niedziela, 15 grudnia 2013

Korea to smutny kraj

Egzekucja wuja dyktatora Korei Płn. wywołała lawinę rozważań i hipotez co do stanu władz tego uzbrojonego w broń atomową kraju. Pojawiają się obawy, że to objaw groźnej destabilizacji, który utrudni rozwiązanie kwestii jego programu nuklearnego.

Romans, samobójstwo, zamach, egzekucja. Historia wuja Kim Dzong Una

Jeszcze niedawno...
czytaj dalej »
Rząd w Pjongjangu poinformował w piątek, że 67-letni Dzang Song Taek, mąż ciotki Kim Dzong Una, uchodzący za drugą osobę w państwie i głównego pośrednika w kontaktach reżimu z Chinami, został skazany na śmierć i stracony.

Przypuszcza się, że był on zwolennikiem "drogi chińskiej", czyli wprowadzania reform rynkowych w gospodarce przy zachowaniu pełnej kontroli Partii Komunistycznej nad polityką. Stąd spekulacje o możliwym zahamowaniu reform, chociaż Pjongjang oświadczył po egzekucji, że nie zmieni polityki i popierane przez Dzanga eksperymentalne strefy ekonomiczne będą nadal rozwijane.

Oficjalny komunikat władz północnokoreańskich oskarża Dzanga o spisek w celu przejęcia władzy od Kim Dzong Una przy wsparciu ze strony wojska. Miałoby ono stanąć po stronie Dzanga, kiedy pogorszy się sytuacja gospodarcza kraju.

Korea potwierdza: wuj Kima odsunięty od władzy. Jego nazwisko znikło z bazy danych

Dzang Song Thaek,...
czytaj dalej »
Będą dalsze czystki?

Wiadomość o egzekucji wywołała szok na świecie, zwłaszcza w Korei Południowej. Komentatorzy przewidują dalsze czystki w stalinowskim stylu, których ofiarą mają paść sojusznicy Dzanga. Wskazuje na to m.in. polecenie władz nakazujące powrót do kraju północnokoreańskich aparatczyków gospodarczych i biznesmenów przebywających w Chinach.

Według "Los Angeles Times" krwawa rozprawa z wujem i mentorem Kim Dzong Una jest etapem "młodzieżowej rewolucji" w Korei Północnej. 30-letni dyktator przy pomocy rodzeństwa: 32-letniego brata i 26-letniej siostry zmierza do wyeliminowania zagrażających mu dygnitarzy starszego pokolenia, którzy go "nie rozumieją i nie traktują poważnie" - jak to określił cytowany przez dziennik ekspert ds. Korei Północnej Andrei Lankov.

Analitycy przypominają, że Kim Dzong Un wyrzucił z kierownictwa rządu pięciu notabli ze starej gwardii partyjnej, a później skazał na śmierć dwóch bliskich współpracowników Dzanga. Porównują czystki do chińskiej "rewolucji kulturalnej" w latach 60. XX wieku, kiedy młodzi hunwejbini - członkowie Czerwonej Gwardii – terroryzowali i poniżali swoich nauczycieli i innych starszych przedstawicieli elit.

Afera korupcyjna zakończona egzekucją. Wuj Kima stracił posadę, kara śmierci dla doradców

Wuj przywódcy...
czytaj dalej »
Za aresztowaniem stoją kobiety?

Wśród hipotez na temat przyczyn egzekucji Dzanga pojawiła się nawet wersja quasi-tabloidowa. Według brytyjskiego dziennika "Telegraph" za jego aresztowaniem stoją kobiety: żona Kim Dzong Una oraz żona samego Dzanga. Ta ostatnia – córka założyciela Korei Północnej Kim Ir Sena - miała jakoby dość zdrad swego męża, który był znanym kobieciarzem. W komunikacie o jego skazaniu mówi się m.in. o jego rozwiązłym trybie życia i dystrybucji pornografii wśród współpracowników.

Coraz więcej egzekucji

Przez dwa lata rządów Kim Dzong Una ponad dwukrotnie wzrosła w Korei Północnej liczba publicznych egzekucji. Około 200 tysięcy ludzi przetrzymywanych jest w obozach koncentracyjnych w warunkach porównywanych do średniowiecznych. Szwedzki minister spraw zagranicznych Carl Bildt nazwał reżim "imperium horroru".

