Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PARTIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PARTIE. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 października 2010

Biuro Kutza zamknięte do poniedziałku. Przez pogróżki

- Na razie nie przyjmujemy interesantów, obawiamy się o nasze bezpieczeństwo - powiedziała nam Krystyna Klaczkowska, szefowa katowickiego biura Kazimierza Kutza. Kutz zapowiada, że zgłosi sprawę do prokuratury.

Decyzję Klaczkowska podjęła w środę, po konsultacji z posłem Kutzem. Po wypowiedzi Marka Migalskiego, który na swoim blogu obarczył Kutza polityczną i moralną winą za zbrodnię do jakiej doszło w Łodzi, pracownicy biura zaczęli odbierać telefony z pogróżkami. "W sensie politycznym i moralnym winnymi tej zbrodni są Palikot, Kutz, Niesiołowski i wszyscy ci, którzy brali udział w przemyśle nienawiści wymierzonym w Kaczyńskich i PiS" - napisał Migalski.

Kazimierz Kutz nie był zaskoczony. - Brawo! Wiedziałem, że coś takiego usłyszę. Liczyłem tylko, że padnie to z ust Kaczyńskiego - powiedział wtedy "Gazecie". Przypomniał, że gdy ktoś obrzucił podwórko jego domu farbą i rozwiesił na płocie jego nekrologi, nie krzyczał, że to wina Migalskiego.

Dziś Kutz mówi: - Europoseł wymienił trzy konkretne osoby jako winne tragedii w Łodzi. Podał trzy nazwiska. Można powiedzieć, że wystawił nas w ten sposób na egzekucję. Jako człowiek odpowiedzialny nie miałem innego wyjścia jak zamknąć biuro. Przynajmniej na kilka dni, przeczekać aż się trochę wyciszy. Europoseł chyba chciał w ten sposób złagodzić swojej stosunki z Jarosławem Kaczyńskim. Efekt jest jednak taki, że to podżeganie - mówi Kutz "Gazecie" dodając, że podejmie w tej sprawie kroki prawne.

Co na to Marek Migalski? - Pan Kutz może oddać sprawę do prokuratury. On ciągle robi coś przez kogoś. Przez to, że PO nic nie robiła dla Śląska wystąpił z partii, przez to co napisałem zamyka swoje biuro. Tymczasem od długiego już czasu wygaduje o PiS obrzydliwe rzeczy. Teraz informuje o zamykaniu biura bo chce odwrócić kota ogonem. - mówi Migalski - Pan Kutz nie siedzi w mojej głowie by wiedzieć czy chcę ocieplenia stosunku z prezesem. Niech lepiej zajmie się swoją osobą niż wiecznym ocenianiem innych - dodaje.

środa, 8 września 2010

PiS zawiesza Elżbietę Jakubiak. Za postawę

18:53, 08.09.2010 /PAP, TVN24, tvn24.pl

POSŁANKA ZAWIESZONA W PRAWACH CZŁONKA PARTII

TVN24
Elżbieta Jakubiak została zawieszona w prawach członka Prawa i Sprawiedliwości. Informację tę w środę potwierdził poseł Arkadiusz Czartoryski, szef okręgu, z którego Jakubiak startowała do Sejmu, a po nim także szef klubu PiS Mariusz Błaszczak. - Postawa pani Jakubiak tak została oceniona przez władze partii i taki jest rezultat - powiedział potem dziennikarzom.
Według statutu PiS szef ugrupowania może postanowić o zawieszeniu "w związku z uzasadnionym przypuszczeniem, iż (działacz PiS) naraził dobre imię lub działał na szkodę PiS".

Jakubiak pozytywnie o liście Migalskiego. Wypowiedź z 23 sierpnia (TVN24)
Jakubiak, która była jedną z autorek kampanii prezydenckiej Jarosława Kaczyńskiego, w rozmowie z TVN24 nie chciała komentować sprawy. Jak dowiedział się nieoficjalnie portal tvn24.pl posłanka w chwili publikacji depeszy nie wiedziała, że została zawieszona. - Nie otrzymałam oficjalnej informacji o zawieszeniu w prawach członka PiS. Nie będę tego komentować - powiedziała z kolei w rozmowie z Polską Agencją Prasową.


"Zawieszenie za postawę"
Jarosław Kaczyński wystosował list do członków Prawa i Sprawiedliwości.... czytaj więcej »


Mariusz Błaszczak pytany o powody zawieszenia Jakubiak, odpowiedział: - Wszyscy jesteśmy wolnymi ludźmi, ale wszyscy jesteśmy też odpowiedzialni za własne słowa i czyny. Postawa pani Jakubiak tak została oceniona przez władze partii i taki jest rezultat.

Rzecznik klubu PiS nie chciał powiedzieć więcej nt. przyczyny zawieszania posłanki i zbywał dziennikarzy: – Jest dużo tematów numer 1. Wiecie państwo, że rząd Donalda Tuska podnosi podatki, że rosną ceny – to są problemy, o których warto rozmawiać.
Europoseł Marek Migalski jest zaskoczony decyzją partii o wykluczeniu go z... czytaj więcej »


Za Ziobrę?

Pod koniec sierpnia Elżbieta Jakubiak wdała się w medialny spór z kolegą z partii Zbigniewem Ziobro. Po tym, jak europoseł PiS skrytykował w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" sposób prowadzenia kampanii wyborczej Jarosława Kaczyńskiego (m.in. przez Jakubiak) i zarzucił członkom sztabu wyborczego nie stosowanie się do jego rad, posłanka nie wytrzymała.

- Ziobro nie miał żadnych założeń. Nie wiedział, co robić. Niech nie kłamie - oświadczyła 28 sierpnia w rozmowie z "Wprost".

Z kolei "Wprost" donosi, że Jakubiak w prawach członka PiS została zawieszona podczas tego samego posiedzenia komitetu politycznego partii, na którym z delegacji PiS w europarlamencie wydalono Marka Migalskiego. Tygodnik twierdzi też, że zawieszenie Jakubiak spowodowane jest jej wywiadem dla "Wirtualnej Polski, w której stwierdziła, że w liście Marka Migalskiego „powinno odnaleźć się kawałek prawdy o sobie”. - Tylko w czasach komunistycznych nie wolno było dyskutować, dziś ludzie mają poglądy i głośno o nich mówią - powiedziała wtedy.

Kolejna po Migalskim
Joanna Kluzik Rostkowska i Paweł Poncyljusz chcą debaty o nowym kursie... czytaj więcej »


2 września z delegacji PiS w europarlamencie został wyrzucony Marek Migalski, który krytykował partię i jej prezesa. Na swoim blogu umieścił ostry wpis, w którym zarzucił Jarosławowi Kaczyńskiemu, że ponosi on odpowiedzialność za niskie notowania PiS-u. - Największa partia opozycyjna powinna cieszyć się zaufaniem większości Polaków. Tak jednak nie jest. I jest to, w dużej mierze, Pana wina - pisał europoseł.

1 września Jarosław Kaczyński wystosował list do członków PiS, w którym napisał, że "w partii koniecznie trzeba uporać się ze zjawiskiem nielojalności". - Członkowie Klubu Parlamentarnego PiS i inne osoby z naszej partii zajmujące eksponowane stanowiska muszą wybrać lojalność lub pójść własną drogą - podkreślił w nim.

Prezes PiS ocenił też w liście, że "skuteczność tzw. miękkiej kampanii, nienawiązywania do sprawy Smoleńska itp. należy podać w wątpliwość".
Joanna Kluzik-Rostkowska powiedziała, że jeśli okaże się, iż Elżbieta... czytaj więcej »


PRZECZYTAJ CAŁY LIST JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO

Z liberalnego skrzydła

Elżbieta Jakubiak wcześniej pełniła funkcję ministra sportu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Była też szefem gabinetu prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Jakubiak zaliczana jest przez komentatorów do tzw. liberalnego skrzydła Prawa i Sprawiedliwości; obok m.in. szefowej kampanii prezydenckiej Kaczyńskiego Joanny Kluzik-Rostkowskiej i rzecznika sztabu Pawła Poncyljusza. Tych dwoje również wypowiadało się krytycznie o ostatnich wydarzeniach w PiS.

nsz//kdj

wtorek, 19 maja 2009

Ustawa o finansowaniu partii do Trybunału

man 18-05-2009, ostatnia aktualizacja 19-05-2009 03:44

Prezydent Lech Kaczyński skierował do Trybunału Konstytucyjnego ustawę ograniczającą finansowanie partii z budżetu państwa - poinformowała Kancelaria Prezydenta na swoich stronach internetowych.

