2010-04-25 22:25:46, aktualizacja: 2010-04-26 07:36:43
O tym czy wierzy w swoje zwycięstwo, kto udzieli mu wsparcia, o niebieskich koszulach i czym jest wojna polsko-polska, z Grzegorzem Napieralskim, kandydatem SLD na prezydenta, rozmawia Joanna Miziołek.
Panie prezydencie - wierzy Pan, że kiedyś dziennikarz tak się do Pana zwróci?
Wierzę, że Polska może być krajem szczęśliwych ludzi, europejskim krajem dobrobytu, tolerancji i uśmiechu. A nie krajem wojny, teczek, policji politycznej i indoktrynacji religijnej.
Czyli nawet Pan nie wierzy w to, że wygra?
Jakbym nie wierzył, tobym nie stratował. Aleksander Kwaśniewski, który namawiał mnie na kandydowanie, powiedział, że kiedy startował, był niewiele starszy ode mnie, nikt nie wierzył w jego zwycięstwo. A udało się.
Dziś wśród Pana przeciwników w Sojuszu pojawiają się głosy, że od samego początku miał Pan zamiar wystartować, a w ostatnich dniach przed ogłoszeniem decyzji wykonał Pan pokerową zagrywkę. Co chwilę w mediach pojawiał się inny kandydat na prezydenta z ramienia SLD.
Dopiero na dwa dni przed ogłoszeniem kandydata na prezydenta podjąłem ostateczną decyzję, że startuję. Po pogrzebie Jerzego Szmajdzińskiego, na cmentarzu wiele osób z Sojuszu podchodziło do mnie i prosiło, żebym wystartował. Mówili, że w przeciwnym przypadku będzie rozłam i podział w SLD, i tak to wyszło. Takie są kulisy tej decyzji. Żadnego pokera nie było.
Czyli wyszło słynne: nie chcem, ale muszem?
Chcę zawalczyć.
Kalisz i Siwiec też chcieli powalczyć o prezydenturę. Dlaczego nie oni?
To wynik takich małych prawyborów, demokratycznej decyzji. Jestem młody, czym skutecznie wyróżniam się od pozostałych kandydatów. Polacy chcą zmiany w polityce. A moja kandydatura jest zapowiedzią i gwarancją tych zmian. Ponieważ wybór polityka nowego pokolenia to koniec wojny polsko-polskiej, koniec gorszących sporów. Mnie interesuje przyszłość. Jestem rozpoznawalny i mam poparcie w strukturach, wśród członków i sympatyków SLD.
Ale Ryszard Kalisz też jest rozpoznawalnym politykiem Sojuszu. Wielu działaczy optowało za jego kandydaturą. Dlaczego przegrał?
W SLD jest mnóstwo rozpoznawalnych ludzi i świetnych fachowców. Jednak wszyscy nie mogą kandydować na prezydenta. Poza tym Ryszard Kalisz nie przegrał. Jego kandydowanie to były tylko spekulacje medialne. Szefowie regionów i zarząd krajowy zadecydowali jednogłośnie, że stawiają na mnie.
To w końcu rozmawiał Pan z nimi o tym, czy chcą wystartować w wyborach, czy nie? Czy to też były medialne spekulacje?
My w SLD w ogóle bardzo dużo rozmawiamy. To nie jest partia wodzowska.
Czyli poszedł Pan za ciosem i zaryzykował. Jak powiedział były szef SLD Wojciech Olejniczak: wóz albo przewóz. Ma Pan poczucie, że to jest test na przywództwo?
Daleki jestem od takiej rolniczej terminologii. Od lidera wymaga się więcej. Przewodniczący musi stawić czoła trudnym wyzwaniom i wziąć odpowiedzialność w ciężkiej sytuacji za całą lewicę. Bo tragedia zabrała Sojuszowi trójkę przyjaciół, w tym kandydata na prezydenta.
Na jakie poparcie Pan liczy? Wierzy Pan w to, że pomoc Aleksandra Kwaśniewskiego zapewni panu 15 proc.?
