Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CZECHY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CZECHY. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 maja 2011

Mikronezja naciska na Czechy. Boi się, że zniknie z mapy

16:27, 25.05.2011 /telegraph.co.uk

CZESKA ELEKTROWNIA ZASZKODZI KLIMATOWI WYSP?

Mikronezja naciska na Czechy. Boi się, że zniknie z mapy
Fot. Wikipedia, sxc.huMikronezja kontra Czechy
Mikroznezja wytoczyła prawne działa przeciw Czechom. Wyspiarze domagają się, by nasi południowi sąsiedzi zaprzestali budowy gigantycznej elektrowni węglowej. Argumentują, że emitowane przez nią gazy cieplarniane doprowadzą do podniesienia się poziomu morza i w rezultacie zalania Mikronezji przez wody Pacyfiku.
Rząd Mikronezji już w styczniu 2010 zaapelował do władz w Pradze, by zanim rozbudują swoją największą elektrownię Prunerov, przeprowadziły tzw. Transgraniczą Ocenę Oddziaływania na Środowisko (Transboundary Environmental Impact Assessment). Tego typu narzędzie jest dosyć często wykorzystywane przez kraje ze sobą sąsiadujące i ma oparcie w prawie międzynarodowym. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się jednak, by TOOŚ zażądał kraj oddalony od powstającej inwestycji o tysiące kilometrów i leżący na innej półkuli.

Ocieplenie klimatu przyczynia się do zmniejszenia plonów z upraw rolniczych... czytaj więcej »
Składająca się z ponad 600 wysepek Mikronezja ma jednak uzasadnione powody do obaw. W wyniku podnoszącej się temperatury na świecie topią się lodowce, przybywa wody w oceanach, a w rezultacie maleńkie wyspiarskie państewko położone zaledwie kilka metrów nad poziomem morza powoli znika z mapy. Już teraz Mikronezja regularnie nękana jest przez straszne powodzie. W 2008 i 2009 w ich wyniku zniszczonych zostało 60 proc. pól uprawnych.


Precedens?

Styczniowa akcja Mikronezyjczyków przyniosła efekty. Co prawda w kwietniu Praga wydała ostateczną zgodę na rozbudowę Prunerova, ale zobowiązała jej właściciela spółkę CEZ (notowaną na warszawskiej giełdzie) do podjęcia działań, które zrównoważą emisje gazów cieplarnianych. Mikronezja otrzymała też status "kraju dotkniętego" na mocy prawa czeskiego.

O całej sprawie Mikronezja i wspierający jej działania Greenpeace poinformowały światową opinię publiczną dopiero w tym tygodniu na konferencji w Nowym Jorku. Jak argumentowali jej uczestnicy, stworzony został precedens, który pozwoli na globalną walkę z "brudną" energetyką.

bgr//kdj

niedziela, 27 września 2009

Tylko Polacy witali w Czechach papieża

20:50, 26.09.2009 /PAP

BENEDYKT XVI EWANGELIZUJE CZECHÓW

Reuters, fot. EPA
Gdyby nie pielgrzymi z Polski, to pierwszy dzień wizyty papieża w Czechach mógłby wręcz być niezauważony. Tylko Polacy głośno witali Benedykta XVI, gdy jechał z praskiego lotniska do centrum miasta.
Pamięć o "cierpieniach umiłowanego narodu polskiego" i holokauście jest... czytaj więcej »
Teraz, kiedy wolność religijna została przywrócona, wzywam wszystkich obywateli republiki, by odkryli na nowo chrześcijańskie tradycje, które ukształtowały ich kulturę. Wspólnotę chrześcijańską zachęcam do tego, by dalej słychać było jej głos w momencie, gdy naród podejmuje wyzwania nowego tysiąclecia.
Benedykt XVI
We wrześniu papież Benedykt XVI odwiedzi Czechy - poinformował w sobotę... czytaj więcej »
Trzy dni pielgrzymki do Czech, to trzy dni ciężkiej pracy dla Benedykta XVI. Południowi sąsiedzi Polski są najbardziej ateistycznym krajem Europy. Pokazało to już przywitanie papieża w sobotę, gdy na ulicach czeskiej stolicy czekali na niego głównie Polacy.


Na lotnisku w Pradze na Benedykta XVI witał natomiast prezydent Czech Waclaw Klaus. Papież zwrócił się do niego: - Panie prezydencie, wiem, że pragnie pan, aby religia odgrywała większą rolę w życiu tego kraju. Po południu Benedykt XVI przybył na Hradczany na oficjalne spotkanie z głową czeskiego państwa.

Będzie ciężko

Papież, jest świadomy, że wizyty w Czechach, gdzie ponad połowa mieszkańców jest niewierzących, nie można zaliczyć do najłatwiejszych. - Poprzez swą historię, to terytorium w sercu kontynentu, na skrzyżowaniu dróg między północą i południem, wschodem i zachodem, było miejscem spotkania różnych ludzi, tradycji i kultur - stwierdził w jednym z pierwszych przemówień w Czechach.

Relacje państwo-Kościół utrudnia z kolei brak konkordatu, o którym dyskutuje się od lat, a także trwający od 1991 roku spór o dobra kościelne przejęte przez komunistów.

Jak zauważa włoski dziennik "Il Giornale", ta trudna pielgrzymka mieści się całkowicie w nurcie pontyfikatu obecnego papieża. Jego celem jest bowiem ponowna ewangelizacja zachodnich społeczeństw, które odeszły od chrześcijaństwa.

Zrehabilitować Jana Husa

Jednak Czesi mają swoje oczekiwania odnośnie wizyty papieża w ich kraju. "Niech Benedykt XVI zrehabilituje Jana Husa" - wielki transparent z takim hasłem po czesku i po łacinie zawisł na gmachu ministerstwa oświaty w Pradze w chwili, gdy papież wychodził z pobliskiego kościoła Najświętszej Maryi Panny Zwycięskiej.

Jan Hus, który żył na przełomie XIV i XV wieku był czeskim reformatorem religijnym i bohaterem narodowym. Około roku 1400 założył ruch, domagający się głębokiej reformy Kościoła i krytykował praktykę odpustów. Wezwany na sobór w Konstancji odmówił wyrzeczenia się swych poglądów, a w konsekwencji został uznany za heretyka i spalony na stosie w 1415 roku.

W 1999 roku Jan Paweł II publicznie przeprosił za prześladowanie Jana Husa i jego zwolenników. Ruch husycki jest nadal aktywny w Czechach, a należy do niego między innymi prezydent Vaclav Klaus.

nsz ram/sk

poniedziałek, 17 listopada 2008

Czesi już mogą jeździć do USA bez wiz

mar, PAP
2008-11-17, ostatnia aktualizacja 2008-11-17 11:37

Obywatele Czech i Litwy już od dziś mogą podróżować do USA bez wiz; amerykańskie władze wymagają od nich jedynie rejestracji w elektronicznym systemie ESTA i paszportów, zawierających dane biometryczne.

