niedziela, 5 września 2010

Halembo, czas się pożegnać

Izabela Kacprzak , Karolina Baca 05-09-2010, ostatnia aktualizacja 05-09-2010 20:34

Górnicy mówią o niej „przeklęta", ale wciąż jej bronią. Teraz wizja likwidacji zakładu jest naprawdę realna

Dwa lata temu ostatnia tona węgla wyjechała z kopalni Wirek (obecnie część Halemby, na zdjęciu w 2008 r.), teraz może zostać zamknięty cały zakład
autor: Krzysztof Matuszyński
źródło: EDYTOR NET
Dwa lata temu ostatnia tona węgla wyjechała z kopalni Wirek (obecnie część Halemby, na zdjęciu w 2008 r.), teraz może zostać zamknięty cały zakład

6 września sztab protestacyjny Kompanii Węglowej, największej spółki górniczej w Unii Europejskiej (zatrudnia 61,5 tys. ludzi), do której należy Halemba, ma podjąć decyzję o strajku. W czwartkowym referendum ponad 90 proc. górników poparło ten krok.

Plan likwidacji Halemby, ale też w perspektywie – zdaniem górników – innych śląskich kopalń węgla kamiennego, to jeden z głównych powodów protestu.

Halemba położona w Rudzie Śląskiej od lat zresztą jest sztandarem górnictwa, aczkolwiek bardzo smutnym.

Niech ta kopalnia już nie zabija

Halemba ma najwyższy stopień zagrożenia metanowego, jest narażona na tąpania i pożary.

Do dziś cała Polska pamięta katastrofę z listopada 2006 r., gdy 1030 m pod ziemią w wyniku wybuchu metanu i pyłu węglowego zginęło 23 górników. W 1990 r. 19 górników zginęło, a 20 zostało rannych w wybuchu metanu. Rok później w wyniku tąpnięcia zginęło pięciu górników.

W Halembie zdarzył się tylko jeden cud – w lutym 2006 r. po pięciu dniach akcji ratunkowej udało się dotrzeć do zasypanego, ale żywego, górnika Zbigniewa Nowaka. Pamiątkowa tablica na pobliskim cmentarzu przypomina, że przy wypadkach w tej kopalni na cud trudno liczyć.

Halemba jest dziś na Śląsku symbolem etosu górniczej pracy – niezwykle niebezpiecznej, która w statystykach wypadków zajmuje zawsze czołowe miejsca.

W 2006 r. koledzy tych, którzy zginęli, z goryczą mówili, że to przeklęta kopalnia, którą powinno się zamknąć. Takie słowa padły także z ust ówczesnego wiceministra gospodarki Pawła Poncyljusza. Zaraz potem przyszła refleksja, że to miejsce pracy tysięcy mężczyzn i ich rodzin. Jedyne w dzielnicy, jedno z niewielu w górniczym mieście. Że życie bez pracy to jakby powolna śmierć.

– To nie kopalnia jest winna, to ludzka głupota zawiniła – mówi dziś o wydarzeniach sprzed czterech lat Mariola Poloczek, wdowa po Bernardzie Poloczku, który zginął w Halembie w 2006 r.

Okazało się, że sfałszowano próby pyłu węglowego, bagatelizowano wysokie stężenie gazu. O nieprawidłowości i naruszenie zasad bezpieczeństwa w kopalni prokuratura oskarżyła 37 osób. Wyrok zapadnie za kilka miesięcy.

Poloczkowa wspomina, że mąż wracał z pracy i bąkał o przekroczeniach norm metanu, "uda się albo się nie uda". – Dozór, sztygary kazali siedzieć cicho. Siedzieliśmy wszyscy na bombie, a ona w końcu wybuchła – mówi wdowa. Uważa, że zamknięcie Halemby będzie dramatem tysięcy rodzin. Wie, co mówi. Jej ojciec przepracował w tej kopalni 27 lat. Teraz syn Adam jest w technikum górniczym i ciągnie go "na grubę" (do kopalni – red.).

– Śmierć męża to wciąż otwarta rana, a o tym, czy Halemba ma istnieć, powinni decydować górnicy, nie ja – mówi Teresa Gęsikowska, wdowa po Januszu, który zginął z Bernardem Poloczkiem.

50-letni Jan Góra, górnik z Halemby, który w wypadku w 2002 r. stracił nogę, przez pierwsze miesiące czuł złość do kopalni. Nauczył się chodzić na protezie, żyje z renty. Z traumy wyszedł dzięki żonie i dzieciom. – Ryzyko zawodu, tyle że górnik ma je większe – uśmiecha się smutno. Mimo iż na dół nigdy nie zjedzie, żyje sprawą możliwego zamknięcia kopalni. – W Halembie pracują moi sąsiedzi, znajomi. Każdy wie, że będzie makabra, bo ta kopalnia to jedyna żywicielka. Martwię się tak samo jak oni – wzdycha.

Starszy syn Górów po studiach poszedł pracować do kopalni. Nie do Halemby, tylko kopalni Pokój. Chce być behapowcem. – Może on zmieni warunki pracy na dole na lepsze? – zastanawia się pan Jan.

Symbol obrony górnictwa

– Sięgam pamięcią i liczę, że Halembę już cztery razy próbowano zamykać, ale zawsze się obroniliśmy – stwierdza Zbigniew Domogała, związkowiec z Sierpnia 80 w Halembie.

– Decyzja w sprawie zamknięcia pociągnie za sobą likwidację Pokoju, Brzeszcz, Bielszowic i kopalni Rydułtowy#<\!->Anna – przekonywał we wtorek górników idących na ranną szychtę inny członek tego związku Marceli Murawski. Zebrani w cechowni kiwali głowami. Pytani o zamknięcie Halemby, mówili głośno: nie ma mowy!

