niedziela, 29 czerwca 2008

Wygrała Hiszpania, wygrał futbol

Michał Kołodziejczyk 30-06-2008, ostatnia aktualizacja 30-06-2008 02:29

Bohater finału o spełnianiu marzeń, Luisie Aragonesie i celach na przyszłość

RZ: Można sobie wyobrazić piękniejszy moment w karierze niż zdobycie zwycięskiej bramki w finale tak wielkiej imprezy jak mistrzostwa Europy?

Fernando Torres: Mam za sobą fantastyczny sezon w Liverpoolu i cieszę się, że starczyło mi sił i umiejętności, by wreszcie osiągnąć sukces z reprezentacją. Z jednej strony czuję się spełniony, z drugiej jednak, kiedy poczułem, jak smakuje podnoszenie tak ważnego pucharu – chciałbym to robić jak najczęściej. Mistrzostwo Europy dodaje mi siły do realizacji moich celów, do spełniania marzeń. Chcę być najlepszym piłkarzem w Europie, później na całym świecie. I, oczywiście, żeby moja dyspozycja przekładała się na wyniki osiągane przez drużyny, w których gram.

Co musiało się stać, żeby reprezentacja Hiszpanii wreszcie potrafiła udowodnić swoje możliwości na wielkim turnieju?

Zwycięstwo Hiszpanii to zwycięstwo futbolu. Nie chcieliśmy tylko przeszkadzać naszym rywalom, ale grać w piłkę. Wszyscy wiedzieliśmy, że każdy z nas ma duże umiejętności, jedyną trudnością było zbudowanie drużyny, która potrafiłaby to potwierdzić. Jestem podwójnie szczęśliwy: mam złoty medal, a kibice dużo radości z naszej gry. Cechował nas spokój, ciągle robiliśmy swoje, nie zrażaliśmy się niepowodzeniami. Nie udało się raz, to uda się następnym razem.

Pierwszy raz pokazaliście, że siłą Hiszpanii jest nie tylko skuteczny atak, ale i szczelna obrona...

To prawda. Jeszcze niedawno większość goli strzelaliśmy po kontratakach, tym razem okazało się, że potrafimy też długo utrzymywać się przy piłce, mimo że przecież nasz styl gry się nie zmienił. Hiszpania grała po hiszpańsku i została najlepszą drużyną w Europie, w co nikomu nie chciało się przed turniejem wierzyć. Kontrolowaliśmy grę w meczach z kompletnie różnymi przeciwnikami, jak Rosja, Szwecja, Włochy czy – w finale – Niemcy. To pokazuje, że w pełni zasłużyliśmy na ten tytuł. Wielki udział w naszym sukcesie mają bramkarz Iker Casillas i obrońcy, bo wygrywać można tylko wtedy, gdy jedenastu zawodników tworzy jeden organizm, kiedy doskonale się rozumie i ze sobą współpracuje. Zostaliśmy za to pięknie nagrodzeni.

Od początku spotkania grał pan tak, jakby chciał udowodnić, że trener w poprzednich meczach za szybko pana zmieniał...

Grałem tak, jakbym chciał zostać mistrzem Europy. Bardzo ciężko pracowaliśmy, przygotowując się do tego turnieju. Kiedy dostałem piłkę od Xaviego, dokładnie wiedziałem, co zrobię, wiedziałem, że wystarczy wyprzedzić obrońcę i tylko delikatnie popchnąć piłkę. To jeden z najprzyjemniejszych momentów mojego życia. Czy napastnik może sobie wyobrazić coś piękniejszego niż gol, który daje jego drużynie tytuł najlepszych w Europie? Dla mnie zaszczytem było nawet to, że znalazłem się w zespole, który przyjechał na mistrzostwa. Jesteśmy ze sobą zżyci, stanowimy grupę przyjaciół. Szkoda byłoby to wszystko zmarnować, nie wykorzystać szansy. Gdybyśmy nie zajęli pierwszego miejsca, ludzie być może by o nas zapomnieli. Tymczasem przeszliśmy do historii, osiągnęliśmy największy sukces hiszpańskiego futbolu od 44 lat, to nieprawdopodobne. W finale trochę się nacierpieliśmy, stworzyliśmy przecież dużo więcej okazji, a ponieważ wykorzystaliśmy tylko jedną, musieliśmy być skoncentrowani do ostatniego gwizdka.

Na stadionie było więcej kibiców z Niemiec niż z Hiszpanii. To przeszkadzało?

