. A czytelnicy w to wierzą - nawet moi znajomi Brytyjczycy, wydawałoby się, poważni państwo. Bo w odróżnieniu od "Suna" "Mail" to nie jest szmatławiec. Oni nie piszą o latających spodkach. Mają swój target: gospodynie domowe, ludzi, jak byśmy powiedzieli w Polsce, średnio wykształconych - i są dla niego wiarygodni. Wierutnych kłamstw przecież nie zamieszczają. Molestował Polak kobiety? Molestował. Jedzą imigranci łabędzie? Jedzą. To jest manipulacja na takim poziomie, no... Było 10 przestępstw rocznie popełnionych w jakimś rejonie przez Polaków. A rok później było 27, bo i imigrantów przybyło. Wielki tytuł "Polska przestępczość wzrosła o 270 procent!". Inny przykład: jak fala emigracji rosła, to dali tytuł "Polacy zalewają Anglię". Jak zaczęła opadać, piszą: "Polacy de-zerterują z Anglii". Ma się rozumieć: zawsze niedobrze! A można by przecież napisać: przyjeżdżają, wyjeżdżają... Tylko że wtedy sensacji nie ma... Sensacja jest dopiero, jak Polak zje karpia!

5. Polacy! Trzymajcie się z dala od naszych ryb!

Polskich pożeraczy karpi opisał "The Evening Standard" - popołudniówka wydawana przez tę samą korporację co "Mail". Nagłówek: "Znaki ostrzegawcze mają zatrzymać Polaków łowiących w rzekach ryby na świąteczny obiad".

W Wielkiej Brytanii od dziesięcioleci panuje wśród wędkarzy zwyczaj, że złowioną rybę fotografuje się i wypuszcza. Kto ma twardsze serce (i licencję na wędkowanie), może zabrać wyjątkowy okaz do domu; ale raczej po to, by pochwalić się znajomym, niż żeby rybę zjeść. Spożywanie własnoręcznie upolowanych karpi i szczupaków nie jest tu zbrodnią - raczej nietaktem. Poza tym wiele akwenów ma prywatnych właścicieli.

Przed minionymi świętami nad kilkoma rzekami, kanałami i jeziorami obrońcy przyrody ustawili znaki wzorowane na drogowych zakazach skrętu. W czerwonym kole przekreślony czerwonym pasem czarny karp na ostrzu dzidy. Drugi znak: przekreślony człowiek biegnący z karpiem pod pachą. Trzeci: skreślony karp paruje na talerzu. "Standard" pisze: "Dla Polaków złaknionych przysmaków i Rumunów obdarzonych wilczym apetytem przesłanie nie mogłoby być bardziej oczywiste. Trzymajcie się z dala od naszych ryb".

Popołudniówka wyjaśnia czytelnikom: karp i szczupak to tradycyjne polskie przysmaki wigilijne. Polacy potrzebują tego mnóstwo, przygotowują bowiem uroczystą kolację nie tylko dla siebie - szykują jeszcze dodatkową porcję na wypadek przyłączenia się do posiłku samego Jezusa [a place is left free at the table, apparently in case Jesus turns up]. Związana z wieczerzą gorączka połowów rybnych wybucha w Polsce już na kilka tygodni przed Gwiazdką. To samo grozi teraz Zjednoczonemu Królestwu. Co gorsza - jak informuje reportera "Standard" jeden z obrońców przyrody - obok indywidualnych łowców ryb pojawiają się całe gangi, które prowadzą zorganizowany połów w celu dalszej sprzedaży na stoły. Zgroza!

6. Polak - cel politycznie doskonały

- Associated Newspapers Limited ma na celu wzbudzenie w czytelniku obawy - tłumaczy Peter Wilby, wykładowca z Wydziału Mediów Uniwersytetu w Birmingham. - Chodzi o wywołanie poczucia, że byt i status materialny Anglika są zagrożone. Dlatego człowiek musi jak najwięcej dowiedzieć się o przyczynach tego zagrożenia. A przyczyny wskaże mu "Daily Mail" albo "Standard", który dzięki temu doskonale się sprzeda i przyciągnie reklamodawców. Tabloidy zabiegają o przychylność middle England - klasy, która obawia się zniszczenia kultury narodowej przez siły z zewnątrz, obojętnie, czy to będą religijni fanatycy, unijni biurokraci, Cyganie, narkomani czy imigranci.

