Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IPN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IPN. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Trwają badania szczątków ofiar katastrofy gibraltarskiej

W Zakładzie Medycyny Sądowej w Krakowie rozpoczęły się dzisiaj po południu badania kolejnych szczątków oficerów, którzy 4 lipca 1943 r. zginęli wraz z gen. Władysławem Sikorskim w katastrofie lotniczej w Gibraltarze.

W Krakowie nie ma już przebadanych w niedzielę szczątków porucznika Józefa Ponikiewskiego (adiutanta gen. Sikorskiego). W poniedziałek rano, z honorami wojskowymi wyruszyły do Wielkopolski, gdzie następnego dnia odbędzie się ich pochówek.

- W poniedziałek badane są szczątki gen. Tadeusza Klimeckiego (szefa sztabu Naczelnego Wodza), na wtorek przewidziano badanie szczątków pułkownika Andrzeja Mareckiego (szefa Oddziału Operacyjnego Sztabu Naczelnego Wodza) - poinformowała kierownik Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Małgorzata Kłys.

Szczątki gen. Tadeusza Klimeckiego i płk. Andrzeja Mareckiego opuszczą Zakład Medycyny Sądowej w środę w godzinach południowych. Płk Marecki i gen. Klimecki zostaną pochowani 9 grudnia na Cmentarzu Wojskowym na stołecznych Powązkach. Por. Ponikiewski spocznie dwa dni wcześniej w rodzinnym grobowcu w Oporowie w powiecie leszczyńskim. Uroczystości pogrzebowe odbędą się z pełnym ceremoniałem wojskowym.

Szczątki trzech oficerów, ekshumowanych w czwartek w Newark, w nocy z piątku na sobotę zostały powitane z honorami wojskowymi na lotnisku Kraków-Balice. Stamtąd przewieziono je na badania do Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie. O ekshumację i badanie wnioskował katowicki oddział IPN, który od 2008 r. wyjaśnia okoliczności katastrofy gibraltarskiej.

W sobotę w Zakładzie Medycyny Sądowej otwarto trumny i dokonano oględzin szczątków; w nocy z soboty na niedzielę przeprowadzono tomografię komputerową w Zakładzie Radiologii CM UJ. Od niedzieli rozpoczęły się badania szczątków w Zakładzie Medycyny Sądowej. Przeprowadza je czteroosobowy zespół medyków sądowych oraz technicy.

Jak informowała PAP prof. Małgorzata Kłys, badania mają na celu ustalić mechanizm i przyczyny śmierci oficerów.

- Najistotniejsze są dla nas odpowiedzi na pytania: co było przyczyną zgonu i czy obrażenia powstały przyżyciowo, a więc czy w chwili uderzenia samolotu o taflę oceanu pasażerowie żyli - mówiła po przywiezieniu szczątków do Krakowa szefowa pionu śledczego katowickiego IPN, prok. Ewa Koj.

W 1993 r. ekshumowane z Newark szczątki gen. Sikorskiego - premiera rządu RP i Wodza Naczelnego Polskich Sił Zbrojnych - przewieziono do Polski i złożono na Wawelu. W listopadzie 2008 r., w ramach śledztwa IPN, wyjęto je z trumny i szczegółowo przebadano, po czym ponownie złożono na Wawelu. Ustalono, że generał zginął w wyniku obrażeń wielu narządów, typowych dla ofiar katastrof komunikacyjnych. Śledczy nie byli w stanie wykluczyć, że mogło dojść do sabotażu maszyny.

Według brytyjskich władz, gen. Sikorski zginął w katastrofie lotniczej. Doszło do niej 4 lipca 1943 r. w Gibraltarze, podczas powrotu generała z inspekcji wojsk na Środkowym Wschodzie. Przyczyn katastrofy brytyjskiego Liberatora do końca nie wyjaśniono. Z oficjalnego raportu brytyjskiej komisji badającej wypadek w 1943 r. wynika, że przyczyną było zablokowanie steru wysokości. Komisja nie potrafiła jednak wyjaśnić, jak do tego doszło. Część historyków uważa, że był to zamach.

Śledztwo w sprawie śmierci gen. Sikorskiego i towarzyszących mu osób katowicki IPN wszczął w 2008 r. Plan śledztwa przewiduje jego zamknięcie do końca 2011 r.

źródło informacji: INTERIA.PL/PAP

czwartek, 24 czerwca 2010

Nieznane rany na ciele Pyjasa

Ewa Łosińska 24-06-2010, ostatnia aktualizacja 24-06-2010 01:10

Ekshumacja szczątków zabitego w PRL studenta ujawniła obrażenia, których nie opisano po sekcji zwłok w 1977 r.

Stanisław  Pyjas
źródło: Forum
Stanisław Pyjas

Jak ustaliła „Rz”, podczas badania szczątków Stanisława Pyjasa odnotowano zmiany, których nie ujawniono tuż po jego śmierci.

– Mogę powiedzieć tylko, że te obrażenia zauważono w innej części ciała niż opisywane wcześniej i że są one dobrze widoczne – przyznaje prowadzący piąte już śledztwo w sprawie śmierci krakowskiego opozycjonisty prokurator Ireneusz Kunert z krakowskiego pionu śledczego IPN.

Prokurator czeka teraz na opinię biegłych po ekshumacji i oględzinach szczątków, która ma być gotowa najwcześniej po wakacjach. Sporządzą ją wspólnie specjaliści z Wrocławia, Bydgoszczy i Gdańska.

Część bliskich Pyjasa ma jednak zastrzeżenia do pracy śledczych. Jak pisała „Rz”, siostra opozycjonisty Alicja Przybysz chciała wstrzymania niedawnego pogrzebu i ponownych oględzin szczątków brata.

Siostrzenica ofiary Agnieszka Przybysz, która uczestniczyła w ekshumacji i oględzinach, twierdzi, że po ekshumacji zaginęły m.in. „dwa kuliste przedmioty wielkości ziaren grochu” wydobyte z grobu – być może kule.