Zobacz powiekszenie
Fot. KEVORK DJANSEZIAN AP
Oficer imigracyjny na granicy USA
Z Pragi do Nowego Jorku wylatuje więc przy tej okazji pierwszy "bezwizowy" samolot, na którego pokładzie znajdą się wicepremier Alexandr Vondra i minister spraw wewnętrznych Ivan Langer. Rejestracja podróżnych w ESTA jest darmowa i wymaga się jej na 72 godziny przed odlotem. System prosi o podanie szeregu danych osobowych i pyta o sprecyzowanie celu wizyty.

Turyści w USA mogą legalnie przebywać przez 90 dni. Ponadto Czesi, którzy w swych dokumentach wciąż mają amerykańskie wizy, mogą do Stanów Zjednoczonych jechać bez rejestracji.

W połowie października amerykański prezydent George W. Bush ogłosił zniesienie wymogu wizowego przy wjeździe do USA dla obywateli siedmiu krajów: Litwy, Łotwy, Estonii, Węgier, Republiki Czeskiej, Słowacji i Korei Południowej.

Kraje te spełniły ustalone w ubiegłym roku przez Kongres USA kryterium włączenia do programu ruchu bezwizowego, tj. zejście poniżej progu 10 procent odmów wiz wnioskującym o nie obywatelom danego państwa. Polska nadal ma większy odsetek odmów, choć znacznie zmniejszył się on w ostatnich latach.

niedziela, 21 września 2008

Terroryści zabili ambasadora Czech

Zamach bombowy w stolicy PakistanuGalerię

53 osoby zginęły, a 266 zostało rannych w zamachu w stolicy Pakistanu. Samochód-pułapka eksplodował przed hotelem Mariott w Islamabadzie. Po wybuchu został 10-metrowy krater. Wśród ofiar śmiertelnych jest ambasador Czech w Pakistanie oraz kilku innych cudzoziemców.

czytaj dalej...
REKLAMA

"Ambasador Ivo Zdarek odebrał telefon pięć minut po wybuchu, mówiąc, że jest cały i zdrowy. Kilka minut później zadzwonił i poprosił o pomoc" - poinformował Jaroslav Kalfirt z ambasady Czech w Islamabadzie. I to był ostatni kontakt z żywym dyplomatą. Pracownicy ambasady zidentyfikowali już jego zwłoki.

Ambasador Czech Ivo Zdarek zginął w zamachu w Islamabadzie
Czeski ambasador mieszkał w hotelu Marriott. W momencie zamachu jadł kolację w towarzystwie wietnamskiego kolegi.

Eksplozję słychać było w całym mieście. W chwili wybuchu wewnątrz budynku było ponad trzysta osób. Terroryści zaatakowali, kiedy goście zgromadzili się na uroczystej kolacji. W ramadanie, kiedy muzułmanie poszczą od świtu do zachodu słońca, wieczorne posiłki są niezwykle uroczyste i gromadzą wielu gości.

W zamachu zginęły co najmniej 52 osoby. Liczba zabitych może jednak wzrosnąć, bo jest prawie trzystu rannych, w tym wielu ciężko. Wśród ofiar oprócz Pakistańczyków są Marokańczycy i obywatele Arabii Saudyjskiej, a także Wietnamczyk i dwóch Amerykanów.

Zamach bombowy w stolicy PakistanuGalerię
"Słychać było wybuch, kiedy samochód dotarł do barykady przed hotelem" - powiedział jeden z policjantów. Zamachowiec chciał staranować wjazd do budynku.

Według świadków, runęły sufity w hotelowym lobby i w restauracji. Wybuch pozostawił głęboki na prawie 10 metrów krater. Półciężarówka mogła być wypełniona nawet toną materiałów wybuchowych.

Mohammad Jamil, który był świadkiem ataku, powiedział, że samochód eksplodował tuż obok silnie strzeżonej bramy hotelu. Widział, jak wybuch wyrzucił ciężarówkę wysoko w powietrze. Potem podmuch powietrza rzucił nim o ziemię. "Przez kilka sekund zupełnie nie wiedziałem, co się dzieje" - opowiada.

Prezydent Asif Ali Zardari i premier Yousuf Raza Gilani w oświadczeniu zdecydowanie potępili zamach. "Jest to terroryzm i musimy walczyć z nim razem jako naród" - powiedział szef pakistańskiego ministerstwa spraw wewnętrznych Rehman Malik w szpitalu, do którego przywożono rannych.

Prezydent wystąpił w telewizji ze specjalnym orędziem do narodu kilka godzin po krwawym zamachu. "Terroryzm jest jak rak. Jesteśmy zdeterminowani, by uwolnić kraj od tego raka" - zapowiedział.

Pakistan w ostatnich tygodniach przeżywa falę przemocy w następstwie ofensywy wojska przeciwko rebeliantom i bojownikom powiązanym z Al-Kaidą, którzy odpowiedzieli zamachami na ofensywę sił bezpieczeństwa. I to oni najprawdopodobniej dokonali ataku.

Usytuowany w centrum Islamabadu hotel był po 2001 roku dwukrotnie celem ataków. Obcokrajowcy i dziennikarze przybywający do Pakistanu zwykli się w nim jednak zatrzymywać, bo otacza go szczelny kordon ochrony.

sobota, 20 września 2008

Czeski ambasador w Pakistanie wśród ofiar wybuchu w Islamabadzie

mig, awe, PAP, IAR, Reuters
2008-09-20, ostatnia aktualizacja 2008-09-21 14:40
Zamach bombowy przed Marriottem w Islamabadzie
Zamach bombowy przed Marriottem w Islamabadzie
Fot. B.K.Bangash AP

Ekipy przeszukujące zgliszcza spalonego hotelu Marriott w stolicy Pakistanu Islamabadzie natrafiły nad ranem na kolejne ciała ofiar samobójczego zamachu. Według przedstawiciela władz pakistańskich w zamachu zginęło co najmniej 60 osób, a 271 zostało rannych. Wśród ofiar jest ambasador Czech w Pakistanie. Zaginął też duński dyplomata. Władze oskarżają o zamach Al-Kaidę.

Zamach bombowy przed Marriottem w Islamabadzie
Fot. B.K.Bangash AP
Zamach bombowy przed Marriottem w Islamabadzie
Ekipy przeszukujące zgliszcza spalonego hotelu Marriott w stolicy Pakistanu Islamabadzie natrafiły nad ranem na kolejne ciała ofiar samobójczego zamachu
Fot. B.K.Bangash AP
Ekipy przeszukujące zgliszcza spalonego hotelu Marriott w stolicy Pakistanu Islamabadzie natrafiły nad ranem na kolejne ciała ofiar samobójczego zamachu
- Czterech cudzoziemców - czeski ambasador w Pakistanie, dwóch Amerykanów i Wietnamczyk - zginęło w sobotnim zamachu bombowym przed hotelem Marriott w centrum Islamabadu - poinformował szef pakistańskiego resortu spraw wewnętrznych.

W eksplozji zginęły łącznie 53 osoby, a 266 zostało rannych - podał na konferencji prasowej Rehman Malik.Dodał, że wśród rannych jest 11 cudzoziemców. Ambasada polska w Islamabadzie poinformowała, że wśród poszkodowanych nie ma Polaków.