Wierzę w bardzo dobry wynik wyborczy. Bo wiem, że Polacy nie chcą już wybierać między prawicą a prawicą. Nie chcą również wojen polsko-polskich, grzebania w przeszłości. Chcą, by politycy rozwiązywali ich problemy. A fakty są jednoznaczne: kiedy prawica spod znaku PO i PiS pracowała nad ustawą o CBA, które szczuło ludzi, my pracowaliśmy nad ustawą o in vitro. Gdy prawica zajmowała się IPN i niszczeniem ludzkich życiorysów, lewica pracowała nad podwyższeniem minimalnej płacy i emerytury. Jak prawica rzucała kolejne teczki, my przekonywaliśmy do narodowego programu budowy przedszkoli.
Ale rozumiem, że Wojciech Olejniczak nie jest wliczany w poczet osób, które udzielą Panu wsparcia przy kampanii. Bo od momentu ogłoszenia kandydata na prezydenta parę prztyczków w nos Pan już od niego dostał.
Nie wiem dokładnie, co ma pani na myśli, używając takich określeń. Wierzę, że Wojtek zaangażuje się w kampanię jako europoseł i będzie aktywnie mnie wspierał.
Olejniczak powiedział, że nie wierzy, iż wejdzie Pan do drugiej tury.
Jestem zaskoczony, jak bardzo na starcie tej kampanii Wojciech Olejniczak nie rozumie tego, co dziś czują członkowie i kierownictwo SLD. To język Tomasza Nałęcza, a nie byłego przewodniczącego naszej partii. A wygrywa się wtedy, kiedy ma się wiarę, motywację i postulaty. Ja to wszystko mam. Ci, którzy są niedowiarkami, przegrywają nie tylko w wyborach, ale i w życiu.
Pije Pan do Olejniczka? Pana zdaniem jest przegrany?
Nie piję do Olejniczaka. Wojtek odnosi sukcesy. Jest dobrym europosłem.
A nie boi się Pan tego, że jeśli w tej kampanii uzyska Pan słaby wynik, to Wojciech Olejniczak może wrócić i przejąć władzę w partii?
Tragedia pod Smoleńskiem zabrała nam kandydata na prezydenta i znakomitych parlamentarzystów. Ale też katastrofa spowodowała, że zobaczyliśmy, że Polacy chcą zmiany w polskiej polityce. Ja jestem gwarantem tego, że teraz w SLD będzie inna polityka. Wszyscy szefowie regionów i członkowie władz partii będą murem za szefem partii. I to pokazuje, że jest szansa na zjednoczenie lewicy.
Tylko, że Partia Demokratyczna poparła Bronisława Komorowskiego, a SdPl zadeklarowała w mediach, że też nie jest skłonna Pana poprzeć. Może Pan liczyć tylko na Unię Pracy.
Zachowajmy rozsądne proporcje. Partia Demokratyczna to partia liberalna, a nie lewicowa. Czekam na rozmowy z innymi partiami na lewicy. I mam nadzieję, że przyniosą one pozytywne efekty. Wybór dla wszystkich lewicowych środowisk jest prosty - Jarosław Kaczyński, Bronisław Komorowski to politycy prawicy. Poza wąsami niewiele ich różni. Dlatego jedyną alternatywą dla prawicowych polityków jest lewicowy Grzegorz Napieralski, reprezentant nowej generacji. Jestem kandydatem, który brał kredyt hipoteczny, jestem kandydatem, który doświadcza realnych problemów zwykłych ludzi, a nie żyje, jak pozostali, w oderwaniu od rzeczywistości. Jestem osobą, która ma jasne, czytelne lewicowe poglądy. Dla każdej lewicowej partii wybór powinien być jasny.
Myślał Pan już o wizji prezydentury? Jaka ona będzie?