Ustawa przewiduje, że od połowy 2009 r. do końca 2010 roku partie mają otrzymywać mniejszą subwencję budżetową: PO - o 44 proc., PiS - o 41 proc., SLD - o 11 proc., PSL - o 7 proc.

Nowe prawo zmienia też wysokość subwencji, jaką partie będą zobowiązane przeznaczać na fundusz ekspercki. Dotychczas miało to być od 10 do 20 proc., a teraz musi to być co najmniej 15 proc. środków otrzymywanych z budżetu.

Ustawa zakłada ponadto, że poza okresem kampanii wyborczej subwencja nie może być przeznaczana na finansowanie m.in. płatnych reklam oraz audycji telewizyjnych i radiowych.

Wprowadza także zakaz propagowania działalności partii za pomocą plakatów i haseł o powierzchni większej niż 2 m kw. Nowe prawo zobowiązuje PKW do odrzucenia sprawozdania finansowego partii w razie złamania tych przepisów.

Zgodnie z wyliczeniami wnioskodawców (jeszcze przed drobnymi zmianami Senatu) oznaczało to, że PO straci około 18 mln złotych, PiS - około 15,5 mln złotych, partie tworzące wcześniej koalicję Lewica i Demokraci (SLD, SdPl, Partia Demokratyczna - demokraci.pl, Unia Pracy) około 2 mln złotych, a PSL około 1 mln złotych.

PAP

wtorek, 3 marca 2009

Kaczyński się myli...Gabon

03.03.200915:20
Gabon
Gabon - Fot. sxc.hu

Gabon nie słynie z produkcji orzeszków! Tylko z... Ze względu na rosnącą wśród polskich polityków popularność tego afrykańskiego państwa, postanowiliśmy ponieść kaganek oświaty. Każda okazja jest dobra, żeby się czegoś nauczyć.

Skąd wziął się Gabon w zbiorowej świadomości Polaków? Przybliżaniem problematyki gabońskiej zajął się sam Jarosław Kaczyński. Gabon to jego nowe, ulubione państwo.

- Równie dobrze można powiedzieć, że Gabon Polskę zaatakuje, później uzyskać informację, że jednak nie i stwierdzić, że to jest wielki sukces - objaśniał prezes PiS osiągnięcia rządu na szczycie UE. Przy innej okazji informował, że w Gabonie masowo uprawia się orzeszki. My dotarliśmy do jeszcze jednej, archiwalnej i zapomnianej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na temat Gabonu - posłuchajcie sami. (Dźwięk za TOK FM)

O Gabonie wspominali też ostatnio Stefan Niesiołowski, Zbigniew Chlebowski i Sebastian Karpiniuk, którzy uważają, że wypowiedzi Kaczyńskiego na temat tego państwa, są rażąco niesprawiedliwe.

Jak jest naprawdę? Z czego słynie Gabon? Czy naprawdę uprawiają tam orzeszki, a ich armia jest w stanie zaatakować nasz kraj?

Pełna nazwa - Republika Gabońska
Całkowity obszar - 267 667 km kwadratowych
Całkowita długość granic lądowych - 2533 km

Linia brzegowa - 880 km

Stolica - Libreville

Populacja - ok. 1,5 miliona

Język urzędowy - francuski

Waluta - frank CFA (The Communauté Financiere Africaine franc)

Urzędujący prezydent - Omar Bongo

Urzędujący premier - Jean Eyeghe Ndong

Siły zbrojne - ok. 5000 żołnierzy (Uff...)

Zasoby naturalne - ropa naftowa, mangan, uran, złoto, drewno, rudy żelaza, energia wodna

Główne uprawy - jams, taro, maniok, trzcina cukrowa, kawa, kakao, palma oleista

Czyli, wbrew obiegowej opinii, rozpowszechnianej między innymi przez prezesa PiS, Gabon z produkcji orzeszków nie słynie...

CZYTAJ TEŻ:

Jarosław Kaczyński założył konto w banku

"Małpiarnia z Chicago" u Niesiołowskiego


środa, 11 lutego 2009

Rokita: traktowali mnie z niemiecką nienawiścią do Polaka

Magdalena Kursa, Bartosz T. Wieliński, Wojciech Pelowski
2009-02-11, ostatnia aktualizacja 2009-02-11 18:18

Po awanturze z załogą Jan Rokita został we wtorek wyprowadzony w kajdankach z samolotu "Lufthansy". - Broniłem żony. Niemieccy policjanci obrażali Polaków - przekonuje. Noc spędził na komisariacie. Uratowała go polska konsul i... Wikipedia

Nelli i Jan Rokitowie
Fot. Anna Bedyńska / AG
Nelli i Jan Rokitowie
SONDAŻ
Jan Rokita to:

awanturnik
bronił słusznej sprawy

Jan Rokita mówi "Gazecie", że początek tej sprawy "miał charakter surrealistyczny". Niemiecka policja przekonuje, że "pasażer w wieku 49 lat" był agresywny. Rokita: - Nie chcę mówić, że to powszechna praktyka, ale mnie traktowali, jak psa. Z niemiecką nienawiścią do Polaka.

Według policji: uparty

O awanturze z udziałem małżeństwa Jana i Nelli Rokitów poinformował serwis informacji od czytelników Alert24.pl.

Rokitowie mieli wracać we wtorek wieczorem Lufthansą z Monachium do Krakowa. Samolot miał start o 21.25, był opóźniony. - Siedziałem trzy rzędy za miejscem Rokitów. Pan Jan chciał samowolnie umieścić swój i żony płaszcz w szafce w klasie biznes, a leciał w ekonomicznej - relacjonował na "Halny". Według niego, stewardessa przeniosła płaszcze do klasy ekonomicznej, a Rokita zaczął się sprzeciwiać i kłócić. Stewardessa poszła do kapitana. Ten wyprosił Rokitę.

"Halny": - Próbowano przekonać pana Jana by dobrowolnie opuścił samolot. Niestety, pan Jan kurczowo trzymał się fotela. Około 22.30 pojawili się panowie w policyjnych mundurach. Skuli byłego posła i wyprowadzili z samolotu. Ruszyła za nim żona.

Peter Kammerer, rzecznik miejscowej policji, potwierdził "Gazecie", że we wtorek o godzinie 22:15 kapitan jednego z samolotów Lufthansy wezwał policjantów, by usunęli z pokładu jednego z pasażerów w wieku 49 lat. Nie chciał potwierdzić, że chodzi o Rokitę, bo zabraniają tego przepisy.

Według policji pilot prosił, by Rokita sam opuścił samolot, bo wcześniej miał awanturować się ze stewardesą. - Nie chciał zapiąć pasów bezpieczeństwa, kłócił się, a w końcu odepchnął stewardesę - mówi Kammerer. Gdy na pokład wkroczyła policja, Rokita dalej był uparty i został wyprowadzony siłą i w kajdankach. Kammerer: - Postawiono mu zarzuty naruszenia nietykalności cielesności, zakłócenia spokoju i złamania przepisów o ruchu lotniczym.

Według linii: eskortowany

Początkowo niemieccy policjanci chcieli, by Rokita wpłacił kilka tysięcy euro kaucji. Jednak, gdy stwierdzili, że jest obywatelem UE (i prawdopodobnie po interwencji konsula polskiego) zrezygnowali z niej.

Piotr Pietrzak, rzecznik lotniska w Balicach: - Na pokładzie samolotu obowiązują przepisy państwa, w którym jest on zarejestrowany. W tym przypadku to samolot niemieckiej Lufthansy.

Oficjalne oświadczenie Biura Komunikacji Korporacyjnej Lufthansy: "Możemy potwierdzić, że 10 lutego pasażer został eskortowany przez władze niemieckie z samolotu, który obsługiwał rejs LH3336 z Monachium do Krakowa. Jeśli zachodzi taka sytuacja, że zachowanie pasażera mogłoby zagrozić bezpieczeństwu lotu, to linia lotnicza może odmówić transportu takiego pasażera. Odpowiedzialność za tę decyzję ponosi załoga lub kapitan danego rejsu."