Prokurator IPN odpiera zarzuty, by cokolwiek zaginęło między ekshumacją a badaniem zwłok we Wrocławiu. Ale wniosek, jaki złożyła do IPN Agnieszka Przybysz, został właśnie przekazany do krakowskiej prokuratury okręgowej. Ta zdecyduje, czy wszcząć w tej sprawie postępowanie.

– Osobne postępowanie wyjaśniające przeprowadzi także Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, czyli kierownictwo pionu śledczego IPN – zaznacza Kunert.

Kilka dni temu Alicja Przybysz zwróciła się też do IPN o przeprowadzenie eksperymentu procesowego z użyciem broni, jaką stosowano w latach 70. Chodzi o to, by stwierdzić, czy strzał z takiej broni w głowę mógł pozostawić podobne ślady jak te, które zaobserwowano po ekshumacji Stanisława Pyjasa.

– Wniosek został złożony na podstawie obserwacji kości czaszki, jakich dokonałam w Zakładzie Medycyny Sądowej we Wrocławiu 24 maja. Okrągłe ciemnopopielato zabarwione wgłębienia wewnątrz mózgoczaszki zostały pominięte w opisie obrażeń do protokołu w zakładzie – mówi Przybysz. – Moja mama złożyła także wniosek o zbadanie, czy kości czaszki Stanisława Pyjasa miały kontakt z przedmiotami metalowymi.

Aby przeprowadzić taki eksperyment, trzeba by przestrzelić czaszkę innego zmarłego, którego zwłoki znajdują się w prosektorium. „Rz” dowiedziała się nieoficjalnie, iż prokurator raczej się na to nie zdecyduje.

Kunert zapewnia jednak, że podejrzenie, iż Pyjas mógł zostać zastrzelony, nadal jest jedną z wiodących hipotez śledztwa. – Chciałbym, aby uwagi do pracy biegłych były zgłaszane, kiedy sporządzą opinię. Inaczej podważa się ich wiarygodność, zanim jeszcze odpowiedzieli na zadane im w trakcie śledztwa pytania – komentuje prokurator.

Do IPN dotarły już materiały zbierane do filmu „Trzech kumpli”. To ponad 200 godzin nagrań, które mogą mieć znaczenie dla postępowania.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki e.losińska@rp.pl

Rzeczpospolita

piątek, 30 stycznia 2009

Do Strasburga za Katyń

Justyna Prus 30-01-2009, ostatnia aktualizacja 30-01-2009 09:56

Przegrana przed sądem w Moskwie. – Sprawie katyńskiej szkodzi polityka – mówi „Rz” adwokat krewnych ofiar zbrodni NKWD.

Pamięć o Katyniu jest częścią polskiej tożsamości historycznej (na zdjęciu: Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej na warszawskich Powązkach, kwiecień 2008 r.)
autor zdjęcia: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa
Pamięć o Katyniu jest częścią polskiej tożsamości historycznej (na zdjęciu: Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej na warszawskich Powązkach, kwiecień 2008 r.)

Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego Rosji oddaliło wczoraj zażalenia rosyjskich prawników reprezentujących rodziny dziesięciu ofiar mordu NKWD na polskich oficerach w Katyniu w 1940 roku.

Rosyjscy adwokaci Anna Stawicka i Roman Karpiński – reprezentujący krewnych ofiar zbrodni – domagali się uchylenia postanowienia Głównej Prokuratury Wojskowej Rosji z 21 września 2004 roku o umorzeniu śledztwa. Chcieli także, by umożliwiono ich klientom zapoznanie się z dokumentem, co wymagałoby odtajnienia śledztwa. Adwokaci żądali formalnego uznania rodzin pomordowanych za poszkodowanych. Sąd, utrzymując w mocy wyrok Moskiewskiego Sądu Wojskowego, wnioski odrzucił.

– Zamierzamy skierować skargę do Międzynarodowego Trybunału w Strasburgu – powiedział „Rz” mecenas Ireneusz Kamiński, pełnomocnik Rodzin Katyńskich. Oprócz wczorajszej decyzji sądu ma też zostać zaskarżona listopadowa odmowa rehabilitacji polskich ofiar Katynia. – Skarga jest w zasadzie gotowa, ale przed jej ostatecznym zredagowaniem musimy się zapoznać z pisemnym uzasadnieniem wczorajszej decyzji – tłumaczy Kamiński.

Czwartkowe posiedzenie toczyło się przy drzwiach zamkniętych, a dziennikarze zostali wyproszeni z sali sądowej. Rozprawa trwała niespełna 40 minut. Kolegium uznało, że sprawę należy rozpatrywać na podstawie sowieckiego kodeksu karnego obowiązującego w chwili popełnienia przestępstwa w 1940 roku. Zgodnie z nim przestępstwa pospolite, za jakie uznano tę zbrodnię, ulegają przedawnieniu po dziesięciu latach. Wyjątek stanowią „przestępstwa kontrrewolucyjne”, a – jak tłumaczył sędzia – zbrodnia katyńska takim nie była. W związku z tym wznowienie śledztwa byłoby niezgodne z prawem. Nasi rozmówcy, obecni na sali sądowej, określili panującą tam atmosferę jako groteskową.

W grudniu kolegium dwukrotnie odraczało rozpatrzenie zażalenia prawników, bo prokuratura „potrzebowała więcej czasu na zapoznanie się z uzupełnieniem do skargi kasacyjnej”.

– W końcu wykoncypowali, że nie zrobią ani kroku wstecz. Wydali nam twardą decyzję na „niet” – mówi Karpiński.

Prawnicy nie są zaskoczeni.

– Nie mieliśmy wielkich nadziei. Byliśmy na 90 procent przekonani, że właśnie tak to się skończy – mówi „Rz” mecenas Anna Stawicka. Ale skierowanie sprawy do Trybunału w Strasburgu wymagało wyczerpania drogi sądowej w Rosji. – Przeszliśmy przez wszystkie instancje. Teraz mamy otwartą drogę do Trybunału – dodaje.

Zdaniem Stawickiej starania Polaków nie dają skutku z powodów politycznych.

