wtorek, 27 listopada 2007

Gruby błąd Kuszczaka, ale Manchester wygrywa

misza, mm
2007-11-27, ostatnia aktualizacja 2007-11-28 01:25
Zobacz powiększenie
Manchester - Sporting 2:1
Carlos Tevez (drugi z lewej) odbiera gratulacje po strzelonej bramce
Fot. JON SUPER AP

Barcelona, Manchester United, Roma, Inter, Sevilla i Arsenal są już pewne awansu do fazy pucharowej Ligi Mistrzów.

Zobacz powiekszenie
Fot. MIGUEL ANGEL MORENATTI AP
Sevilla - Arsenal 3:1
Seydou Keita (z prawej) po pierwszym golu dla Sevilli
Zobacz powiekszenie
Fot. LUCA BRUNO AP
Inter - Fenerbahce 3:0
Zlatan Ibrahimović i Julio Cruz - obaj strzelili po bramce w meczu z Fenerbahce
Rafał Stec na blogu o Kuszczaku: występ Polaka długo składał się z drobnych wpadek i grubych błędów

Michał Pol na blogu: Dla mnie to był po prostu błąd

Manchester awans zapewnił już sobie w poprzedniej kolejce, teraz walczył o pierwsze miejsce w grupie. W bramce Manchesteru znów Edwina van der Sara zastąpił Tomasz Kuszczak.

Polak miał w pierwszej połowie trzy interwencje, wszystkie nieudane. Najpierw za krótko wybił piłkę, w dodatku wprost pod nogi pomocnika Sportingu. Chwilę później Abel na prawym skrzydle chciał dośrodkowywać, ale zeszła mu piłka. Kuszczak był źle ustawiony i nie zdążył do futbolówki, która tuż przy słupku wpadła do siatki. "Koszmar bramkarza MU" - napisało w relacji na żywo BBC. Po 168 minutach Polak stracił pierwszego gola w LM.

Niedługo później po dośrodkowaniu Kuszczak zamiast złapać wypiąstkował piłkę przed pole karne, ta trafiła do Purovica, który strzelił gola. Sędzia Bo Larsen odgwizdał jednak spalonego.

Ale cały Manchester grał w pierwszej połowie bardzo słabo. Jedyne zagrożenie pod bramką Sportingu stwarzał wychowanek portugalskiego klubu Cristiano Ronaldo. Słabo grał inny zawodnik, który przyszedł na Old Trafford ze Sportingu - Nani. Wartego 14 mln funtów skrzydłowego już po przerwie zmienił Ryan Giggs.

Pierwszy celny strzał mistrzowie Anglii oddali dopiero po godzinie gry. Ronaldo uderzył z 9 metrów, piłka odbiła się od Mariana Hada i drugiego rezerwowego MU Teveza i wpadła do bramki. Do końca atakował MU, szanse marnowali Ronaldo, Vidić, Tevez i Hargreaves. Dopiero w przedłużonym czasie gry Ronaldo silnie uderzył z rzutu wolnego, a 19-letni Rui Patricio nie miał szans. Sporting w drugiej połowie już nie atakował, Kuszczak ani razu nie musiał interweniować.

Pierwszy raz w tym sezonie od pierwszej minuty w Lidze Mistrzów zagrał Dawid Janczyk. 20-letni napastnik CSKA grał cały mecz z PSV, najlepszą sytuację zmarnował w 58 minucie, gdy trafił wprost w Gomesa. Kilka razy CSKA przegrało 0:1 i nie ma już nawet szans na zajęcie trzeciego miejsca gwarantującego awans do Pucharu UEFA.

Grupa E:

Ol. Lyon - FC Barcelona 2:2 (1:1)

Barcelonie wystarczył remis w Lyonie, a fani Katalończyków nie mieli powodów, żeby nie wierzyć w korzystny wynik we Francji. Tym bardziej, że w meczu z powodu kontuzji nie mógł zagrać najlepszy strzelec Ligue 1, Karim Benzema. Piłkarze Franka Rijkaarda wygrywali przez większość spotkania. Francuzi wyrównali dopiero w końcówce - tego jednak Rijkaard nie obejrzał. Jeszcze przed przerwą został odesłany przez sędziego na trybuny.