Oczywiście, że myślałem. Ogłoszę ją niebawem. Jej główne założenie to przede wszystkim zakończenie wojny polsko-polskiej. Teraz młode pokolenie, którego ja jestem przedstawicielem, ma przed sobą wielkie szanse. Wiem dokładnie, czego potrzeba Polakom. Nie chcę, aby moi
rodacy wyjeżdżali z kraju. Chcę też poprawićkontakty z naszymi zagranicznymi sąsiadami, szczególnie z Rosją. Chcę, aby prezydent był inspiratorem porozumienia społecznego. Zamierzam stworzyć silną prezydenturę w oparciu o konstytucję. Prezydent powinien być inicjatorem zmian w służbie zdrowia. Chcę, aby Polska była krajem standardów europejskich, gdzie będzie zagwarantowane finansowanie in vitro z budżetu państwa, gdzie państwo będzie rozdzielone od Kościoła. Prezydent powinien być też aktywny na polu walki z bezrobociem.
A kto pomoże Panu pisać tę wizję?
W naszym obozie jest dwukrotny prezydent i trzech premierów. Poza tym poproszę, aby Bartosz Arłukowicz i Marek Balicki zajęli się zdrowiem, Janusz Zemke sprawami bezpieczeństwa, Marek Siwiec sprawami zagranicznymi. Ale wiele postulatów zostało nam w testamencie po Jerzym Szmajdzińskim, które chcę realizować.
Boi się Pan powrotu IV RP? Tego, że PiS urośnie w siłę, a brat tragicznie zmarłego prezydenta Jarosław Kaczyński będzie realizował jego polityczny testament, ale tym razem skutecznie?
IV RP nie musi wracać. Wskutek koalicji ustrojowej PO i PiS IV RP trzyma się świetnie. Nikt nie rozwiązał CBA. IPN ma się doskonale. Biskupi mieszają się do polityki, a często ją rozgrywają. Rozdział Kościoła od państwa jest fikcją. Nie ma refundacji in vitro, a prawo aborcyjne jest u nas najsurowsze w Europie.
W sprawie IPN Bronisław Komorowski zaczął działać.
To pudrowanie, nie działanie. IPN trzeba zlikwidować, a akta przekazać do archiwów.
Pan gdyby został prezydentem, przyłożyłby do tego rękę.
Oczywiście.
A kto będzie pomagał Panu w kampanii, jeśli chodzi o specjalistów od wizerunku. Będzie Pan prowadził kampanię w stylu Kwaśniewskiego? Pojawią się słynne niebieskie słynne koszule?
No mam niebieskie koszule i będę je zakładał, bo je lubię.
Co jeszcze będzie? Spoty, billboardy? SLD na kampanię jak na razie planuje wydać 4 mln zł. To stosunkowo niewiele.
A kwoty, które prawica wydaje na PR, uważam za gorszące. Podkreślam, to nie są pieniądze wydane na debatę, tylko na reklamę. Taką samą jak reklama chipsów czy materiałów opatrunkowych. Nie tak powinna wyglądać demokratyczna kampania.
Rozumiem, że nie powstanie strona, która będzie się nazywała www.supernapieral.pl?
Chyba nie. To by była za długa nazwa.
Prawie tak samo długa jak www.superszmaja.pl.
To była strona stworzona przez młodych ludzi dla młodych ludzi. I do nich trafiała.
Będzie Pan wykorzystywał rodzinę w czasie tej kampanii? W sobotę zbierał Pan podpisy pod swoją kandydaturą razem z córkami.
Nie używałbym słowa "wykorzystywanie". To normalne, że w tej szczególnej kampanii (prezydenckiej) kandydatowi towarzyszy rodzina. A moja jest wspaniała i do tego wyrozumiała. Tak, zamierzam spędzać jak najwięcej czasu z moimi najbliższymi. Również publicznie.
A jak rodzina zareagowała na Pana decyzję o starcie w wyborach prezydenckich?
Odbyłem poważną rozmowę z żoną i z rodzicami. Bardzo boją się tego, co może wydarzyć się w trakcie kampanii. Wszyscy mamy wciąż w pamięci tę brudną politykę, która toczyła się przed katastrofą pod Smoleńskiem.