Nie myśleliśmy o tym, a ci fani, którzy nas dopingowali, byli fantastyczni. To jest także ich tytuł, to jest ich zwycięstwo. Daliśmy radość milionom Hiszpanów, także tym, którzy oglądali nas tylko przed telewizorami. Rozmawialiśmy z kolegami w szatni o tym, jak musi teraz wyglądać Madryt. Chcielibyśmy jak najszybciej tam polecieć i cieszyć się razem ze wszystkimi. Mamy prawo chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich problemach, pamiętamy jednak, że teraz należałoby z dobrej strony pokazać się za dwa lata na mistrzostwach świata.

Jak dużą rolę w sukcesie odegrał trener Luis Aragones?

On jest kolejnym zawodnikiem reprezentacji. Kocha futbol, kocha nasz sposób gry, potrafił to wszystko poukładać i chyba jest tutaj najważniejszą postacią. Aragones jest dla nas jak ojciec, zaufał nam, traktował sprawiedliwie i chcieliśmy mu się za to odwdzięczyć. Wiemy przecież, że to jego ostatni mecz jako selekcjonera. Ostatni, ale jaki! Odchodzi jako zwycięzca.

Oficjalna strona turnieju w Austrii i Szwajcarii

www.euro2008.uefa.com

Luis Aragones - trener Hiszpanii

Jestem zachwycony. Udało się zbudować z młodych piłkarzy drużynę, która tak podaje sobie piłkę, że trudno ją zatrzymać. Nasze zwycięstwa były wspaniałe. Już w mundialu 2006 graliśmy dobrze, ale Francja okazała się lepsza. Teraz udało nam się wszystko. Hiszpania była przykładem, jak powinno się grać w piłkę. Myślę, że wszyscy, którzy kochają futbol, się z tym zgodzą. Od początku turnieju mówiłem piłkarzom, że mogą zostać mistrzami. Od kiedy na początku meczu Fernando Torres uderzył w słupek, wierzyłem, że strzelimy gola. Mieliśmy jeszcze tyle szans. Odchodzę do innej pracy, a do mojego następcy mogę mieć tylko jedną prośbę: traktuj ich dobrze, oni na to zasługują. Pamiętam ten dzień, w którym zdobyliśmy pierwsze mistrzostwo Europy. Co wtedy robiłem? Jak to co, oglądałem mecz. Zabrakło dla mnie miejsca w tamtej drużynie, ale przeżywałem finał, jakbym w nim grał.

Joachim Löw - trener Niemiec

Jestem pełen uznania dla Hiszpanów. Grali dobrze przez cały turniej, w finale byli wspaniali, jeśli chodzi o technikę. Widać, że grają w Lidze Mistrzów, są przyzwyczajeni do jej wyzwań. Tak trudno im zabrać piłkę. Jeśli już mieli szanse, to bardzo groźne, do tego stworzyli ich dużo więcej niż my. Nie mam żadnych pretensji do sędziego. Gdy emocje opadną, będziemy zadowoleni z tego, co osiągnęliśmy. Porażka w finale boli, ale nie zapomnimy, jak dobrze się bawiliśmy przez kilka ostatnich tygodni. Na pewno czeka nas dużo pracy, bo nie w każdym meczu Euro graliśmy tak, jak oczekiwaliśmy. Zdarzały nam się dobre i złe dni. Michael Ballack? Cieszę się, że zagrał. Niektórym może się wydawać, że jestem zawiedziony tym, co pokazał, ale trzeba wiedzieć, co się dzieje poza meczami, jakim on jest kapitanem. Myślę, że dobrze reprezentował tutaj drużynę i Niemcy.

Iker Casillas - hiszpański bramkarz

Nareszcie nam się udało. Nie jestem pewny, czy w pełni dotarło do nas to, jak wiele osiągnęliśmy. Spełniłem właśnie jedno z moich marzeń i jeden z celów, jakie chciałem osiągnąć, zanim zakończę grę w narodowej reprezentacji. Kiedy zabrzmiał ostatni gwizdek, poczułem się przytłoczony naszym sukcesem. Teraz już się trochę uspokoiłem. Widzę, jak ogromnie szczęśliwi są nasi kibice. W pełni na to zasłużyli. Zresztą, my, piłkarze, również mieliśmy już dość ciągłego przegrywania w ćwierćfinałach wielkich imprez.

Jens Lehmann - niemiecki bramkarz

Ciągle jestem rozczarowany. Cała drużyna jest jeszcze w szoku. Kiedy przegrywasz, masz potem całe życie na przemyślenia: czy zrobiłem coś źle? Gdybanie jest wielkim wrogiem przegranych. Ciągle pytasz sam siebie: czy podjąłem właściwą decyzję? Tak naprawdę powinno się nam gratulować, bo dotarcie do finału było wielkim osiągnięciem. Teraz musimy zmierzyć się z naszym rozczarowaniem. To na pewno był mój ostatni występ w mistrzostwach Europy. Jeśli podejmę decyzję o zakończeniu sportowej kariery, najpierw poinformuję o tym trenera i kolegów z drużyny. To nie jest łatwa decyzja.