Nie przekonuje ich nawet argument, że Kompania Węglowa zapewnia, iż nikogo z pracy nie zwolni, bo zagwarantuje zatrudnienie w swoich 14 pozostałych kopalniach, co oznaczałoby ewentualny dalszy dojazd do pracy.

– Jak ta kopalnia zniknie, zniknie całe górnictwo, spisują nas na straty, więc jak będzie trzeba, przyjedziemy do Warszawy – zapowiada Bogusław, górnik z 23-letnim stażem w Halembie.

Zenon, operator obudów zmechanizowanych, ma kilka tygodni do emerytury. – Od początku tu pracowałem. Może już nie powinienem decydować, ale mój syn od roku też robi na Halembie, musimy jej bronić – tłumaczy. Jeden z młodych górników opowiada "Rz" prawie szeptem: – Będę łamistrajkiem? Mowy nie ma. Ale tę kopalnię trzeba było dawno zamknąć. Mam małe dzieci, po co mi to?

Pytamy więc, czemu tam nadal jest. Odwraca tylko głowę: – Ojciec tu robił, miałem mówić, że się boję?

– Za mojej kadencji nie daliśmy zamknąć żadnej kopalni. Oczywiście nie mówimy o zakładach, gdzie kończy się naturalnie złoże (tak było z Wirkiem, włączonym zresztą do Halemby – red.) – opowiada Dominik Kolorz, szef górniczej "Solidarności".

Dariusz Potyrała, na Halembie przewodniczący Związku Zawodowego Górników w Polsce, pytany, czy walka o Halembę to nie jest po prostu walka o etaty związkowe (nie ma kopalni – nie ma oddelegowań), powiedział, że takie stwierdzenie go obraża. A bezpieczeństwo ludzi? – Wypadki były i są, na drogach też. To w gestii zarządu leży zarządzanie i, jak widać, w przypadku Halemby nie jest najlepsze – mówi Potyrała.

Może trzeba to skończyć

W latach 2003 – 2009 zakład przyniósł aż 1,2 mld zł strat. Dlaczego Kompania Węglowa dopiero teraz decyduje się na zamykanie Halemby?

Zarząd tłumaczy, że kopalnia miała swoją szansę, ale żaden przygotowany dla niej plan ratunkowy się nie powiódł. Także dlatego, że 100 mln ton złoża zabrała jej autostrada, której przebieg nie był ustalany z górnikami.

Dlaczego likwidacja najbardziej nierentownej kopalni mimo braku planowanych zwolnień budzi tyle emocji? – Bo stamtąd wywodzą się niektórzy związkowi liderzy, związki w tej kopalni są bardzo silne i muszą działać, bo okaże się, że są niepotrzebne – mówi "Rz" Jacek Korski, wiceprezes Kompanii Węglowej.

– Poza tym teraz w jednym z największych szykują się wybory krajowe (chodzi o kierownictwo "Solidarności" – red.). To oznacza, że jeśli śląski kandydat, który startuje, wygra, jego stanowisko w regionie się zwolni. Poza tym my mówimy o Halembie, bo to ona przynosi nam największe straty. A górnicy jednej z naszych najlepszych kopalń piszą pisma z pytaniami, jak długo oni, wypracowujący zysk, będą jeszcze dopłacać do Halemby. Uzyskanie 1 GJ energii z węgla tam wydobywanego kosztuje 15 zł, średnio w Kompanii 10,7 zł, a w niektórych kopalniach 8 zł. To chyba łatwy rachunek ekonomiczny – wylicza.

Dodaje, że ze sprawą Halemby wiąże się kwestia decyzji eksploatacyjnych podjętych w latach 70. Mimo złych warunków geologicznych zdecydowano o kolejnym poziomie – kilometr w głąb ziemi. – Im starsza kopalnia, tym więcej zaszłości, które utrudniają decyzje i zwiększają ryzyko błędu – tłumaczy Korski.

Najlepsze i jednocześnie największe kopalnie Kompanii to Ziemowit w Lędzinach i Piast w Bieruniu. To m.in. te zakłady mogłyby zatrudnić część załogi zwalnianej z Halemby.

W czwartkowym referendum górnicy z tych kopalni zagłosowali za strajkiem, podobnie jak ponad 90 proc. całej załogi Kompanii Węglowej (frekwencja wyniosła 74 proc.).

Ale Halemby nie chcą bronić. Chcą strajkować m.in., by nie było obniżania wydobycia i redukcji etatów, co zakłada opracowana strategia Kompanii. O Halembie nie chcą rozmawiać. – Ona żyje naszym kosztem. Może czas to skończyć – mówi jeden z górników Ziemowita.

Ostateczna decyzja w sprawie Halemby zostanie podjęta w 2011 r., gdy prace zakończy zespół ds. przyszłości tej kopalni, w skład którego wchodzą także związkowcy.

Jednak już dziś sprawa wydaje się przesądzona, zwłaszcza że nadzorujący branżę wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak przyznał w rozmowie z "Rzeczpospolitą", iż taka sytuacja jak w Halembie "nie może trwać w nieskończoność".

Rzeczpospolita

Koszykówka. Polska jedzie na Litwę

Łukasz Cegliński
2010-09-05, ostatnia aktualizacja 2010-09-05 20:51
Marcin Gortat
Marcin Gortat
Fot. Ma3gorzata Kujawka / Agencja Gazeta???????

Reprezentacja koszykarzy nie potrafiła wywalczyć miejsca na przyszłorocznych mistrzostwach Europy na boisku, ale w przyszłym roku na Litwie zagra. - Nie powinniśmy przechodzić do porządku dziennego nad sportową słabością kadry, ale z tej administracyjnej decyzji cieszyć się trzeba - mówi kandydat na nowego prezesa PZKosz Grzegorz Bachański.