- Polak jest dla tych ludzi doskonałym celem z kilku podstawowych powodów - 60-letni Wiktor Moszczyński, przedstawiciel tzw. starej emigracji, umówił się z nami w POSK-u (Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym). - Po pierwsze, jest nas wystarczająco wielu, by wystraszyć przeciętnego Anglika potopem. Nie jesteśmy czarni, więc można nas zelżyć bez posądzenia o rasizm. Jesteśmy przy tym wystarczająco obcy: myślę, że czytelnik "Maila" miałby trudności z pokazaniem Warszawy na mapie. A jednocześnie każdy tu słyszał, że Polska istnieje. O Łotwie czy Estonii już tego nie można powiedzieć. Nagonka na Łotyszy nie dałaby zysku.

Wiktor Moszczyński, na co dzień menedżer w firmie importującej miód, udziela się w POSK-u popołudniami i wieczorem. Razem z prezesem Mokrzyckim wspólnie przygotowali skargę na "Daily Mail", którą Zrzeszenie Polskie wysłało do Press Complaints Comission - odpowiednika polskiej Rady Etyki Mediów. Polonia zarzuca bulwarówce złamanie kodeksu postępowania wydawców prasowych [Editor's Code of Practice], który zakazuje obraźliwego określania rasy, ułomności fizycznej czy wyznania. Do skargi Polonusi dołączyli wydruki szkalujących nas artykułów i komentarzy zamieszczonych na stronach internetowych "DM". Z dwóch lat uzbierało się tego 3,5 kilograma papieru.

Odpowiedź PCC przyszła kilka dni temu: skarga dostała numer i będzie rozpatrzona.

Polonijni działacze nie łudzą się, by coś poważnego z tego wyniknęło.

- "Maila" nie zamkną, to pewne. Ale już samo uświadomienie, że Polacy się bezkarnie nie dadzą obrażać, ma sens, prawda? - Moszczyński siada ciężko w fotelu, jest wyraźnie zmęczony. Przed chwilą wyszedł z półtoragodzinnego spotkania polskich dziennikarzy i kandydata na burmistrza Briana Paddicka. Wszyscy trzej: Paddick, drugi pretendent Boris Johnson oraz obecny burmistrz Ken Livingstone, na gwałt zabiegają teraz o przychylność Polaków, bo okazało się, że 90 tys. naszych zarejestrowało się już do głosowania. A wybory blisko: 1 maja.

Livingston oficjalnie poparł skargę Zrzeszenia Polskiego na "Daily Mail". Paddick także obiecał, że nie pozostanie bezczynny.

- Antypolskie tezy brukowców to kompletny nonsens i próba przerzucenia na nowo przybyłych problemów miasta i kraju - stwierdził pół godziny temu, wywołując brawa zebranych w sali POSK-u 30 osób. - Te problemy spowodowali obecnie nami rządzący, a nie imigranci! "Mail" kiedyś atakował Żydów, Murzynów i Irlandczyków, a teraz atakuje Polaków i ja się na to nie godzę!

7. Polak włazi do kibla i nie chce wyjść

Kroplą, która przelała czarę polskiej goryczy wobec"DM", był tekst "Polacy walczą o nocleg za 20 pensów w superkiblu" [The superloo where Polish migrants are fighting to spend the night for 20 p].

- W Hackney, przy dużej ulicy, miasto otworzyło nową, elegancką toaletę dla niepełnosprawnych - opowiada Moszczyński z kwaśnym uśmiechem. - Jej zaletą, z punktu widzenia mieszkaniowego, była wielkość. No i rzeczywiście zagnieździło się tam kilku polskich lumpów. Mieli ze sobą materac, śpiwory, nie dawali się wyrzucić. Cóż dodać? Nowy Jork jest pełen bezdomnych, prawda? Sam tekst jeszcze nie był zresztą tak oburzający jak komentarz.

Felietonista "Maila" dopisał, że oto już wiadomo, dlaczego Polacy są w stanie pracować za 5 funtów na godzinę. Mają niskie koszty własne, skoro nocują za 20 pensów.