– Gdyby w Rosji liczyło się prawo, ta sprawa dawno by się już skończyła i byśmy wygrali. Ale w przypadku Katynia zawsze górę bierze polityka – mówi adwokat.

Zbrodnia katyńska przed rosyjskimi sądami

Rehabilitacja

∑ Ośrodek Memoriał skierował do sądu pierwszej instancji wnioski w sprawie rehabilitacji 17 rozstrzelanych oficerów. siedem wniosków już rozpatrzono odmownie, kolejne będą rozpatrywane 6 lutego.

∑ Adwokaci Anna Stawicka i Roman Karpiński reprezentują krewnych dziesięciu ofiar. Po odmowie w dwóch instancjach sprawa zostanie skierowana do Trybunału w Strasburgu.

Odtajnienie i uchylenie decyzji o umorzeniu Śledztwa

∑ Po odmowach sądów dwóch instancji Memoriał skierował sprawę do sądu trzeciej instancji i jednocześnie do Trybunału w Strasburgu.

∑ Po wczorajszej odmowie Sądu Najwyższego adwokaci Stawicka i Karpiński przygotowują wraz z innymi prawnikami skargę do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Opinia dla „Rz”

prof. Paweł Wieczorkiewicz, historyk, sowietolog

Tu nie ma mowy o przypadku. Sądy w Rosji – szczególnie gdy orzekają o takich sprawach – nie są niezawisłe. Takie decyzje są przygotowywane w gabinetach politycznych Kremla. Znowu mamy więc sytuację, w której Rosja oficjalnie zapewnia o chęci współpracy i ułożenia dobrosąsiedzkich stosunków z Polską, a jednocześnie robi coś takiego. Bo Katyń to największa zadra w stosunkach polsko-rosyjskich. Trup w szafie, który zatruwa te relacje. Bez pełnego przyznania się i wyjaśnienia masakry naszych oficerów Rosjanie nie mają co marzyć o pojednaniu z Polską. Putin doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Polska nie jest jednak dla niego partnerem, ale potencjalnym przeciwnikiem, państwem, które stoi na drodze Rosji do Europy. Dlatego chce nas przedstawić jako pieniaczy i awanturników.

Nie powinniśmy się tym jednak przejmować. Nasi politycy powinni zdać sobie sprawę, że są momenty, w których trzeba powiedzieć non posummus. Że nadszedł czas na obronę priorytetów. Musimy zjednoczyć nasze siły z Ukraińcami, Bałtami i innymi narodami doświadczonymi przez Związek Sowiecki i Rosję i głośno mówić o naturze Rosjan. Niestety, ten naród ceni u przeciwników tylko siłę i zdecydowanie. Okazanie słabości wobec Rosji może się skończyć tragicznie. Damy palec i zaraz wezmą całą rękę, a potem zaczną dusić za gardło.

—not. p.z.

Aleksander Gurianow, Komisja Polska Stowarzyszenia Memoriał

Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego uznało, że należy do tej sprawy zastosować kodeks karny obowiązujący w chwili przestępstwa, czyli w 1940 roku. Na jego mocy przedawnienie następuje po dziesięciu latach, chyba że sprawa dotyczy przestępstwa kontrrewolucyjnego. Podczas wczorajszej rozprawy uznano, że tak nie było. Zakwalifikowano je jako przestępstwo pospolite – zgodnie z artykułem 193-17 p. „b”: „nadużycie władzy przez osobę z kadry dowódczej Armii Czerwonej”. Rodzą się różne pytania, na przykład, na jakiej podstawie wszczęto postępowanie w 1990 roku, skoro dziesięcioletni okres przedawnienia dawno upłynął? Ale najważniejsze i najstraszniejsze jest to, że Kolegium Wojskowe usankcjonowało – nie badając jej – całkowicie arbitralną kwalifikację tego czynu przez Główną Prokuraturę Wojskową jako nadużycie władzy przez osoby wojskowe. Tym samym z kręgu oskarżonych wyłączono Józefa Stalina i innych członków politbiura, którzy wydali zgodę na ten mord. Tak więc w istocie rzeczy wczorajsze postanowienie sądu usankcjonowało zwolnienie od odpowiedzialności członków Biura Politycznego, przede wszystkim Józefa Stalina! Znaczenie tego postanowienia wykracza daleko poza kwestię zbrodni katyńskiej, gdyż może oznaczać zamiar rozszerzenia tego zwolnienia na wszystkie zbrodnie reżimu sowieckiego.

Oficjalna strona Stowarzyszenia Memoriał

www.memo.ru

Rzeczpospolita

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Oświadczenie gen. Czesława Kiszczaka z 17 grudnia 2008

Czesław Kiszczak
2008-12-29, ostatnia aktualizacja 2008-12-29 01:36

Składam to oświadczenie w formie listu otwartego, aby zawarte w nim i informacje dotarły jak najszerzej do opinii publicznej. Wiek i stan zdrowia nie pozwalają mi w inny sposób przedstawić sprawy, do wyjaśnienia której czuję się moralnie zobowiązany jako były minister spraw wewnętrznych. Zobowiązanie to dotyczy osób, na które dawna Służba Bezpieczeństwa wytworzyła dokumenty oraz byłych funkcjonariuszy, którzy te czynności wykonywali.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Czesław Kiszczak
ZOBACZ TAKŻE
15 stycznia 1982 roku weszła w życie moja "Decyzja w sprawie ochrony dokumentów techniki operacyjnej wykonywanych w pionach "B", "C", "T", "W" i wykorzystywanych w działaniach operacyjnych resortu spraw wewnętrznych". Celem Decyzji było znaczne zwiększenie konspiracji form oraz metod działania pionów zajmujących się obserwacją ("B"), ewidencją kartoteczną spraw bieżących oraz archiwalnych ("C"), techniką operacyjną ("T"), prelustracją korespondencji ("W").

