Jarosław Frąckiewicz i Celina Mróz, trójmiejscy kajakarze zabici nad Ukajali w Peru, nie stracili życia z powodu naruszenia jakiegokolwiek lokalnego zwyczaju. Oni po prostu trafili na złych ludzi, którzy urządzili sobie polowanie.

tierralatina.pl
Jarosław Frąckiewicz i Celina Mróz

Fot. YouTube
Zdjęcia z akcji peruwiańskiej policji

Fot. Facebook
Celina Mróz na biwaku
Legła w gruzach wersja, początkowo przyjęta przez peruwiańskich śledczych, mówiąca, że polscy kajakarze rozgniewali pijanych Indian, rozbijając bez pytania o zgodę obozowisko w pobliżu osady Aririca. 40-letni Roger Mauricio Ruiz, który przyznał się do zabicia Jarosława Frąckiewicza, wyjaśnił, że żadnego obozowiska nie było. Małżeństwo z Gdańska nawet nie wyszło na ląd. Zostali zabici na rzece, w kajaku, gdy spokojnie spływali Ukajali.
Zatrzymanie zabójcy to efekt bezprecedensowej współpracy lokalnych Indian z organami ścigania. Indiańscy liderzy zobowiązali się do pomocy i wyrazili wolę, by wyjaśnić okoliczności śmierci Polaków, w otwartym, przepraszającym liście do rodzin zabitych, a także do wszystkich Polaków i Europejczyków.
I już 24 godziny później Felipe Suarez, szef wspólnoty Tahuarapa znajdującej się na przeciwległym do osady Aririca brzegu Ukajali, poinformował, że jego ronderos, czyli indiańskie oddziały samoobrony istniejące od czasów wojny ze Świetlistym Szlakiem, wytropiły i zatrzymały jednego z zabójców.
Przekazanie go policji nastąpiło w poniedziałek w Tahuarapa właśnie, gdzie popłynęliśmy z silną obstawą peruwiańskiej piechoty morskiej. I nawet ci doświadczeni komandosi z niedowierzaniem kręcili głowami, słysząc pierwsze deklaracje zabójcy.
Roger Mauricio Ruiz spokojnym, cichym głosem opowiadał, że na pomysł zabicia kajakarzy wpadł jego 24-letni siostrzeniec Fredy, który zauważył kajak przepływający obok wioski. - Wujku, to są pelecaras, trzeba ich zabić! - tłumaczył siostrzeniec. Pelecaras, dosłownie: zeskrobywacze twarzy, to rodzaj pishtacos, legendarnych złych białych, którzy zakradają się do wiosek, aby zabijać Indian. - Ja mówiłem, że nie, że nie powinniśmy im nic robić, bo przecież się oddalają, ale on naciskał, abyśmy ich jednak zabili. No i w końcu postanowiliśmy, że tak zrobimy. Wzięliśmy strzelby i łuki, w pięć osób wsiedliśmy do łódki i zaczęliśmy ich gonić - wyjaśnił Roger.
Podczas późniejszej wizji lokalnej zabójca pokazał miejsce zbrodni. - Tutaj ich dogoniliśmy. Bez zadawania żadnych pytań zaczęliśmy strzelać z odległości jakichś 6-7 metrów. Najpierw Fredy strzelił ze strzelby w pierś kobiety, potem ja także ze strzelby w pierś mężczyzny. Później jeszcze jeden z naszych towarzyszy wystrzelił do nich z łuku. Gdy po chwili wrzucałem ich ciała do wody, już nie żyli - wyjaśnił Roger. Wydarzyło się to najprawdopodobniej 27 maja, około godziny 16.
Taką wersję potwierdził indiański drwal, który płynął wówczas w górę rzeki i zaintrygowany odgłosami strzałów zbliżył się, aby zobaczyć, co się dzieje. Roger z kompanami przekładali wówczas tuż przy brzegu rzeczy polskich turystów z kajaka do swojej łodzi. Ciał już nie było. Roger zagroził drwalowi, że jeśli piśnie komuś słówko o tym, co widział, to też może zostać zabity. - Przestraszyłem się, bo Roger ma opinię złego człowieka. Mówi się, że kilka lat temu zabił swoją krewną - wyjaśnił świadek prokuratorowi.
Najbardziej wartościowy ekwipunek Jarka i Celiny zabrał Fredy, pozostali mieszkańcy osady rozdzielili między siebie przedmioty bez większej wartości: polskojęzyczny przewodnik po Peru czy kosmetyki. - A ty co sobie wziąłeś? - prokurator zapytał Rogera. - Ja naprawdę nic nie wziąłem. Ja tylko zabiłem! - odparł bez wahania.