- I tu już dotykamy poważniejszej sprawy niż kwestia prowadzenia się kilku pijaków włóczykijów - mówi Moszczyński. - Płace, rynek pracy i świadczenia socjalne to ulubiony teren ataków i "Sun", i "Maila". Ataków i antypolskich manipulacji. Prosty przykład: ukazuje się tekst pod nagłówkiem "Imigranci zarabiają lepiej niż przeciętny Anglik!". Do tego zdjęcie ludzi pracujących w polu. Oczywiście z podpisem, że to Polacy. A w samym tekście, dopiero na dole, czytamy, kto faktycznie spośród obcokrajowców zarabia powyżej brytyjskiej średniej: tylko specjaliści z USA i Australii! Tyle że większości czytelników wystarczył tytuł i zdjęcie, jesteście z prasy, to wiecie, jak to działa, prawda?

- Wiemy.

8. Polak czeka pod ambasadą na wizę, by zostać

Inny przykład manipulacji: w tabloidzie ukazuje się zdjęcie ludzi, wielu z małymi dziećmi, stojących w długiej kolejce do polskiej ambasady. Podpis: "Oni wszyscy czekają na wizy, by zostać w Wielkiej Brytanii". W rzeczywistości to jesienny ogonek chętnych do zarejestrowania się przy urnie w związku z wyborami parlamentarnymi w Polsce.

- To pokazuje, do jakiego czytelnika zwracają się "Mail" czy "Sun" - mówi prezes Mokrzycki. - Straszą nami ludzi, którzy nawet nie wiedzą, że Polacy nie potrzebują tu wiz. Straszą, czym popadnie, bez względu na związek z rzeczywistością, byle straszyć. Raz tym, że rzekomo zarabiamy za dużo, innym razem, że godzimy się na zbyt niskie stawki, psując rynek pracy. Dla "Maila" dobry Polak to taki, który w ogóle nie przyjechał. A przecież nasz wkład w PKB Królestwa to blisko 6 miliardów funtów rocznie! Sam szef brytyjskiej korporacji pracodawców powiedział niedawno wprost: dyrektorzy wolą Polaków nie dlatego, że są tańsi, ale dlatego, że są lepsi. Mają najlepszą Work Ethic. Na 500 ankietowanych szefów firm 61 proc. uznało nas za najbardziej wartościowych pracowników!

Kolejny tabloid - tym razem darmowe "Metro" - skomentował te wyniki badań obrazkiem: Anglik przychodzi do pośredniaka z pretensją: "Nie mogę znaleźć roboty". "A próbował pan zagadywać z polskim akcentem?" - pyta narysowana zabawną kreską urzędniczka.

9. Polak wjeżdża do Anglii, by łamać przepisy drogowe

Kolejne tytuły z "Daily Mail": "Polski baby boom: tysiące polskich dzieci rodzą się na Wyspach każdego tygodnia", "Nigdy nie wrócą do domu... 300 tysięcy emigrantów planuje zostać na stałe w Wielkiej Brytanii", "Emigranci wysyłają do kraju milion funtów miesięcznie w postaci świadczeń rodzinnych", "Brytyjczycy nie mogą dostać pracy, bo nie mówią po polsku", "Polacy zabierają brytyjskiej gospodarce BILION funtów".

- Jak to zabieramy gospodarce? - Kasia Kopacz z "Gońca Polskiego" unosi czarne brwi. - Ja się leczę u brytyjskiego dentysty, kupuję tu jedzenie i ubranie, wynajmuję mieszkanie, nawet oszczędności trzymam w angielskim banku. A przede wszystkim płacę tu normalne podatki, jak wszyscy legalnie pracujący. Tymczasem "Mail" daje na łamy jakieś księżycowe wyliczenia. Każdy może sobie zrobić odwrotne!

Faktycznie: w odpowiedzi na zarzuty tabloidów polska firma księgowa z Londynu opublikowała w sieci informację o tym, że Wielka Brytania zaoszczędziła na ściągnięciu fachowców z Polski 300 miliardów funtów. Tyle kosztowałoby wyżywienie i wyuczenie przeszło półmilionowej rzeszy budowlańców, pielęgniarzy, hydraulików, kelnerek itd.