W ramach kierowanego przeze mnie resortu, był to dokument najwyższej rangi. Dotyczył zasad działania Służby Bezpieczeństwa oraz wywiadu i kontrwywiadu MSW i stanowił podstawę wydania aktów prawnych niższego rzędu. Wynika to jednoznacznie z treści Decyzji, jej zakresu merytorycznego oraz zobowiązania, jakie nakładała na szefów poszczególnych pionów w ministerstwie oraz zastępców komendantów wojewódzkich do spraw SB. Mieli oni przeprowadzić analizę zarządzeń, instrukcji i przepisów resortowych pod kątem dostosowania ich do założeń Decyzji i przedłożyć kierownictwu resortu projekty odpowiednich zmian.

Nakaz ten został wykonany w określonych Decyzją terminach, skutkując wydaniem szeregu przepisów dostosowawczych. Wśród nich szczególnie istotne było Zarządzenie 0018/82 ministra spraw wewnętrznych z 17 lutego 1982 w sprawie stosowania i wykorzystania techniki operacyjnej.

Opisuję to dokładnie, ponieważ po ujawnieniu w roku 2006 przez środki masowego przekazu treści Decyzji, IPN starał się umniejszyć jej znaczenie twierdząc, że był to małoznaczący akt prawny, jeden z tysięcy wydawanych w MSW. Stwierdzam więc jeszcze raz z całą stanowczością, że Decyzja z 15 stycznia 1982 była aktem prawnym o znaczeniu podstawowym, jednym z zaledwie kilku konstytuujących działanie całego resortu, regulacją, która, wraz z przepisami wykonawczymi, była ściśle przestrzegana.

Już instrukcja z grudnia 1979, której nowelizacją było Zarządzenie 0018/82, w § 13 stwierdzała. "Materiały uzyskane środkami techniki operacyjnej nie mogą być wykorzystywane (...) w sposób dekonspirujący źródło ich pochodzenia." Dopiero jednak bardzo złożona sytuacja polityczna po wprowadzeniu stanu wojennego, w tym zagrożenie infiltracją wewnątrz resortu, która wydawała się realna wobec powstania w 1981 roku związku zawodowego Solidarność funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, spowodowała konieczność wprowadzenia szeroko zakrojonych zasad konspiracji w samym MSW.

Konspiracja dotyczyła działań na wszystkich szczeblach, do podstawowych komórek organizacyjnych włącznie, w których nakazałem dodatkowo "przeprowadzenie wnikliwej weryfikacji (...) kadry, a przy doborze nowych pracowników kierowanie się (...) gwarancją zapewnienia pełnej konspiracji wykonywanych czynności służbowych " O znaczeniu, jakie kierownictwo MSW przywiązywało do materii objętej Decyzją, świadczy umieszczony w niej zapis: "Jakiekolwiek odstępstwa od tych zasad są niedopuszczalne." Szczególnej ochronie, nawet przed przypadkową dekonspiracją, miała odtąd podlegać cała dokumentacja uzyskana środkami technicznymi, wszystkie dokumenty wykorzystywane przez jednostki operacyjne resortu zarówno w sprawach aktualnie prowadzonych, jak planowanych, a także zakończonych mających całkowicie lub częściowo charakter archiwalny.

Kluczowy był zapis Decyzji, powtórzony dokładnie w Zarządzeniu 0018/82: "Informacje uzyskane środkami pracy "B", "T", "W" można włączyć do spraw operacyjnych (...) tylko w tak przetworzonej postaci, aby nie zaprzepaścić ich wartości operacyjnych, a jednocześnie całkowicie zakonspirować źródło ich pochodzenia". Inne przepisy nakazywały uczynić to samo w ramach dokumentacji już istniejącej, którą należało zniszczyć, a w jej miejsce sporządzić odpowiednie notatki, całkowicie konspirujące źródło pochodzenia.

W praktyce polegało to na "przesuwaniu źródeł" - informacje uzyskane za pomocą techniki operacyjnej przypisywano w dokumentacji źródłom osobowym: tajnym współpracownikom, istniejącym faktycznie lub stworzonym przez SB na użytek wewnętrznej konspiracji, kandydatom na t.w., a także, choć rzadziej, kontaktom operacyjnym, osobowym, służbowym.

Argument, że "SB sama siebie nie oszukiwała", przedstawiany przez IPN po ujawnieniu w 2006 roku mechanizmu "przesuwania źródeł" i mający podważyć fakt jego istnienia, prowadzi do jednego z dwóch wniosków. Albo zatrudnieni w IPN historycy nie zadali sobie trudu, żeby rzetelnie zbadać materiały dawnych organów bezpieczeństwa państwa znajdujące się w archiwach Instytutu, albo też nie chcą zrozumieć, na czym polegała specyfika działania służb specjalnych PRL zwłaszcza w tak trudnym okresie.

Dla podległych mi służb ważna była informacja, a dla zdobycia informacji szczególnie ważna technika operacyjna. Dzięki niej, za pomocą podsłuchów, kontroli korespondencji i teleksów, także obserwacji i tajnych przeszukań, uzyskiwano większość istotnych, wiarygodnych informacji. Toteż nadrzędnym zadaniem resortu była ochrona techniki operacyjnej. Natomiast - dla celów dokumentacyjnych - źródło rzeczywistego pochodzenia informacji miało znaczenie drugorzędne. Dlatego powstał mechanizm "przesuwania źródeł".

Z dzisiejszej perspektywy widać, jak wielu osobom wyrządzono krzywdę przez bezkrytyczne ujawnienie materiałów operacyjnych SB, wówczas jednak zastosowanie tego mechanizmu było wyłącznie działaniem na wewnętrzny użytek resortu. Dokumenty, które powstały, nie miały zostać użyte na zewnątrz MSW ani w jakikolwiek sposób ujawnione, przeciwnie, oznakowane były gryfem "tajne specjalnego znaczenia", który zapewniał pełną ochronę ich tajności. Nikt też nie przewidywał, i przewidzieć nie mógł, zmiany ustroju, likwidacji organów bezpieczeństwa państwa oraz przejęcia i odtajnienia wytworzonej przez służby specjalne dokumentacji, czego skutkiem jest częściowe jej upublicznianie.