- To wszystko, co możemy powiedzieć w tej sprawie - usłyszeliśmy w agnecji PR reprezentującej niemiecką linię w Polsce.

Według Rokity: maksymalnie grzeczny

Więcej mówi Jan Rokita: - Nieprzyjemna, dość antypatczna, wściekła stewardesa upokarzała niepełnosprawnego Hindusa, a w moją żonę rzuciła jej kapeluszem. Potem zabrała się za nasze zimowe płaszcze i zaczęła je upychać do pełnego bagażnika. Płaszcze wyleciały na podłogę, ona więc ze wściekłością wcisnęła je jeszcze raz do luku bagażowego. Położyłem je w inne miejsce. Wtedy zaczęła na mnie krzyczeć i kazała opuścić samolot. Nie zgodziłem się. Po 20 minutach wpada policja, mówi, że pilot kazał mnie wyprowadzić. Jest prawie północ, jesteśmy zmęczeni, wracamy tranzytem z Włoch, w Monachium nie mamy hotelu. Odmówiłem opuszczenia samolotu, ale byłem maksymalnie grzeczny. Policjanci jednak wykręcili mi ręce, skuli kajdankami, przewrócili na podłogę. Nauczony sytuacjami z lat 80-tych krzyczałem głośno: Ratunku!

Z relacji jednego ze pasażerów wiemy, że nikt nie pomógł byłemu posłowi. - Samolot był opóźniony... - mówił.

Rokita: - Policjanci wyzywali mnie najbardziej wulgarnymi niemieckimi określeniami. Żądali 8 tys. euro i grozili 40 dniami więzienia. Pojawiło się też sporo antypolskich komentarzy. Sytuacja odmieniła się, gdy na miejscu pojawiła się konsul generalny RP w Monachium Elżbieta Sobótka. Po rozmowie z nią i zaglądnięciu do Wikipedii zaczęto traktować nas zupełnie inaczej. Kajdanki zdjęli mi o 5 nad ranem. Przyszli też ich wyżsi rangą oficerowie. Przeprosili.

Jan Rokita wniósł dwa akty oskarżenia: przeciwko jednemu z policjantów i stewardesie. - Traktowali mnie jak psa, z niemiecką nienawiścią do Polaka - twierdzi.

Incydent z Lufthansą zakończył się zamieszczeniem na "czarnej liście". - Na tej samej, co terrorystów. Zakazano mi wchodzenia na pokłady ich samolotów, a nawet przekraczania progu ich terminali. Montują teraz przeciwko mnie oskarżenie. Na szczęście udało mi się kupić bilet LOT do Krakowa. Z panią konsul musiałem jednak przejść bramki na tym piekielnym, lufthansowskim lotnisku - mówi Rokita, który chce przeprosin i od policji niemieckiej, i od niemieckiego narodowego przewoźnika. Śledztwo w jego sprawie prowadzi monachijska prokuratura.

Źródło: Gazeta Wyborcza

wtorek, 20 stycznia 2009

Komentarze i reakcje po dymisji Ćwiąkalskiego

ika , pap , syl 20-01-2009, ostatnia aktualizacja 20-01-2009 15:19

Mularczyk: to właściwa reakcja na samobójstwo Pazika

Dymisja jest właściwą reakcją na to, co wydarzyło się w ostatnich dniach: w śledztwie w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika było szereg uchybień, potem doszło do serii samobójstw wśród sprawców. Śledztwo było prowadzone dziwnie: wystarczy wspomnieć, że zarzut napaści na prokuratora dostał ojciec Krzysztofa Olewnika. Wszystko to powoduje, że odpowiedzialność polityczna za ostatnie samobójstwo Roberta Pazika nie spada tylko na dyrektora zakładu karnego, ale i na ministra sprawiedliwości. Oczekiwaliśmy tej dymisji, szkoda, że doszło do niej tak późno.

Wokół ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego od początku panowała atmosfera niedomówień: wydawał opinie w sprawie Henryka Stokłosy, Ryszarda Krauzego. Za jego kadencji zawieszano ważne, polityczne śledztwa. To miał być fachowiec, a dokonywał politycznych czystek w prokuraturach. Człowiek, który zamiast poważnymi sprawami angażował się w wyjaśnienie "zabójstwa" laptopa Zbigniewa Ziobry. Ocenialiśmy go bardzo surowo.

Arkadiusz Mularczyk (PiS), wiceprzewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka

Raczkowski (PO): dobry minister w trudnym resorcie

Praca Zbigniewa Ćwiąkalskiego zasługuje na uznanie: jesteśmy w połowie poważnych reform prokuratury i adwokatury, pracujemy nad prawem karnym. Nigdy nie przyświecała nam idea walki z korporacjami, co było hasłem poprzedniego rządu. Raczej staraliśmy się współpracować, wypracowywać wspólne rozwiązania. Protesty sędziów, którzy organizują "dni bez wokandy" mają charakter płacowy i wynikają chyba z nadziei rozbudzonych przez poprzedni rząd. My też proponujemy znaczne podwyżki, ale praca w resorcie sprawiedliwości jest bardzo trudna. Poprzednio kierował nim jeden z liderów opozycji, Zbigniew Ziobro i teraz zarówno w sprawach które dotyczą Ministerstwa Sprawiedliwości, jak i w sejmowej komisji sprawiedliwości trudno o merytoryczną dyskusję. Trzeba przełamywać opór polityczny kolegów.

Damian Raczkowski (PO), poseł sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka

Stowarzyszenie prokuratorów: reformy utknęły, podwyżek nie ma

Z kadencji ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego nie jesteśmy do końca zadowoleni: zarówno prokuratorzy, jak i sędziowie oczekiwali, że od stycznia dostaną podwyżki. Podwyżek nie ma, wciąż słyszymy o kryzysie gospodarczym, więc nie wiadomo czy będą. Sędziowie już co miesiąc organizują dni bez wokandy, jesteśmy o krok od podobnych protestów prokuratorów. Przepisy o podwyżkach utknęły w podkomisji sejmowej. Dyskusja na ich temat jest żenująca. Natomiast reforma prokuratury utknęła w Sejmie: zmiany postulujemy od dziesięciu lat. Rozdział funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, likwidacja prokuratury krajowej, kadencyjność w prokuraturze - nasze środowisko na te wszystkie zmiany czeka.

Mieliśmy nadzieję, że resort sprawiedliwości wprowadzi te zmiany w sposób bardziej zdeterminowany. Nie udało się. Przyznaję, że nie zawsze z winy ministra Ćwiąkalskiego. Na przeszkodzie stały też względy polityczne: zarówno w Sejmie, jak i prezydenckie weta.

Cezary Kiszka, prezes Stowarzyszenia Prokuratorów RP

Samorząd Sędziowski: ciągłe zmiany wprowadzają chaos w sądach

Stanisław Dąbrowski: Ubolewam, że kadencje ministrów sprawiedliwości trwają tak krótko. Minister sprawiedliwości ma ogromny wpływ na pracę sądów, częste zmiany powodują chaos, bo każdy ma odmienną koncepcję, wprowadza własne rozwiązania. Tak jest na przykład z likwidacja małych sądów grodzkich: to dość kontrowersyjny pomysł ministra Ćwiąkalskiego. Minister powinien likwidować te sądy, które źle działają, a nie w imię reformy zamykać kilkadziesiąt małych jednostek. Skuteczność sądu nie zależy od jego wielkości. Argument, że w tych sądach sprawy ciągną się bardzo długo, jest chybiony.

Poza tym z punktu widzenia ustrojowego nic nie zostało dokonane: jest co prawda ustawa o szkole sędziów, zawetowana przez prezydenta. Sejm nad wetem jeszcze nie głosował, jeśli je odrzuci będzie można mówić o dokonaniach ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Tyle, że jest to ustawa zła, dająca zbyt duże uprawnienia dyrektorowi szkoły i zbyt dużą władzę ministrowi. Grozi nam, że na aplikację sędziowską będą zdawać ci, którzy nie dostali się na aplikację adwokacką, radcowską czy notarialną.