Śmierć ambasadora

Wśród ofiar jest czeski ambasador w Pakistanie Iwo Zdarek. Dyplomata miesiąc temu przeprowadził się z Wietnamu do Pakistanu. Mieszkał w hotelu, w którym doszło do wybuchu bomby. W momencie eksplozji jadł kolację w towarzystwie wietnamskiego kolegi.

- Ambasador Ivo Zdarek odebrał telefon pięć minut po wybuchu, mówiąc, że jest cały i zdrowy. Kilka minut później zadzwonił i poprosił o pomoc - poinformował Jaroslav Kalfirt z ambasady Czech. Według informacji podanych na stronie internetowej ambasady Republiki Czeskiej w Hanoi 47 -letni ambasador był żonaty i miał dwóch synów.

Dyplomata z Danii

Po południu Dania poinformowała, że w chwili wybuchu w hotelu Marriot przebywało czterech dyplomatów z tego kraju. Nieznany jest los jednego dyplomaty. Dwie osoby nie odniosły obrażeń. Lekko ranna została jedna Dunka, która już opuściła szpital.

Wybuch pozostawił krater

Ekipy ratunkowe starają się dotrzeć do wnętrza hotelu Marriott w Islamabadzie. Przez wiele godzin dostęp do ponad 300 pokoi sześciokondygnacyjnego budynku uniemożliwiał gwałtowny pożar. Według ratowników ofiar może być znacznie więcej. Uciekali przed pożarem spowodowanym przez potężny wybuch. Wśród ofiar są kobiety, dzieci, strażnicy hotelowi oraz goście - cudzoziemcy.

Największe spustoszenie atak bombowy poczynił na parterze hotelu, gdzie mieściła się restauracja i kawiarnia i gdzie, zdaniem świadków, runęły sufity. Według szacunków służb hotelowych, mogło się tam znajdować ponad 300 osób.

Dotychczas z pogorzeliska wydobyto przede wszystkim ciała personelu hotelowego i gości, którzy w chwili eksplozji znajdowali się w holu.

Wczoraj około 20-tej miejscowego czasu zamachowiec samobójca staranował ciężarówką metalową barierę przed wejściem do hotelu i odpalił ładunek. Pakistańscy eksperci nie są zgodni jakiej wielkości ładunek wybuchowy eksplodował przed Marriottem. Wstępne informacje mówiły, iż było to około 50-60 kilogramów materiałów wybuchowych. Obecnie eksperci coraz częściej skłaniają się do opinii, że półciężarówkę, która staranowała zapory broniące wjazdu na teren hotelowy mogło wypełniać nawet 1000 kilogramów materiału wybuchowego. Siła wybuchu utworzyła na hotelowym parkingu kilkumetrowej wielkości krater głęboki na 10 metrów. Przed hotelem zniszczonych zostało kilkadziesiąt samochodów, w dużej odległości od miejsca wybuchu uszkodzone zostały szyby w oknach, a eksplozję słychać było nawet w odległej dzielnicy dyplomatycznej. Ratownicy próbujący dostać się do uwięzionych na wyższych piętrach gości hotelu ogarniętego pożarem ostrzegają, iż wypalająca się konstrukcja budynku może ulec zawaleniu.

Władze: Za zamachem stoi Al-Kaida

Rząd Pakistanu o sobotni samobójczy zamach na hotel Marriott w Islamabadzie oskarżył w niedzielę ruch talibski powiązany z Al-Kaidą. Jak podał na konferencji prasowej wysoki rangą przedstawiciel ministerstwa spraw wewnętrznych Rehman Malik, odpowiedzialni za zamachy pochodzą z plemiennych terytoriów północno-zachodniego Pakistanu, graniczących z Afganistanem.

- Wszystkie drogi prowadzą do FATA (Terytoriów Plemiennych Administrowanych Federalnie) - powiedział Malik. FATA posiadają bardzo dużą autonomię. Składają się z siedmiu "agencji" (Khyber, Kurram, Bajaur, Mohmand, Orakzai, Północny i Południowy Waziristan) i pięciu "regionów granicznych" (Peszawar, Kohat, Tank, Banuu, D.I. Khan). Zwłaszcza Waziristan uważany jest za ważną bazę talibów i Al-Kaidy w Pakistanie, skąd podejmowane są ataki na sąsiedni kraj.

Zamach w porze postu

Zamachowiec wybrał porę, gdy w hotelowej restauracji na parterze odbywała się uroczysta kolacja o nazwie Iftar , gromadząca zwykle dużą liczbę gości. Kolacje takie organizowane są często w luksusowych hotelach w miesiącu muzułmańskiego postu.

Wczorajszy atak jest największym aktem terroru w ostatnich miesiącach w Islamabadzie. Przeprowadzono go w miejscu pilnie strzeżonym oraz często odwiedzane przez cudzoziemców. Duża część ekspertów oraz dziennikarzy odwiedzających Pakistan zatrzymywała się właśnie w Marriocie, głównie ze względu na dobrą opinię o sposobie zabezpieczenia hotelu przed zamachami.

Eksperci oceniają, że zwiększająca się ostatnio liczba zamachów jest odpowiedzią ekstremistów islamskich na operacje armii pakistańskiej, prowadzone przeciw nim w kilku rejonach Pakistanu, a także na działania sił amerykańskich, które zaczęły atakować talibów w rejonach graniczących z Afganistanem.

Marriott w Islamabadzie to miejsce pilnie strzeżone oraz często odwiedzane przez cudzoziemców. Duża część ekspertów oraz dziennikarzy odwiedzających Pakistan zatrzymywała się właśnie tutaj, głównie ze względu na dobrą opinię o sposobie zabezpieczenia hotelu przed zamachami.

Prezydent Asif Ali Zardari i premier Yousuf Raza Gilani w oświadczeniu zdecydowanie potępili zamach. "Jest to terroryzm i musimy walczyć z nim razem jako naród" - powiedział dziennikarzom szef pakistańskiego ministerstwa spraw wewnętrznych Rehman Malik.

Pakistan: Zamach przed Marriottem | wideo


Marriott w Islamabadzie był już wcześniej dwukrotnie sceną zamachów bombowych. Dzisiejszy atak jest największym aktem terroru, odkąd kraj przystąpił do amerykańskiej kampanii przeciwko islamskim bojownikom w końcu 2001 roku.

Pakistan w ostatnich tygodniach przeżywa falę przemocy w następstwie ofensywy wojska przeciwko rebeliantom i bojownikom powiązanym z Al-Kaidą, którzy odpowiedzieli zamachami na ofensywę sił bezpieczeństwa.

Do zamachu doszło w krótkim czasie po pierwszym wystąpieniu w parlamencie nowego prezydenta Pakistanu Asifa Alego Zardariego, który zapowiedział, że Pakistan musi powstrzymać bojowników od wykorzystywania jego terytorium do ataków w innych krajach.

Powiedział również, że Pakistan nie będzie tolerować żadnego naruszania jego terytorium w imię walki z bojownikami.