Na to nakłada się stanowisko IPN, który założył z góry stuprocentową wiarygodność przejętych archiwów. Jest to pochlebne dla mnie i moich współpracowników, lecz jednocześnie zdumiewa całkowitym pomijaniem podstawowej dla historyków zasady krytycznego podejścia do wszelkich źródeł, a już zwłaszcza wytworzonych przez tajne służby i wskazuje, co podkreślałem powyżej, na brak znajomości specyfiki tychże służb. Ta postawa IPN dodatkowo utrudnia obronę osobom, wobec których technika "przesuwania źródeł" została w MSW zastosowana.

Osobiście pragnę wyrazić głębokie ubolewanie i przeprosić tych, którym na skutek tej metody przypisano w dokumentacji czyny, nigdy nie popełnione. Jednocześnie raz jeszcze podkreślam, że w momencie powstawania dokumentów, intencją resortu nie była kompromitacja osób, na które te dokumenty wytworzono.

Należy bowiem odróżnić "przesuwanie źródeł" od gry operacyjnej, polegającej na zaplanowanej akcji, której celem miało być skompromitowanie osób uznanych za wybitnie szkodliwe dla ówczesnego ustroju. Tego typu akcje, przeważnie opisane w dokumentacji, były nieliczne i dzisiaj, jeśli tylko zachowała się całość materiałów, są możliwe do rozszyfrowania. "Przesuwanie źródeł" było natomiast powszechną, zwłaszcza w pierwszym okresie stanu wojennego, rutynową pracą kamuflażową.

W ramach tego kamuflażu, po przypisaniu źródłom osobowym informacji uzyskanych z techniki operacyjnej, niszczono oryginalne zapisy w nieprzekraczalnym -jak nakazywało Zarządzenie 0018/82 - terminie 10 dni od ich otrzymania z departamentu "T". Ten oczywisty wymóg konspiracji, powoduje jednak obecnie, że metoda "przesuwania źródeł" jest tak trudna, a przeważnie wręcz niemożliwa do wykrycia.

Nie jestem w stanie określić, dokumentacja ilu osób i w jak dużym zakresie została objęta przetwarzaniem w ramach "przenoszenia źródeł". Zgodnie z zasadami wewnętrznej konspiracji nie sporządzano na ten temat żadnych statystyk ani innego typu materiałów opisowych. Wiedzę cząstkową posiadają funkcjonariusze, którzy poszczególne dokumenty wytwarzali. Oni też są drugą, główną grupą adresatów tego oświadczenia. Zwracam się do nich jako były szef resortu, na którego polecenie, przekazane w formie Decyzji i Zarządzeń, podejmowali działania w ramach swojej służby

Stwierdzam, że funkcjonariusze, w momencie, gdy wykonywali opisane wyżej czynności, nie dokonywali fałszerstw, tylko na użytek wewnętrzny MSW konspirowali źródła przenosząc informacje. Działali w ramach pragmatyki służbowej, zgodnie z obowiązującymi przepisami, w resorcie, gdzie obowiązywała ścisła podległość i bezwarunkowe wykonywanie instrukcji. Uznanie tych działań za zbrodnię komunistyczną uważam za próbę ukrycia prawdy, zakonserwowania wizji PRL jako kraju wszechobecnej agentury oraz za narzędzie bieżącej walki politycznej. Jednocześnie przyjmuję na siebie pełną odpowiedzialność za wydane kiedyś Decyzje.

Mam też głębokie przekonanie, że byli oficerowie MSW nie dadzą się zastraszyć i będą, jeśli zajdzie taka potrzeba, przedstawiać rzeczywisty przebieg wypadków i swoją w nim rolę, w pełni zgodną z ówczesnym przepisami, które musieli realizować. Przekazanie prawdy o tamtym systemie oraz jego metodach jest naszym - dowódcy i podwładnych - wspólnym obowiązkiem. Jest też jedyną możliwą dla nas obecnie formą zadośćuczynienia tym, którzy dzisiaj ponoszą konsekwencję naszych ówczesnych działań.

Dlatego też składam to oświadczenie wraz z deklaracją, że gotów jestem powtórzyć wszystko w warunkach, na jakie pozwala mi stan zdrowia.

Generał broni w st. spocz. Czesław Kiszczak Minister Spraw Wewnętrznych w latach 1981-1990

Warszawa, 17 grudnia 2008

(tekst skanowany)

Źródło: Gazeta Wyborcza

Kiszczak ujawnia metody SB


Agnieszka Kublik,Wojciech Czuchnowski
2008-12-29, ostatnia aktualizacja 34 minuty temu

Gen. Czesław Kiszczak w specjalnym oświadczeniu przyznaje, że polecił SB zapisywać informacje z podsłuchów jako doniesienia od agentów. I przeprasza osoby uznane z tego powodu za TW

Zobacz powiekszenie
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Gen. Czesław Kiszczak
Zobacz powiekszenie
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Podczas procesu Niezabitowskiej sąd wyłapał konkretny przykład przypisania jej informacji z podsłuchu. W jednym z raportów z rzekomego spotkania z TW "Nowak" por. Grzelak pisze, że Niezabitowska jedzie do "wujka, który jest proboszczem w Gdyni". Nie chodziło jednak o żadną rodzinę Niezabitowskiej, lecz o ks. prałata Hilarego Jastaka, do którego Niezabitowska mówiła "wujku". Sąd lustracyjny w pierwszej instancji oczyścił Niezabitowską. IPN wniósł apelację
* Generał Kiszczak przeprasza | * Oświadczenie | * Włodzimierz Olszewski: Dokumenty publikowane przez IPN muszą być weryfikowane

Oświadczenie datowane 17 grudnia rzuca nowe światło na wiarygodność zapisów o działalności agenturalnej wielu osób figurujących w aktach SB jako tajni współpracownicy.

Ostatni szef komunistycznego MSW, dziś 83-letni Czesław Kiszczak karierę zaczynał w wojskowym kontrwywiadzie. MSW kierował od 1981 r. do upadku komunizmu. Był podporą władzy stanu wojennego. Rządził policją polityczną, która miała za zadanie rozprawić się z "Solidarnością". Przy Okrągłym Stole podpisywał porozumienia z opozycją.