To jaka ta kampania będzie Pana zdaniem? Kreślone są teraz dwa scenariusze. Albo będzie prowadzona polityka tonowania emocji, albo wprost przeciwnie - brutalnych ataków.
Mam nadzieję, a jestem człowiekiem dużej wiary, że politycy będą mądrzeć.
Wierzę, że Polska może być krajem szczęśliwych ludzi, europejskim krajem dobrobytu, tolerancji i uśmiechu. A nie krajem wojny, teczek, policji politycznej i indoktrynacji religijnej.
Czyli nawet Pan nie wierzy w to, że wygra?
Jakbym nie wierzył, tobym nie stratował. Aleksander Kwaśniewski, który namawiał mnie na kandydowanie, powiedział, że kiedy startował, był niewiele starszy ode mnie, nikt nie wierzył w jego zwycięstwo. A udało się.
Dziś wśród Pana przeciwników w Sojuszu pojawiają się głosy, że od samego początku miał Pan zamiar wystartować, a w ostatnich dniach przed ogłoszeniem decyzji wykonał Pan pokerową zagrywkę. Co chwilę w mediach pojawiał się inny kandydat na prezydenta z ramienia SLD.
Dopiero na dwa dni przed ogłoszeniem kandydata na prezydenta podjąłem ostateczną decyzję, że startuję. Po pogrzebie Jerzego Szmajdzińskiego, na cmentarzu wiele osób z Sojuszu podchodziło do mnie i prosiło, żebym wystartował. Mówili, że w przeciwnym przypadku będzie rozłam i podział w SLD, i tak to wyszło. Takie są kulisy tej decyzji. Żadnego pokera nie było.
Czyli wyszło słynne: nie chcem, ale muszem?
Chcę zawalczyć.
Kalisz i Siwiec też chcieli powalczyć o prezydenturę. Dlaczego nie oni?
To wynik takich małych prawyborów, demokratycznej decyzji. Jestem młody, czym skutecznie wyróżniam się od pozostałych kandydatów. Polacy chcą zmiany w polityce. A moja kandydatura jest zapowiedzią i gwarancją tych zmian. Ponieważ wybór polityka nowego pokolenia to koniec wojny polsko-polskiej, koniec gorszących sporów. Mnie interesuje przyszłość. Jestem rozpoznawalny i mam poparcie w strukturach, wśród członków i sympatyków SLD.
Ale Ryszard Kalisz też jest rozpoznawalnym politykiem Sojuszu. Wielu działaczy optowało za jego kandydaturą. Dlaczego przegrał?
W SLD jest mnóstwo rozpoznawalnych ludzi i świetnych fachowców. Jednak wszyscy nie mogą kandydować na prezydenta. Poza tym Ryszard Kalisz nie przegrał. Jego kandydowanie to były tylko spekulacje medialne. Szefowie regionów i zarząd krajowy zadecydowali jednogłośnie, że stawiają na mnie.
To w końcu rozmawiał Pan z nimi o tym, czy chcą wystartować w wyborach, czy nie? Czy to też były medialne spekulacje?
My w SLD w ogóle bardzo dużo rozmawiamy. To nie jest partia wodzowska.
Czyli poszedł Pan za ciosem i zaryzykował. Jak powiedział były szef SLD Wojciech Olejniczak: wóz albo przewóz. Ma Pan poczucie, że to jest test na przywództwo?
Daleki jestem od takiej rolniczej terminologii. Od lidera wymaga się więcej. Przewodniczący musi stawić czoła trudnym wyzwaniom i wziąć odpowiedzialność w ciężkiej sytuacji za całą lewicę. Bo tragedia zabrała Sojuszowi trójkę przyjaciół, w tym kandydata na prezydenta.
Na jakie poparcie Pan liczy? Wierzy Pan w to, że pomoc Aleksandra Kwaśniewskiego zapewni panu 15 proc.?