VfB Stuttgart - Glasgow Rangers 3:2 (1:1)

Szkotom do awansu potrzeba była wygrana w Stuttgarcie, przy jednoczesnej porażce Lyonu z Barceloną. Nie udała się żadna z tych rzeczy. Lyon zremisował, a piłkarze Waltera Smitha polegli po zaciętym meczu na Gottlieb-Daimler Stadion.

Grupa F:

Manchester United - Sporting Lizbona 2:1 (0:1)

Czerwone Diabły walczyły o pierwsze miejsce w grupie i rozstawienie w 1/8 finału. Sporting o awans. I to Portugalczycy pierwsi zdobyli bramkę. Niestety po błędzie Tomasza Kuszczaka. Jednak Manchester walczy do końca, co niejednokrotnie udowodnił. Tym razem bohaterem został Cristiano Ronaldo.

Dynamo Kijów - AS Roma 1:4 (0:3)

Rzymianie rozgromili w Kijowie Dynamo i pewnie awansowali do 1/8 finału. Bohaterem meczu był zdobywca dwóch bramek, Mirko Vucinić.

Grupa G:

Inter Mediolan - Fenerbahce Stambuł 3:0 (0:0)

Interowi do awansu wystarczał remis. Mediolańczycy jednak walczyli o zwycięstwo, ponieważ dawało ono pierwsze miejsce w grupie i rozstawienie w 1/8 finału. Długo utrzymywał się remis, ale w końcu gospodarze znaleźli sposób na defensywę Fenerbahce. Trzykrotnie.

CSKA Moskwa - PSV Eindhoven 0:1 (0:1)

Wydawało się, że najtrudniejsze zadanie czeka PSV Eindhoven, które jechało do Moskwy na mecz z CSKA - drużyną Dawida Janczyka. PSV potrzebowało trzech punktów, by zachować szansę na zajęcie premiowanego miejsca. Jakakolwiek utrata punktów przez Holendrów w meczu z CSKA dawałaby awans Interowi i Fenerbahce. Jednak podopieczni Jana Woutersa pokonali moskiewski zespół 1:0 po bramce Jeffersona Farfana, który w 39. minucie pokonał Igora Akinfiejewa. W drużynie gospodarzy cały mecz zagrał Dawid Janczyk.

Grupa H:

Sevilla FC - Arsenal Londyn 3:1 (2:1)

Arsenal jechał do Hiszpanii pewien awansu. Sevilla musiała go wygrać i, choć to Kanonierzy pierwsi objęli prowadzenie, to ostatnie słowo należało do gospodarzy. Wygrali 3:1, a piłkarze Arsene'a Wengera odnieśli pierwszą porażkę w sezonie.

Steaua Bukareszt - Slavia Praga 1:1 (1:0)

Steaua, podejmując Slavię Praga, była bez szans na awans. Czesi natomiast liczyli na swoje zwycięstwo i potknięcie Sevilli. I się przeliczyli. Zremisowali 1:1, a Sevilla zdemolowała Arsenal i Czesi mogą jedynie przygotowywać się do wiosennych meczów Pucharu UEFA.

Jak Barszcz nie wszedł do rządu Tuska

Sławomir Skomra
2007-11-26, ostatnia aktualizacja 2007-11-26 22:23

Mirosław Barszcz mógł zostać ministrem w rządzie Tuska. Nie został nim przez niedyskrecję Jarosława Kaczyńskiego.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Mirosław Barszcz
Pochodzący ze Świdnika Barszcz był ministrem budownictwa w rządzie Kaczyńskiego. Kierował resortem od sierpnia, kiedy na tym stanowisku zastąpił Andrzeja Aumilera. Barszcz nie należy do żadnej partii, uważany jest za fachowca w zakresie polityki rodzinnej, podatków i budownictwa. Jako szef resortu zaproponował m.in. zniesienie obowiązku uzyskania pozwolenia na budowę niedużych budynków mieszkalnych (spotkała się z pozytywnym przyjęciem nowej koalicji) i odrolnienie gruntów w dużych miastach. Zrobił też rzecz niespotykaną - opowiedział się za zlikwidowaniem własnego ministerstwa. Uznał, że powinno być włączone do ministerstwa infrastruktury.