Już teraz mamy problem z kandydatami do naszego zawodu - zarobki są bardzo niskie. Wiadomo, że sędzia nie będzie zarabiał tyle, co wzięty adwokat, ale musi móc zapewnić byt swojej rodzinie. W Sejmie jest ustawa która daje podwyżki sędziom: uzależnione są od średnich wynagrodzeń i miejsca pracy, ale w tej chwili wynosiłyby one około 1200 zł. To krok w dobrym kierunku, ale niewystarczający: w odniesieniu do średniej pensji nadal sędziowie zarabialiby znacznie mniej niż kilka lat temu. Nie walczymy o szczególne przywileje, zależy nam na odbudowie tego, co zostało utracone.

Stanisław Dąbrowski, przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa

Stowarzyszenie Iustitia: samobójstwo desperata okazało się ważniejsze niż nasze protesty

Sposób funkcjonowania ministerstwa pod kierunkiem ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego był dla sędziów wielkim rozczarowaniem. Nie dotrzymywano obietnic dotyczących statusu sędziego, odbierano nam korzystne rozwiązania ustawowe, rok temu wstrzymano obiecaną zmianę zasad wynagradzania i do dziś nie przyjęto nowych zasad. Doprowadziło to do największej w historii desperacji i rozgoryczenia w środowisku sędziowskim.

Spodziewaliśmy się, że gdy w fotelu ministra sprawiedliwości zasiądzie prawnik, a nie polityk, nasza współpraca będzie się układać lepiej, niż dotychczas. Zawiedliśmy się.

Z drugiej strony widzimy, że samobójstwo desperata, skazanego na najwyższą karę za zabójstwo człowieka, wydarzenie którego trudno było uniknąć ma większą wagę polityczną niż nasze wielomiesięczne protesty. To także pokazuje, jak traktowana jest trzecia władza w Polsce.

Maciej Strączyński, wiceprezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia, które organizuje protesty sędziów "dni bez wokandy"

Naczelna Rada Adwokacka: minister, który porządkował system prawny

Zbigniew Ćwiąkalski jako minister sprawiedliwości ma ogromne zasługi dla porządkowania polskiego systemu prawnego w wielu dziedzinach, np. w sprawie przepisów o tymczasowym aresztowaniu. Ministerstwo pod jego kierownictwem znacznie poprawiło jakość projektów legislacyjnych. Podjął tez intensywne prace nad informatyzacją wymiaru sprawiedliwości.

Nie podzielamy poglądów ministra w sprawach uporządkowania systemu zawodów prawniczych. Dotyczy to zwłaszcza forsowanej przez ministerstwo koncepcji połączenia tych zawodów, a także projektów przepisów o aplikacjach i egzaminach zawodowych – szczególnie likwidacji ustnej części egzaminu adwokackiego. Nie spełniły się nasze oczekiwania dotyczące uregulowań zawodu sędziego jako „korony zawodów prawniczych”.

Od nowego ministra oczekujemy większej niż dotychczas otwartości na dyskusję z samorządami zawodów prawniczych. Powinna to być prawdziwa pogłębiona debata, a nie forsowanie jednego poglądu. Mamy też nadzieję, że zostaną utrzymane wysokie standardy projektowania nowych aktów prawnych wprowadzone za czasów urzędowania ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego.

Joanna Agacka-Indecka, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej

Pełnomocnik Olewników: nie oczekiwaliśmy dymisji Ćwiąkalskiego

Pełnomocnik rodziny Olewników mec. Bogdan Borkowski wyraził przekonanie, że najbliżsi zamordowanego nie oczekiwali dymisji ministra sprawiedliwości.

- Jestem przekonany, że wszystkie podejmowane działania przyniosą efekt i poznamy całą prawdę w tej sprawie - dodał.

Borkowski uważa, że możliwe będzie uzyskanie konsensusu w sprawie powołania komisji śledczej do zbadania okoliczności porwania i zabójstwa Olewnika, a także prowadzonych w związku z tym śledztw.

mec. Bogdan Borkowski, pełnomocnik rodziny Olewników

Kamiński: nie byłoby sprawy, gdyby premier słuchał prezydenta

"Nie byłoby całej sprawy", gdyby premier Donald Tusk posłuchał Lecha Kaczyńskiego i nie powoływał go na szefa resortu sprawiedliwości - powiedział Michał Kamiński.

Kamiński przypomniał, że prezydent w stosunku do dwóch ministrów tego rządu zgłaszał wątpliwości do premiera przed ich powołaniem (Ćwiąkalskiego oraz szefa MSZ Radosława Sikorskiego). - I okazało się, że miał rację - dodał.

- Cała sprawa mnie nie dziwi. Moim zdaniem tu kluczową sprawę musiały odegrać sondaże, które jak wiadomo są głównym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji przez pana premiera. To on podejmuje decyzje w tej koalicji - zaznaczył.

Michał Kamiński, prezydencki minister

Żelichowski: Ćwiąkalski był bardzo wysoko oceniany

Zbigniew Ćwiąkalski był bardzo wysoko oceniany w rządzie - ocenił Stanisław Żelichowski.

-Problem jest taki, że to jest kolejna śmierć w tej samej sprawie, wątpliwości jest wiele, ja nie dziwię się panu ministrowi, że zachował się tak jak się zachował, bo nie z jego winy, ale zaistniały zdarzenia, które zaistnieć nie powinny - powiedział.

Jak dodał, trudno jest wprawdzie pilnować każdego bandytę, by nie zrobił sobie krzywdy, ale resort sprawiedliwości nadzoruje więziennictwo i ponosi odpowiedzialność za to co się w nim dzieje.

Szef klubu PSL Stanisław Żelichowski

"Rz" Online

sobota, 17 stycznia 2009

Marek Kondrat zareklamuje centrolewicę?

Eliza Olczyk 17-01-2009, ostatnia aktualizacja 17-01-2009 06:53

Politolog Kazimierz Kik i aktor Marek Kondrat mają być twarzami nowego ruchu lewicowego. Zostanie on powołany 1 lutego w Warszawie

autor zdjęcia: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa

Na lewicy szykuje się duża impreza założycielska. Organizatorzy przekonują do wzięcia w niej udziału Marka Kondrata. Powód? Chcą jak najlepiej zareklamować się na starcie.

Centrolewica – bo tak prawdopodobnie zostanie nazwana nowa inicjatywa polityczna – będzie koalicją partii i organizacji społecznych, m.in. SdPl, Partii Demokratycznej i Zielonych 2004.

– Nie można dłużej zostawiać spraw lewicy w rękach skompromitowanego SLD – tłumaczy „Rz” swoje zaangażowanie w tę inicjatywę prof. Kazimierz Kik. Zastrzega, że nie jest ona wymierzona w SLD. – Czas już po prostu, by przestać narzekać, że lewica jest zła i podjąć próbę jej odbudowy – mówi politolog.

Kik wygłosi referat o wyższości ruchu polityczno-obywatelskiego nad wodzowskimi partiami. Przemówienie programowe będzie miał europoseł Dariusz Rosati. Do nowej inicjatywy zamierzają się przyłączyć: prof. Tomasz Nałęcz, były działacz Unii Pracy, Czesław Śleziak, były minister ochrony środowiska (SLD) oraz Marek Balicki, eksminister zdrowia w rządzie SLD.

Organizatorzy chcą też przyciągnąć Partię Kobiet i Stronnictwo Demokratyczne. Czekają tylko na zjazdy władz tych partii. Paweł Piskorski, kandydat na nowego szefa SD, będzie gościem imprezy. Organizatorzy liczą również na obecność Andrzeja Olechowskiego z PO i Ryszarda Kalisza z SLD. – Wyślemy zaproszenia do tych polityków – zdradza „Rz” Wojciech Filemonowicz, lider SdPl i zarazem jeden z organizatorów nowego ruchu.

Centrolewica zamierza wystawić listę kandydatów do Parlamentu Europejskiego. Nie będzie na niej miejsca – jak twierdzi Filemonowicz – dla SLD-owskich baronów i niektórych organizacji, np. Polskiej Lewicy Leszka Millera. A to może oznaczać, że lewica pójdzie do eurowyborów z dwoma listami i będzie wyrywała sobie i tak mocno okrojony elektorat.