Wierzę w bardzo dobry wynik wyborczy. Bo wiem, że Polacy nie chcą już wybierać między prawicą a prawicą. Nie chcą również wojen polsko-polskich, grzebania w przeszłości. Chcą, by politycy rozwiązywali ich problemy. A fakty są jednoznaczne: kiedy prawica spod znaku PO i PiS pracowała nad ustawą o CBA, które szczuło ludzi, my pracowaliśmy nad ustawą o in vitro. Gdy prawica zajmowała się IPN i niszczeniem ludzkich życiorysów, lewica pracowała nad podwyższeniem minimalnej płacy i emerytury. Jak prawica rzucała kolejne teczki, my przekonywaliśmy do narodowego programu budowy przedszkoli.
Ale rozumiem, że Wojciech Olejniczak nie jest wliczany w poczet osób, które udzielą Panu wsparcia przy kampanii. Bo od momentu ogłoszenia kandydata na prezydenta parę prztyczków w nos Pan już od niego dostał.
Nie wiem dokładnie, co ma pani na myśli, używając takich określeń. Wierzę, że Wojtek zaangażuje się w kampanię jako europoseł i będzie aktywnie mnie wspierał.
Olejniczak powiedział, że nie wierzy, iż wejdzie Pan do drugiej tury.
Jestem zaskoczony, jak bardzo na starcie tej kampanii Wojciech Olejniczak nie rozumie tego, co dziś czują członkowie i kierownictwo SLD. To język Tomasza Nałęcza, a nie byłego przewodniczącego naszej partii. A wygrywa się wtedy, kiedy ma się wiarę, motywację i postulaty. Ja to wszystko mam. Ci, którzy są niedowiarkami, przegrywają nie tylko w wyborach, ale i w życiu.
Pije Pan do Olejniczka? Pana zdaniem jest przegrany?
Nie piję do Olejniczaka. Wojtek odnosi sukcesy. Jest dobrym europosłem.
A nie boi się Pan tego, że jeśli w tej kampanii uzyska Pan słaby wynik, to Wojciech Olejniczak może wrócić i przejąć władzę w partii?
Tragedia pod Smoleńskiem zabrała nam kandydata na prezydenta i znakomitych parlamentarzystów. Ale też katastrofa spowodowała, że zobaczyliśmy, że Polacy chcą zmiany w polskiej polityce. Ja jestem gwarantem tego, że teraz w SLD będzie inna polityka. Wszyscy szefowie regionów i członkowie władz partii będą murem za szefem partii. I to pokazuje, że jest szansa na zjednoczenie lewicy.
Tylko, że Partia Demokratyczna poparła Bronisława Komorowskiego, a SdPl zadeklarowała w mediach, że też nie jest skłonna Pana poprzeć. Może Pan liczyć tylko na Unię Pracy.
Zachowajmy rozsądne proporcje. Partia Demokratyczna to partia liberalna, a nie lewicowa. Czekam na rozmowy z innymi partiami na lewicy. I mam nadzieję, że przyniosą one pozytywne efekty. Wybór dla wszystkich lewicowych środowisk jest prosty - Jarosław Kaczyński, Bronisław Komorowski to politycy prawicy. Poza wąsami niewiele ich różni. Dlatego jedyną alternatywą dla prawicowych polityków jest lewicowy Grzegorz Napieralski, reprezentant nowej generacji. Jestem kandydatem, który brał kredyt hipoteczny, jestem kandydatem, który doświadcza realnych problemów zwykłych ludzi, a nie żyje, jak pozostali, w oderwaniu od rzeczywistości. Jestem osobą, która ma jasne, czytelne lewicowe poglądy. Dla każdej lewicowej partii wybór powinien być jasny.
Myślał Pan już o wizji prezydentury? Jaka ona będzie?
Oczywiście, że myślałem. Ogłoszę ją niebawem. Jej główne założenie to przede wszystkim zakończenie wojny polsko-polskiej. Teraz młode pokolenie, którego ja jestem przedstawicielem, ma przed sobą wielkie szanse. Wiem dokładnie, czego potrzeba Polakom. Nie chcę, aby moi
rodacy wyjeżdżali z kraju. Chcę też poprawićkontakty z naszymi zagranicznymi sąsiadami, szczególnie z Rosją. Chcę, aby prezydent był inspiratorem porozumienia społecznego. Zamierzam stworzyć silną prezydenturę w oparciu o konstytucję. Prezydent powinien być inicjatorem zmian w służbie zdrowia. Chcę, aby Polska była krajem standardów europejskich, gdzie będzie zagwarantowane finansowanie in vitro z budżetu państwa, gdzie państwo będzie rozdzielone od Kościoła. Prezydent powinien być też aktywny na polu walki z bezrobociem.