Andres Iniesta - hiszpański pomocnik

Stoczyliśmy ciężką walkę o ten tytuł. Nasza drużyna zawsze grała dobrze i z polotem. My, piłkarze, i kibice marzyliśmy wspólnie o tym, że kiedyś dokonamy podobnej rzeczy. Dziś nasze pragnienia się spełniły. Teraz nie możemy się zatrzymać. Musimy próbować zwyciężać dalej.

XABI ALONSO - hiszpański pomocnik

Nie potrafię powiedzieć, czy to ważniejsze zwycięstwo niż te przed trzema lata z Liverpoolem w Lidze Mistrzów. Ale wiem na pewno, że to jeden z najszczęśliwszych dni w mojej karierze.

CESC FABREGAS - hiszpański pomocnik

Zrobiliśmy, co do nas należy, wygraliśmy w znakomitym stylu i zagraliśmy na nosie ludziom, którzy w nas nie wierzyli. Dziękujemy tym, którzy nas nie skreślali. Oni pomogli nam wygrać.

Christoph Metzelder - niemiecki obrońca

Trzeba pogratulować Hiszpanom, mają przed sobą wspaniałą przyszłość. Nie można powiedzieć, żebyśmy byli zadowoleni z drugiego miejsca, ale jestem pewny, że za kilka tygodni dotrze do nas to, jak wiele osiągnęliśmy, awansując do finału.

—koło

Źródło : Rzeczpospolita

Viva España, 44 lata później

Paweł Wilkowicz 30-06-2008, ostatnia aktualizacja 30-06-2008 06:18

Hiszpania – Niemcy 1:0. Hiszpanie po raz drugi mistrzami Europy! Fernando Torres strzelił jedyną bramkę jeszcze w pierwszej połowie, a przewaga zwycięzców była ogromna. Niemcom udało się tylko zamienić ten mecz w najbardziej brutalne spotkanie turnieju.

Spełnione marzenie Hiszpanów. Na zdjęciu piłkarze zwycięskiej drużyny Fernando Torres (z lewej) i Sergio Ramos z pucharem
źródło: AFP
Spełnione marzenie Hiszpanów. Na zdjęciu piłkarze zwycięskiej drużyny Fernando Torres (z lewej) i Sergio Ramos z pucharem
źródło: Reuters

Luis Aragones nagle znalazł się na rękach swoich piłkarzy, a potem w powietrzu. Iker Casillas wspiął się na poręcz podestu, na którym dekorowano mistrzów, i podniósł puchar najwyżej, jak potrafił. Strzeliły fajerwerki, pora zmienić przysłowia.

Od teraz futbol jest grą, w której od początku do końca zwyciężają Hiszpanie. Wygrali wszystkie mecze mistrzostw Europy, mieli najlepszą obronę i najskuteczniejszy atak. Ani razu nie stracili pierwsi bramki, tylko w meczu z Włochami musieli czekać do rzutów karnych. Nawet prowadząc, ciągle atakowali. Finał był dalszym ciągiem tego, co robili przez cały turniej, choć tym razem musieli grać bez króla strzelców mistrzostw Davida Villi. Nie zostawili żadnych wątpliwości, że puchar należał się tylko im.

Na bramkę czekali do 32. minuty, wtedy stało się to, co było nieuniknione. Niemcom ataki udawały się tylko w pierwszych minutach i od czasu do czasu w drugiej połowie, gdy nie mieli innego wyjścia, niż ruszyć do przodu. Byli wolniejsi od Hiszpanów, mniej zdecydowani, a pod koniec meczu tak wyczerpani, że rywale mogli spokojnie odliczać minuty do ostatniego gwizdka.

Miroslav Klose czekał na podania bez końca. Lukas Podolski i Bastian Schweinsteiger w starciach z bocznymi obrońcami mogli się przekonać, dlaczego Hiszpanie stracili w sześciu meczach tylko dwie bramki. Michael Ballack, Torsten Frings i Thomas Hitzlsperger częściej faulowali, niż wygrywali pojedynki z hiszpańskimi pomocnikami. Nawet akcje po rzutach rożnych i wolnych tym razem im się nie udawały. Niemcy mieli swoje szanse, ale nie tak klarowne jak rywale. Znacznie bliżej byli strzelenia bramki samobójczej: Christoph Metzelder i Ballack źle wybijali piłkę, w pierwszej sytuacji Niemców uratował tylko refleks Jensa Lehmanna, a w drugiej stojący przy linii bramkowej Frings.