Marcin Gortat
Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
Marcin Gortat
SERWISY
Zaskakującą decyzję podjęło w niedzielę prezydium zarządu FIBA Europe na posiedzeniu w Stambule. Wniosek drużyn, które przegrały eliminacje (Bułgaria, Ukraina, Włochy), poparła organizująca mistrzostwa Litwa i choć formalnie zatwierdzić go musi zarząd federacji, to z informacji "Gazety" wynika, że jest to przesądzone.

W grupie ośmiu państw, którym niedzielna decyzja podarowała miejsce na ME, jest także Polska, która pod wodzą trenera Igora Griszczuka w eliminacjach grała w kratkę - dobrze u siebie, gdzie wygrywała przekonująco, i źle na wyjeździe, gdzie ponosiła kompromitujące porażki.

Z bilansem 4-4 biało-czerwoni zajęli dopiero czwarte miejsce w grupie C, choć gdyby przegrany 77:80 ostatni mecz w Belgii zakończył wynikiem korzystnym dla Polski, to drużyna Griszczuka zajęłaby w wyrównanej stawce pierwsze miejsce i na Litwę awansowałaby bezpośrednio.

Dlaczego do tego nie doszło? - Nie wykorzystaliśmy własnych możliwości, nie potrafiliśmy uczyć się na błędach i zmarnowaliśmy szansę, którą dali nam rywale - mówił środkowy reprezentacji Marcin Gortat, dając też do zrozumienia, że Griszczuk nie nadaje się na trenera reprezentacji.

Przyszłość Griszczuka jako selekcjonera jest w obliczu administracyjnego awansu niejasna, choć fachowcy wątpliwości nie mają - 46-letni trener na prowadzenie reprezentacji jest za słaby.

Nowego selekcjonera wybierze zarząd PZKosz, ale ten kończy swoją kadencję w listopadzie i do tego czasu żadne decyzje prawdopodobnie nie zapadną. W wyborach na prezesa startować będą pełniący obecnie tę funkcję Roman Ludwiczuk oraz sędzia międzynarodowy, członek zarządu PZKosz i PLK Grzegorz Bachański.

Ludwiczuk, który od niedawna zasiada w zarządzie FIBA Europe, w niedzielę nie odbierał telefonu. Bachański mówił: - Jeśli zostanę prezesem, to najpierw sprawdzę finanse związku, potem dobiorę sztab odpowiednich ludzi i wspólnie wybierzemy trenera odpowiedniego dla reprezentacji.

- Na boisku na awans nie zasłużyliśmy. Jesteśmy poza czołową 15 najlepszych drużyn w Europie - dodaje Bachański. - Jesteśmy jednak w gronie 24 najlepszych zespołów i z tego, że dzięki administracyjnym decyzjom na Litwie zagramy, cieszyć się trzeba. Po raz kolejny musimy spróbować wzniecić zainteresowanie koszykówką w Polsce.

- Wszystko będzie zależeć od ludzi, którzy kierują koszykówką - mówił Gortat. - Zawodnicy i media powinni nalegać, żeby i związkiem, i reprezentacją kierowały osoby z pasją i kwalifikacjami.

Gdyby nie rozszerzenie turnieju na Litwie, Polacy o ostatnie miejsce na ME musieliby się bić w przyszłorocznym barażu - z dziesięciu drużyn awans wywalczyłaby jednak tylko jedna.

Polska na ME zagra po raz trzeci z rzędu, ale tylko raz wywalczyła miejsce w finałach na boisku. Cztery lata temu grupę eliminacyjną wygrała drużyna prowadzona przez Andreja Urlepa, w kolejnych mistrzostwach biało-czerwoni byli gospodarzami.

Awans nie jest pierwszym prezentem dla Polski od europejskiej federacji. W 2005 roku prowadzona przez Veselina Maticia kadra spadła do tzw. dywizji B i miała grać w eliminacjach do eliminacji, ale Polacy zostali przesunięci z powrotem do dywizji A jako kraj, który w 2009 roku miał organizować mistrzostwa Europy.

Administracyjne wciąganie Polaków za uszy na największe światowe imprezy zdarzało się także w innych dyscyplinach - w 2002 roku siatkarze przegrali walkę o mistrzostwa świata, ale FIVB wykluczyła z turnieju Koreę Płd. i podarowała miejsce biało-czerwonym.

List Jarosława Kaczyńskiego do członków PiS

****
2010-09-05, ostatnia aktualizacja 2010-09-05 14:17

Warszawa, 1 września 2010

Szanowni Państwo

Członkowie Prawa i Sprawiedliwości

Szanowna Pani/Droga Koleżanko

Szanowny Panie/Drogi Kolego

Postanowiłem powrócić do stosowanego kiedyś w mojej poprzedniej partii - Porozumienie Centrum - obyczaju pisania listów prezesa partii do jej członków. Zarówno wtedy, w latach 90., jak i dziś, chodzi o bezpośredni przekaz pewnych informacji i interpretacji wydarzeń, które albo nie docierają do Koleżanek i Kolegów za pośrednictwem mediów, albo też docierają, ale w formie mocno zniekształconej, niekiedy całkowicie opacznej, przekręconej, i to intencjonalnie. Intencje te z reguły sprowadzają się do jednego celu: zaszkodzić naszej formacji, wprowadzić zamieszanie, zarówno w opinii publicznej, jak i w szeregach członkowskich.