– Trwają rozmowy z SLD w sprawie porozumienia, ale co z tego wyniknie, nie wiadomo – mówi prof. Kik. – Nasz ruch na pewno nie zaakceptuje pomysłu tworzenia list wyborczych do Parlamentu Europejskiego na bazie SLD.

Rzeczpospolita

sobota, 13 września 2008

Dziwne zachowanie posła Przemysława Gosiewskiego

2008-09-13 11:18:32, aktualizacja: 2008-09-14 17:54:59

Co się stało z byłym wicepremierem Przemysławem Gosiewskim? Zmęczony? A może chory? Zastanawiają się internauci.

Część z nich sugerowała, że może zaraził się od Aleksandra Kwaśniewskigo słynną już przypadłością
filipińską. Sam przecież nie bawił na tych odległych wyspach.Co na to Gosiewski? Pytany przez TVN 24 o problemy z artykulacją, odmawiał komentarza. Czyżby nie pamiętał?

Szef klubu PiS stał się wczoraj bohaterem internetu, i to dzięki swej telefonicznej wypowiedzi dla Radia Maryja. To nie był Gosiewski, jakiego znamy - taki wygadany. Tym razem słowa rwały się, zdania nie kleiły, a polityk gubił myśl.

- To znaczy... Ja chciałbym, żeby były decyzje pozytywne... Bo to jest ważne dla blisko 100 tys. pracowników przemysłu stoczniowego... Obawiam się, że decyzja może być różna, bo rząd pana premiera Tuska... - tu zdanie się urywa. Co się dzieje?

Ale zamiast odpowiedzi, w sieci zaczęły się pojawiać opowieści o różnych przypadłościach polityków. Młodzi internauci wspominali, dziwne wystąpienie Aleksandra Kwaśniewskiego na Ukrainie w 2007 roku. Trochę starsi przypominali sejmowe wystąpienie posła AWS Jana Marii Jackowskiego. I kłopoty, które sprawiało mu nocne przemówienie.

wtorek, 8 lipca 2008

Tajemnica śledztwa ma liczne wyjątki

Marek Domagalski 07-07-2008, ostatnia aktualizacja 08-07-2008 03:19

Nie było prawnych przeszkód do pokazania akt śledztwa Jarosławowi Kaczyńskiemu. Prokuratorzy mogli mu je pokazać jako członkowi Rady Bezpieczeństwa Narodowego (wysokiemu urzędnikowi), a także – jako posłowi - pisze Marek Domagalski

Zbigniew Ziobro
autor zdjęcia: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa
Zbigniew Ziobro

Tajemnica śledztwa, choć chroniona prawem karnym, ma bowiem bardzo liczne wyjątki. Tak liczne, że procedura karania nawet ich nie wymienia. Ogólnie stanowi (art. 156 § 5 k.p.k.), że za zgodą prokuratora – a to, czy jest ona na piśmie, czy ustna, ma drugorzędne znaczenie – akta w toku śledztwa mogą być w wyjątkowych wypadkach udostępnione innym osobom (nie tylko stronom, obrońcom). Podobnie jest potem w sądzie, z tym że zgodę wydaje wtedy sąd.

Tak więc jedynym warunkiem udostępnienia akt w śledztwie osobom postronnym jest wyjątkowość danego przypadku, ale ocena należy do prokuratora prowadzącego sprawę lub jego przełożonego.

W efekcie tylko od ich decyzji zależy, komu pokażą akta. W ten sposób może zapoznać się z nimi nawet dziennikarz, jeśli śledczy dostrzeże wyjątkowość sytuacji, np. interes społeczny w ujawnieniu informacji.

W tym zaś wypadku chodziło o wymianę informacji między wysokimi urzędnikami państwa, które nie tak jak w przypadku dziennikarzy, nie miały zostać upubliczniane. Można więc powiedzieć, że prokurator miał większą swobodę. Forma wystąpienia o akta i ich udostępnienie mają mniejsze znaczenie, choć lepiej, gdyby wszystko było na piśmie. Niedopełnienie tych formalnych wymogów może być rozpatrywane ewentualnie jako przewinienie dyscyplinarne prokuratora.

Obserwując sprawę, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że u podstaw zarzutów (pomijając polityczne elementy) leży niezrozumienie charakteru prokuratury. To zhierarchizowana instytucja, gdzie przełożony prokurator może wydawać polecenia niżej usytuowanemu w strukturze.

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że od pewnego czasu sporny jest między prawnikami status prokuratora generalnego (jednocześnie ministra sprawiedliwości), czy on jest prokuratorem w pełni, czy może trochę mniej, to Zbigniew Ziobro mógł zarządzić – nawet ustnie – przejrzenie akt. Artykuł 10 ust. 1 ustawy o prokuraturze mówi, że prokurator generalny kieruje działalnością prokuratury (osobiście bądź przez zastępców), wydając zarządzenia, wytyczne i polecenia. Jeśli przy przeglądaniu był prokurator prowadzący, można więc uznać, że się na to zgodził. Dlatego nie może być mowy o popełnieniu przestępstwa ujawnienia tajemnicy śledztwa (art. 241 k.k.).

Źródło : Rzeczpospolita

sobota, 26 kwietnia 2008

Cimoszewicz na lidera nowej lewicy

Były premier wraca do gry

Cimoszewicz wraca do gry

Na lewicy powstaje plan polityczny, który ma wyeliminować SLD i SdPl. To jeszcze nie wszystkie zaskakujące informacje DZIENNIKA. Bo twarzą tej inicjatywy ma być Włodzimierz Cimoszewicz. Były premier w wywiadzie dla DZIENNIKA przyznaje, że chętnie weźmie udział w tym projekcie.

Z pomysłem wystąpili Andrzej Celiński i Marek Balicki, obaj z SdPl. Chcą wystartować już wczesną jesienią. "Oni mi przedstawili pewien pomysł na inicjowanie debaty publicznej w różnych sprawach społecznych. Jest to rozsądny pomysł" - przyznaje Cimoszewicz.

Jego diagnoza dla SLD i SdPl jest druzgocząca. "Z zewnątrz są to szczątki. Może kiedyś będzie można coś budować z ich rozbiórki" - mówi były premier.

Plan autorów pomysłu jest dalekosiężny. Ma doprowadzić do powstania nowej partii. Początek będzie niewinny - zacznie się od wielkich debat. "To nie jest inicjatywa łączenia partii w całość. Chcemy zjednoczyć ludzi wokół problemów dotyczących Polski. Zaczniemy od uniwersytetów. Później przeniesiemy to do internetu" - zapowiada Celiński. Ale zaraz dodaje: "Zmierza to do partii politycznej".

Zastrzega tylko, że dziś jest za wcześnie, by mówić o szczegółach. "Najpierw trzeba coś zbudować, a dopiero potem ewentualnie wystartować w wyborach".

DZIENNIK dowiedział się z nieoficjalnych źródeł, że pomysły idą jeszcze dalej. Plan zakłada bowiem, że Cimoszewicz będzie kandydatem na prezydenta.

Już rozegrała się kluczowa batalia dla tego projektu. O przychylność Cimoszewicza zabiegali nie tylko Celiński z Balickim, ale też Marek Borowski. Do spotkania doszło. Wygrali Celiński i Balicki. Po godzinnej rozmowie Cimoszewicz powiedział "tak”.

A co z Borowskim? Z naszych informacji wynika, że dostał ofertę przyłączenia się do projektu. Jedno jest pewne: nie ma tam miejsca dla liderów SLD. "Napieralski i Olejniczak jednym kopnięciem rozwalili LiD. Są nieodpowiedzialni. Dlatego ich w swoim projekcie nie widzę" - mówi Celiński. Trwają natomiast rozmowy z politykami PD. Wszystkie nazwiska są ściśle chronione. Ostateczny akcept będzie należał do Cimoszewicza.