Zardari wcześniej obiecywał, że Pakistan nadal będzie angażować się w prowadzoną przez Stany Zjednoczone walkę z terroryzmem, nawet jeśli nie cieszy się to poparciem społeczeństwa.

poniedziałek, 1 września 2008

Czechy: Prezydent za Rosją, rząd za Gruzją

Luboš Palata, Praga
2008-08-31, ostatnia aktualizacja 2008-08-31 18:08

Odpowiedzialność za wywołanie wojny ze strony gruzińskiego prezydenta, rządu i parlamentu jest bezdyskusyjna - mówi prezydent Czech. Inwazja na Gruzję przypomina inwazję na Czechosłowację w 1968 r. - uważa premier Czech

Zobacz powiekszenie
Fot. ALESSANDRO DELLA VALLE ASSOCIATED PRESS
Prezydent Czech Vaclav Klaus
Podczas wojny o Południową Osetię Vaclav Klaus przez kilka dni milczał, a następnie zrzucił odpowiedzialność na gruzińskiego prezydenta Micheila Saakaszwilego. Dodatkowo używając rosyjskiej retoryki, zażądał ukarania Gruzji. "Nie zgadzam się z obłudną opinią, że stało się, nie pytajmy dlaczego, tylko znajdźmy rozwiązanie. Jeśli otwarcie nie powiemy, kto rozpoczął konflikt i co chciał przez to osiągnąć, nie znajdziemy sprawiedliwego i trwałego rozwiązania".

Jakby nie było tego dość, kilka dni później, w 40. rocznicę inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację, w czasie, kiedy Rosjanie okupowali już część Gruzji, czeski prezydent ogłosił, że nie czuje dziś żadnego niebezpieczeństwa ze strony Rosji.

Postawa prezydenta, honorowego przewodniczącego Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS), na której czele stoi premier Mirek Topolanek, nie spotkała się ze zrozumieniem ani szefa rządu, ani głównego eksperta od polityki zagranicznej ODS wicepremiera Aleksandra Vondry.

Premier stwierdził, że inwazja na Gruzję przypomina sowiecką okupację Czechosłowacji w sierpniu 1968 r., a Czechy są za jak najszybszym przyjęciem Tbilisi do NATO. A Vondra, który Gruzją zajmuje się od lat, stwierdził: - Nie można tak jednoznacznie zrzucać winy na Gruzję. Każdy, kto śledzi sytuację międzynarodową, wie, że Rosja już od początku lat 90. stara się destabilizować sytuację w tym kraju.

Władze ODS potępiły "rosyjską agresję" i poparły wejście Gruzji do NATO. Klaus, który np. w kwestii niechęci do traktatu lizbońskiego ma w ODS oddanych zwolenników i przytakiwaczy, tym razem został sam. Chociaż nie do końca. Prezydenta pochwalili opozycyjni komuniści, rosyjskie media i rosyjska ambasada w Pradze. Nawet po ostrej krytyce "swojego" ODS Klaus nie ustąpił. - Nie wątpię, że mam rację - stwierdził w typowy dla siebie sposób.

Przed dzisiejszym szczytem Rady UE w sprawie Gruzji Topolanek z Vondrą spróbowali przekonać prezydenta, że w sprawie Rosji i Gruzji popełnia zasadniczy błąd. Skończyło się na komunikacie, że prezydent i rząd wciąż mają w tej sprawie odmienne stanowiska.

Klausowi dano jednak wyraźnie do zrozumienia, aby do tej sprawy już się nie wtrącał. - Zgodnie z prawem prezydent nie odpowiada za politykę zagraniczną. Traktuję to raczej jako komplikację - skomentował wypowiedzi prezydenta premier Topolanek.

Premier nie do końca ma rację, bo konstytucja mówi, że prezydent współtworzy politykę zagraniczną. Odpowiedzialność jest jednak po stronie rządu, tak samo jak możliwość faktycznego izolowania prezydenta. Ponad dwa lata temu ówczesny proeuropejski premier, socjaldemokrata Jiri Paroubek, zagroził, że jeśli prezydent Klaus wciąż będzie krytykował UE, rząd zabroni mu podróży zagranicznych.

Tak daleko Topolanek jeszcze nie idzie, ale jeśli konflikt z prezydentem będzie się pogłębiał, to kto wie... Do końca roku, a więc zanim Czechy obejmą przewodnictwo w UE, rząd chce ratyfikować traktat lizboński. Klaus to odrzuca.

Na poniedziałkowym szczycie UE stanowisko Czech będzie progruzińskie. Rząd przeznaczył 150 mln koron (10 mln dol.) na pomoc dla Tbilisi, chce zorganizować ogólnoświatową konferencję o pomocy dla Gruzji i opowiada się za zdecydowanymi krokami UE w stosunku do Rosji.

- Postaramy się postawić Gruzję na nogi - mówi szef MSZ, książę Karel Schwarzenberg. A odnosząc się do prezydenta Klausa, dodaje: - Będziemy się musieli nauczyć żyć z jego specyficznymi opiniami. Najważniejsze jest to, że za politykę zagraniczną kraju odpowiada rząd.

Tłumaczyła Renata Rusin Dybalska

Źródło: Gazeta Wyborcza

czwartek, 21 sierpnia 2008

Praga 68: Sceny z życia okupanta

Piotr Lipiński
2008-08-19, ostatnia aktualizacja 2008-08-13 13:58

40 lat temu Polacy napadli Czechosłowację. Na rozkaz Rosjan. Ze strachu przed Niemcami. Rozmowa z pułkownikiem Janem Gazarkiewiczem, który uczestniczył w operacji "Dunaj"

Zobacz powiekszenie
Fot. East News
Praga, sierpień 1968 r. Zamieszki przed budynkiem czechosłowackiego radia
Zobacz powiekszenie
Fot. Leszek Łożyński/Reporter
Hradec Kralove. Okupant gra i śpiewa
Zobacz powiekszenie
Fot. Leszek Łożyński/Reporter
Hradec Kralove, sierpień 1968. Okupant czeka na rozkazy
Zobacz powiekszenie
Fot. Leszek Łożyński/Reporter
Hradec Kralove. Okupant się strzyże
Zobacz powiekszenie
Fot. Leszek Łożyński/Reporter
Hradec Kralove. Okupant ma wolny czas
Zobacz powiekszenie
Fot. Bartosz Bobkowski
Pułkownik Jan Gazarkiewicz
Zobacz powiekszenie
Fot. AFP
Dziś oblicza się, że było 108 śmiertelnych ofiar interwencji. Najczęściej ginęli od przypadkowych kul lub pod gąsienicami czołgów
Zobacz powiekszenie
Fot. AP Zobacz powiekszenie
Fot. AFP Zobacz powiekszenie
Manifestacja 20 sierpnia 1968 roku w Pradze
ZOBACZ TAKŻE
Nikt panu nie napluł w twarz?

- Nie. Najwyżej jakiś Czechosłowak przy mnie splunął na ziemię. Ale stał ode mnie 10-15 metrów, trudno wówczas reagować. Nie wiadomo, czy człowiek pluje na widok polskiego żołnierza, czy mu się po prostu splunąć zachciało.

Czuł się pan okupantem?

- Do głowy mi to wtedy nie przyszło.
Dlaczego?

- Bo tłumaczono, że idziemy do Czechosłowacji z bratnią pomocą. Jak w rodzinie - kiedy pojawiają się waśnie, prosi się kuzyna o mediację. My byliśmy tym kuzynem.