Gdy spojrzymy na przeszło dziewięcioletnie dzieje Prawa i Sprawiedliwości, możemy łatwo zauważyć pewną prawidłowość. Otóż niezależnie od tego, że niemal zawsze jesteśmy traktowani przez większość mediów, a zwłaszcza przez te tworzące tzw. główny nurt, z wielkim dystansem i jednostronnym krytycyzmem (co łatwo dostrzec na tle traktowania naszych politycznych konkurentów), od czasu do czasu mamy do czynienia z momentami szczególnego natężenia skierowanych przeciwko nam akcji. Są to akcje o specyficznym charakterze, próbujące całkowicie nas zdezawuować, skłócić, podważyć pozycję kierownictwa partii, doprowadzić do kryzysu. Akcje te występują z reguły w momentach, w których mają miejsce jakieś korzystne dla nas wydarzenia lub zmiany sytuacji. Można powiedzieć, że gdy tylko "zaczerpniemy głęboki oddech", natychmiast następuje próba pewnego rodzaju "przyduszenia" nas. Przykłady łatwo można mnożyć. Gdy powstało Prawo i Sprawiedliwość i sondaże pokazały, że nowa formacja ma pełne szanse na wejście do parlamentu, a być może nawet na dwucyfrowy wynik w wyborach, przeprowadzono operację "Dramat w trzech aktach". To znaczy wyemitowano w telewizji film będący jedną wielką insynuacją na temat rzekomych związków PC, a w szczególności niżej podpisanego, z niejakim Januszem Iwanowskim-Pineiro, a przez niego z aferą FOZZ. Nie spotkało się to wtedy z pełnym poparciem innych mediów, niemniej bardzo nam zaszkodziło. Gdy jednak weszliśmy do Sejmu, uzyskując 9,5% głosów i 43 mandaty, w prasie niemal natychmiast zaczęły się ukazywać sondaże wskazujące, że mamy tylko 6% poparcia - a więc biorąc pod uwagę ówczesne realia byłby to ogromny spadek - a także liczne artykuły zapowiadające, iż z całą pewnością bracia Kaczyńscy rozbiją PiS, gdyż rozbijali już inne partie. Mój śp. Brat nie był nigdy wcześniej w żadnej partii (wbrew bardzo często głoszonemu poglądowi nie należał do PC i nie uczestniczył w jego pracach), ja zaś byłem w jednej, tj. PC, przy czym PiS w tej fazie swojej działalności, a więc jeszcze przed zjednoczeniem z Porozumieniem Prawicy, był prostą kontynuacją PC. Nigdy więc niczego nie rozbijaliśmy, ale fakty nie miały tu najmniejszego znaczenia - chodziło o to, by zaszkodzić.

Gdy śp. Lech Kaczyński został wybrany na prezydenta Warszawy, już po kilku tygodniach zaczęto go atakować za stan miasta, choć zastał jego administrację w stanie całkowitego rozkładu. A kilka miesięcy po wyborze, w lecie 2003 roku, przeprowadzono wielką akcję medialną w sprawie pomyłki, jaką popełnił w deklaracji majątkowej. Pomyłkę tę popełniła ogromna większość członków rządu, łącznie z premierem Leszkiem Millerem, oraz wszyscy prezydenci miast, ponieważ błędnie skonstruowano formularz. Nie przeszkodziło to jednak temu, że celem kampanii insynuującej w całkowicie absurdalny sposób świadome oszustwo, był tylko prezydent Warszawy. Akcja ta skutecznie, choć przejściowo, osłabiła zaufanie społeczne do Niego. Gdy na wiosnę 2005 roku wyprzedziliśmy w sondażach Platformę Obywatelską, partia ta zaczęła przeciwko nam szybką, ostrą, a czasem brutalną akcję, do której dołączyła się znaczna część mediów. Natomiast po zwycięskich wyborach 2005 roku rozpętał się wobec nas atak, który Ryszard Legutko słusznie określił jako wściekliznę polityczną. Trwał on bez jakiegokolwiek liczenia się z faktami przez cały dwuletni okres naszych rządów.

Po przegranej w 2007 roku nadano ogromny rozgłos wystąpieniu z PiS grupy dysydentów i podtrzymywano go długo, uzyskując realne skutki w postaci spadku naszych sondaży. Gdy przeprowadziliśmy na początku 2009 roku zjazd programowy w Krakowie, próbowano go ośmieszyć, używając do tego Janusza Palikota i jego zapowiedzi udziału w nim. Po wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 roku, w których nie uzyskaliśmy wyniku na miarę naszych aspiracji, ale i tak był on znacznie lepszy od oczekiwań naszych przeciwników, wróżących nam poparcie poniżej 20%, reakcja była charakterystyczna. Pierwsza, natychmiast po ogłoszeniu wyników, można rzec bez przemyślenia: PiS zaczerpnął drugi oddech. Ale zaraz potem zaczęła się potężna kampania mająca skłócić i rozbić partię, wyolbrzymić spory, jakie miały miejsce na listach (skądinąd niewłaściwe i bardzo szkodliwe - powinniśmy z nich wyciągnąć wnioski na przyszłość), doprowadzić do głębokiego kryzysu. Gdy w marcu 2010 roku odbył się kolejny kongres PiS, na którym zostałem wybrany na prezesa dużą większością głosów, gdzie bardzo dobrze wypadła część programowa, ze znakomitym wystąpieniem śp. Grażyny Gęsickiej, i na którym wystąpił prezes Polskiej Akademii Nauk (skądinąd bardzo charakterystyczne - media całkowicie pominęły ten fakt, gdyż nie mieścił się w konstruowanym przez nie obrazie PiS jako partii "obciachowej"), cała uwaga mediów skoncentrowała się na w najwyższym stopniu niefortunnym wpisie na twitterze Pawła Poncyljusza i aż do tragedii smoleńskiej sprawa ta była przez nie nieustannie podnoszona. Tragedia smoleńska i ponowne wybory prezydenckie zmieniły sytuację. Mimo przegranej uzyskaliśmy wyraźny wzrost poparcia, zarówno w porównaniu z poprzednimi sondażami, jak i wynikami wyborów w 2007 r. Chodzi o zdobyte 36,5% głosów w pierwszej turze, w której konkurowali przedstawiciele wszystkich liczących się ugrupowań, a także 47% w drugiej turze, które choć oznaczały przegraną, to jednak wskazywały, iż mimo wieloletniej, niezwykle intensywnej, skierowanej przeciw nam kampanii, wciąż możemy liczyć na poparcie prawie połowy społeczeństwa. Sondaże partyjne PiS doszły do 40%, a zdarzały się i lepsze. W badaniach prowadzonych przez nasze stronnictwo, które począwszy od 2005 roku znakomicie się sprawdzały, pięciokrotnie wyprzedziliśmy nawet PO, dochodząc do 44% głosów.