Przed golem dla Hiszpanii był jeszcze strzał Torresa w słupek, a w drugiej połowie Marcos Senna nie trafił w piłkę, gdy miał przed sobą pustą bramkę. Tylko Torres w 32. minucie zrobił wszystko, jak należy. Senna podał do Xaviego, ten między niemieckich obrońców do rozpędzonego napastnika Liverpoolu. Philipp Lahm nie potrafił uzgodnić z Lehmannem, co powinien zrobić. Zaczął blokować drogę Torresowi, ale bramkarz za późno ruszył do piłki.

Hiszpan zdążył obiec obrońcę i kopnąć piłkę do bramki. Lehmann bronił do końca meczu tak, że trudno go uznać za winnego porażki. Lahm nie miał okazji do naprawienia błędu. Zszedł w przerwie, trener Joachim Löw tłumaczył, że był kontuzjowany.

Zdążył się natomiast wyleczyć Ballack, o ile informacje o jego problemach z łydką były prawdziwe. W sobotę jeszcze nie trenował, w dniu finału ból ustąpił tak nagle, jak się pojawił. Kapitan zgłosił, że jest gotowy do gry, ale to nie był jego mecz. Walczył, próbował, ale we wspomnieniach z finału pozostaną przede wszystkim jego faule, kłótnie z sędzią i Hiszpanami oraz rozbity w zderzeniu z Senną łuk brwiowy. W drugiej połowie iskrzyło na boisku co chwila, a zaczęło się jeszcze przed przerwą, gdy Ballack trafił z impetem w stopę Xaviego, choć piłka była już daleko od niego. Sędzia Roberto Rosetti nie wyciągnął kartki, zresztą w wielu momentach meczu podejmował zaskakujące decyzje, a sędziowie liniowi mu nie pomagali. Nie zauważyli, że przy stanie 0:0 Joan Capdevila dotknął piłki ręką w polu karnym – może przypadkowo, ale wyraźnie – nie podyktowali rzutu wolnego, gdy Lehmann wybił piłkę ręką, stojąc już za linią pola karnego. Mogli wyrzucić z boiska Davida Silvę i Lukasa Podolskiego za kłótnię, która skończyła się zderzeniem głowami.

Po meczu Frings odepchnął ręką jednego z wbiegających na boisko Hiszpanów, niemieccy kibice wygwizdali sędziów, ale ich drużyna na pewno nie przegrała meczu przez Rosettiego. Była tak bezradna, że trener Löw, nie widząc sensu dalszego zagrzewania ich do walki, przyklęknął przy linii, pogodzony z porażką.

7 razy Hiszpanie strzelali celnie na bramkę Jensa Lehmanna. W całym turnieju oddali aż 117 strzałów

24 lata temu Michel Platini zabrał Hiszpanom Puchar Henri Delaunaya, strzelając gola w finale po błędzie Luisa Arconady. W niedzielę w Wiedniu wręczył trofeum właśnie hiszpańskiemu bramkarzowi, a Arconada patrzył na radość Casillasa z trybun. Przyjechał na finał na specjalne zaproszenie szefa UEFA.

Hiszpanie pokonali historię, zdobyli mistrzostwo grając, jeszcze lepiej niż zwycięzcy z 1964 roku. Wtedy wygrali u siebie, w Madrycie, pod okiem generalissimo Franco, który dla zwycięzców miał królewskie premie, a dla najmłodszych z nich również zwolnienie ze służby w wojsku. Teraz taka motywacja nie była potrzebna, liczyło się tylko to, by nie przejść do historii jako kolejne niespełnione pokolenie.

Większość obecnych piłkarzy jest na tyle młoda, że będą mogli powiedzieć sobie, wyjeżdżając z Austrii: do zobaczenia za cztery lata w Polsce i na Ukrainie.

Wiedeń: Niemcy

– Hiszpania 0:1 (0:1)Bramka: F. Torres (33). Żółte kartki: M. Ballack, K. Kuranyi (Niemcy); I. Casillas, F. Torres (Hiszpania).Sędziował R. Rosetti (Włochy). Widzów: 51 428.

Niemcy: Lehmann - Friedrich, Mertesacker, Metzelder, Lahm (46, Jansen) - Schweinsteiger, Frings, Ballack, Hitzlsperger (58, Kuranyi), Podolski - Klose (79, Gomez).Hiszpania: Casillas - Ramos, Puyol, Marchena, Capdevila - Senna, Iniesta, Xavi, Fabregas (63, Alonso), Silva (66, Cazorla) - Torres (78, Guiza)

Źródło : Rzeczpospolita

Mugabe wygrał wybory w Zimbabwe

ga, IAR
2008-06-29, ostatnia aktualizacja 2008-06-29 18:26
Zobacz powiększenie
Robert Mugabe podczas inspekcji gwardii honorowej w czasie ceremonii upamiętniającej koniec panowania białych w 1980 roku
Fot. STR AP

Robert Mugabe wygrał wybory prezydenckie w Zimbabwe. Dotychczasowy prezydent, który rządzi krajem od 28 lat, został już zaprzysiężony na szóstą kadencję. "To żart roku" - komentuje opozycja.