Wobec groźby nasilającego się terroru niektórzy dworzanie mogą interpretować sprawę Dzanga jako dzwonek alarmowy i pomyśleć o znalezieniu lepszego dyktatora. Kiedy zaczynają się rządy terroru, ich zakończenie łączy się zwykle z zastąpieniem osoby kata.

ekspert American Enterprise Institute Nicholas Eberstadt

Obserwatorzy zwracają uwagę, że od lat 50. w Korei Północnej nie skazywano na śmierć odsuniętych od władzy polityków wysokiego szczebla, zwłaszcza z rządzącej dynastii Kimów. Dzang był członkiem tej rodziny poprzez małżeństwo z córką Kim Ir Sena i siostrą Kim Dzong Ila, ojca obecnego dyktatora.

Zdaniem niektórych ekspertów zaostrzenie terroru może umocnić władzę Kim Dzong Una. Część społeczeństwa może z zadowoleniem przyjąć usunięcie "skorumpowanego" polityka. Inni analitycy jednak uważają, że dojdzie teraz do gwałtownych zaburzeń reżimu, uważanego dotąd za wyjątkowo stabilny.

"Wobec groźby nasilającego się terroru niektórzy dworzanie mogą interpretować sprawę Dzanga jako dzwonek alarmowy i pomyśleć o znalezieniu lepszego dyktatora. Kiedy zaczynają się rządy terroru, ich zakończenie łączy się zwykle z zastąpieniem osoby kata" - napisał ekspert American Enterprise Institute Nicholas Eberstadt.

"Perspektywa rządów terroru w Korei Północnej może uruchomić nieprzewidziane konsekwencje - albo poprzez zastraszenie elit bliskich centrum władzy, albo poprzez osłabienie ich lojalności wobec systemu" - uważa ekspert Brookings Institution, Jonathan D. Pollack.

Wujek Kim Dzong Una stracony. "Odrażająca ludzka szumowina, gorsza od psa"

Północnokoreański...
czytaj dalej »
USA i Chiny zaniepokojone

Zaostrzenie brutalnej walki o władzę w Pjongjangu wywołało zaniepokojenie USA. Rzeczniczka Departamentu Stanu Marie Harf przestrzegła reżim północnokoreański przed "prowokacyjnymi czynami". Nie określiła bliżej, o jakie czyny chodzi, ale obserwatorzy przypominają, że za rządów Kim Dzong Una jego kraj ogłosił – w marcu br. - że jest "w stanie wojny" z Koreą Południową i zagroził Stanom Zjednoczonym "wojną termonuklearną".

Wojownicza retoryka spotkała się również z reakcją Chin, których prezydent Xi Jinping skrytykował kierownictwo Korei Północnej. Cytowany przez "Los Angeles Times" chiński ekspert Zhang Liang-gui powiedział: "Jesteśmy zaniepokojeni. Jest tu wiele spraw, w tym kwestia północnokoreańskiej broni atomowej".

"Istnieje możliwość, że teraz, bez Dzanga, Pjongjang będzie zajmował coraz twardsze stanowisko wobec innych narodów. Wuj Kim Dzong Una był przeciwny północnokoreańskim próbom nuklearnym i odpalaniu rakiet, twierdząc, że szkodzi to stosunkom z Chinami" - napisał analityk japońskiego dziennika "Asahi Shimbun".

"Możliwość daleko idącej czystki w kraju uzbrojonym w broń atomową, który określa się głównie przez swoją wrogość wobec otaczającego świata, jest głęboko niekojąca. Jest pilnie potrzebne, by wszystkie sąsiadujące z nim mocarstwa i Stany Zjednoczone odbyły konsultacje w celu ograniczenia ryzyka jeszcze większego kryzysu" - podsumowuje Jonathan D. Pollack.

Autor: kde//gak / Źródło: PAP

"Byłem atrakcją salonów a zakochałem się w mężatce" - znani mężczyźni o kobietach, miłości i seksie


Ola Długołęcka
 
12.12.2013 , aktualizacja: 13.12.2013 15:38
A A A Drukuj
Od dobrego jadła nie boli brzuch, od dobrego trunku nie boli głowa, a z dobrą kobietą nie boli życie - takie przysłowie na temat kobiet cytuje Juliusz Machulski. Co o płci pięknej sądzą słynni panowie? Dziennikarka Donata Subbotko swoje dyskusje z mężczyznami zamknęła w książce "W rozmowie", której fragmenty przytaczamy.

Daniel Olbrychski

Fot. Leszek Kotarba/East News

Donata Subbotko: Wszystko w życiu zaczynał pan wcześnie...