Cimoszewicz: SLD rozbije się

Kamila Wronowska: Rozpad LiD świadczy o tym, że nie ma w Polsce miejsca na centrolewicę.
Włodzimierz Cimoszewicz:
Wręcz przeciwnie. Dlatego decyzja podjęta przez władze SLD jest poważnym błędem. Na lewo od prawicy jest wiele miejsca. W każdym społeczeństwie, które nie żyje w czasach rewolucyjnych – bo w czasach rewolucyjnych obowiązuje trochę inna logika, wtedy dominują radykałowie – przeważają ludzie o poglądach umiarkowanych. I tych ludzi jest dziś najwięcej w naszym kraju. Częściowo ich poglądy wyraża Platforma Obywatelska. Ale tylko częściowo. Bo w wielu kwestiach, np. tych obyczajowych, wielu ludzi ma trochę inne poglądy i oczekiwałoby bardziej liberalno-lewicowego nastawienia. Czyli środowisko jest. Ale w SLD zwyciężyło błędne przekonanie, że w Polsce nierozwiązane problemy socjalne są tak wielkie, że można tu szukać perspektywy dla partii politycznej. To rozumowanie jest nietrafne m.in. dlatego, że polska prawica jest wręcz lewacka, jeśli chodzi o kwestie socjalne. I choć są w Polsce też ludzie rozczarowani, którym się trochę nie powiodło, oni stanowią elektorat PiS, a nie SLD.

Jeśli było społeczne zapotrzebowanie na LiD, dlaczego się on rozpadł?
LiD był racjonalnym posunięciem. Natomiast sposób i moment realizacji tego projektu nie były najszczęśliwsze. Ten LiD, którego szefem Rady Programowej został Aleksander Kwaśniewski, powstał na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi. Był to za krótki czas, by przekonać ludzi, że jest to nowa propozycja polityczna. To wymagało więcej czasu. Poza tym z LiD nie stworzono społecznego projektu, czegoś szerszego niż tylko decyzja przywódców partyjnych. Dlatego poniósł porażkę wyborczą. Ale trzeba było przejść nad tym do porządku dziennego, zrozumieć to, próbować dalej. Wycofanie się z LiD było błędem. A co było jego przyczyną? Nie jestem najlepszym rozmówcą, bo źródłowej wiedzy nie mam.

Przecież jest pan członkiem SLD.
Jestem, bo nie wystąpiłem z Sojuszu. Ale nie mam żadnej szczególnej wiedzy. Wszystko wskazuje na to, że chodziło o rywalizację dwóch polityków o przyszłe przywództwo w partii. Rozpad LiD był ostrą rysą tej rywalizacji. Mówię o tym z dystansem, choć sprawia mi to pewną przykrość. Bo SLD powstało w 1991 r. z inicjatywy Aleksandra Kwaśniewskiego i mojej. Kiedy coś, co się współtworzyło, zamiera, jest to przykre. Ale tak to jest w życiu. Kilkanaście lat funkcjonowania na polskiej scenie politycznej jednego podmiotu to i tak dużo. Niech mi pani pokaże inny podmiot polityczny w Polsce, który tyle lat funkcjonował.

SLD może zniknąć?
Jak najbardziej. Nie ma niczego wiecznego poza wiecznym miastem Rzym. Wiele na to wskazuje. Sam pomysł, by się radykalizować lewicowo, oznacza jeszcze dalsze odsuwanie się od ludzi o poglądach umiarkowanych. Jeżeli formuła LiD, centrolewicy, balansowała na granicy wejścia do parlamentu, to jedna z części tej koalicji, czyli SLD, dryfując jeszcze dalej ku radykalizmowi ryzykuje, że zejdzie poniżej progu wyborczego i nie znajdzie się w przyszłym parlamencie.

Nie miał pan ochoty zagrać w drużynie LiD?
Trzy lata temu podjąłem decyzję o wycofaniu się z polityki i...

Ale pan wrócił.
Wróciłem. Częściowo. Bo jak ktoś jest w Senacie, nie może powiedzieć, że nie jest w polityce. Ale nie wróciłem do polityki partyjnej. Ja po prostu byłem tak rozeźlony rządami Kaczyńskiego, że w momencie, kiedy doszło do przedwczesnych wyborów uznałem, że muszę coś zrobić, by odsunąć PiS od władzy. Ale kandydowałem do Senatu sam. Projekt LiD obserwowałem z boku. I pozytywnie go oceniałem, choć miał rozmaite słabości. Za mało było w nim wymiaru społecznego, a za bardzo był partyjny. Nie myślałem o włączaniu się w tę działalność, bo nigdy nie pasjonowała mnie działalność partyjna. Partyjne gry mnie nie bawią.

To po co panu legitymacja partyjna SLD?
Nie mam legitymacji. Żeby było zabawniej, jestem członkiem i założycielem SLD, któremu nigdy nie dano legitymacji. Ale nie odczuwam żadnej luki w kieszeni. Legitymacja nie jest mi do niczego potrzebna. Przypuszczam, że formalnie jestem członkiem SLD, ale to z mojego punktu widzenia nie jest żaden problem.

A wybiera się pan na czerwcowy kongres Sojuszu?
Sądzę, że nie. Miesiąc temu mówiłem, że to zależy, czy będę zaproszony. Ponieważ uważam teraz, że SLD popełnił dramatyczny błąd, decyzje już zapadły, to kongres nie będzie służył podejmowaniu rozstrzygnięć. A mnie zupełnie nie interesuje rozgrywka personalna, która tam się będzie toczyła.

Nie interesuje pana, kto stanie na czele pana partii?
Dzisiaj nie ma już żadnego znaczenia. SLD stanęło na skraju przepaści i światłe kierownictwo postanowiło zrobić krok naprzód. Ponieważ ten krok do przodu już zrobiono, teraz jest mi zupełnie obojętne, kto będzie stał na czele partii, która właśnie spada do przepaści. Potrafię przewidzieć tego konsekwencje. SLD rozbije się.

Nie ma osoby, która mogłaby Sojusz przed tym uratować?
Na dzisiaj nie ma. To jest niemożliwe. Więc nie ma znaczenia, kto wygra kongres.

Co teraz będzie z lewicą?
Możliwe, że przez kilka, a nawet kilkanaście lat nie będzie silnej politycznej reprezentacji lewicy, czy liberalnej lewicy w Polsce. Oczywiście mówię o poważnej reprezentacji, która ma odgrywać istotną rolę w kraju, a nie która będzie ciekawostką kawiarnianą. Dziś nie widać ludzi, którzy byliby w stanie stworzyć wiarygodną popularną formację centrolewicy. Moje pokolenie polityków się zużyło, więc takiej roli odegrać nie może. A w młodym pokoleniu nie widzę charyzmatycznych talentów, ludzi ciężko pracujących nad samym sobą.

Pan czuje się zużyty?
Nie. Chociaż nie jestem zainteresowany tworzeniem w tej chwili jakiejś partii. Znam sporo rzeczy, które mnie bardziej interesują w życiu.

Nie interesują pana losy lewicy?
Interesują, ale z dystansu.

Aleksander Kwaśniewski nie odegra już w polityce żadnej roli?
Aleksander Kwaśniewski to niezwykle uzdolniony polityk. Jego problem polega na tym, że największe sukcesy przyszły być może zbyt wcześnie i teraz znalazł się na swoistej emeryturze. Mógłby odegrać pewną rolę w Polsce, ale to jest i trudne, i ryzykowne. Gdyby obecni rządzący mieli trochę oleju w głowie i z wyobraźnią podchodzili do promowania Polski, to pomogliby mu, podobnie jak Lechowi Wałęsie, w znalezieniu miejsca w polityce międzynarodowej. Niestety polska polityka ma charakter plemienny i nikt spoza własnej paczki nie może na nic liczyć.

A Marek Borowski?
I SLD, i partia Borowskiego, i Unia Pracy przestały się liczyć. W to, że te partie się liczą, że może odbiją się od dna, mogą wierzyć działacze tych partii. Z zewnątrz są to szczątki. Może kiedyś będzie można coś budować z ich rozbiórki. Ale dziś te środowiska się rozchodzą.

Kiedy SLD wyrzuciło z LiD demokratów, SdPl zastanawiało się, co zrobić. Borowski spotkał się wtedy z panem. Po co?
Do spotkania doszło z jego inicjatywy. Chciał znać mój pogląd na temat tej całej sytuacji. Mówiłem mu mniej więcej to samo, co teraz pani: że SLD popełnił błąd. Ale raczej to ja go pytałem, co zamierza zrobić. Przedstawił mi dwie możliwości: zostania z SLD na jakiś warunkach albo wystąpienia z koalicji.

Borowski złożył panu jakąś ofertę?
Nie. Nie była to w ogóle tego typu rozmowa.