Zobacz powiekszenie
Fot. PHILIMON BULAWAYO REUTERS
Morgan Tsvangirai
ZOBACZ TAKŻE
Mugabe wygrał we wszystkich 10-ciu prowincjach kraju. Komisja wyborcza poinformowała, że oddano na niego ponad 2 miliony 150 tysięcy głosów, podczas gdy lider opozycji Morgan Tsvangirai uzyskał przeszło 230 tysięcy głosów. Tsvangirai przed tygodniem wycofał się z wyścigu w obawie o życie swoje i swoich współpracowników. Według przedstawicieli jego partii, w czasie kampanii wyborczej zginęło 90 osób. Opozycjoniści mówią także o przypadkach zastraszania.

Komisja wyborcza stwierdziła jednak, że Tsvangirai zbyt późno zrezygnował i jego nazwisko musiało zostać na kartach do głosowania.

W pierwszym komentarzu po ogłoszeniu rezultatów, rzecznik opozycyjnego Ruchu na rzecz Zmian Demokratycznych Nelson Chamisa określił wynik wyborów jako "żart roku i akt desperacji ze strony reżimu".

Na wyniki zareagowała też społeczność międzynarodowa. Amerykańska sekretarz stanu Condoleezza Rice wezwała Chiny i inne światowe mocarstwa do zdecydowanej reakcji skierowanej przeciwko Mugabemu. Dotychczas Chiny, Rosja i RPA ustawicznie blokowały wprowadzenie sankcji ONZ wobec Zimbabwe.

Z kolei kanclerz Niemiec Angela Merkel wezwała Unię Afrykańską do wyciągnięcia konsekwencji wobec Mugabego. Dodała, że jako prezydent stracił on wszelką legitymację do sprawowania władzy. Merkel określiła wybory w Zimbabwe mianem farsy.

Wybory w Zimbabwe potępiły Stany Zjednoczone i Unia Europejska. George Bush zapowiedział wprowadzenie sankcji wobec Zimbabwe, a dyplomacja Włoch nie wykluczyła wycofania swojego ambasadora z tego kraju.

Oto człowiek, który igra z wolą Boga

James Watson-człowiek, który igra z wolą Boga

Gdyby odkryto gen odpowiedzialny za orientację seksualną, kobiety noszące w łonie homoseksualne dziecko powinny mieć prawo je usunąć -uważa współodkrywca struktury DNA, noblista, James Watson. W rozmowie z DZIENNIKIEM zaprzecza, by igranie z DNA było niezgodne z wolą Boga. I mówi: "Ja go jeszcze nie widziałem".

czytaj dalej...
REKLAMA

Chyba nie wszyscy, którzy w miniony wtorek na Uniwersytecie Warszawskim słuchali wykładu Jamesa Watsona, zdawali sobie sprawę, że pod powierzchownością dystyngowanego naukowca kryje się prawdziwy skandalista. Niegdyś zyskał rozgłos po tym, jak odkrył DNA. Niedawno wrócił na pierwsze strony gazet, kiedy powiedział kilka słów za dużo.

Największy skandal z udziałem Watsona wybuchł 14 października 2007 r. Tego dnia w "The Sunday Times” ukazała się wypowiedź naukowca: "Polityka społeczna Stanów Zjednoczonych względem Afryki opiera się na założeniu, że inteligencja mieszkańców tego kontynentu jest taka sama jak nasza. A każdy, kto miał do czynienia z czarnymi pracownikami, wie, że to nieprawda”. Następnego dnia media na całym świecie informowały: "Jeden z najwybitniejszych uczonych naszej epoki to rasista!”.

79-letni James Watson, nagrodzony Noblem współodkrywca struktury DNA, przybył wówczas właśnie do Wielkiej Brytanii. Celem jego wizyty była promocja nowej (trzeciej już) wersji autobiografii zatytułowanej "Unikaj nudnych ludzi”. Ale to nie książka przykuła uwagę publiczności. Po nagłośnieniu słów naukowca trasę promocyjną trzeba było odwołać. Watsona wezwano do Stanów, do ośrodka Cold Spring Laboratory w Nowym Yorku, któremu szefował od 35 lat. Mimo że to on doprowadził Cold Spring Laboratory do świetności, w ciągu zaledwie jednego dnia został zmuszony do przejścia na emeryturę. Tym samym schyłek kariery Watsona nie różnił się niczym od reszty jego burzliwego życia.