- Daniel Olbrychski, aktor: Po "Popiołach" stałem się atrakcją salonów, miałem 19 lat i patrzyły na mnie wyzywająco młode kobiety. Szybko zakochałem się w mężatce. Po roku zamieszkaliśmy razem, a w1971 roku urodził się Rafał. Małżeństwo z Moniką było niszczycielskie i rozpadłoby się wcześniej, gdyby nie syn. Miałem świadomość, że jeśli się w kimś zakocham, to z dawnego związku nie będzie co zbierać. I przyszedł taki moment. Wydawało mi się, że z osobą, którą wtedy spotkałem, zwiążę się na całe życie.

"Małgośka" jest o panu?

- Nie, śpiewałem to czasem z kapelami, np. w knajpie Giewont w Zakopanem, jak kręciłem "Potop". Jeszcze nie znałem Maryli prywatnie. Nawet własną wersję ułożyłem, sprośną, straszną. Zaczyna się łagodnie: "To był maj, pachniała Gośce kępa". Potem z Marylą w domu też śpiewaliśmy moją wersję, aż się kiedyś pomyliła na koncercie, na szczęście w Pradze. Później długi czas bała się to śpiewać.

To może "Sing-Sing nazywają go,/ bo ma w oczach coś takiego, samo zło"?

- Może cała płyta "Sing-Sing" była dla mnie? Wyszła już po rozstaniu. Przysłała mi ją i napisała: "Tobie, który byłeś muzą tej płyty, Maryla z miłością".

To był piękny okres, straszny mój ból po rozstaniu, jej nostalgia. Potem związała się z kimś nietuzinkowym, po tym krótkim romansie, przez który żeśmy się rozstali.

Trzecia żona. Z drugą, Zuzanną Łapicką, spędził pan 20 lat.

- Do rozwodu tylko dziesięć. Potem jeszcze na trochę do siebie wróciliśmy, ale w końcu też się rozminęliśmy. Fantastycznie wspominam swoje kobiety, i te, którym ja dałem więcej, i te, które mi dały w kość. Pierwszy raz było za dużo konfliktów, drugi raz żadnych, ale też się nie udało. Aż się udało teraz, z Krysią. Ale każdej wiele zawdzięczam. Jak mówi wieszcz: "Kto nie doznał goryczy ni razu,/ Ten nie dozna słodyczy w niebie".

Chyba więcej kobiety przez pana cierpiały niż pan przez nie?


- Bo ja wiem? Jak to zmierzyć? Jak przeżywałem dramaty, to mój zawód mnie ratował, zawsze był mi wierny, kobiety nie zawsze.

Pan chyba też nie?

- Poważniejszy romans miałem tylko z Barbarą Sukową, niemiecką aktorką, z którą zagraliśmy w "Róży Luksemburg" von Trotty. 1985 rok. Skończyło się to dzieckiem. Barbara pięć lat na mnie czekała, ale ja nie byłem tak zaangażowany jak ona. Potem związała się z amerykańskim malarzem i Viktor od szóstego roku życia mieszka w Stanach.

Więcej wywiadów znajdziecie w książce "W rozmowie" Donaty Subbotko, wydanej przez wydawnictwo Agora. Książka do kupienia na PUBLIO.PL i w KULTURALNYM SKLEPIE. Fot. Materiały prasowe

Slajd 2 z 7Pokaż pasek przewijania|Zgłoś problem|Bezpośredni link

Eliminator Slajdów

Władysław Pasikowski

Fot. East News

Donata Subbotko: W pana filmach ważna jest męska przyjaźń, kobietom lepiej nie ufać, bo wrażliwy facet może się na tym przejechać.

Władysław Pasikowski, reżyser: - No, w rezultacie to i na kumplach moi bohaterowie się nieźle przejeżdżają. W ogóle tak jest, że życie daje w kość, mniej lub bardziej. Raczej bardziej, a jak mniej - to mówimy o szczęściu.

Kobiety nie są fajne?

- Jedne są fajne, a inne nie. Tyle tylko, że dziewczęta są fajniejsze, i to jest problem kobiet. Z facetami jest odwrotnie, są bardziej interesujący od chłopców, tak więc kobiety mają pod górkę.

Zdaje się, że jakiś gatunek feminizmu pan teraz uprawia?