Kiedy Tusk kompletował swój gabinet, bezpartyjny Barszcz dostał propozycję kierowania jednym z resortów. - Grzegorz Schetyna zaproponował mu stanowisko jednego z ministrów. Barszcz się zgodził, ale, żeby być w porządku wobec władz PiS-u, chciał najpierw powiadomić o tym Kaczyńskiego - mówi nasz informator. - Na spotkaniu z Kaczyńskim powiedział, że dostał propozycję od PO i ją przyjął.

Ale zanim zapadły ostateczne decyzje, Kaczyński w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" stwierdził, że PO nie ma fachowców i przeciąga do siebie Barszcza, oferując mu ministerstwo finansów - Barszcz był już wiceministrem tego resortu w rządzie Marcinkiewicza. - Wtedy Platformie nie pozostało nic innego jak powiedzieć, że żadnych propozycji nie składała - dodaje nasz informator.

Barszcz wyjaśnia, że propozycja właściwie nie padła: - Mówiliśmy ewentualnie o ministerstwie budownictwa lub finansów - mówi i zaznacza, że trudno te rozmowy nazwać propozycją. - Rzadko się zdarza, że przed złożeniem propozycji nie robi się sondażu.

Mówi też, że nie potrzebował zgody Jarosława Kaczyńskiego, bo nigdy nie był członkiem PiS. Dwa dni zastanawiał się nad decyzją. Chciał skonsultować się z prezesem PiS, który go "wynajął" i powiadomić go o propozycji z konkurencji.

- Muszę przyznać, że byłem zaskoczony jego pozytywną reakcją. Rozmowa była długa. Premier Kaczyński powiedział: - Nie mogę panu niczego zabronić i kazać. Mogę tylko prosić, żeby pan tego nie robił - relacjonuje były minister.

Opowiada, że powiadomił o tym osoby, z którymi rozmawiał wcześniej. Przyznaje też, że jego intencją było nieupublicznianie całej sprawy i zaskoczyło go, że Kaczyński opowiedział wszystko w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej ".

- Tylko w polityce się zdarza, że choć dwie osoby mówią co innego, żadna z nich nie kłamie - mówi Barszcz. - Kaczyński miał rację mówiąc o przeciąganiu i Schetyna, kiedy mówił, że nie było propozycji.

Holendrzy też badają swoich wojskowych w Afganistanie

Dominika Pszczółkowska
2007-11-24, ostatnia aktualizacja 2007-11-23 16:28

Podobną debatę, jaką w Polsce wywołała śmierć afgańskich cywilów z rąk naszych żołnierzy, przeżyli niedawno Holendrzy

W Holandii tragiczne zdarzenia z udziałem ich żołnierzy wywołały gorącą debatę, która wpłynęła na postrzeganie misji i może wpłynąć na decyzję rządu o ewentualnym przedłużeniu misji holenderskich żołnierzy w Afganistanie.

W czerwcu holenderscy żołnierze stacjonujący w prowincji Uruzgan zostali zaatakowani przez talibów. Holendrzy przeprowadzili kontratak, podczas którego ostrzeliwali domniemane bazy talibów z artylerii z odległości około 30 km. Trzydniowa operacja określana mianem bitwy o Czorę to największe starcie armii holenderskiej od czasów wojny w Korei w latach 50.

Część wystrzelonych pocisków trafiła w położoną w dolinie Czory wioskę. Zginęło 52 cywilów, choć uprzednio żołnierze uprzedzali podobno cywilów przez megafony, by uciekali z terenu walk.