DNA z kartonu

Ponad pół wieku wcześniej niespełna 23-letni James Watson przyjechał z USA do Wielkiej Brytanii, do prestiżowego Laboratorium im. Cavendisha. Przyjęto go, bo zapowiadał się na solidnego naukowca: syn biznesmena i krawcowej rozpoczął studia w wieku piętnastu lat. Początkowo planował oddać się pasji z dzieciństwa - ornitologii. Jednak już w trakcie studiów zainteresował się genetyką.

W Laboratorium im. Cavendisha Watson poznał starszego o dwanaście lat Francisa Cricka. Obu interesowało to samo: jak zbudowana jest substancja odpowiedzialna za dziedziczenie. Jest nią tzw. kwas dezoksyrybonukleinowy, czyli DNA. Dzisiaj w każdej szkole uczy się, że DNA to zwinięty w podwójną spiralę (helisę) łańcuch czterech zasad purynowych. Ale jeszcze pięćdziesiąt lat temu było to dla naukowców niewiadomą.

Do przełomowego odkrycia doszło 28 lutego 1953 r. Watson przyszedł do laboratorium bardzo wcześnie. Był sam. Na jego stole leżały wycięte z kartonu symbole związków chemicznych, które (jak podejrzewali uczeni) wchodziły w skład DNA. Lecz jak się ze sobą łączyły? Watson przystąpił do pracy od początku. Tak długo zmieniał kolejność cegiełek, aż wreszcie ułożyły się w całość. Jeszcze tego samego dnia Francis Crick oznajmił kolegom: "Właśnie odkryliśmy tajemnicę życia!”.

Dwa miesiące później na łamach fachowego pisma "Nature” ukazała się praca Watsona i Cricka „Struktura kwasów dezoksyrybonukleinowych”. Zawartą w niej teorię dotyczącą budowy DNA potwierdzono pięć lat później, a w 1962 r. obaj uczeni zostali uhonorowani Nagrodą Nobla. I słusznie, bo wzór, który Watson ułożył z kartonowych kawałków, zmienił cały świat. Dzięki niemu można dziś za pomocą badań genetycznych ustalić ojcostwo, a policja na podstawie włosa czy kropli krwi jest w stanie zidentyfikować przestępcę.

Nawiasem mówiąc, już po otrzymaniu Nobla Watson wystąpił o podwyżkę w wysokości jednego tysiąca dolarów. Odmówiono mu jej.

Antyfeminista, homofob

Dla Jamesa Watsona Nobel i towarzysząca mu sława oznaczały zainteresowanie mediów. A to przyniosło mu kłopoty, ponieważ bogata osobowość genetyka często owocowała barwnymi wypowiedziami doskonale nadającymi się na nagłówki.

Zaczęło się od książki "Podwójna helisa”, którą Watson napisał w 1968 r. Publikacja - oprócz historii przełomowego odkrycia - zawierała też cięty opis środowiska naukowego. Uczeni zostali w niej przedstawieni jako istoty złośliwe, których dokonania opierają się na wybłaganych od kolegów danych i dla których autorytetami są głupcy. Jakby tego było mało, Watson skrytykował także jedną ze swych koleżanek, Rosalind Franklin, której prace (przekazane mu bez jej wiedzy) były kluczowe dla ustalenia wzoru DNA. W "Podwójnej helisie” Franklin pojawiła się jako osoba pozbawiona wdzięku, niekomunikatywna i - o zgrozo - źle ubrana. Tego rodzaju stwierdzenia natychmiast zwróciły na Watsona uwagę feministek, które uznały go za sztandarowy przykład seksisty.

Watson nic sobie z tego nie robił. Kiedy zapytano go, dlaczego przywiązuje takie znaczenie do wyglądu kobiet, odparł: "Bo to ważne”. Koledze powiedział, że jego towarzyszka życia nie nadaje się na żonę, ponieważ słabo gotuje. Wspominał, że w młodości wszystko, co robił (również jako naukowiec), było pościgiem za spódniczkami. A gdy po płomiennym romansie zdobył wreszcie swoją przyszłą żonę, wysłał koledze pocztówkę z dumnym oświadczeniem: "Dziewiętnastolatka jest teraz moja”.