Dzisiaj przeprasza "tych, którym przypisano w dokumentacji [SB] czyny nigdy niepopełnione. (...) Wielu osobom wyrządzono krzywdę przez bezkrytyczne ujawnienie materiałów operacyjnych SB".

Jak SB "przesuwała źródła"

Kiszczak wyjaśnia, czemu służyła jego decyzja ze stycznia 1982 r. o ochronie techniki operacyjnej oraz idące w ślad za nią zarządzenie 0018/82 z lutego 1982 r. Na tej podstawie - stwierdza Kiszczak - funkcjonariusze SB mieli obowiązek "konspirować" źródła informacji zdobytych z podsłuchów, obserwacji, nielegalnych przeszukań i kontroli korespondencji.

Źródła te ukrywano m.in. poprzez przypisywanie uzyskanych z nich informacji tajnym współpracownikom "istniejącym faktycznie lub stworzonym przez SB na użytek wewnętrznej konspiracji, kandydatom na t.w., a także, choć rzadziej, kontaktom operacyjnym, osobowym, służbowym".

Nazywano to "przesuwaniem źródeł". Zasada ta miała być bezwzględnie przestrzegana.

Konspiracja wewnątrz SB

Kamuflowanie podsłuchów przewidywała już instrukcja MSW z 1979 r. Ale w stanie wojennym kamuflaż nasilono. Powód? Kiszczak tłumaczy to zagrożeniem ze strony sympatyków "Solidarności", którzy mogli przeniknąć w szeregi bezpieki. Wymienia próby powołania "Solidarności" w szeregach Milicji Obywatelskiej.

Generał stwierdza też, że "technika" wymagała szczególnej ochrony, bo większość "istotnych, wiarygodnych informacji" SB uzyskiwała za pomocą "podsłuchów, kontroli korespondencji i teleksów, obserwacji i tajnych przeszukań".

Dawny szef do dawnych podwładnych

Oświadczenie Kiszczaka ma dwóch adresatów:

• osoby zarejestrowane jako TW, którym w wyniku decyzji Kiszczaka przypisano informacje pochodzące naprawdę z „techniki”, a teraz zarzuca im się współpracę z SB;

• byłych funkcjonariuszy SB, którzy „przesuwali źródła”.

Pierwszych Kiszczak przeprasza. Drugich wzywa, by "jeśli zajdzie taka potrzeba" (np. przed sądem), ujawniali, jak tworzono akta niektórych TW. I by nie bali się kary, bo wykonywali polecenia.

Były szef MSW bierze na siebie odpowiedzialność za "przesuwanie źródeł": "Funkcjonariusze (...) nie dokonywali fałszerstw, tylko na użytek wewnętrzny MSW konspirowali źródła, przenosząc informacje. Działali w ramach pragmatyki służbowej (...) w resorcie, gdzie obowiązywała ścisła podległość i bezwarunkowe wykonywanie instrukcji".

Po co ten apel do funkcjonariuszy? Otóż według ustawy o IPN "przesuwanie źródeł" może zostać dziś uznane za fałszowanie dokumentów i ścigane jako "zbrodnia komunistyczna". Kiszczak wskazuje dawnym podwładnym, że powołując się na jego polecenie, unikną takiego zarzutu.

W ostatnim zdaniu Kiszczak pisze: "Przekazanie prawdy o tamtym systemie oraz jego metodach jest naszym (...) wspólnym obowiązkiem. Jest też jedyną możliwą dla nas obecnie formą zadośćuczynienia tym, którzy dzisiaj ponoszą konsekwencję naszych ówczesnych działań".

"IPN nam pochlebia"

Według Kiszczaka IPN, który przejął materiały SB i na ich podstawie prowadzi lustrację, "założył z góry stuprocentową wiarygodność przejętych archiwów".

„Jest to pochlebne dla mnie i moich współpracowników, lecz jednocześnie zdumiewa całkowitym pomijaniem (...) zasady krytycznego podejścia do wszelkich źródeł, a już zwłaszcza wytworzonych przez tajne służby i wskazuje na brak znajomości specyfiki tychże służb. Ta postawa IPN utrudnia obronę osobom, wobec których technika » przesuwania źródeł «została w MSW zastosowana” - stwierdza b. szef MSW.

Jak było z Niezabitowską

Metoda "przesuwania źródeł" wyszła na jaw w 2006 r. podczas autolustracji Małgorzaty Niezabitowskiej, b. rzeczniczki rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Wedle akt IPN miała ona być tajnym współpracownikiem o pseudonimie "Nowak". Ale zeznający przed sądem por. SB Robert Grzelak, oficer rzekomo prowadzący Niezabitowską, przyznał, że zarejestrował ją jako agenta bez jej wiedzy i zgody, a relacje ze spotkań preparował na podstawie innych źródeł.

Inny świadek, płk Aleksander Minkowicz, potwierdził zeznania Grzelaka: - Pracownik był zobowiązany przetworzyć dokumenty otrzymane z biura techniki w formie notatki służbowej lub fikcyjnego doniesienia TW (...) albo w formie notatki uzyskanej od innego źródła operacyjnego. Tak nakazywała wewnętrzna instrukcja. To, co uzyskaliśmy przy użyciu techniki, było przedstawiane w aktach jako uzyskane od źródeł osobowych.

Sprawa "Bolka" i "Rewidenta"

Pomieszanie materiałów z podsłuchu i innych form inwigilacji z doniesieniami tajnych współpracowników widać w tych aktach SB, gdzie zachowały się informacje o technikach stosowanych przeciwko rozpracowywanym osobom.

Przykładem jest sprawa Lecha Wałęsy, którego historycy z IPN oskarżają, że w latach 70. był agentem o pseudonimie "Bolek". Z dokumentów SB zgromadzonych na Wałęsę wynika, że tym samym kryptonimem nazwano podsłuchy założone w stoczni (miejscu pracy Wałęsy) oraz w lipcu 1981 r. w centrali telefonicznej "Solidarności" w Gdańsku. Według Wałęsy informacje z podsłuchu "Bolek" wpisywano w doniesienia agenta o tym kryptonimie.