A po co kuzynowi karabin, jak się zabiera do mediacji, a nie wojny?

- Bo sytuacja wyglądała groźnie. Bardzo baliśmy się przed wkroczeniem do Czechosłowacji. To było widać po tym, ile żołnierze pobierali amunicji - naboi, granatów. Dodatkowy magazynek próbowali upchnąć nawet do torby z maską przeciwgazową, podświadomie szykowali się na najgorsze.

Czyli?

- Śmierć. Ale nie obawialiśmy się, że będą do nas strzelać Czechosłowacy. Ich uważaliśmy za ogłupionych przez zachodnią propagandę. My baliśmy się Niemców. Tych złych, z zachodnich Niemiec.

A co mieli Niemcy do rzeczy? Przecież ruszaliście do Czechosłowacji.

- Pokazywano nam zdjęcia niemieckich turystów przyjeżdżających do Czechosłowacji. Pod swetrem, kurtką mieli coś schowane. Mówiono, że przemycają broń. Że ci niby niemieccy turyści to w rzeczywistości dywersanci, którzy stworzyli już potężne bazy wojskowe na terytorium Czechosłowacji.

I my spodziewaliśmy się, że będziemy znowu walczyć z tymi Niemcami. Jak podczas II wojny światowej.

Przecież to jakaś bzdura. Żołnierze uwierzyli w kolejną wojnę z Niemcami?

- Uwierzyli. A czy niedawno cały świat nie uwierzył, że Irak ma broń atomową?

My wciąż pamiętaliśmy II wojnę światową. Czułem silną niechęć do Niemców - była powszechna. Władze wiedziały, że uwierzymy we wszystko, co tylko złego powiedzą o Niemcach.

Dzieciństwo spędziłem pod niemiecką okupacją. W 1968 roku miałem 31 lat, dowodziłem łącznością w specjalnej jednostce czerwonych beretów. Cała jednostka liczyła około 350 żołnierzy, z czego mnie podlegało 100 osób. Na wypadek wojny byliśmy przeznaczeni do bardzo głębokiego rozpoznania nieprzyjaciela - uchwycenia przyczółków, mostów nawet kilkaset kilometrów w głąb od linii frontu. Jednak przyszło nam sprawdzać swoje żołnierskie umiejętności tylko raz - zaraz za południową granicą.

W wojsku nie spotkałem wtedy nikogo, kto miałby wątpliwości, czy inwazja na Czechosłowację była potrzebna. W 1968 roku było jeszcze zbyt wcześnie, żeby żołnierze dostrzegali fikcyjność socjalizmu. Przecież większość "zawodowych" kariery zawdzięczała powojennym przemianom ustrojowym.

To ci z awansu społecznego według zasady "Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera"?

- Dopiero w latach 60. wprowadzono zasadę, że oficer musi mieć maturę. Armią dowodzili ci, którzy walczyli podczas II wojny światowej albo którzy do wojska wstąpili po wojnie - z reguły dzieci chłopskie i robotnicze.

Wojsku nie zależało na podnoszeniu kwalifikacji. Armia stacjonowała w polowych, tak zwanych czarnych garnizonach, gdzie nikt nie potrzebował poszerzać swojej wiedzy.

Co tydzień aplikowano mnie i innym oficerom kilka godzin zajęć politycznych. Uczono mnie, jakie osiągnięcia ma radziecki komunizm. Słyszałem, że muszę być czujny, bo wróg czyha wszędzie. Moi koledzy uważali tak samo. Jak ktoś miał odmienne zdanie, to się z nim krył, bo lepiej się nie wychylać. Dlatego uwierzyłem - i moi koledzy też - kiedy nam powiedziano, że rozruchy studenckie w marcu 1968 roku zorganizowała "bananowa młodzież". Albo że Żydzi z Izraela mordują niewinnych Arabów.

W Czechosłowacji przed inwazją próbowano reformować socjalizm: zapowiedziano wielopartyjność, zniesienie cenzury, wolne wybory, reformę gospodarczą. Co oficerowie polityczni mówili panu o tych przemianach?

- Że naszych południowych sąsiadów ogłupiła zachodnia propaganda. Zakochali się w markach i dolarach. I według mnie to brzmiało wiarygodnie. Czechosłowaków łatwiej niż Polaków było mamić, bo graniczyli z krajami Zachodu: Republiką Federalną Niemiec, Austrią.

Nie uważałem Czechosłowaków za buntowników z natury. Uchodzili w wojskach Układu Warszawskiego za bardzo dobrych techników, ale pozbawionych charakteru. Jakbym więc mógł uwierzyć, że się sami zbuntowali? Wydawało mi się logiczne, że ktoś ich musiał podburzyć - i jako ci podżegacze pasowali Niemcy.

Przed inwazją gazety straszyły "Czarny lwem" i "Srebrną wieżą" - wojną NATO z Układem Warszawskim.

- W kółko słyszałem o odradzającym się niemieckim militaryzmie. Słowo Bundeswehra brzmiało dla mnie już prawie tak groźnie jak Wehrmacht. Przypominano, że w 1939 roku Niemcy zaatakowali nas również z południa - i dlatego trzeba bardzo dbać o tę granicę.

Zdradziecko nas zaatakowali, bo w 1938 roku rozbieraliśmy Czechosłowację ramię w ramię z Hitlerem.

- O tym akurat nie mówiono. A jak już oficer polityczny wspomniał, to jako o dowodzie, że przedwojenny, burżuazyjny rząd doprowadził nas do upadku.

Żołnierzy na wyprawę do Czechosłowacji specjalnie dobierano?

- Nikt się mnie nie pytał, czy mam ochotę iść do Czechosłowacji. Na rozkaz kierowano po prostu całe jednostki. Ale nawet gdyby szukano ochotników, toby ich nie zabrakło. Do takich zadań zawsze są chętni - tak jest też dzisiaj. Jedni robią to dla pieniędzy. Inni traktują jako tani sposób na zobaczenie świata.

Kiedy szliście przez Polskę do Czechosłowacji, ludzie wystawiali w oknach święte obrazy, żegnali was znakami krzyża - jakby się bali, że tam zginiecie.

- Każda wojna, każda interwencja wiąże się z zagrożeniem życia. Zwykli ludzie nam współczuli. Przecież do Czechosłowacji trafili też żołnierze ze służby zasadniczej, która wówczas była obowiązkowa dla wszystkich. Zwykli młodzi chłopcy, którzy przed rozpoczęciem normalnego życia musieli odsłużyć dwa lata w armii.

Żona się o pana bała przed Czechosłowacją?

- Bała się. Została z małym dzieckiem. Spoczęły na niej wszystkie moje obowiązki: narąbanie drzewa, przyniesienie węgla.

Pamięta pan przekraczanie granicy?

- Nie sposób zapomnieć.

To był świt 22 sierpnia, drugiego dnia interwencji. Wśród żołnierzy czułem wielkie napięcie. Byliśmy gotowi na to, że zaraz zaczną do nas strzelać. Oczywiście ci niemieccy dywersanci, a nie Czechosłowacy.