Feministki nie były jedynymi, które czuły się urażone wypowiedziami Watsona. Grono takich osób powiększało się z roku na rok. Nobliście udało się obrazić m.in. Brytyjczyków - "Ludzie o ciemnej karnacji mają większe libido, dlatego istnieje ktoś taki jak latynoski kochanek. A czy słyszeliście kiedyś o angielskim kochanku? Nie, jest tylko angielski pacjent”, otyłych - "Zawsze kiedy przeprowadzasz rozmowę o pracę z grubym, czujesz się z tym źle, bo wiesz, że i tak go nie zatrudnisz”, homoseksualistów - "Gdyby odkryto gen odpowiedzialny za orientację seksualną, kobiety noszące w łonie homoseksualne dziecko powinny mieć prawo je usunąć”.

Watsona krytykowano zwłaszcza za ostatnie stwierdzenie, a także za nazwanie Craiga Ventera - swego konkurenta do miana najwybitniejszego genetyka świata - Hitlerem. Craig Venter podpadł Watsonowi z dwóch powodów. Po pierwsze miał własną wizję badań ludzkiego genomu, która zakładała patentowanie kolejnych jego odkrywanych fragmentów. Po drugie ogłosił, że zamierza stworzyć sztuczne życie - bakterię, która będzie produkowała paliwo - i zbić na tym majątek.

Uczciwy jak James Watson

Jedno trzeba Watsonowi oddać: nie chce zarabiać na własnych odkryciach wielkich pieniędzy. Jest na tę sprawę naprawdę mocno uczulony.

Zaczęło się na początku lat 90., kiedy Watson przekonał amerykańskie władze do sfinansowania prac Human Genome Project, organizacji, której zadaniem było odczytanie całego ludzkiego materiału genetycznego. Human Genome Project był częścią amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia. Kiedy po pierwszych sukcesach szefowa instytutu Bernadine Healy próbowała opatentować odkryte fragmenty DNA, Watson gwałtownie zaprotestował. Patenty tego rodzaju uznał za bariery hamujące rozwój nauki. Żeby wyrazić sprzeciw, opuścił Human Genom Project. Przy okazji znów powiedział coś, co szeroko cytowano: "Wszystkie państwa świata muszą zrozumieć, że genom człowieka należy nie do nich, ale do ludzi”. Kilka lat później, kiedy stał się drugim po Craigu Venterze człowiekiem, którego materiał genetyczny odcyfrowano, wszystkie uzyskane dane umieścił w internecie.


Watson: Jeszcze nie widziałem Boga

MAŁGORZATA MINTA: Jest pan jak na razie jedną z dwóch osób na świecie, które zsekwencjonowały swoje DNA. Dysponując tą wiedzą, co by chciał pan w nim zmienić?
JAMES WATSON:
Należy zacząć od tego, że nie potrafimy jeszcze interpretować całej informacji zapisanej w DNA. Wiemy, co znaczą poszczególne kawałki, ale nic więcej. W rezultacie nawet jeśli ktoś ma zsekwencjonowane DNA, to nie wie, co dokładnie ten zapis oznacza. Ja dowiedziałem się, że mam tylko jedną kopię genu, który odpowiada za produkcję laktazy, czyli enzymu umożliwiającego trawienie cukru znajdującego się w mleku. Wolałbym mieć dwie kopie tego genu – mógłbym jeść więcej lodów bez martwienia się, że zacznie mnie po nich boleć brzuch (śmiech).

Zakładając, że opanujemy sztukę manipulacji genami i DNA, czy osoba, która zmieni swoje DNA, nadal będzie sobą, tym samym człowiekiem?
Tak. Przynajmniej w większości. Mózg kogoś takiego nie ulegnie zmianie. Jedynie jego ciało będzie sprawniejsze, bardziej wytrzymałe.

Na razie takie sekwencjonowanie całego DNA jest drogie - to koszt rzędu milionów dolarów. Czy uważa pan, że kiedyś stanie się ono tak powszechnym badaniem, jak zwykłe badanie krwi?
Może, ale generalnie powinniśmy być na tym polu ostrożni. Ostrożni, jeśli chodzi o przewidywanie przyszłości człowieka na podstawie informacji zapisanych w jego DNA.

Dlaczego?
Choćby dlatego, że ludzie chyba wcale nie chcą wiedzieć, jak będą wyglądać w przyszłości, jak długo będą sprawni, kiedy umrą. Jedyny sensowny powód, dla którego należy patrzeć w DNA, to ewentualne korzyści w leczeniu chorób. Jeżeli mielibyśmy zaglądać do DNA w poszukiwaniu genów odpowiadających za zachorowanie na raka, to powinniśmy to robić. Jednak gdy z DNA wyczytamy chorobę, na którą nie znamy leku, to mówienie i uświadamianie o tym pacjenta nie jest już czymś tak oczywistym. Tak jest z chorobą Alzheimera. Po co w młodym wieku wiedzieć, że się na nią zapadnie, skoro i tak medycyna nie zna jeszcze na tę chorobę lekarstwa? Zresztą ja sam tak postąpiłem. Gdy zsekwencjonowano moje DNA, nie chciałem patrzeć na geny związane z chorobą Alzheimera, choć miałem taką możliwość. Nie chcę wiedzieć, czy zachoruję, bo i tak nic bym z tą wiedzą nie mógł zrobić.