Podobnie, gdy SB rozpracowywała działaczy opozycji, braci Benedykta i Andrzeja Czumów (przełom lat 60. i 70.), nadała sprawie kryptonim "Rewident". Takim samym kryptonimem określono Andrzeja Czumę. Podsłuch założony w listopadzie 1969 r. na telefonie Benedykta Czumy też nazwano "Rewidentem".

Jak zaprzeczał IPN

Gdy w kwietniu 2006 r. "Gazeta" ujawniła decyzję Kiszczaka, generał milczał, a Antoni Dudek, doradca prezesa IPN, przekonywał, że to "jeden z wielu dokumentów niemający wielkiego znaczenia". Dudek w polemice z "Gazetą" pisał, że wprawdzie podsłuchy konspirowano za pomocą kryptonimów, ale nigdy te kryptonimy nie były takie same jak nadawane tajnym współpracownikom.

Specjalny komunikat wydał wtedy IPN: "W materiałach operacyjnych SB zachowało się wiele stenogramów z podsłuchów telefonicznych, niektóre przetwarzano na notatki służbowe, ukrywając w ten sposób źródło informacji, ale nie nadawano im charakteru doniesień TW. Informacje, jakoby zarządzenie [Kiszczaka] nakazywało podobne praktyki, pozbawione jest podstaw merytorycznych" - napisał rzecznik Instytutu Andrzej Arseniuk.

Włodzimierz Olszewski: Dokumenty publikowane przez IPN muszą być weryfikowane

Źródło: Gazeta Wyborcza

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Protokół z przesłuchania świadka, byłego funkcjonariusza SB Edwarda Graczyka

Data publikacji: 1 grudnia 2008

W związku z artykułem zamieszczonym w „Gazecie Wyborczej” z dn. 29-30.11.2008 r. pt.: „Esbek: Nie zwerbowałem Lecha Wałęsy” gdzie opublikowano część zeznań świadka, Instytut Pamięci Narodowej publikuje w całości protokół z dnia 18 listopada 2008 r.

Informacja o śledztwie:

Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku prowadzi śledztwo w sprawie zbrodni komunistycznych:

  1. przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy byłej Służby Bezpieczeństwa polegających na podrobieniu w celu użycia za autentyczne w okresie od 1982r. do 1983r. w nieustalonym miejscu dokumentów dotyczących rzekomej współpracy Lecha Wałęsy z organami resortu spraw wewnętrznych PRL, przedłożonych następnie Komitetowi Pokojowej Nagrody Nobla w Oslo w Norwegii w celu uniemożliwienia przyznania pokrzywdzonemu przyznania tego wyróżnienia tj o czyn z art. 231 paragraf 2 kk w zb. z art. 270 paragraf 1 kk w zw. z art. 2 ust.1 ustawy z dnia 18 grudnia 1998r. o IPN - KŚZpNP,
  2. przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy byłej Służby Bezpieczeństwa polegających na wytworzeniu w 1982r. w nieustalonym miejscu nieprawdziwego co do treści nagrania rozmowy Lecha Wałęsy z bratem Stanisławem Wałęsą dotyczącej konfliktu Lecha Wałęsy z hierarchią kościoła katolickiego oraz zadysponowania w interesie prywatnym poza granicami Polski zebranej z różnych źródeł kwoty około jednego miliona dolarów USA, które to zostało następnie wyemitowane w środkach masowego przekazu, pomówienie w ten sposób pokrzywdzonego o takie postępowanie i właściwości, które to mogły poniżyć go w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla prowadzonej przez niego działalności opozycyjnej tj. o czyn z art. 231 paragraf 1 kk w zw. z art. 212 paragraf 2 kk w zb z art. 2 ust. 1 ustawy z dnia 18 grudnia 1998r. o IPN - KŚZpNP,

Przedmiotem w/w śledztwa jest ustalenie:

  1. czy faktycznie w latach 1982 1983 Służba Bezpieczeństwa prowadziła działania zmierzające do utrudnienia przyznania Lechowi Wałęsie nagrody Nobla jak również poprzez sfałszowanie nagrania do poniżenia go w oczach opinii publicznej,
  2. jakie zostały wytworzone dokumenty , kiedy i przez kogo,
  3. kto zlecił i nadzorował prowadzenie tej operacji,
  4. odnalezienie oryginałów lub kopii powyższych dokumentów.

Andrzej Arseniuk
Rzecznik Prasowy IPN

piątek, 11 lipca 2008

Proces gen. Kiszczaka umorzony

Chybiony zarzut


Wczoraj sąd umorzył sprawę generała Czesława Kiszczaka, byłego ministra SW, oskarżonego o przyczynienie się do śmierci dziewięciu górników w kopalni Wujek w 1981 r. Sąd uznał, iż karalność nieumyślnego czynu przedawniła się w 1986 r. Górnicy i ich adwokaci zapowiadają apelację od tego wyroku.
11 VII 2008

To było trzecie orzeczenie sądu I instancji w trwającym od 1994 r. procesie gen. Kiszczaka. W 1996 r. uniewinniono go. W 2004 r. - skazano na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Oba wyroki uchylił Sąd Apelacyjny w Warszawie.

Czesław Kiszczak. Fot. Tomasz Gzel/PAP
Akt oskarżenia zarzucał Czesławowi Kiszczakowi, iż umyślnie sprowadził powszechne niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia ludzi, bo wysłał 13 grudnia 1981 r. tajny szyfrogram do jednostek milicji, mających pacyfikować zakłady strajkujące po wprowadzeniu stanu wojennego. Zdaniem prokuratury, bez podstawy prawnej Kiszczak przekazał w nim dowódcom poszczególnych oddziałów MO swe uprawnienia do wydania rozkazu użycia broni, co było podstawą działań plutonu specjalnego ZOMO, który 15 i 16 grudnia strzelał w kopalniach Manifest Lipcowy i Wujek.