- Jeśli już, to humanizmu. Jest taka sztuka "Ruch jednokierunkowy" - bohater ląduje w świecie, w którym ludzie pojawiają się jako starcy, zbiegiem lat stają się młodsi, zdrowieją, uzyskują coraz więcej sprawności, osiągają pełnię możliwości, a potem sobie dziecinnieją, znika im świadomość, bawią się grzechotkami i odchodzą z tego świata. Kapitalna koncepcja.

Slajd 3 z 7Pokaż pasek przewijania|Zgłoś problem|Bezpośredni link

Eliminator Slajdów

Juliusz Machulski

Fot. Mariusz Gaczyński/East News

Donata Subbotko: Czyli ma pan swoją teorię na temat miłości?

Juliusz Machulski, reżyser: - W tzw. coup de foudre, czyli miłość od pierwszego wejrzenia, nie wierzę. To raczej fascynacja lub zauroczenie, a nie miłość. Ludzie muszą coś przeżyć, żeby być razem. My się spotkaliśmy po pewnych przejściach i to zaowocowało, bo mamy więcej cierpliwości i więcej wiemy o życiu. Żona mnie tonizuje, z nią jestem lepszy, niż byłbym bez niej. Przeczytałem u Marka Hłaski takie przysłowie żydowskie, że od dobrego jadła nie boli brzuch, od dobrego trunku nie boli głowa, a z dobrą kobietą nie boli życie. To prawda. Jesteśmy już ze sobą prawie 20 lat.

Teraz, jak rozstaliśmy się na te parę dni, bo Ewa jest w Paryżu z wnuczką, a ja tutaj załatwiam sprawy, to trochę głupio, że ona tam, a ja tu. Najważniejsze, żeby oprócz tego, że się kochamy, to jeszcze się lubić, bo czasem to nie idzie w parze. Film "Ile waży koń trojański?" jest o tym, co by było, gdybyśmy się nie spotkali.

Chciałby się pan przenosić w czasie?

- Luis Bunuel kiedyś pisał, że po śmierci chciałby wyjść z trumny raz na jakiś czas, zobaczyć, co się dzieje, przeczytać gazetę i położyć się z powrotem. To byłoby ciekawe. Chciałbym być nieśmiertelny. Wszystko inne pęka wtedy.

Co jest najlepszego w życiu?

- Szczęście jest wtedy, gdy jesteśmy z żoną razem i nie musimy nic robić na siłę, a możemy sobie iść do kina albo poczytać. Są takie momenty, długie. I dobre jest bezinteresowne spędzanie czasu na rozmowie czy jedzeniu, w miłym otoczeniu, i żeby pogoda była. Może być taka jak dzisiaj.

Slajd 4 z 7Pokaż pasek przewijania|Zgłoś problem|Bezpośredni link

Eliminator Slajdów

Andrzej Mleczko

Fot. Damian Klamka/East News

Donata Subbotko: Można powiedzieć, że na gołych dupach pan wypłynął.

Andrzej Mleczko, rysownik: - Uważam seks za rzecz przyjemną, chociaż - patrząc na to z dystansu - przy odrobinie poczucia humoru można umrzeć ze śmiechu. No, ale hormony robią swoje. Najpierw to robiłem, później rysowałem.

I w latach 70. naród uznał, że jestem czołowym gorszycielem. Kiedyś dzwoni do mnie przerażony redaktor "Szpilek", że był telefon od towarzysza Zdzisława Grudnia, I sekretarza komitetu wojewódzkiego, bo mu się mój rysunek nie podoba. A to była ilustracja do wiersza Kofty o gołej babie w trawie, więc narysowałem gołą babę w trawie. No, ale nie jestem od tego, żeby oceniać swoją twórczość, a pewnie nie doczekam, żeby ktoś wydał wiekopomne dzieło na jej temat, bo w naszym kraju byle gówno jest recenzowane, ale jak ktoś tworzy coś śmiesznego, to w życiu... Wystarczy porównać liczbę publikacji na temat geniusza, jakim był dla mnie Fredro, i nudziarza, jakim był Słowacki.

Slajd 5 z 7Pokaż pasek przewijania|Zgłoś problem|Bezpośredni link

Eliminator Slajdów

Zbigniew Wodecki

Fot. Tomasz Urbanek/East News

Zbigniew Wodecki, muzyk: - Dla podtrzymania gatunku trzeba, uważam, pewne rzeczy zasłaniać, w ten sposób łatwiej być atrakcyjnym. Można też dołożyć świece i kawior.

Donata Subbotko: Prawie romantyk z pana.