Zgodnie z tym, czego można było oczekiwać, nastąpiła reakcja, tzn. kolejna kampania przeciwko nam. I to - jak niestety zdarzało się w przeszłości - z wykorzystaniem członków partii albo ludzi z nią związanych. Chodzi o tzw. list Marka Migalskiego. Trzeba zwrócić uwagę, że nie jest to pierwsze wystąpienie tego europosła, który uzyskał mandat dzięki wysunięciu go przez grupę posłów śląskich i - co muszę przyznać - mojej akceptacji. Pomijając zachowania całkowicie kompromitujące, których nie będę tu opisywał, Marek Migalski już rok temu złamał ważny zakaz obowiązujący w PiS i wystąpił w dyskusji publicznej z Palikotem, czym ogromnie pomógł temu znajdującemu się wtedy w niełatwej sytuacji politykowi PO. Dziś jego całkowicie bezpodstawne merytorycznie i sformułowane w niedopuszczalnym tonie wystąpienie, ogłoszone w momencie, w którym prowadzone są sondaże partyjne, o czym jako politolog nie mógł nie wiedzieć, stało się elementem potężnej kampanii, której absurdalność jest z jednej strony zabawna, ale z drugiej jednak groźna. Powoduje bowiem zamieszanie w naszych szeregach, a także obniża poparcie społeczne dla nas.

Najwyższy czas wyciągnąć wnioski z tych powtarzających się wydarzeń. Są one następujące.

Po pierwsze, nie można w żadnym wypadku twierdzić ani przyjmować, że osoby w ten czy inny sposób związane z PiS, które biorą w tych wydarzeniach udział, robią to z dobrą wolą. Trzeba by założyć, że nie mają elementarnego rozeznania politycznego, a takie założenie nie znajduje jakichkolwiek podstaw.

Po drugie, należy zdecydowanie odrzucić wszelkie próby analiz kampanii wyborczej na podstawie założeń suflowanych przez niechętne nam media i prawd niezweryfikowanych przez jakiekolwiek empiryczne badania. Podstawą analizy, która jest prowadzona i która musi stać się przesłanką naszego dalszego postępowania, mogą być tylko fakty, liczba głosów, ich rozkład przestrzenny w poszczególnych regionach, miastach różnej wielkości, na wsi, porównania z wynikami poprzednich wyborów, analizy zachowań różnych typów elektoratów. Już wstępne rozpoznanie przeprowadzone tą metodą każe podać w wątpliwość różne głoszone w mediach stereotypy, np. ten o skuteczności tzw. miękkiej kampanii, nienawiązywania do sprawy Smoleńska itp. Nie ma dziś jeszcze podstaw do ostatecznych konkluzji, ale wiele wskazuje (choćby porównanie wyników w wielkich miastach z 2007 i 2010 roku), że skuteczność różnego rodzaju zabiegów mających zmienić mój wizerunek, a także znaczące ograniczenie tematyki kampanii, np. wykluczenie z niej niemal w całości kwestii związanych z postawą i poprzednią działalnością Bronisława Komorowskiego, nie przyniosło znaczących skutków. Dlatego ci, którzy dziś zabierają głos, przyjmując pozycję mentorów, w najlepszym razie wykazują się brakiem elementarnej wiedzy, któremu towarzyszy wskazana wyżej zła wola.

Po trzecie, powrót po kampanii, a dokładniej położenie większego nacisku na sprawę Smoleńska (gdyż sprawa Smoleńska, mimo zaleceń, była w pewnym zakresie podnoszona, np. w takich moich wypowiedziach jak "Wojna polsko-polska skończyła się tragedią" czy "Chłopcy bawili się zapałkami i podpalili dom" - to o politykach PO; czy w akcji prowadzonej przez Zbigniewa Ziobro, szczególnie na terenie województwa lubelskiego, skądinąd z bardzo dobrym rezultatem wyborczym) nie jest kwestią, którą można dyskutować w kategoriach innych niż zasadnicze. Jest to sprawa związana ze statusem naszej Ojczyzny, Polski, statusem wszystkich Polaków. To sprawa naszej lojalności wobec Rodaków w ogóle, wobec tych, którzy reprezentują polskie państwo, w tym Prezydenta RP. Wreszcie jest to sprawa lojalności wobec naszych Koleżanek, Kolegów, współpracowników, towarzyszy politycznej drogi. Postulat jej wyciszenia ma charakter, który można śmiało określić jako patologiczny, pokazujący głęboką degenerację naszego życia publicznego i niektórych jego uczestników.

Trzeba też podkreślić, że nasze inicjatywy, a w szczególności powołanie zespołu sejmowego, doprowadziły do pewnego ożywienia działań władzy w sprawie Smoleńska, choć nie doszło tu do zasadniczej zmiany. To znaczy nadal prowadzona jest polityka serwilizmu wobec Rosji. Jeśli połączymy to z innymi elementami obecnej polityki zagranicznej, np. jaskrawo widocznym klientyzmem wobec Niemiec, to jeszcze raz trzeba podkreślić, że sprawa Smoleńska w ostatecznym rozrachunku dotyczy statusu naszego kraju jako państwa niepodległego, odgrywającego podmiotową rolę w stosunkach z innymi państwami, w tym także z potężnymi sąsiadami.