Początkowo na śmierć cywilów ostro zareagował afgański prezydent Hamid Karzaj. Jak powiedział, nie da się wygrać wojny, wystrzeliwując pociski artyleryjskie z odległości ponad 30 km. - Afgańskie życie nie jest tanie i nie powinno być traktowane jako takie - grzmiał. Później dziękował jednak afgańskim żołnierzom za sukcesy w walce z talibami w tej prowincji.

Sprawa była przedmiotem kilku śledztw. Raport afgańskiego rządu oczyścił Holendrów z zarzutów nawet o popełnienie pomyłki. Innego zdania była jednak misja ONZ w Afganistanie, która uznała, że większość ofiar to efekt ognia artyleryjskiego.

Sprawę badał także holenderski rząd. Według mediów rząd uznał, że ostrzeliwane były wcześniej namierzone pozycje i drogi zaopatrzenia talibów i że by zmniejszyć zagrożenie śmierci cywilów, wystrzeliwano mniej pocisków, niż przewidują instrukcje.

Wyjaśnień w sprawie bitwy o Chorę nadal domagają się holenderscy parlamentarzyści. Poparcie dla udziału holenderskich wojsk w operacji w Afganistanie jest niskie - w październiku 54 proc. pytanych stwierdziło, że nie popiera przedłużenia misji. Minister obrony Eimert van Middelkoop stwierdził kilka dni temu w Kabulu, że 1,5 tys. holenderskich żołnierzy pozostanie w Afganistanie tak długo, jak będzie to niezbędne. Rząd ma podjąć ostateczną decyzję w grudniu.

Debatę o tym, co stało się w Chorze, jeszcze bardziej rozgrzały informacje, że obecni na miejscu australijscy żołnierze odmówili udziału w operacji, ponieważ uznali, że ryzyko śmierci cywilów było zbyt duże.

Kaczyński niechcący zaoszczędził na ministrach

Agnieszka Kublik
2007-11-27, ostatnia aktualizacja 2007-11-27 08:34

Ministrowie rządu Kaczyńskiego dostaną po kieszeni. Bo dzięki trikom premiera byli ministrami... niecałe trzy miesiące

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
11 listopada 2006 r. W pierwszym rzędzie od lewej: prezydent Lech Kaczyński, minister obrony Aleksander Szczygło i premier Jarosław Kaczyński. Między ministrem a premierem bp polowy WP Tadeusz Płoski
Od kiedy Anna Fotyga była szefem MSZ? A Jerzy Polaczek był ministrem transportu albo Wojciech Jasiński - ministrem skarbu? Tak, to podchwytliwe pytanie. Prawidłowa odpowiedź? Od 10 września tego roku!

Bo 7 września, w piątek późnym wieczorem, prezydent Lech Kaczyński na prośbę premiera Jarosława Kaczyńskiego odwołał 16 członków rządu. Tych, których odwołania PO domagała się od lipca. W ten sposób bracia Kaczyńscy uchronili ministrów przez kilkugodzinną morderczą debatą w sprawie wotum nieufności.

Gdy zagrożenie minęło, prezydent ministrów powołał ponownie. Objęli teki po kilku dniach. Ale ta krótka przerwa wystarczyła, by stracili ciągłość pracy. I odchodząc z rządu, dostaną mniej pieniędzy.

Mariusz Błaszczak, szef kancelarii premiera u Jarosława Kaczyńskiego: - Rzeczywiście, to jest problem. Ponieważ ministrowie utracili ciągłość pracy, to zamiast trzymiesięcznego wyrównania, dostaną miesięczne.

Zgodnie z ustawą z 1981 r. o wynagrodzeniach osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe prawo, po odejściu z rządu dostają oni wyrównanie: o ile nie znajdą zaraz pracy, to całą pensję, a jeśli nowa pensja jest niższa - to różnicę.

I to, jak długo będą dostawać to wyrównanie, zależy od tego, jak długo byli ministrami. Jeśli co najmniej rok - wyrównanie jest trzymiesięczne, jeśli krócej niż trzy miesiące - tylko miesięczne. I to jest właśnie przypadek gabinetu Kaczyńskiego.

Aleksandra Szczygłę, b. szefa MON, obecnie posła PiS, pytamy, od kiedy był ministrem.