- Miłości im więcej, tym lepiej, niestety. Jeżeli się komuś uda z jedną kobietą spędzić życie, to musi być wyjątkowa zbieżność natur albo rozbieżność, żeby się przyciągali - wtedy jest szczęście i człowiek dużo pieniędzy zaoszczędzi. Kobieta dobrze, jeśli jest ładna, mądra, dowcipna, bogata i nie zazdrosna, i śmiertelnie we mnie zakochana. Rodzina była dla mnie najważniejsza - od 43 lat codziennie dzwonię do dzieci zapytać, co słychać, je to już wkurza, ale mam taką potrzebę, nawet na Kubie jak byłem, to wysyłałem telegramy.

Ale kiedyś byłem bardzo kochliwy i romantyczny, bo się wychowałem na powieściach z gatunku płaszcza i szpady. Żałuję, że nie poszalałem więcej. Nie miałem w życiu czasu. Tak to jest, jak z rozwianą plerezą pędzi się do przodu.

Slajd 6 z 7Pokaż pasek przewijania|Zgłoś problem|Bezpośredni link

Eliminator Slajdów

Jan Englert

Fot. Michał Wargin/East News

Jan Englert, aktor, reżyser: - Moja mama w ogóle nie lubiła tych cwaniaczków, których grywałem u Janka Łomnickiego. Domagała się, żebym miał koszulę w spodniach. Krytykowała mnie, mówiła: "I znów ci wychodziła koszula ze spodni!". Gregory Peck to był ideał mojej mamy.

Oglądała wszystko, w czym grałem, ale większość tych ról jej nie odpowiadała. Nie była ze mnie zadowolona. Z tego kolesia, co przewraca panienki?

Donata Subbotko:  Bo pan taki nie był?

- A co to panią obchodzi?

Byłem wielbicielem kobiet. I jestem. Od dziecka byłem babski król. Dzisiaj też się lepiej dogaduję z kobietami w pracy. Lepiej ustawiam role żeńskie niż męskie. Bardziej jestem kobiet ciekawy. Fascynują mnie. Jak w kobiecie, studentce, coś odkryję nowego, to widać, jaka jest szczęśliwa, a faceci - nigdy nie wiadomo, co taki myśli, prawdopodobnie sam nie wie. Mężczyźni są ubodzy. Da się ich narysować, nie są skomplikowani. Co prawda żyjemy w czasach, kiedy różnice między płciami się zatarły, teraz to kobiety przewracają facetów na łóżko. Być może więc moje informacje są nieaktualne.

Mówi pan, że brak mu szaleństwa, ale ślub ze studentką Beatą Ścibak to było szaleństwo.

-  O, w życiorysie moim szaleństw jest dużo. Mówiąc o braku wariactwa, nie mówię o braku ekscesów, na to każdego stać.

Więcej wywiadów znajdziecie w książce "W rozmowie" Donaty Subbotko, wydanej przez wydawnictwo Agora. Książka do kupienia na PUBLIO.PL i w KULTURALNYM SKLEPIE. Fot. Materiały prasowe

Osiecka z nieba dla mnie pisze


Jacek Cieślak 30-12-2011, ostatnia aktualizacja 30-12-2011 18:26
źródło: archiwum Maryli Rodowicz
źródło: materiały prasowe

Maryla Rodowicz o przyjaźni z Agnieszką Osiecką, o romansie z Danielem Olbrychskim i nowej płycie "Buty2" opowiada Jackowi Cieślakowi

 Od lat sylwestrowym evergreenem w telewizji jest muzyczny film „Kulig", z udziałem pani, Skaldów i Bogumiła Kobieli. Jak pani trafiła do tej tatrzańskiej superprodukcji?

Zobacz na Empik.rp.pl

Maryla Rodowicz: W zastępstwie! Byłam wtedy studentką AWF i podczas zajęć gimnastycznych usłyszałam, że mam iść do dziekanatu, bo jest telefon z filmu. Pobiegłam w kostiumie! Czułam się jak w bajce: jakby do mnie zadzwoniło Hollywood!

 Jaki był Kobiela?

Miałam z nim kilka scen, m. in. jechaliśmy saniami — my i statystki. Pan Bogumił opowiedział mi potem, jak ostrzegano go, że na planie znajdzie się blondynka-kretynka. Myślał, że to ja, a to dotyczyło innej statystki. Ale nawet jeśliby powiedział, że wyglądam na kretynkę — w ogóle by mi to nie przeszkadzało. Był genialnym aktorem, a ja studentką. Czapka z głowy! Czytaj recenzję płyty Buty2

 W „Kuligu" zaśpiewała pani dwie piosenki — „Zakopane" i „Jeszcze zima" Agnieszki Osieckiej z muzyką Adama Sławińskiego. Tak się zaczęło pani spotkanie z Osiecką.