Po czwarte, sprawa uczczenia śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, Jego Małżonki Marii i wszystkich Ofiar katastrofy jest także kwestią o zasadniczym znaczeniu moralnym. Zaniechanie starań o nie byłoby nie tylko skrajną nielojalnością, ale także zgodą na utrwalanie dominacji tych, którzy robią wszystko, aby zepchnąć Polaków do roli narodu (raczej grupy o bliżej nieokreślonej przynależności) uznającego swą niższość, zawstydzonych swoją historią i kulturową przynależnością zarówno wobec Zachodu, jak i wobec Wschodu. Lech Kaczyński wszelkimi sposobami, często skutecznie, czynnie i energicznie przeciwstawiał się tej dominacji, wypierał ją z naszego życia. Stąd nienawiść, jaką budził w tzw. establishmencie, i stąd trwałość tej nienawiści, także po Jego tragicznej śmierci. Stąd także niechęć, jaką budził wśród tych czynników zewnętrznych, dla których mało ambitna postawa Polski i Polaków jest bardzo wygodna.

Ci, którzy 10 kwietnia 2010 roku wybierali się do Katynia, niezależnie od różnic, jakie ich dzieliły, mieli uczestniczyć w wydarzeniu, które w zamyśle Prezydenta miało być kolejnym aktem odrzucenia wskazanej wyżej postawy. Zasługują więc na upamiętnienie, niezależnie od tego, że bardzo wielu z nich zasługuje na nie także ze względu na to, co uczynili dla Polski.

Po piąte, jednym ze sposobów atakowania PiS jest przypisywanie mi organizacji czy też inspirowania akcji obrony krzyża stojącego przed Pałacem Prezydenckim. Jest to insynuacja. Skierowaliśmy w tej sprawie list do wszystkich biskupów polskich. Szanujemy obrońców krzyża, traktując ich jako ludzi mocno związanych z wartościami religijnymi i patriotycznymi. Z oburzeniem odnosimy się do aktów jego profanacji, a także do niebywałej i nieprawdopodobnie wręcz wulgarnej agresji, jakiej ofiarą padają obrońcy. Jesteśmy oburzeni postawą Prezydenta RP, który wywołał konflikt, oraz władz rządowych i samorządowych Warszawy, które nie chcą przeciwstawić się łamaniu prawa i elementarnych reguł kultury. Jednak jako partia polityczna nie jesteśmy w ten spór zaangażowani. Proponujemy we wspomnianym liście do biskupów rozwiązanie. Z nadzieją odnosimy się też do społecznej inicjatywy Komitetu Społecznego na rzecz budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego i 95 ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, ale zdajemy sobie sprawę, że w istocie wszystko zależy od władz państwowych i samorządowych. To one mogą doprowadzić do likwidacji konfliktu w ciągu jednego dnia, gdy tylko zechcą kierować się interesem społecznym i narodowym, a nie interesem establishmentu, który w istocie reprezentują.

Po szóste, zaangażowanie PiS w sprawę Smoleńska w najmniejszym stopniu nie może ograniczyć zaangażowania partii w inne bieżące przedsięwzięcia, zarówno dotyczące funkcji, jaką musi ona wypełniać jako opozycja, krytykując władzę - a jest do tego mnóstwo powodów - jak i wobec przygotowania do wyborów samorządowych, które są dla nas bardzo ważne.

Każdy baczny obserwator sceny politycznej może zauważyć, że te zadania są wykonywane. Trudność tkwi w mechanizmie medialnym, koncentrującym się na wydarzeniach, na które jest zapotrzebowanie. A zapotrzebowanie jest na atak na PiS - za Smoleńsk, za krzyż, za rzekomą brutalność (chodzi o jednoznaczne stawianie sprawy roli takich osób, jak Palikot). Wystarczy podać przykład jednej naszej konferencji prasowej (7 sierpnia 2010) - 90% jej czasu poświęcono sprawom ekonomicznym i tzw. ustawie kompetencyjnej, czyli statusowi Polski w Unii Europejskiej, tymczasem przekaz medialny skoncentrował się prawie wyłącznie na sprawie Smoleńska. Stoi przed nami zadanie znalezienia sposobu ominięcia tych medialnych przeszkód i pracujemy nad tym.

Po siódme, wskazane wyżej sprawy stawiają na porządku dziennym zorganizowanie na nowo sposobu komunikowania się kierownictwa PiS i Klubu Parlamentarnego PiS z członkami partii. Zdaję sobie sprawę, że większość z Was nie ma po prostu czasu na dokładne śledzenie wszystkich wydarzeń, nawet tych bezpośrednio związanych z PiS, i siłą rzeczy może się znaleźć pod wpływem przekazów całkowicie lub częściowo zafałszowanych. Na najbliższym posiedzeniu Rady Politycznej mamy nadzieję przedstawić nowe sposoby działania w tej kwestii. Chcę jednak już tu zapewnić, że wszelkie informacje o mojej "abdykacji" czy dymisji są całkowicie nieprawdziwe. To samo dotyczy informacji o tym, że działam pod wpływem jakiejś mającej przewrotne cele grupy. Jedno, co mogę dziś powiedzieć, to to, że musimy koniecznie uporać się ze zjawiskiem nielojalności w naszym ugrupowaniu, z grami medialnymi prowadzonymi dla własnych celów itp. Brak pełnego zdecydowania w tej sprawie kosztował nas już zbyt wiele. Członkowie Klubu Parlamentarnego PiS i inne osoby z naszej partii zajmujące eksponowane stanowiska muszą wybrać lojalność lub pójść własną drogą. Nie oznacza to oczywiście, że uniemożliwiamy dyskusję. Często rozpowszechniane wiadomości, że istnieją w tej kwestii ograniczenia na posiedzeniach władz partyjnych, są nieprawdziwe. Chodzi o to, czy rozumiemy, że bieg historii uczynił nas dziś depozytariuszami wartości narodowych, o których pisała przed kilkoma miesiącami zmarła niedawno Zofia Korbońska: "Czy chcemy niepodległości? Na pytanie to powinien sobie odpowiedzieć każdy Polak na świecie, jeśli chce skorzystać z najważniejszego, jakie mu przysługuje, prawa wyboru. Chwila zastanowienia absolutnie niezbędna póki jeszcze jest alternatywa, póki istnieje możliwość wyboru ( )". Tylko my możemy przeciwstawić się fatalnemu biegowi spraw, z którym mamy dziś do czynienia. Kwestia takiej lub innej taktyki jest zawsze do dyskusji, ale dyskusja ta musi się opierać na faktach, a nie na arbitralnie przyjmowanych i - jak pisałem - często suflowanych, a jednocześnie wygodnych dla niechcących się narażać, założeniach. Musi uwzględniać cel, tzn. zmianę sytuacji naszego Kraju w wymiarze międzynarodowym i wewnętrznym.