A Andrzej Celiński i Marek Balicki? Z nimi też się pan spotkał.
Ale te plotki się rozchodzą... Tak, spotkałem się. Oni mi przedstawili pewien pomysł na inicjowanie debaty publicznej w różnych sprawach społecznych. Jest to rozsądny pomysł. Z podobnym pomysłem wystąpił w swoim czasie Dariusz Rosati. Z trochę innych intencji i w trochę innym celu zrodził się też pomysł polityków prawicy. Przecież to, co robi Ujazdowski z Rokitą, to też jest propozycja publicznej debaty.

Czyli projekt się panu podoba?
Tak. Uważam, że my w naszym kraju od początku transformacji w gruncie rzeczy nie mamy na koncie takich debat obywatelskich. Wyjątkiem jest rok 1997 przed referendum konstytucyjnym. Ludzie trochę dyskutowali wtedy, jak to państwo ma funkcjonować. A tak na ogół to, co dociera do przeciętnego obywatela, jest jakąś sieczką, zestawem sensacji. Nie ma natomiast miejsca na głębszą refleksję, co z Polską, co z demokracją, co z naszą przyszłością. Myślimy chwilą. A nie o tym, jak Polska powinna się modernizować, czy jakiej chcemy Europy. Takich pytań jest dużo więcej. Dziś nie ma żadnych przywódców politycznych, którzy byliby skłonni zaproponować Polakom taką refleksję. I myślę sobie, że jest to zajęcie dla osób takich jak ja, którzy mają swoją wiedzę, doświadczenie. Trudno żeby poważną debatę inicjowali ludzie młodzi. Bo trzeba trochę przeżyć, parę razy trzeba zweryfikować swoje poglądy. Dlatego powiedziałem Celińskiemu i Balickiemu „tak”, mogę to robić. Z chęcią mogę przyłączać się do publicznej debaty o Polsce.

Rozmawiali panowie, jak technicznie miałoby to wyglądać?
Nie. To była pierwsza rozmowa. Oni chcieli mnie po prostu poinformować, że myślą o czymś takim. Osobiście uważam, że większe znaczenie należy przywiązywać do nowych technik komunikacyjnych niż do tradycyjnych rozwiązań organizacyjnych. Wtedy naprawdę można dotrzeć do wielu ludzi.

Internet?
Tak. Nie chodzi o to, by tworzyć już teraz partię polityczną, tylko żeby wykorzystać możliwości głównie internetu do komunikowania się z ludźmi.

Myśli pan o podobnej stronie do tej, jaką stworzyli Ujazdowski i Rokita?
Być może. Różnie można to zrobić. Nie rozmawialiśmy o szczegółach technicznych. Ale trzeba postawić na internet. On już dziś odgrywa kolosalną rolę, a w przyszłości będzie odgrywał jeszcze większą. Wystarczy spojrzeć na kampanię w Stanach Zjednoczonych. W internecie prowadzi się wielką kampanię prezydencką. W Polsce dzisiaj mamy 14 mln internautów. Żadna telewizja nie ma u nas takiej widowni, żadna gazeta - czytelników. Trzeba tylko potrafić dotrzeć i zainteresować internautów.

Czy pański blog mógłby być elementem debaty publicznej?
Tak. Być może tak się stanie. Ale w szerszym przedsięwzięciu i razem z poważnymi ludźmi. Nie w każdym gronie chciałbym brać udział. Umówiłem z Celińskim, że będę wiedział, kogo chcą dopraszać. Bo mnie wolna amerykanka czy wystąpienie ramię w ramię z jakimiś oryginałami, którzy muszą zwrócić na siebie uwagę, nie interesuje. Natomiast jest w Polsce wielu bardzo mądrych ludzi.

Obok kogo chciałby pan wystąpić?
Żadnych nazwisk nie będę teraz wymieniał.

Jak pan myśli o swojej przyszłości za kilka lat, jest to przyszłość polityczna?
Raczej nie. Dziś jestem w Senacie z powodów sytuacyjnych, doraźnych. Nie wiem, czy w przyszłych wyborach będę kandydował, czy nie. Tego nie przesądzam.

Parlament Europejski pana nie interesuje?
Nie mówię nie. Ale jest jeden istotny problem. Gdybym się zdecydował kandydować i gdybym wygrał, to w moim województwie trzeba by zorganizować przedterminowe wybory senatorskie. A to oznacza koszty. Więc moja osobista decyzja miałaby konsekwencje publiczne. Nie będzie mi łatwo rozstrzygnąć ten dylemat.

piątek, 25 kwietnia 2008

Narzeczona Ziobry ma zasłonić krakowską wojnę o Wassermanna

Bartłomiej Kuraś, Wojciech Pelowski, Kraków, wz, wbs
2008-04-25, ostatnia aktualizacja 2008-04-25 08:21

Zbigniew Wassermann wciąż kandydatem Kaczyńskiego na szefa PiS w Małopolsce. Co zrobi Zbigniew Ziobro? Głosowanie w piątek

Szefa małopolskiego PiS pierwszy raz wybierano w niedzielę. Kandydat Jarosława Kaczyńskiego Zbigniew Wassermann przepadł. Utrącił go Zbigniew Ziobro. Politycy PiS i dziennikarze natychmiast zaczęli o nim mówić jako o następcy i rywalu Kaczyńskiego.

Tamto głosowanie ma być nieważne. Oficjalnie dlatego, że na kartach do głosowania zabrakło rubryki "wstrzymuję się od głosu". Powtórka w piątek wieczorem.

- Jarosław Kaczyński bardzo się zdenerwował. Oberwało się Ziobrze. Nakazał jak najszybsze wybory. Niespodzianek ma nie być. Ale kto wie, co będzie? - mówi nam członek małopolskiej Rady Regionalnej PiS.

- Unieważnienie głosowania to wybieg formalny, by Kaczyński i Wassermann mogli wyjść z twarzą. Nawet gdyby na kartach była ta rubryka, Wassermann by przegrał. Ludzie Ziobry w kuluarach wprost mówili, żeby głosować przeciw - dodaje nasz rozmówca.

Po środowym posiedzeniu Zarządu Głównego PiS Joachim Brudziński poinformował, że prezes PiS nadal rekomenduje Wassermanna. A Ziobro już zapewniał, że będzie osobiście namawiał delegatów do poparcia Wassermanna.

Sprawa ma jednak kolejną odsłonę. Jacek Kurski w środowej rozmowie z Moniką Olejnik ogłosił niespodziewanie: - Wiceszefowa Agencji Informacji TVP Patrycja Kotecka to narzeczona Zbigniewa Ziobry.

Po co to zrobił? Zdaniem jednych "zagalopował się" i "wypaplał". Według innych, żeby wyjaśnić, dlaczego Kotecka miała dostęp do jego laptopa. Ale słychać także opinie, że Kurski - nazywany spin doktorem Ziobry - wrzucił wątek narzeczeństwa specjalnie, żeby odwrócić uwagę mediów od kłopotliwego dla Ziobry konfliktu z Kaczyńskim o Wassermanna.

- Ujawnienie narzeczeństwa było bardzo sprytnym posunięciem PR-owskim - recenzuje taktykę Kurskiego jeden z posłów PiS. - W czwartek media zajmowały się już tym, a nie Krakowem. Będą musieli je też uwzględnić autorzy kilku powstających właśnie biograficznych tekstów o byłym ministrze. Kurski ocieplił jego wizerunek: Człowiek, który ma narzeczoną, nie może być potworem.

Sam Kurski pytany, czemu wspomniał o narzeczeństwie, odpisał nam, że nie ma wiedzy o prywatnych relacjach Ziobry, a to, co powiedział, było jedynie "domysłem", który wynikał z tego, co mówił o tym Ziobro. - Uznałem za rzecz normalną, że osoby sobie bliskie użyczają sobie przedmioty codziennego użytku, jak laptopa - mówi "Gazecie" Kurski.

Nasi rozmówcy z PiS przestrzegali też, by nie traktować go jako uczestnika anty-Kaczyńskiego spisku: - Jego oddanie prezesowi jest autentyczne. Ale Kurski inwestuje też na czasy po Kaczyńskim. Inwestuje w Ziobrę.