Peruwiańska policja jest już na tropie pozostałych uczestników zbrodni, która wstrząsnęła całym Peru. Twierdzą, że jest szansa na odzyskanie przynajmniej części ekwipunku, który Fredy zabrał ponoć po to, aby sprzedać w Pucallpie, największym mieście regionu. - To był zwykły bandycki rabunek. Te opowiadania o pishtacos, pelecaras to bajki - twierdzi major Carlos Bouroncle Herrera, szef policji w Atalayi.
Zatrzymanie zabójcy to efekt bezprecedensowej współpracy lokalnych Indian z organami ścigania. Indiańscy liderzy zobowiązali się do pomocy i wyrazili wolę, by wyjaśnić okoliczności śmierci Polaków, w otwartym, przepraszającym liście do rodzin zabitych, a także do wszystkich Polaków i Europejczyków.
Przekazanie go policji nastąpiło w poniedziałek w Tahuarapa właśnie, gdzie popłynęliśmy z silną obstawą peruwiańskiej piechoty morskiej. I nawet ci doświadczeni komandosi z niedowierzaniem kręcili głowami, słysząc pierwsze deklaracje zabójcy.
Roger Mauricio Ruiz spokojnym, cichym głosem opowiadał, że na pomysł zabicia kajakarzy wpadł jego 24-letni siostrzeniec Fredy, który zauważył kajak przepływający obok wioski. - Wujku, to są pelecaras, trzeba ich zabić! - tłumaczył siostrzeniec. Pelecaras, dosłownie: zeskrobywacze twarzy, to rodzaj pishtacos, legendarnych złych białych, którzy zakradają się do wiosek, aby zabijać Indian. - Ja mówiłem, że nie, że nie powinniśmy im nic robić, bo przecież się oddalają, ale on naciskał, abyśmy ich jednak zabili. No i w końcu postanowiliśmy, że tak zrobimy. Wzięliśmy strzelby i łuki, w pięć osób wsiedliśmy do łódki i zaczęliśmy ich gonić - wyjaśnił Roger.
Podczas późniejszej wizji lokalnej zabójca pokazał miejsce zbrodni. - Tutaj ich dogoniliśmy. Bez zadawania żadnych pytań zaczęliśmy strzelać z odległości jakichś 6-7 metrów. Najpierw Fredy strzelił ze strzelby w pierś kobiety, potem ja także ze strzelby w pierś mężczyzny. Później jeszcze jeden z naszych towarzyszy wystrzelił do nich z łuku. Gdy po chwili wrzucałem ich ciała do wody, już nie żyli - wyjaśnił Roger. Wydarzyło się to najprawdopodobniej 27 maja, około godziny 16.
Taką wersję potwierdził indiański drwal, który płynął wówczas w górę rzeki i zaintrygowany odgłosami strzałów zbliżył się, aby zobaczyć, co się dzieje. Roger z kompanami przekładali wówczas tuż przy brzegu rzeczy polskich turystów z kajaka do swojej łodzi. Ciał już nie było. Roger zagroził drwalowi, że jeśli piśnie komuś słówko o tym, co widział, to też może zostać zabity. - Przestraszyłem się, bo Roger ma opinię złego człowieka. Mówi się, że kilka lat temu zabił swoją krewną - wyjaśnił świadek prokuratorowi.
Najbardziej wartościowy ekwipunek Jarka i Celiny zabrał Fredy, pozostali mieszkańcy osady rozdzielili między siebie przedmioty bez większej wartości: polskojęzyczny przewodnik po Peru czy kosmetyki. - A ty co sobie wziąłeś? - prokurator zapytał Rogera. - Ja naprawdę nic nie wziąłem. Ja tylko zabiłem! - odparł bez wahania.
Peruwiańska policja jest już na tropie pozostałych uczestników zbrodni, która wstrząsnęła całym Peru. Twierdzą, że jest szansa na odzyskanie przynajmniej części ekwipunku, który Fredy zabrał ponoć po to, aby sprzedać w Pucallpie, największym mieście regionu. - To był zwykły bandycki rabunek. Te opowiadania o pishtacos, pelecaras to bajki - twierdzi major Carlos Bouroncle Herrera, szef policji w Atalayi.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Więcej... http://wyborcza.pl/1,75477,9684901,Ja_tylko_zabilem_.html#ixzz1SGJIFzmP