Kiedy pan spotkał pierwszego - dziś ciężko określić: Czecha czy Słowaka - po prostu Czechosłowaka?

- Jechałem przez terytorium dzisiejszych Czech do Hradca Kralove, w którym dzień wcześniej wylądowali nasi żołnierze śmigłowcami. Wkrótce po przekroczeniu granicy było miasto Nachod. Coś już przestało mi się zgadzać. Według map powinniśmy skręcić w prawo, a drogowskaz wyraźnie wskazywał przeciwną stronę. Dopiero później zorientowałem się, że Czesi ciągle przekręcali drogowskazy, żeby wprowadzić nas w błąd.

Pamiętam, że był wczesny wilgotny ranek. Mglisto, puste ulice, cisza, w której słychać było tylko chrzęst czołgowych gąsienic. Zatrzymałem się. Nagle z tej mgły zaczęli wyłaniać się ludzie, którzy, słysząc nasze czołgi, powychodzili ze swoich domów. Powoli zbliżali się ze wszystkich stron. Otaczali nas. Krzyczeli: "Po co tu przyjechaliście?", "My chcemy Dubczeka!". A my do nich, przez tłumacza, żeby nie ulegali zachodnim inspiratorom.

Moi żołnierze jeszcze przejechali przez to miasteczko, ale następne kolumny musiały je mijać objazdem. Czechów było tylu na ulicy, że dowódca czołgów nie odważył się przedzierać przez tłum.

Czechosłowacy bronili się?

- Dostaliśmy zadanie zajęcia szkoły wojskowej w Hradec Kralove. Szturm zaczął opancerzony transporter na gąsienicach. Wbił się impetem w bramę, zdruzgotał ją. Polscy żołnierze wbiegli do środka gotowi do ataku. Czescy wartownicy nie oddali ani jednego strzału. Po prostu oddali nam swoją broń.

Czechosłowaccy żołnierze stali po stronie cywilów, wspierali Praską Wiosnę czy pomagali wam w interwencji?

- Widziałem, że wszyscy myślą tak samo. I cywile, i żołnierze byli przeciwni interwencji. Jedni i drudzy próbowali utrudnić nam życie. Żołnierze czasami urządzali nocne wyjazdy ze swoich koszar w stronę polskich wojsk, jakby chcieli nastraszyć, że zaraz zaczną walkę. Albo próbowali nękać psychicznie - z którychś czechosłowackich koszar w nocy puszczano z magnetofonu okropne szczekanie psów. Polskich żołnierzy wyprowadzało to z równowagi.

Cywile z kolei pluli polskim żołnierzom w twarz, sypali piaskiem w oczy, wyzywali od okupantów i faszystów. Sam też doświadczyłem niechęci, choć nie w aż tak silnej formie. Kiedy siadałem przy większym stole w piwiarni, Czechosłowacy wstawali i przenosili się gdzie indziej. Czeszki nie chciały ze mną rozmawiać. Widziałem zdjęcia kobiet, którym ogolono głowy za kontakty z polskimi żołnierzami.

Jak przez dwa miesiące inwazji wyglądała pana "bratnia przemoc"?

- Dowodziłem akcjami uciszania radiostacji. Czechosłowackie wojsko miało ich dużo i zaczęło używać do nadawania audycji przeciwko interwentom.

Moi żołnierze namierzali taki nadajnik, komandosi wsiadali do śmigłowca, leciałem z nimi i zamykaliśmy nadajnik. Było to trochę niebezpieczne, bo słyszałem, że Czesi strącili jeden radziecki śmigłowiec.

Radiostację zamykałem dosłownie. Miałem kłódki i łańcuchy, którymi zamykałem budynek radiostacji, a na drzwiach przyczepiałem kartkę, że uruchomienie zabronione jest pod karą śmierci.

Czechosłowacy nic sobie z tego nie robili. Godzinę po mojej akcji nadajnik znów działał.

To nie lepiej było coś z niego wymontować, zamiast wozić się z łańcuchami?

- Nie dało się. To były zbyt duże elementy, żeby zabrać do śmigłowca.

Co robili czechosłowaccy radiowcy, kiedy widzieli nadlatujący polski śmigłowiec?

- Zwiewali. Szczególnie zapamiętałem akcję na radiostację, która stała w pułku czołgów. Poleciałem ciężkim śmigłowcem Mi-6, na pokładzie było 60 polskich komandosów. Już z powietrza widziałem, że czołgi stoją na placu alarmowym. W tej jednostce musiało być kilkuset żołnierzy.

Wyglądało bardzo groźnie. Gdyby zdecydowali się na czynny opór, nie mielibyśmy szans.

Wylądowaliśmy. Komandosi wybiegli ze śmigłowca. Przywitał nas grad słów. Czechosłowacy, mimo olbrzymiej przewagi, nie zaczęli strzelać, ale krzyczeć: po co tu jesteście, wynoście się!

Na ulicach też toczyliśmy walkę na słowa. My wieszaliśmy w dzień propagandowe plakaty, a Czechosłowacy zrywali je w nocy. Rano wisiały tylko te, na których podkreślili błędy ortograficzne.

Kiedy polscy żołnierze pobyli dłużej w Czechosłowacji i zobaczyli, o co naprawdę chodziło podczas Praskiej Wiosny, nie zaczęli zazdrościć tych kilku miesięcy wolności?

- Ale tam, w większości niczego nie zobaczyli! Poborowi ze służby zasadniczej przeważnie stacjonowali w polowych garnizonach. Czyli siedzieli w namiotach w lesie. Taki garnizon żyje w oderwaniu od świata - wszystko jedno, czy w polskim Drawsku, czy pod Hradec Kralove.

Mury w czechosłowackich miastach były wszędzie wymalowane antysocjalistycznymi hasłami typu "Leninie, obudź się, Breżniew zwariował!". Ale jak żołnierze jechali z Polski do Czechosłowacji, to byli zamknięci w czołgach i mało kto widział te hasła.

A wyżsi rangą, oficerowie? Tacy jak pan? Przecież miał pan kontakt z Czechosłowakami.

- Po jakimś czasie zacząłem zazdrościć Czechosłowakom. Ale wcale nie tych kilku miesięcy wolności. Początkowo wszystkie sklepy były pozamykane i pozabijane deskami. Po dwóch-trzech tygodniach handel zaczął znowu działać. I nagle zobaczyłem czechosłowackie witryny sklepowe. To było szokujące. W Polsce sklepy świeciły pustkami, a tu półki uginały się od towarów. Kłuły w oczy te kolorowe wystawy.

Podobnie zaczęło myśleć sporo polskich oficerów. W zaufaniu zadawaliśmy sobie pytanie: a dlaczego u nas tak nie ma? Wojskowy wywiad musiał meldować o tych nastrojach, bo oficerowie polityczni zaczęli tłumaczyć ów dostatek na ideologiczny sposób. Otóż czechosłowacki przepych miał być efektem przekupstw dokonywanych przez zachodnie kraje, które usiłowały przeciągnąć Czechosłowację na swoją stronę.