Źródło: Gazeta Wyborcza

czwartek, 24 kwietnia 2008

Kurski: Kotecka to narzeczona Ziobry

Poseł zdradza tajemnice byłego ministra

Patrycja Kotecka nie jest obojętna Zbigniewowi Ziobrze

Wiceszefowa Agencji Informacji TVP Patrycja Kotecka jest narzeczoną Zbigniewa Ziobry - byłego ministra sprawiedliwości w rządzie PiS. Tę tajemnicę, niby przypadkiem, zdradził w TVN24 poseł Prawa i Sprawiedliwości Jacek Kurski.

"Nie ma w tym nic niezwykłego, że ludzie mieszkający razem, narzeczeni, pożyczają sobie laptopa" - w taki sposób Jacek Kurski tłumaczył w rozmowie z Moniką Olejnik, dlaczego w służbowym komputerze byłego szefa resortu sprawiedliwości znaleziono materiały należące do Patrycji Koteckiej.

Przekonywał, że "zwyczajna sprawa" została rozdmuchana. A pytany o to, czy minister powinien pożyczać służbowego laptopa dziennikarce telewizji publicznej, powtórzył, że nie ma w tym nic dziwnego. "Jeśli mieszkają razem i narzeczona Zbigniewa Ziobry korzysta z jego komputera, nie ma w tym nic niezwykłego. Zwłaszcza, że laptop przebywa cały czas w domu" - przekonywał Kurski w "Kropce nad i".

Plotki o związku Koteckiej i Ziobry krążyły od dawna, jednak dopiero Jacek Kurski je potwierdził. Ziobro unikał tego tematu, choć sugerował, że Patrycja Kotecka nie jest mu obojętna. "Jest bardzo kobieca. Ma szereg takich cech charakteru, które działają na mnie jak balsam" - mówił Ziobro w jednym z wywiadów.

A Kurski w programie "Kropka nad i" wsadził mu jeszcze jedną szpilę. Powiedział, że Ziobro był przeciwnikiem traktatu lizbońskiego i zagłosował za jego ratyfikacją wbrew własnym przekonaniom. Dlaczego? Z uwagi na posłuszeństwo wobec Jarosława Kaczyńskiego.

"Nie jestem w drużynie Zbigniewa Ziobry. Ja współtworzę wizerunek PiS. Ziobro jest jednym z najbardziej lojalnych i oddanych braciom Kaczyńskim działaczy PiS" - tłumaczył z uśmiechem Kurski.

sobota, 19 kwietnia 2008

SdPl wychodzi z klubu Lewica i Demokraci

jg, PAP, IAR
2008-04-19, ostatnia aktualizacja 2008-04-19 16:15

Szef SdPl Marek Borowski poinformował, że konwent SdPl zdecydował, że partia utworzy odrębne koło poselskie. Podkreślił, że powołanie nowego koła, oznacza rozłam w klubie Lewicy i Demokratów i usamodzielnienie SdPl.

Zobacz powiekszenie
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Marek Borowski
Marek Borowski zaznaczył, że jego partia nie zgadza się na pomysł SLD na zjednoczenie lewicy, określając go jako "sekciarski". Borowski zadeklarował gotowość współpracy z innymi ugrupowaniami lewicowymi, a także z Partią Demokratyczną. Dodał, że jego ugrupowanie chce też współpracy z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, ale - jak powiedział - na zasadach partnerskich.

Borowski podkreślił, że "mamy tutaj do czynienia nie z tworzeniem nowej partii, tylko z usamodzielnieniem partii, której przedstawiciele znajdują się w Sejmie".

Szef SdPl określił rozstanie się jego partii z SLD jako "rozdział przyjazny". "Nie odchodzimy w jakiś gniewie" - dodał. Zapewnił, że SdPl jest gotowa do współpracy z SLD, ale już "na równych prawach i mówiąc własnym głosem".

Wyjaśniając motywy sobotniej decyzji Konwentu powiedział, że "decyzja SLD sprzed 3 tygodni o zerwaniu wspólpracy z Partią Demokratyczną praktycznie niszcząca porozumienie LiD praktycznie nie zostawiła nam szans".

Borowski dodał, że SdPl czeka teraz na stanowisko wszystkich partii, które mieszczą się na "lewo od Platformy Obywatelskiej"

SLD: Borowski i jego partia opuścili wyborców centrolewicy

- Socjaldemokracja Polska podejmując decyzję o wyjściu z klubu parlamentarnego LiD "opuściła wyborców centrolewicy" - uznało kierownictwo Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

- Marek Borowski poszedł w kierunku liberalnego-centrum, a w SDPL zwyciężyły jastrzębie i dawne urazy - czytamy w oświadczeniu kierownictwa SLD, podpisanym przez rzecznika SLD Tomasza Kalitę.

Zdaniem liderów SLD, to właśnie na ich partii spoczywa teraz "cała odpowiedzialność za jedność programową i organizacyjną ruchu lewicowego w Polsce".

"Wzywamy wszystkich ludzi lewicy do włączenia się w budowę bloku lewicy" - apeluje w oświadczeniu kierownictwo SLD

Marcinkiewicz: Ziobro będzie szefem PiS-u

mar, IAR
2008-04-19, ostatnia aktualizacja 2008-04-19 09:32

PRZEGLĄD PRASY. Kazimierz Marcinkiewicz zapowiada, że zostanie w Londynie, nawet jeśli prezes NBP zablokuje jego ponowne powołanie na stanowisko dyrektora w EBOR-ze. W rozmowie z "Dziennikiem" mówi też o relacji PiS-u z R. Maryja: - Obawiam się, że ceną za poparcie Radia Maryja dla Lecha Kaczyńskiego będzie prezesura PiS dla Zbyszka Ziobry.

Zobacz powiekszenie
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Kazimierz Marcinkiewicz
SONDAŻ
Jakim prezesem dla PiS-u byłby Ziobro?

Takim jak Kaczyński
Lepszym niż Kaczyński
Gorszym niż Kaczyński
Nieważne: to i tak nie zmieni sytuacji PiS-u

W wywiadzie dla "Dziennika" Marcinkiewicz mówi, że ma sygnały, jakoby to Pałac Prezydencki miał wstrzymać jego nominację.

Były premier planuje, że jeśli straci stanowisko w EBOR-ze, będzie pracował w innej instytucji finansowej. Nie precyzuje, jaka to instytucja, zapowiada natomiast, że ujawni to, gdy pozna decyzję prezesa Sławomira Skrzypka.

Kazimierz Marcinkiewicz zapowiada, że nie będzie wracał do polityki. "Ja nie wypadłem z polityki, tylko z niej odszedłem" - mówi. Krytykuje także rządy Prawa i Sprawiedliwości. Jak twierdzi, to co wtedy działo się w spółkach Skarbu Państwa było "jeśli nie gorsze, to takie samo jak za rządów SLD".

"To Ziobro będzie prezesem PiS-u"

Zdaniem Marcinkiewicza, PiS jest LPR-em bis, gdyż odwołuje się do tego samego elektoratu, skupionego wokół Radia Maryja. Jak dodaje były premier w wywiadzie dla "Dziennika", rekompensatą za poparcie przez to środowisko Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich będzie stanowisko prezesa PiS dla Zbigniewa Ziobry. Według Marcinkiewicza, były minister sprawiedliwości ma "specjalne relacje z Ojcem Dyrektorem".

Marcinkiewicz wspomina awanturę wokół ratyfikacji Traktatu z Lizbony: - To była bardzo ciekawa gra środowiska radiomaryjnego. Ci ludzie już teraz myślą o wyborach prezydenckich. W zamian za poparcie dla Lecha Kaczyńskiego zażądają bardzo wysokiej ceny, tę cenę będzie musiał zapłacić Jarosław Kaczyński. I myślę, że zapłaci.

Czyli?

Obawiam się, że ceną za poparcie Radia Maryja dla Lecha Kaczyńskiego będzie prezesura PiS dla Zbyszka Ziobry, który ma silne - choć nie zawsze ujawnione - środowisko wewnątrz PiS. Ziobro ma zresztą specjalne relacje z ojcem dyrektorem.

Kaczyńskiemu wyrasta pod bokiem niebezpieczny przeciwnik?

Jest w PiS od samego początku i jest bardzo ważnym elementem tej partii. To, co robił w rządzie, w ogromnej mierze zaważyło najpierw na sukcesach, a później na porażkach PiS.

Źródło: "Dz"