A kto pomoże Panu pisać tę wizję?
W naszym obozie jest dwukrotny prezydent i trzech premierów. Poza tym poproszę, aby Bartosz Arłukowicz i Marek Balicki zajęli się zdrowiem, Janusz Zemke sprawami bezpieczeństwa, Marek Siwiec sprawami zagranicznymi. Ale wiele postulatów zostało nam w testamencie po Jerzym Szmajdzińskim, które chcę realizować.
Boi się Pan powrotu IV RP? Tego, że PiS urośnie w siłę, a brat tragicznie zmarłego prezydenta Jarosław Kaczyński będzie realizował jego polityczny testament, ale tym razem skutecznie?
IV RP nie musi wracać. Wskutek koalicji ustrojowej PO i PiS IV RP trzyma się świetnie. Nikt nie rozwiązał CBA. IPN ma się doskonale. Biskupi mieszają się do polityki, a często ją rozgrywają. Rozdział Kościoła od państwa jest fikcją. Nie ma refundacji in vitro, a prawo aborcyjne jest u nas najsurowsze w Europie.
W sprawie IPN Bronisław Komorowski zaczął działać.
To pudrowanie, nie działanie. IPN trzeba zlikwidować, a akta przekazać do archiwów.
Pan gdyby został prezydentem, przyłożyłby do tego rękę.
Oczywiście.
A kto będzie pomagał Panu w kampanii, jeśli chodzi o specjalistów od wizerunku. Będzie Pan prowadził kampanię w stylu Kwaśniewskiego? Pojawią się słynne niebieskie słynne koszule?
No mam niebieskie koszule i będę je zakładał, bo je lubię.
Co jeszcze będzie? Spoty, billboardy? SLD na kampanię jak na razie planuje wydać 4 mln zł. To stosunkowo niewiele.
A kwoty, które prawica wydaje na PR, uważam za gorszące. Podkreślam, to nie są pieniądze wydane na debatę, tylko na reklamę. Taką samą jak reklama chipsów czy materiałów opatrunkowych. Nie tak powinna wyglądać demokratyczna kampania.
Rozumiem, że nie powstanie strona, która będzie się nazywała www.supernapieral.pl?
Chyba nie. To by była za długa nazwa.
Prawie tak samo długa jak www.superszmaja.pl.
To była strona stworzona przez młodych ludzi dla młodych ludzi. I do nich trafiała.
Będzie Pan wykorzystywał rodzinę w czasie tej kampanii? W sobotę zbierał Pan podpisy pod swoją kandydaturą razem z córkami.
Nie używałbym słowa "wykorzystywanie". To normalne, że w tej szczególnej kampanii (prezydenckiej) kandydatowi towarzyszy rodzina. A moja jest wspaniała i do tego wyrozumiała. Tak, zamierzam spędzać jak najwięcej czasu z moimi najbliższymi. Również publicznie.
A jak rodzina zareagowała na Pana decyzję o starcie w wyborach prezydenckich?
Odbyłem poważną rozmowę z żoną i z rodzicami. Bardzo boją się tego, co może wydarzyć się w trakcie kampanii. Wszyscy mamy wciąż w pamięci tę brudną politykę, która toczyła się przed katastrofą pod Smoleńskiem.
To jaka ta kampania będzie Pana zdaniem? Kreślone są teraz dwa scenariusze. Albo będzie prowadzona polityka tonowania emocji, albo wprost przeciwnie - brutalnych ataków.
Mam nadzieję, a jestem człowiekiem dużej wiary, że politycy będą mądrzeć.