- Próbowaliśmy zainteresować redakcję "Maila" tymi argumentami, żeby zobaczyli drugą stronę medalu, ale oni są nieprzemakalni - Wiktor Moszczyński ciężko wzdycha, zapadając się w fotel. - Można odnieść wrażenie, że poszli z nami na wojnę. Niedawno zgłosił się do mnie człowiek, któremu zaproponowali sto funtów za jakiekolwiek udokumentowane historie o mieszkańcach Europy Wschodniej, którzy okradają pracodawców albo porzucają bez słowa robotę.

Przypadek nie jest odosobniony. W ubiegłym roku bloger kryjący się pod pseudonimem "beetrot" opisał ze szczegółami, jak to dziennikarka "DM" chciała kupić odeń za 800 funtów informacje, którymi można by podeprzeć tezę, że Polacy masowo przyjeżdżają na Wyspy autami na rodzimych rejestracjach po to, by bezkarnie łamać angielskie przepisy. Chodzi o to, że Anglicy nie znają instytucji policjanta z radarem i bloczkiem mandatowym. W Londynie pirata drogowego łapie kamera, mandat wystawia komputer, rachunek przychodzi na adres właściciela wozu. Polska rejestracja dezorientuje system.

Artykuł jednak nie powstał. Reporterka "DM" zapomniała, że Polacy mają kierownicę po innej stronie wozu i trudno im - poza wyjątkowo uzdolnionymi jednostkami - masowo rozbijać się wozami po Wielkiej Brytanii.

10. Polak jako wiking tysiąc lat później

Po skargach od czytelniczek Kasia Kopacz postanowiła oficjalnie odpytać "Daily Mail", dlaczego oni nam to robią. "Goniec" wysłał prośbę o komentarz. W odpowiedzi niepodpisany z nazwiska redaktor "DM" odpisał: "Odezwiemy się, gdy przyjdzie czas".

Czas przyszedł dopiero, gdy do bulwarówki zadzwoniła współpracowniczka "Gońca" zatrudniona jednocześnie w BBC - Dorota Bawołek. Rzecznik "Maila" redaktor Robin Esser nie pozwolił sobie na zlekceważenie pracownika publicznego koncernu, ale odpowiedział tak:

„Nasz dziennik nie jest w jakikolwiek sposób antypolski! Nie występujemy przeciw jakiejkolwiek mniejszości etnicznej. Zastrzegamy sobie jedynie prawo krytykowania roszczeń do nienależnego azylu, wyłudzania benefitów, uchylania się od płacenia podatków. »Daily Mail « jest upoważniony do pisania o imigracji, w ostatnich latach przyjęła ona bowiem rozmiar niespotykany od inwazji Normanów w XI wieku. A spośród wszystkich przyjezdnych 66 proc. to Polacy”.

- I tak wyszło szydło z worka - Kasia uśmiecha się, kserując dla nas odpowiedź Essera. - Nie mamy nic przeciw Polakom, ale jesteście dla nas największym najazdem od tysiąca lat... A przed najeźdźcami trzeba się bronić. I tu się już niestety żarty kończą, a zaczyna faktycznie krew tryskać...

11. Polak nazwany i przygotowany do pobicia

Przypadki tylko z wiosny ubiegłego roku:

7 marca 2007. Kierowca taksówki w Bishops Auckland rozpoznany jako Polak zostaje znieważony i ciężko pobity przez kilku miejscowych.

11 marca, Wrexham. Antypolskie hasła pojawiają się na wiadukcie kolejowym.

11 kwietnia, Reading. Kierowca Brytyjczyk i przechodzień Polak kłócą się na chodniku. Anglik wyzywa "pieprzonego Polaczka", po czym przejeżdża po nim samochodem.

22 kwietnia, Cheltenham. Chorwatka pobita przez angielskich chuliganów, którzy - co wyznają na policji - wzięli ją za Polkę.

23 kwietnia - ciężarna Magda znieważona jako "polska krowa" [polish cow], pobita i poszczuta dobermanem w parku w Glasgow. Polkę i jej siostrę zaatakowało dwóch młodych oprychów z puszkami piwa i psami. Rzucili się na kobiety, gdy usłyszeli, że rozmawiają po polsku, zaczęli okładać je pięściami i kopać. Przegonił ich bramkarz Celticu Artur Boruc, który podbiegł, słysząc płacz i krzyki napadniętych.