- Od 7 lutego - odpowiada bez chwili wahania.

"Gazeta": Miał pan jakąś przerwę w pracy?

Szczygło: A, tak, między 7 a 10 września.

"Gazeta": I przez to stracił pan trochę pieniędzy. Bo jako poseł zarabia pan mniej niż jako minister.

Szczygło: - Nie zauważyłem różnicy i nie żałuję.

Średnia pensja ministerialna brutto to kilkanaście tysięcy złotych (ok. 12 tys. podstawowej pensji plus dodatki za wysługę lat, funkcyjne i premie). Oznacza to, że ten manewr Kaczyńskiego pozbawił ministrów co najmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych!

Ale samego Kaczyńskiego już nie - prezydent go nie odwoływał, bo nie było go we wniosku PO. Przez trzy miesiące będzie zatem dostawał różnicę między swoją premierowską pensją a wynagrodzeniem posła.

Ciągłości pracy nie stracił także szef kancelarii premiera. - Zostałem wtedy wprawdzie odwołany i powołany jako minister, ale cały czas byłem szefem kancelarii - tłumaczy "Gazecie" Błaszczak. - Dlatego zachowałem prawo do trzymiesięcznego wyrównania [jest posłem PiS].

Po kieszeni dostali też członkowie gabinetów politycznych odwołanych i powołanych ministrów, bo we wrześniu stracili pracę wraz z nimi. Z tego tytułu przysługiwało im nawet miesięczne odszkodowanie, więc biuro prawne kancelarii premiera zaapelowało, by się tego zrzekli. I tak zrobili - Wszyscy pracownicy gabinetów politycznych w kancelarii, czyli premiera Kaczyńskiego, wicepremiera Przemysława Gosiewskiego, koordynatora ds. służb specjalnych Zbigniewa Wassermanna i mojego się zrzekli swoich jednomiesięcznych odpraw. Myślę, że w innych ministerstwach postąpili tak samo - mówi Błaszczak.

Teraz, po odejściu rządu Kaczyńskiego, należy im się tylko połowa odprawy, ponieważ pracowali krócej niż trzy miesiące.

Proces cywilny bardziej cywilizowany

Marek Domagalski 27-11-2007, ostatnia aktualizacja 27-11-2007 09:41

Czy ścieżka cywilna w sporze z dziennikarzami o publikację stanie się popularniejsza niż karna? Być może zadecyduje o tym praktyka

Stacja TVN właśnie poinformowała, że odstąpi od oskarżenia (karnego) o zniesławienie autorów artykułu „WSI na wizji” opublikowanego w „Gazecie Polskiej”.TVN jednak podtrzymuje zarzuty i chce dochodzić racji w procesie cywilnym (szerzej: „Sakiewicz i Hejke nie trafią do aresztu”, „Rz” z 26 listopada 2007 r.).

Może karny, może cywilny

Dotknięty dziennikarską publikacją (ale też wypowiedzią prywatną) ma do dyspozycji dwa narzędzia: proces cywilny i karny. Oba mają zalety i wady.TVN najwyraźniej nie chce, aby kojarzono ją z tą bardziej drastyczną formą odpowiedzialności, drastyczną zwłaszcza w ocenie dziennikarzy. W procesie TVN o zniesławienie sąd karny nakazał przymusowe doprowadzenie (i policyjne zatrzymanie) obojga dziennikarzy. To wywołało dyskusję o wolności słowa i odpowiedzialności karnej za zniesławienie (por. „Bez immunitetu, ale i bez szykan” „Rz” z 2 listopada). Zgodnie z art. 496 kodeksu postępowania karnego sprawy z oskarżenia prywatnego (a te o zniesławienie do nich należą) są umarzane, jeżeli oskarżyciel prywatny odstąpi od oskarżenia przed zakończeniem procesu (przed pierwszą rozprawą nawet zgoda oskarżonego nie jest potrzebna).