Dziś rysuje się przed Polską perspektywa narodu kurczącego się (a wiele narodów europejskich, nie mówiąc już o innych, ma się liczebnie rozwijać), pozostającego daleko w tyle za innymi i wyprzedzanego przez innych, jeśli chodzi o rozwój gospodarczy, poziom życia i poziom nauki. Wystarczy spojrzeć na to, w jakim tempie rozwijają się kraje, które łącznie mają przeszło 2,5 mld ludzi - Chiny, Indie, Brazylia, Rosja czy Turcja. Wystarczy uświadomić sobie, że jeśli chodzi o PKB na głowę jednego mieszkańca, nie tak odległe od Polski są już Brazylia czy Turcja, żeby zrozumieć, gdzie możemy się za niedługo znaleźć. A dodać do tego trzeba sprawę zaopatrzenia ludzi starszych i wiele innych negatywnych skutków społecznych, zmniejszania się populacji Polaków.

Polską nie mogą dłużej rządzić ludzie, których jedynym celem jest pilnowanie interesów establishmentu i którzy są jednocześnie głęboko przekonani, że w naszym kraju nic tak naprawdę zmienić się nie da. Którzy nie potrafi ą nawet wykorzystać środków "leżących wręcz na stole" (środki europejskie po prawie czterech latach, jeśli liczyć uczciwie, są wykorzystane w minimalnym stopniu), ale za to biorący się za zniszczenie tego, co stanowi jedyna moralną podstawę funkcjonowania naszego społeczeństwa, czyli religii katolickiej. Chodzi przy tym nie o kwestie wiary lub niewiary, tylko o świadomość, że to niszczenie jest jednoznaczne z otwieraniem drogi dla nihilizmu, który swoją twarz pokazuje, atakując w odrażający sposób krzyż i jego obrońców. W Polsce nie ma bowiem żadnego szerzej znanego systemu moralnego niż ten wyrastający z katolicyzmu. Dlatego jedyna realną dlań alternatywą jest nihilizm. Tylko my jesteśmy w stanie się temu wszystkiemu przeciwstawić. Dlatego mamy prawo i mamy obowiązek zewrzeć szeregi z całym zdecydowaniem, łącząc potrzebę dyskusji z potrzebą jedności, i zabiegać o to, żeby przyszłe wybory były dla nas zwycięskie.

Z wyrazami szacunku i serdecznymi pozdrowieniami,

Jarosław Kaczyński

MŚ w kolarstwie górskim. Maja Włoszczowska: Bałam się, czy wytrwam

PAP, tka
2010-09-04, ostatnia aktualizacja 2010-09-05 12:32
Maja Włoszczowska
Maja Włoszczowska
Fot. Jacques Boissinot AP

- Na ostatnim okrążeniu złapał mnie skurcz i to w chwili, gdy schodziłam ze skały, bo nawet nie próbowałam po niej zjeżdżać - powiedziała Maja Włoszczowska po wyścigu w kanadyjskim Mont Sainte Anne. Wszystko skończyło się dobrze, i Polka zdobyła złoto mistrzostw świata w kolarstwie górskim.

Maja Włoszczowska
Fot. Jacques Boissinot AP
Maja Włoszczowska
Maja Włoszczowska
Fot. Przemysław Iwańczyk
Maja Włoszczowska
Tak relacjonowaliśmy wyścig Włoszczowskiej »



- Jestem ogromnie szczęśliwa. Teraz cały rok będę jeździć w tęczowej koszulce. W naszej dyscyplinie, jeśli jest coś więcej, to tylko złoto olimpijskie - powiedziała Włoszczowska.

Kolarka z Jeleniej Góry objęła prowadzenie jeszcze przed półmetkiem, przewagę systematycznie powiększała i niezagrożona dojechała do mety, wyprzedzając o 48 sekund Rosjankę Irinę Kalentiewą oraz o 52 sekundy Amerykankę Willow Koerber. Przyznała jednak, że wyścig był trudny i miała bardzo ciężki, krytyczny moment.

- Bałam się, czy wytrwam. Na ostatnim okrążeniu złapał mnie skurcz i to w chwili, gdy schodziłam ze skały, bo nawet nie próbowałam po niej zjeżdżać. Ten zjazd w normalnych warunkach pokonałabym na rowerze, ale po deszczu zrobiło się bardzo ślisko, więc nie ryzykowałam - wyjaśniła.

Polka jako jedna z nielicznych uniknęła upadku. - Praktycznie wszystkie zawodniczki się przewracały. Najbardziej żal mi Kanadyjki Pendrel. To moja dobra koleżanka, przed startem życzyłyśmy sobie powodzenia. I przez pewien czas razem jechałyśmy na czele stawki. Była świetna, ale miała upadek. Smutno mi, że nie stanęła na podium" - dodała.

Włoszczowska zamierza uczcić swój największy, obok srebrnego medalu olimpijskiego, sukces szampanem i wyjściem na koncert. - Zaprosili nas organizatorzy. Co będą grać? Nie wiem. Wszystko jedno. Chcę uczcić ten dzień. Moment, gdy mijałam linię mety, zapamiętam do końca życia.