— Gdy nagrywałam „Kulig", jeszcze się nie znałyśmy. Wkrótce jednak, doszły mnie słuchy, że wie o moim istnieniu. Polubiła mój śpiew do tego stopnia, że gdy wyjechała do Ameryki, pozwoliła mi szukać tekstów w swojej szufladzie w redakcji Trójki, gdzie prowadziła „Radiowe studio piosenki", a zza oceanu przysłała mi tekst „Ballady wagonowej". W końcu nastąpiło spotkanie, podczas którego powiedziałam, że nie podobają mi się jej teksty z Teatru STS, bo są gazetowe, publicystyczne, a ja chcę śpiewać protest songi. W ogóle się nie obraziła. Nigdy jej się to nie zdarzało. Była pogodna, miała poczucie humoru. Napisała wtedy dla mnie „Żyj mój świecie", tytułowy utwór mojej debiutanckiej płyty. Jeśli coś mi się nie podobało — potrafiła zmieniać tekst w nieskończoność. Była poetką, ale i świetnym rzemieślnikiem.

Czytaj rozmowę z Marylą Rodowicz w Sukcesie

 

 Mogła się pani poddać utytułowanej już autorce, a postawiła pani na swoim.

Trzeba wiedzieć, czego się chce. Nie można ulegać modom i podszeptom.

 Jak się panie przyjaźniły? Wisiały pani cały dzień na telefonie?

Spotykałyśmy się codziennie. Jeździłam na Saską Kępę, tarabaniłam się z gitarą do jej mieszkanka, grałam, a Agnieszka pisała tzw. rybkę, żeby złapać odpowiedni rytm. Oprócz pracy, wiele gadałyśmy. Znała moje perypetie życiowe. Żaliłam się jej, wypłakiwałam — przez wiele lat.

 „Buty2", poza wspaniałymi piosenkami, przynoszą reprodukcje rękopisów, zdjęć, w tym słynnego Porsche 914, w którym przeżyły panie wypadek. Jak do tego doszło?

To był czas, kiedy ludzie STS jeździli do miejscowości Krzyże na Mazurach. Spotkałam pewnego dnia Daniela Passenta, męża Agnieszki, który zapytał czy nie zawiozłabym jej kosza z wiktuałami. Pojechałam. Wiedząc, że jeżdżę konno, Agnieszka uparła się, że skombinuje siodło, a jakiś koń na wsi pewnie się znajdzie. Jechałyśmy w jego poszukiwaniu krętymi, mazurskimi drogami, a że byłam początkującym kierowcą — gnałam za szybko i wypadłyśmy z drogi, nie mając zapiętych pasów. Samochód owinął się wokół drzewa i złamał po stronie Agnieszki. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiła po odzyskaniu przytomności, było dotknięcie mojej twarzy. Zapytała nerwowo: „Mańka, nic ci się nie stało? Bo twarz jest dla ciebie najważniejsza! Ty pracujesz twarzą!". Miała wstrząs mózgu, a ja zerwane wiązadła lewej nogi. Chłopiec ze wsi, które nas zobaczył, powiedział: „Głupie baby! Miały więcej szczęścia niż rozumu!". Agnieszka zatrzymała nyskę, potem znalazłyśmy się w szpitalu. Dźwig, który wyciągnął samochód z rowu, zorganizował Mietek Rakowski, ówczesny naczelny „Polityki". Mieszkał wtedy z Wandą Wiłkomirską w leśniczówce Pranie. Tam też jeździłyśmy z Osiecką. Rakowski pisał książką, a my z Wandą leżałyśmy na kocyku, grałyśmy — ona na skrzypcach, ja na gitarze — i śpiewaliśmy... kolędy. Latem! Absurdalny obrazek! A po wypadku, Daniel Passent robił mi wymówki, że gdy przyjechała ich przyjaciółka ze Stanów, Agnieszka nie mogła robić kolacji!

 W albumie jest też reprodukcja pocztówki od Daniela Olbrychskiego.

Daniel zaprosił mnie do udziału w swoim grudniowym benefisie 50-lecia pracy artystycznej, pojechałam na próbę, ale potem się zatrułam i nie byłam w stanie dotrzeć na wieczór, podczas którego zawału dostał Jerzy Kulej.