24 kwietnia - właściciel polskiej piekarni w Sevenoaks zamyka interes po kolejnym napadzie rasistów wybijających szyby i malujących antypolskie hasła na murze.

20 maja - pub w Leyton. Anglicy rozbijają blat na głowie Polaka, mężczyzna cudem unika śmierci.

Zjednoczenie Polskie sporządziło listę 50 podobnych incydentów z kilkunastu minionych miesięcy. Liczą się tylko napady stricte rasistowskie. Z policyjnych danych wynika, że w samej Irlandii Północnej - gdzie sytuacja pod tym względem jest najgorsza - w 2007 roku pobito i okaleczono przeszło 200 naszych rodaków wyłącznie za to, że pochodzą z Polski.

- Tu się na te napady mówi hate crimes, czyli przestępstwa z nienawiści - tłumaczy Kasia. - Nikt nie udowodnił bezpo-

średniego związku między publikacjami brukowców i napaściami, ale nie mam wątpliwości, że to jedna z przyczyn. Polaków nie biją czytelnicy "Guardiana", tylko właśnie tacy, co "Suna" męczą.

Prezes Mokrzycki jest tego samego zdania: - Wykształcona Anglia przyjmuje imigrantów pozytywnie. Myślę, że nawet lepiej, niż my sami byśmy traktowali imigrację, gdyby się w Polsce pojawił milion przybyszów skądś tam. Problem jest ze słabo wykształconymi grupami z małych miasteczek, bo te są podatne na manipulację. Jeżeli się wciska konsekwentnie opinie: brudas, wykolejeniec, je ptaki, śpi w WC... no to na efekty, ma się rozumieć, przyjdzie pora. 25 lat temu, w czasie kryzysu, na prowincji rozkwitał sport zwany Paki-bashing, czyli po prostu nawalanie Pakistańczyków albo Hindusów. Teraz to się zamienia w Pole-bashing. A co będzie, gdy się sytuacja gospodarcza, nie daj Boże, znowu pogorszy? Gdy podskoczy bezrobocie? Winni już są nazwani i przygotowani do bicia. Dlatego postanowiliśmy być mądrzy przed szkodą i napisać jeszcze jedną skargę, poważniejszą. Do Human Rights Comission. To już nie jest rada etyki. Ci naprawdę mają zęby.

12. Polak - bohaterski lotnik

Human Rights jest instytucją rządową. Gdyby uznała, że angielscy dziennikarze łamią wobec Polaków te prawa człowieka, które określa się tu "relacjami rasowymi", odpowiedzialni za nienawistną kampanię pracownicy brukowców mogliby nawet trafić pod sąd. Może dlatego w ostatnich tygodniach "Daily Mail" niespodziewanie zmienił front. Od początku marca nie ma żadnych antypolskich publikacji, a w połowie miesiąca - przy okazji omawiania nowelizacji przepisów, która uprości imigrantom dostęp do pracy w wojsku - gazeta zamieściła zdjęcie dumnego i uśmiechniętego polskiego lotnika, bohatera bitwy o Anglię.

"Polscy piloci, myśliwców, walcząc z Luftwaffe osiągnęli najbardziej imponujące rezultaty ze wszystkich brytyjskich szwadronów. Stanowiąc 5 proc. alianckich sił powietrznych, zestrzelili aż 12 proc. niemieckich samolotów" - czytamy pod zdjęciem.

- Może to zwiastun nowej polityki wydawcy - Wiktor Moszczyński, podnosząc się z fotela, nie ukrywa zmęczenia. Jest dziesiąta wieczór, w pokoju obok czeka jeszcze operator TVP, która kręci materiał o polskich aspektach londyńskiej kampanii wyborczej. - Niech się panowie z "Maila" starają, bo my nie odpuścimy. Nie damy się poniewierać. Ciężko tu pracujemy. Gdyby Polacy jakimś cudem zniknęli dziś jednego dnia, Anglia by stanęła. Należy nam się szacunek. 1

* Nazwisko "Polskiego Borata" nieco przekręciliśmy, by nie narobić mu więcej wstydu

Źródło: Duży Format