Przemysław Iwańczyk gratuluje i dziękuje

- Wiedziałem, patrząc na Maję Włoszczowską, że to kobieta zaprogramowana na sukces. Że jest profesjonalistką w najmniejszym nawet detalu. Że - jak na absolwentkę matematyki przystało, a co w sporcie nie zdarza się często - jest osobą nie znoszącą irracjonalnych i pretensjonalnych zachowań oraz zbędnych słów - napisał po wyścigu na swoim blogu Przemysław Iwańczyk. Przeczytaj podziękowania i gratulacje

Maja pofrunęła po złoto

Przemysław Iwańczyk, Mont-Sainte-Anne
2010-09-05, ostatnia aktualizacja 2010-09-05 19:17

Szczęśliwa Maja Włoszczowska
Szczęśliwa Maja Włoszczowska
Fot. MATHIEU BELANGER REUTERS

Maja Włoszczowska mistrzynią świata. Sięgnęła po złoto w zawodowym stylu i dołączyła do rowerowych legend - Szurkowskiego, Kowalskiego, Piaseckiego i Halupczoka

Maja Włoszczowska z szampanem
Fot. Jacques Boissinot AP
Maja Włoszczowska z szampanem
Podyskutuj z autorem w jego blogu iwanczyk.blox.pl

Na mecie 27-letnia kolarka CCC Polkowice mówiła, żeby wszyscy wierzyli w swoje marzenia, bo one w końcu się spełniają. Na podium, kiedy z wielkich głośników huknęło Mazurkiem Dąbrowskiego, Polka powstrzymywała łzy, patrząc w niebo. - Moment, kiedy mijam linię mety, zapamiętam do końca życia - mówiła później. Na konferencji prasowej wciąż nie dowierzała, że przez cały rok będzie jeździć w tęczowej koszulce mistrza świata, co w kolarskim światku jest największym prestiżem.

To piąte dla Polski złoto mistrzostw świata w kolarstwie w konkurencji olimpijskiej. Przed Włoszczowską byli szosowcy - Ryszard Szurkowski, Janusz Kowalski, Lech Piasecki i Joachim Halupczok. Na rowerze górskim, w konkurencji cross country, która w 1996 roku w Atlancie zadebiutowała na igrzyskach, to pierwsze mistrzostwo świata. Polka od lat jeździ w czołówce największych imprez, zdobyła w karierze dwanaście medali, w tym olimpijskie srebro w Pekinie. Ale polskiego hymnu na podium MŚ wciąż jej brakowało.

- Wiedzieliśmy, że tego dopniemy - cieszył się trener kadry Andrzej Piątek. Na dekoracji był ubłocony po łokcie, bo biegał podczas wyścigu z jednego miejsca na trasie do drugiego i informował Maję, ile przewagi ma nad rywalkami. Było to zwycięstwo zaplanowane w każdym szczególe - poprzedzone katorżniczymi przygotowaniami, z zaplanowaną od miesięcy taktyką, z kilkutygodniowymi przygotowaniami na trasie mistrzostw.

Wyścig w kanadyjskim Mont-Sainte-Anne to pięć technicznych i wymagających końskiego zdrowia rund, po blisko 5 km każda. Ponieważ Włoszczowska w rankingu UCI (światowej federacji) plasuje się w drugiej dziesiątce, startowała z trzeciej linii. Świetnie zachowała się inna polska kolarka Anna Szafraniec z grupy JBG-2, która dzięki rozstawieniu ruszała z drugiej linii i starała się zrobić miejsce liderce reprezentacji. Na tym właśnie polegała taktyka, by na pierwsze skalne zjazdy dotrzeć na jak najwyższej pozycji.

Było to kluczowe, ponieważ w Mont-Sainte-Anne w dniu wyścigu po raz pierwszy od tygodnia spadł deszcz. Ulewa piach zamieniła w glinę, a strome i ostre kamienie - w lodowisko. Ponieważ Włoszczowska już na starcie była w czołówce, nie musiała się obawiać, że kolarki przed nią zaczną się przewracać i zablokują drogę.

Włoszczowska była przygotowana perfekcyjnie pod względem wytrzymałościowym. Kiedy inne rywalki ze zmęczenia zawadzały językiem o ziemię, ona wydawała się silniejsza z każdym kilometrem. Zupełnie nie radziła sobie za to mistrzyni olimpijska, Niemka Sabine Spitz. Jechała ciężko, ciągle za plecami Polki, Kanadyjki Catherine Pendrel (doskonale znała trasę, a jednak upadła i straciła podium), mistrzyni świata sprzed roku Rosjanki Iriny Kalentiewej i świetnej w tym sezonie Amerykanki Willow Koerber. Dwie ostatnie zajęły ostatecznie drugie i trzecie miejsce.

Włoszczowska niezagrożona jechała do mety. Serca polskiej ekipy zadrżały jedynie, kiedy zbiegała ostatni raz po kamieniach. Dwa razy omal nie straciła równowagi i nie upadła. Na szczęście do katastrofy nie doszło i niezagrożona Polka z 48 sekundami przewagi dotarła do mety.

Jak się później okazało, Polka miała kryzysowy moment. - Bałam się, czy wytrwam. Na ostatnim okrążeniu złapał mnie skurcz i to w chwili, gdy schodziłam ze skały - mówiła później dziennikarzom.

Anna Szafraniec zajęła siódme miejsce, Aleksandra Dawidowicz - 21., a Magdalena Sadłecka wycofała się z wyścigu. Dwa dni wcześniej brązowy medal MŚ do lat 23 wywalczyła Paula Gorycka.

Bałam się, czy wytrwam - Maja Włoszczowska »


Źródło: Gazeta Wyborcza