Jakoś te ideologiczne tłumaczenia przestawały się zgadzać. Mówiono nam o niemieckiej V kolumnie, która miała do nas strzelać, mówiono o czekających na nas ulicznych barykadach - a tu nic. Rozluźniła się dyscyplina. Widziałem to po patrolach na ulicach, które kontrolowały samochody. Patrole wyglądały jak na paradzie. Prosili o dokumenty, nie ubezpieczali się wzajemnie. Działali już po amatorsku - w porównaniu ze współczesnymi patrolami w Iraku, ale nawet z tymi z II wojny światowej.

Kiedy przyszło rozprężenie, wojsko zajęło się przemytem i piciem wódki?

- Przemyt nigdy nie stał się procederem na dużą skalę. Między Polską a Czechosłowacją krążyło niewielu żołnierzy, na przykład śmigłowce z zaopatrzeniem. Niektórzy rzeczywiście robili drobne interesy - spirytus w Czechosłowacji był cztery razy droższy niż w Polsce, w zamian można było przywieźć zabawki do kraju.

Dowództwo wymyślało kolejne ćwiczenia - bo jak wojsko się nudzi, to staje się niebezpieczne. Szczególnie wybuchowa jest mieszanka nudy, alkoholu i ostrej amunicji. Mnożyły się wypadki z bronią. W wojsku zawsze krążyło porzekadło, że broń raz w roku sama strzela. Kilku polskich żołnierzy zginęło z powodu nieostrożnego posługiwania się bronią - karabin wypalił podczas czyszczenia albo ładowania. Czasami dochodziło do zamachów z bronią na kolegę, bo w nudzącym się wojsku narastały konflikty - a to na tle zazdrości o narzeczoną, a to przez drwiny.

Wtedy właśnie puściły nerwy polskiemu żołnierzowi, który zaczął strzelać do ludzi na ulicy?

- Na początku września, kiedy sytuacja była już całkowicie opanowana, dwaj polscy szeregowi po pijanemu opuścili jednostkę w nocy. Poszli do Jiczina. Zabrali broń. Na poszukiwania wyruszyli inni żołnierze. W chwili gdy dwaj pijacy zostali znalezieni, jeden z nich zaczął strzelać najpierw w powietrze, a potem do Czechosłowaków na ulicy. W szamotaninie patrol wyrwał mu magazynek z karabinu, ale szaleniec załadował następny i wciąż strzelał do ludzi i przejeżdżających samochodów. Zabił dwoje Czechosłowaków. Ranił wiele osób: Czechosłowaków, ale też dwóch polskich żołnierzy. To była największa tragedia podczas interwencji.

Wiedział pan o tej zbrodni czy informację zatajono?

- Powiedziano nam o zdarzeniu, bo przez nie spodziewano się wielkich czechosłowackich manifestacji, które mogły przerodzić się w wybuch powstania. Dlatego podczas pogrzebu w odwodzie stały dwa polskie pułki, ponad 2 tysiące żołnierzy. Zwiadowcy z mojej jednostki byli na miejscu pogrzebu. Manifestacja nie była jednak duża, w pogrzebie uczestniczyło około 300 osób. Pomogły uspokajające apele w radiu i gigantyczna ulewa, która się wówczas rozpętała.

Kiedy pan zaczął się wstydzić udziału w tej inwazji?

- Bardzo późno, dopiero w latach 80. Zaczęło się od stanu wojennego, wielu moich kolegów zostało komisarzami wojskowymi. Wtedy zacząłem się zastanawiać, jak my byśmy odebrali wkroczenie wojsk radzieckich do Polski. Jakie byłoby to dla nas straszne przeżycie.

Lato 1968 roku było smutne - nawet sztabowcy ćwiczenia przed inwazją nazwali "Pochmurne lato".

- Często lało. Żołnierze narzekali na cieknące namioty. Nikt już nie myślał o wojnie, ale o skarpetkach, których nie dawało się wysuszyć.

Czechosłowacy też dali sobie spokój. Ich wewnętrzny sprzeciw wobec inwazji słabł z dnia na dzień, wreszcie przeszedł w ględzenie, a po dwóch miesiącach w obojętność.

W Czechosłowacji zginęło dziesięciu polskich żołnierzy. Wszyscy w wypadkach: nieostrożne obchodzenie się z bronią, czołg, który się przewrócił, transporter staranowany na przejeździe przez pociąg.

- Żaden Polak nie zginął w walce. To zawdzięczamy Czechosłowakom. Za to powinniśmy im podziękować.

*** Wywiad ten ukazał się także w czeskim dzienniku "Lidove noviny" w dniu 18 sierpnia 2008 r.

Źródło: Duży Format

piątek, 8 sierpnia 2008

Katastrofa pociągu w Czechach. Zawiniła kolej czy firma remontowa?

rik, mm, PAP, Gazeta.pl
2008-08-08, ostatnia aktualizacja 2008-08-08 19:09
Zobacz powiększenie
Katastrofa kolejowa w Czechach
Fot. VLADISLAV GALGINEK AP

Jedenastu Polaków jest rannych, w tym trzech ciężko - to najnowsze doniesienia o ofiarach dzisiejszego wypadku pociągu relacji Kraków-Praga. W katastrofie zginęło siedem osób, a 67 zostało rannych. - Niewykluczone, że wśród ofiar śmiertelnych jest Polak, ale wciąż trwa identyfikacja ciał - powiedział premier Donald Tusk z miejsca wypadku. Katastrofy można było uniknąć, gdyby maszynista został uprzedzony o remoncie mostu. Według PKP Intercity pociągiem jechało łącznie 105 Polaków.

Zobacz powiekszenie
Fot. VLADISLAV GALGINEK AP
Katastrofa kolejowa w Czechach
Zobacz powiekszenie
Fot. VLADISLAV GALGINEK AP
Katastrofa kolejowa w Czechach
Zobacz powiekszenie
Fot. GALGONEK VLADISLAV AP
Katastrofa kolejowa w Czechach

Relacje świadków katastrofy



- Jeden pacjent przeszedł operację, ma liczne złamania, ale jest przytomny. Mówi, że jego koleżanka była poważnie ranna. Możemy przypuszczać, że to jedna z ofiar katastrofy , ale nie ustalono jeszcze tożsamości wszystkich ofiar - powiedziała minister zdrowia Ewa Kopacz, która z premierem odwiedziła miejsce katastrofy.



Z wykolejonego pociągu wydobyto już wszystkich, którzy przeżyli katastrofę - poinformował szef straży pożarnej w kraju (województwie) morawsko-śląskim. W szpitalach przebywają Tomasz Hani, Bartosz Brzeczkowski, Aleksander Walas, Tomasz Sanetra. Najciężej ranny jest Tomasz Sanetra, który przechodzi operację. Trwa proces ustalania tożsamości kolejnych osób.

- Ranni Polacy to w większości młodzi ludzie, w wieku dwudziestu kilku lat - wynika z informacji polskiego konsulatu w Ostrawie. Trafili oni do czterech szpitali: w Ostrawie (w dzielnicach Poruba i Fifejdy), a także w miejscowościach Frydek-Mistek i Hranice - poinformowała na miejscu wypadku wicekonsul Konsulatu Generalnego RP w Ostrawie, Agnieszka Fedorów-Skupin.