Poszkodowany czy tylko uważający się za takiego może natomiast wytoczyć sprawę cywilną o ochronę dóbr osobistych (szczegóły w ramce), i to zarówno zamiast sprawy karnej, jak i obok niej, byle nie upłynęły trzy lata na przedawnienie.

Który bardziej dolegliwy

Każde z postępowań ma zalety i wady, i to dla obu stron. – Jedna i druga droga jest pełna przeszkód. Wytaczając sprawę karną, jesteśmy zdani na samych siebie, cały ciężar dowodzenia spoczywa na nas – wskazuje adwokat Jerzy Naumann.

Ale i położenie oskarżonego jest niekomfortowe (protesty środowisk dziennikarskich to potwierdzają), choćby z tej przyczyny, że traktowany jest po prostu jak potencjalny skazany – wzywa się go na rozprawę, nawet pod przymusem (przykład dziennikarzy „GP”). Odbiera się od niego szczegółowe dane osobowe, także te dotyczące np. zarobków, stanu rodzinnego. W sprawie cywilnej pozwany w ogóle nie musi się stawiać w sądzie (jak w najgłośniejszej takiej sprawie: prezydenta Kwaśniewskiego przeciwko „Życiu”).

Jeżeli chodzi o sankcje finansowe, to sprawa cywilna może być znacznie dolegliwsza od karnej, gdyż zasądzane kwoty sięgają już 100 tys. zł.Jednocześnie w sprawach karnych o zniesławienie sądy orzekały karę więzienia zupełnie wyjątkowo, i to w zawieszeniu. Nigdy nie zakazały zaś w ostatnich latach wykonywania zawodu dziennikarza. A przecież dyskusja, który z tych procesów jest bardziej cywilizowany, nie ustaje.

Strzelba kiedyś może wystrzelić

Tą kwestią zajmował się także Trybunał Konstytucyjny. Nie orzekł jednak niekonstytucyjności przepisów karnych o zniesławieniu, w szczególności w mediach (dopuszczające karę więzienia do dwóch lat, szczegóły ramka). TK nie dopatrzył się naruszenia proporcji między ochroną czci i dobrego imienia a ograniczeniem (w kodeksie karnym) zasady wolności mediów i wyrażania poglądów. W uzasadnieniu wskazał, że większość krajów europejskich stosuje sankcje karne dla ochrony czci. Kodeksy Niemiec, Norwegii i Szwajcarii przewidują znacznie wyższe kary niż polski (sygn. P 10/06). Trzech z 12 sędziów zgłosiło wtedy zdania odrębne. Prof. Ewa Łętowska powiedziała, że zarzut prawdziwy postawiony w mediach z reguły powinno uznawać się za uczyniony w obronie społecznie uzasadnionego interesu, a więc poza odpowiedzialnością karną. Chodzi o to, by w imię ochrony jednostki nie doprowadzić do zamrożenia debaty społecznej. Tak czy inaczej, wytaczający sprawę karną narażają się na tego rodzaju zarzuty. Jest więc nadzieja, że będą po tę strzelbę sięgać coraz ostrożniej.

Odpowiedzialność cywilna

- Ten, czyje dobro osobiste (np. cześć, dobre imię, nazwisko, wizerunek, prywatność) zostaje zagrożone cudzym działaniem, może żądać jego zaniechania – chyba że nie jest ono bezprawne.

- W razie naruszenia może żądać od sprawcy, by usunął skutki, w szczególności złożenia oświadczenia o odpowiedniej treści i formie (np. przeprosin). Także zadośćuczynienia pieniężnego lub odpowiedniej sumy na wskazany cel społeczny (art. 23, 24 i 448 k.c.).

Odpowiedzialność karna

Przestępstwo zniesławienia popełnia, kto pomawia inną osobę lub grupę o postępowanie albo właściwości, które mogą poniżyć je w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego na danym stanowisku, w zawodzie. Jeśli dopuszczono się go w mediach, maksymalna kara wzrasta z roku do dwóch lat więzienia. Wyjątki: jeśli zarzut jest prawdziwy i uczyniony w obronie „społecznie uzasadnionego interesu”. Nie ma jednak wyjątku dla prywatności i życia rodzinnego (art. 212 i 213 k.k.).