Sąd uznał, że gen. Kiszczak, choć był jako minister MSW zobowiązany dekretem Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. do określenia prawnych zasad użycia broni przez oddziały MO, nie wypełnił tego obowiązku, poprzestając na wydaniu szyfrogramu, przez co nieumyślnie sprowadził niebezpieczeństwo powszechne dla życia i zdrowia górników.

Sędzia Ireneusz Szulewicz w ustnym uzasadnieniu wyroku powiedział, że zarzut o wydaniu szyfrogramu bez podstawy prawnej jest chybiony. Podzielił opinię Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który ocenił, że dekret o stanie wojennym stanowił prawo obowiązujące od chwili jego uchwalenia, a nie zaś - ogłoszenia. Zdaniem sądu, szyfrogram nie był rozkazem, tylko powieleniem dekretu. Z jednym wyjątkiem. Generał dopisał na szyfrogramie, że strzelanie jest możliwe jedynie wobec zagrożenia życia milicjantów.

Sąd podkreślił, że Kiszczak zabronił użycia broni w Wujku, gdy 16 grudnia zwracał się o to do niego szef katowickiej milicji płk Jerzy Gruba - mimo to funkcjonariusze ZOMO użyli broni. Według sądu, mogli mieć przekonanie, że ich działanie było prawidłowe i akceptowane przez przełożonych.

Zdaniem sądu nie da się wykluczyć, iż to ówczesny szef MO, doktor prawa, gen. Józef Bejm przekonał Kiszczaka, że wydanie szyfrogramu wystarcza, by uregulować prawnie zasady użycia broni przez oddziały MO. Najważniejszy jednak - w ocenie sądu - był zakaz użycia broni w Wujku, który generał Kiszczak przekazał pułkownikowi Grubie. - Oznacza to, że nie chciał, by padły ofiary śmiertelne - uznał sędzia Szulewicz.

Górnicy obecni na sali przyjęli wyrok z oburzeniem. Stanisław Płatek - w rozmowie z PAP - nazwał wyrok "piłatowym'' i "nijakim''. Pełnomocnik oskarżycieli mecenas Maciej Bednarkiewicz zapowiedział złożenie apelacji. Marzena Matysik-Folga zapowiedziała, że Prokuratura Okręgowa w Katowicach zwróci się do sądu o pisemne uzasadnienie wyroku i dopiero wtedy zapadnie decyzja w sprawie ewentualnego złożenia apelacji. Generał Kiszczak nie będzie podejmował żadnych kroków.

* * *

Analizuję tamte dni

Generał Czesław Kiszczak dla "TRYBUNY'':

- Od samego początku prokuratura nie miała dowodów przeciwko mnie. Przeciwnie: sto procent dowodów, które były, tzn. zeznania świadków, dokumenty, ekspertyza profesora Wawrzyniaka - wszystko świadczyło na moją korzyść. Zrobiłem w tej sprawie wszystko, co mogłem zrobić, żeby nie doszło do rozlewu krwi.

Oskarżyciele posiłkowi bez przerwy wmawiali społeczeństwu, że ja wysłałem tajny szyfrogram, który zezwalał na użycie broni wobec strajkujących górników. To kompletna bzdura. Ten szyfrogram przewidywał użycie broni tylko w przypadkach nadzwyczajnych, kiedy nie można było inaczej uchronić życia ludzkiego.

Doskonale pamiętam, jak rano 16 grudnia 1981 r. pojechałem na posiedzenie kierownictwa partii. W trakcie obrad, około godz. 12.00, zadzwonił do mnie z Katowic pułkownik Gruba. Od niego dowiedziałem się, że jest odblokowywana kopalnia Wujek. Pułkownik mówił, że milicjanci są atakowani pikami, złomem, że kilkudziesięciu milicjantów jest rannych, że dowódcy pododdziałów proszą o zgodę na użycie broni do strzelania w górę, na postrach. Podjąłem momentalnie decyzję: nie wyrażam zgody. Powiedziałem: przerwać akcję, wycofać milicję i wojsko poza teren kopalni.

I ja, i mój adwokat prosiliśmy na wszystkich trzech procesach, żeby wezwać na rozprawę w Warszawie, albo przynajmniej ściągnąć protokoły zeznań 23 milicjantów, którzy przez 27 lat przyznawali się, że użyli broni i zeznali, na czyje polecenie to zrobili. Za każdym razem sąd ten wniosek odrzucał, choć wiedział, że ci milicjanci nie odwołują się do mojego szyfrogramu, ale do rozporządzenia ministra SW z 21 grudnia 1955 r., które ustanawiało zasady użycia broni palnej. Nie ma żadnych dowodów, że popełniłem błąd. Choć jeden popełniłem...

Parę dni przed stanem wojennym wezwałem komendanta głównego milicji gen. Bejma. Zapytałem go o zasady użycia broni. Okazało się, że nie ma takich zasad; że od 1955 roku żaden minister nie uregulował tych spraw, że wszyscy uciekali od tego. Poleciłem napisanie projektu rozporządzenia, uzgodnienie go z biurami prawnymi MSW, MON i Radą Państwa oraz ogłoszenie w Dzienniku Ustaw. Bejm zaczął mnie przekonywać, że nie ma takiej potrzeby, bo jest przygotowany projekt dekretu Rady Państwa, który te sprawy konsumuje. To mnie przekonało, niesłusznie.

W nocy z 12 na 13 grudnia generał Bejm przyniósł szyfrogram i prosił o podpisanie. Spytałem, czy Rada Państwa przyjęła uchwałę o wprowadzeniu stanu wojennego. Generał potwierdził. Czy Rada Państwa uchwaliła cztery dekrety o wprowadzeniu stanu wojennego? Znowu potwierdzenie. Zacząłem wnikliwie analizować ten szyfrogram i porównywać z treścią dekretu. Stwierdziłam, że nie ma merytorycznych rozbieżności. I z boku podpisałem się. Do szyfrogramu dopisałem sformułowanie, że broni palnej można użyć tylko w przypadku zagrożenia życia. Ten dokument się zachował.

Często analizuję tamte dni. Autentycznie ubolewam nad tym, co się stało w kopalni Wujek. Ja wiem, że robiliśmy wszystko, aby stan wojenny obył się bez ofiar.