Najmłodszy poszkodowany ma 22 lata, najstarszy 29. Według niepotwierdzonych informacji, część z nich wracała do Pragi z koncertu zespołu Iron Maiden.

Do szpitala miejskiego w Ostrawie w dzielnicy Fifejdy trafiło 11 rannych w katastrofie. Lekarze mówią, że ich stan jest stabilny. Wśród rannych w tym szpitalu jest jeden Polak. Ma obrażenia głowy, ale jego życiu nic nie zagraża. Trafił na oddział ortopedii, jednak lekarze mówią, że już prawdopodobnie w sobotę zostanie zwolniony. Pozostali pacjenci są w szoku, opiekuje się nimi psycholog.

Wypadek pociągu Eurocity Comenius relacji Kraków-Praga miał miejsce ok. godz. 10.45 w Czechach, niedaleko miejscowości Studenka.przy granicy z Polską. Pociąg jadący z prędkością 120 km/h uderzył we fragmenty nowo budowanego mostu, który zawalił się na tory kolejowe. Maszynista przeżył wypadek i to on zdążył zaciągnąć hamulec, wtedy pociąg zwolnił od 140 do 120 km/h.

Winna kolej czy firma remontowa?



Jan Podstawka z Zakładu Taboru Kolejowego Bohumin, z którego pochodził pociąg, uważa, że wypadkowi winna jest kolej, bowiem nie poinformowała przewoźnika o prowadzonym remoncie wiaduktu.

- Gdybyśmy o tym wiedzieli, pociąg jechałby znacznie wolniej, 30-40 km/godzinę. Tymczasem, przy tak dużej prędkości, gdy maszynista zobaczył, że coś spada przed lokomotywą do hamowania zostało mu 200-300 metrów. Niewiele mógł już wówczas zrobić - mówi Podstawka.

Radio TOK FM podaje, że o pracach na moście nie poinformowała nikogo firma remontowa i to po jej stronie leży wina za spowodowanie katastrofy.

Wiadukt, który się zawalił pochodzi z 1961 roku. Od 16 kwietnia był remontowany, bo okazało się, że przy jego budowie popełniono błędy. Remont miał się zakończyć 15 września. Prowadziła go firma ODS. Jej generalny dyrektor Tomasz Vitek powiedział czeskim mediom: - Jadę na miejsce zdarzenia, jestem w szoku, nie potrafię wytłumaczyć, co się zdarzyło i gdzie został popełniony błąd.

Pociąg uderzył we fragmenty mostu

W wyniku zderzenia, zmiażdżona została lokomotywa i wykoleiło się 6 wagonów, ofiary śmiertelne znajdowały się w pierwszych dwóch wagonach. Jeden ze świadków, który przeżył tragedię w pierwszym wagonie relacjonuje, że pociąg uderzając w most przesunął go o 30-40 metrów.

Czesi oceniają, że to największa katastrofa kolejowa na ich terenie od 18 lat.



Według informacji jakie przekazała strona czeska polskiemu sztabowi antykryzysowemu, w Studence wykoleiły się wagony obsługujące czeski ruch lokalny. Polscy konduktorzy, którzy opuścili pociąg na granicy (wtedy zastąpiła ich czeska ekipa) poinformowali, że na pokładzie podróżowało 200 osób. W momencie katastrofy było ich już ok. 400.

Zobacz powiekszenie
Fot. VLADISLAV GALGINEK AP
Katastrofa kolejowa w Czechach
Zobacz powiekszenie
Fot. VLADISLAV GALGINEK AP
Katastrofa kolejowa w Czechach
Zobacz powiekszenie
Fot. GALGONEK VLADISLAV AP
Katastrofa kolejowa w Czechach
Według informacji rzecznik PKP Intercity bilety w Polsce kupiło 54 osoby. Według innych źródeł było ich 90. Nie oznacza to jednak, że tylko tylu Polaków podróżowało pociągiem. Na miejsce przyjechały dziesiątki karetek, które zabrały rannych do szpitali. Rzeczniczka szpitala w Ostrawie, Anna Vidiszevska powiedziała, że powstał specjalny plan, jak przyjąć tylu rannych. Na dyżur wezwano nawet lekarzy, którzy mieli wolne.

PKP Intercity: Pociągiem do Pragi jechało 105 Polaków

Krakowa do Pragi wyjechał pociąg złożony w sumie z pięciu wagonów. Jeden z nich na granicy został doczepiony do innego pociągu, jadącego do Wiednia. Natomiast w Ostrawie cztery wagony - te zajmowane głównie przez Polaków - doczepiono jako ostatnie do czeskiego pociągu relacji Ostrawa-Praga. Właśnie ten pociąg, złożony w sumie z 10 wagonów, rozbił się w Studence. Jechało nim w sumie ponad 300 osób.

Prezes PKP poinformował, że i koleje czeskie zapewniły zarówno możliwość powrotu do kraju tym spośród pasażerów pociągu, którzy sobie tego życzą, jak i dalszy transport do Pragi tych, którzy chcą kontynuować podróż. Część osób już pojechała do stolicy Czech. PKP zapewnia też transport na miejsce dla rodzin osób, przebywających w czeskich szpitalach.

Premierzy na miejscu katastrofy

Premierzy Czech Mirek Topolanek i Polski Donald Tusk przyjechali dziś po południu na miejsce katastrofy. Jak powiedział dziennikarzom premier Topolanek, już kilka godzin temu rozmawiał na temat katastrofy z premierem Tuskiem, który złożył stronie czeskiej ofertę pomocy i współpracy. Nie była ona jednak potrzebna.

Topolanek, który przyjechał na miejsce wypadku przed polskim premierem, ocenił, że akcja ratownicza po katastrofie pokazała, iż czeski zintegrowany system ratunkowy działa dobrze; dowodzi tego m.in. fakt, że w niespełna dwie godziny od wypadku wszyscy poszkodowani byli już w szpitalach.

Szef czeskiego rządu podkreślił, że jego wizyta na miejscu wypadku nie służy kontrolowaniu kogokolwiek; nie ma też na celu uczestnictwa w zarządzaniu akcją. Premier chciał na miejscu przekonać się, jak wygląda sytuacja po wypadku.

Prezydent: Współczucie dla rodzin ofiar katastrofy kolejowej

Prezydent Lech Kaczyński przekazał wyrazy współczucia rodzinom i bliskim ofiar wstrząsającego - jak napisał - wypadku pociągu relacji Kraków-Praga. Rannym prezydent złożył życzenia powrotu do zdrowia.

- Poruszony wiadomością o ofiarach śmiertelnych i wielu poszkodowanych pasażerach, Prezydent RP przekazuje najszczersze wyrazy współczucia rodzinom i bliskim ofiar tego wstrząsającego wypadku oraz życzenia powrotu do zdrowia rannym - czytamy w komunikacie umieszczonym na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta. Do prezydenta Czech Vaclava Klausa Lech Kaczyński przesłał depeszę kondolencyjną.

- W imieniu własnym oraz Narodu Polskiego chciałbym przekazać wyrazy współczucia Rodzinom ofiar tej tragedii oraz życzenia powrotu do zdrowia dla wszystkich rannych w wyniku tego tragicznego wydarzenia - napisał polski prezydent.