 Daniel Olbrychski jeździł pani Porsche 919?

Daniel jeździł trabantem, a potem maluchem. Wiózł mnie kiedyś na granicę czechosłowacką, za którą miałam koncert. Kazał mi całą drogę śpiewać i grać na gitarze. W maluchu! W jednym z wywiadów powiedział, że zarzucił dla mnie teatr i odmawiał grania głównych ról, by nosić za mną gitarę. Ale ja też za nim jeździłam. Kiedy Teatr Narodowy poleciał do Moskwy, miał próbę na Tagance, a mnie odebrał z lotniska Wołodia Wysocki. Wjechał białym mercedesem na płytę lotniska — prawie pod sam samolot. Był opozycjonistą, ale mógł wszystko. Podobno Breżniew prosił go, by śpiewał mu przez telefon na dobranoc. A po przedstawieniu, spaliśmy z Danielem u Wołodii, w łóżku Marii Vlady.

 Czy to prawda, że „Sing Sing" jest inspirowane postacią Olbrychskiego?

Agnieszka znała dobrze Daniela i związane z nim historie. „Singa" napisała u Jacka Mikuły w Zabrzu. To był rodzinny dom, z babcią serwującą obiady. Tam powstały radosne „Nie ma jak pompa" i „Damą być". Agnieszka nazywała te piosenki „mikułkami". Lubiła ten okres w moim dorobku.

 Olbrychski mówi, że śpiewaliście razem przerobioną wersję „Małgośki" ze słowami „To była maj, pachniała Gośce kępa".

Kiedy jechaliśmy do Czech, wspomnianym już maluchem, zaśpiewał mi to tyle razy, że gdy wychodziłam na scenę, nie mogłam sobie przypomnieć oryginalnego tekstu.

 Podobno wersję pana Daniela zaśpiewała pani w Pradze.

To jest możliwe, bo byłam mocno oszołomiona.

 Do legendy PRL przeszła bójka między Danielem Olbrychskim a Andrzejem Jaroszewiczem. Czy to prawda, że poszło o Jana Pawła II?

A skąd! Daniel przyłożył Andrzejowi, ale to nie miało nic wspólnego z papieżem, tylko ze mną. Znalazłam się na kolacji u ojca Katarzyny Frank-Niemczyckiej — Ksawerego Franka, kierowcy, dilera zachodnich samochodów, dżentelmena. Bywałam tam przez kilka lat, w czasie gdy wynajmowałam mieszkania i nie chciało mi się w nich siedzieć samej. Zaprzyjaźniłam się z konkubiną Ksawerego — Małgosią, byłą modelką. Kolacje urządzali prawie co wieczór, była urocza atmosfera. Tamtego wieczoru pojawił się Andrzej Jaroszewicz, pewnie przyszedł z jakimś interesem. Potem zadzwonił Daniel i kazał mi natychmiast wracać do domu, czym wzbudził we mnie bunt. Powiedziałam: a właśnie, że nie wrócę. Wtedy po mnie przyjechał. Furtka na posesję była zamknięta, więc przeskoczył przez parkan. Kiedy Ksawery Frank wpuścił<\!s>go do środka, Jaroszewicz dostał w dziub, a ja usłyszałam, że mam wracać razem z nim. Oczywiście nie poszłam.

 Olbrychski uderzył syna premiera.

No to co? Andrzej to był rozrywkowy facet. Moja znajomość z nim trwała dwa tygodnie. Spotkaliśmy się trzy razy. Tymczasem zrobiono z tego aferę — Bóg wie jaką story!

 Chciała pani podobno podpisać „List 296", protestujący przeciwko represjom wobec ludzi KOR.

Mieszkaliśmy wtedy w pięknym mieszkaniu przy Alei Szucha. Daniel czytał mi Gałczyńskiego, a ju mu smażyłam wątróbkę cielęcą, którą uwielbiał. Wcześniej moczyłam ją w mleku. Pewnego dnia przyszedł do nas Andrzej Seweryn, z listem. Chciałam go podpisać, bo zawsze marzyłam, żeby być łączniczką albo działać w ruchu oporu. Jednak Daniel się nie zgodził. Powiedział, że będę miała szlaban w radiu i telewizji, a dla piosenkarki to oznacza koniec kariery.

 W proteście, podobno, się pani upiła?

Jest taka opcja!

 Jak żyło się gwiazdom w czasach, gdy nie było tabloidów?