W jakich sytuacjach zatem wykorzystanie takiej metody badania jest odpowiednie i na miejscu?
Nie sekwencjonowałbym DNA wszystkich ludzi na świecie, bo mogliby mieć przez to problemy w pracy, w ubezpieczalni. Nie sekwencjonowałbym także DNA każdego nowo narodzonego dziecka, bo i tak bardzo trudno byłoby nam zinterpretować i wykorzystać tę wiedzę. Przy interpretowaniu wyników można by popełnić wiele błędów. Dzięki sekwencjonowaniu DNA nie dowiesz się, czy twoje dziecko zostanie muzykiem. Może talent jest zapisany w genach, może nie. Co innego, gdybyś chciała sprawdzić, czy dziecko nie cierpi na poważną alergię albo astmę. Z taką wiedzą możemy już coś zrobić, polepszyć sytuację dziecka.

Czy rodzice powinni mieć prawo do sekwencjonowania i sprawdzania DNA dziecka?
Tak, jeśli miałoby to przynieść korzyści dziecku, jeśli miałoby to mu jakoś pomóc, wtedy powinni to robić. Ale jeśli rodzice chcieliby takie badanie wykonać, aby przewidywać, jakie to dziecko będzie w wieku siedemnastu lat, to nie. Moim zdaniem takich badań nie można wykonywać po to, by zaspokoić ciekawość rodziców. Celem powinna być tylko pomoc. Ale tu znów można by zadać pytanie, kto ma o tym decydować, kto powinien ustalać zasady. To bardzo skomplikowane.

Zakładając, że byłoby to możliwe, czy rodzice powinni mieć prawo do manipulowania genami dziecka? Np. decydować o kolorze jego oczu?
Jeśli np. kobieta ma już czterech synów, to nie widzę nic złego w tym, że chce zdecydować, czy chce urodzić kolejnego chłopca, czy dziewczynkę (śmiech). Uważam, że ludziom powinno się pozwalać robić różne rzeczy, jeśli nie będą robić czegoś w oczywisty sposób niebezpiecznego, złego.

Mówi się, że w DNA ukryty jest przepis na młodość. Czy chciałby pan żyć w społeczeństwie składającym się wyłącznie z młodych ludzi, którzy tę młodość zachowali dzięki manipulacjom DNA?
Nie mam na ten temat zdania. Wydaje mi się, że każdy chciałby być młody i młodo wyglądać. Młodość ma jednak i dobre, i złe strony. Jeśli jesteś np. tenisistą, to wolisz mieć 25 lat, a nie 80. Jednak z drugiej strony z wiekiem nabieramy doświadczenia, jesteśmy - przynajmniej teoretycznie - mądrzejsi. Nie stajemy się bezużyteczni, po prostu robimy inne rzeczy. Jeśli będę musiał umrzeć, zaakceptuję to. Ale nie chciałabym umierać w bólu i cierpieniu, nie chcę się męczyć.

A czy igranie z DNA nie jest wbrew naturze?
Nie. Niektórzy nazywają to zabawą w Boga. Ale zastanówmy się. Kobiety decydujące się na późne macierzyństwo często dzisiaj sprawdzają, czy ich dziecko nie ma dodatkowej kopii chromosomu 21, bo taka wada genetyczna skutkuje chorobą Downa. Czy takie badanie jest igraniem z wolą Boga? Dla niektórych pewnie tak. Jednak moim zdaniem, jeśli kobieta chce mieć zdrowe dziecko, to powinna mieć prawo do takich badań. A co do Boga... Ja go jeszcze nie widziałem.

Swego czasu bardzo głośno zrobiło się o pracach Craiga Ventera związanych z tworzeniem sztucznego życia. Chodziło np. o bakterie, które będą w stanie produkować ropę. Co pan tym sądzi?
Jeżeli bylibyśmy w stanie stworzyć formę życia, która produkuje więcej energii i może nam pomóc w rozwiązaniu problemów energetycznych, lub taką, która produkuje lepsze pożywienie, to raczej nie miałbym nic przeciwko temu. Jednak nazywanie czegoś sztucznym życiem... To chyba nie najlepsze określenie.

Nadal obserwuje pan ptaki?
Już nie. Mam problemy ze słuchem i niezbyt dobrze radzę sobie z rozpoznawaniem ich śpiewu.