Można było żyć normalnie. Gdy jeździłam Porsche — nie stanowiłam sensacji i nie miałam żadnych problemów. Oczywiście, jak gdzieś parkowałam, przyglądano mi się. Ale nie był natręctwa, ani włamań. Może się bano milicji?

 Jak to możliwe, że miała pani wiersze Osieckiej, nie wiedząc o tym, i dopiero teraz je pani zaśpiewała?

Były spakowane w kartonach... Ja wiem, może od 15 lat? W poprzednim domu, nie miałam jak i gdzie tego archiwum rozpakować. A wszystko marynowałam — stare umowy, wezwania do sądów, listy od fanów i teksty, m. in. od Agnieszki, która przy każdym spotkaniu zostawiała mi tekst. Wszystko to upychałam. Od przeprowadzki minęło już 6 lat, ale zamówiłam półki u stolarza i pomyślałam, że czas je zapełnić zawartością kartonów. Kiedy trafiałam na teksty Osieckiej z dopiskami, liścikami, przeżyłam powrót do przeszłości. Przemówiła do mnie z nieba słowami: „Marylka! Zostawiam Ci jeszcze parę dosyć »młodych« tekstów, przeważnie bez muzyki".

 Jak Seweryn Krajewski zareagował na wiersze?

Pojechałam do jego samotni, wybrał teksty, które mu się podobały i błyskawicznie, w ciągu kilku godzin przysłał mi mp3 z muzyką.

 Który z pani sylwestrów był najbardziej szalony?

Nie miałam szalonych sylwestrów. Wydaje mi się, że żyję normalnie. Agnieszka Osiecka była jednak innego zdania. Mówiła, że w jednym tygodniu ze mną zdarza się więcej niż w życiu zwykłego człowieka. Dobrze zapamiętałem nieudanego Sylwestra z moim czeskim narzeczonym. Kiedy przyjechał z Pragi, poszłam po zakupy, ale wszystkie sklepy były już pozamykane. Ulitował się nade mną kucharz w Grand Hotelu. Sprzedał mi kotlety schabowe, wówczas rarytas, a do tego surowe, więc miałam szansę się popisać. Zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, ale o północy zamiast najlepszych życzeń usłyszałam wymówki. Postanowiłam narzeczonego ukarać. Kiedy inni odpalali fajerwerki i otwierali szampana – ja wyrzucałam schabowe przez okno. Teraz, z mężem, lubimy Zakopane i parokrotnie spędzaliśmy tam Nowy Rok. Kilka razy w karczmie Sopa. Atrakcyjne imprezy organizują państwo Starakowie — z kuligiem, ogniskami. Zwłaszcza piękne są kuligi w dolinie Białego. W tym roku zaśpiewam na Placu Konstytucji — dla Polsatu. Do Zakopanego, pojedziemy, być może po Nowym Roku.

 Pani muzyka, popularność nie przemijają i zaczynam panią podejrzewać o nadprzyrodzone zdolności. A może wileńscy dziadkowie, którzy mieli aptekę przy Ostrej Bramie, serwowali pani eliksir młodości albo receptę na artystyczną nieśmiertelność?

Kto wie, co mi dziadkowie, gdy byłam dzieckiem, do kakao dolewali. Wiadomo, że aptekarze produkowali różne mikstury. To oni wymyślili coca colę... Moje dzieci też uważają, że nie jestem normalną osobą, która poddaje się regułom czasu, prozy życia i nudy. Coś w tym jest. Ale nie zastanawiam się nad upływem czasu, nie myślę o przeszłości i przykrych sprawach.

 Może to jest recepta?

Receptą jest myślenie o przyszłości. Zawsze miałem nadmiar — galopadę pomysłów. Wiele z nich mi ulatuje, dlatego od dwóch miesięcy zatrudniam asystentkę. Zaangażowałam też specjalistę do pijaru. Powiększyłam sztab, bo uważam, że mój potencjał nie jest w 100 procentach wykorzystany: że się po prostu marnuję. Dopiero teraz moja kariera nabierze rozpędu!

 Jest pani cenionym ekspertem futbolowym. Proszę powiedzieć, kto wygra Euro 2012.

Pierwsza trójka to Hiszpanie, Anglicy i Niemcy. My też mamy szanse. Gospodarze zawsze je mają. Sędziowie im sprzyjają. I doping kibiców. Ale musi być taki jak na Legii. Marzę, żeby zaśpiewać z kibicami Legii.

rozmawiał Jacek Cieślak

Rzeczpospolita