Ostatnie chwile na wymianę starych legitymacji

Michał Kosiarski 27-11-2007, ostatnia aktualizacja 27-11-2007 11:05

Studenci, którzy mają legitymacje wydane przed rokiem 2007, muszą je wymienić na nowe. Inaczej od stycznia stracą prawo do ulgowych przejazdów

Obowiązek wymiany legitymacji wynika z § 22 ubiegłorocznego rozporządzenia w sprawie dokumentacji przebiegu studiów (DzU nr 224, poz. 1634), które weszło w życie 1 stycznia 2007 r. Przewiduje ono, że legitymacje studenckie wydane na blankietach według wcześniejszych wzorów zachowują ważność nie dłużej niż do końca 2007 r. Oznacza to, że wcześniej wydane trzeba wymienić, co w przypadku legitymacji papierowej stanowi wydatek maksymalnie 5 zł, a elektronicznej – 17 zł. Kto nie wymieni legitymacji przed końcem roku, ten w 2008 r. nie skorzysta z ulg na przejazdy autobusami i pociągami oraz komunikacją miejską.

A co ze studentami głównie drugiego i trzeciego roku, z których część ma legitymacje wydane między 17 sierpnia 2005 r. a 1 stycznia 2007 r., czyli na mocy wcześniejszego rozporządzenia? Ich wzór jest identyczny z przewidzianym w rozporządzeniu obowiązującym od 2007 r. – Legitymacje takie nie podlegają wymianie, bo ich wzór (zarówno formy papierowej, jak i elektronicznej) nie uległ zmianie – przekonuje Paweł Mikusek, rzecznik Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

MNiSW wydało nawet specjalny komunikat w tej sprawie. Inne stanowisko – zgodne z literalną wykładnią przepisów – zajmuje resort transportu.

Pracownicy biura informacji i promocji tego ministerstwa przekonują, że studentów tych dwóch roczników czeka niestety wymiana dokumentu. Ich legitymacje stracą bowiem ważność 31 grudnia br. Chyba że nowa minister prof. Barbara Kudrycka szybko poprawi przepisy rozporządzenia. Wbrew pozorom można ustalić, że legitymację wydano według wzoru z 2005 r., a nie identycznego wzoru obowiązującego od 2007 r.

Na papierowym wzorze są bowiem daty ich ostemplowania, a w wersji elektronicznej – wydrukowania data wydania. Może to spowodować zakwestionowanie ważności legitymacji, np. podczas kontroli biletów w pociągach. PKP Intercity zapowiada, że będzie honorować jedynie legitymacje zgodne z przepisami.

– Od nowego roku będziemy uważać za ważne tylko dwa nowe rodzaje legitymacji studenckich: papierową i elektroniczną według wzorów określonych przez MNiSW – mówi rzecznik firmy Adrianna Chibowska.

Sądy 24-godzinne: zreformować czy zlikwidować

Jerzy Żuralski 27-11-2007, ostatnia aktualizacja 27-11-2007 07:30

Czy sądy ekspresowe muszą działać we wszystkich sądach rejonowych – zastanawia się prezes Sądu Rejonowego w Wąbrzeźnie, były podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości Jerzy Żuralski

Ponad siedmiomiesięczna działalność sądów ekspresowych pozwala na ocenę ich skuteczności oraz stwierdzenie, że czeka je gruntowna reforma. Pogląd ten reprezentuje większość teoretyków prawa, m.in. wymienieni w artykule („Rz” z 6 listopada) profesorowie Andrzej Zoll i Zbigniew Ćwiąkalski, którzy uważają, że w sądach 24-godzinnych należy zrezygnować z obowiązkowej obrony i tymczasowego aresztowania, wydłużyć czas do wydania wyroku do 48 godzin, a także umożliwić oskarżonemu dobrowolne poddanie się karze już na etapie postępowania przygotowawczego. Pojawiają się też inne opinie, według prof. Zbigniew Hołdy („GP” z 30 października) przepisy kodeksu postępowania karnego wprowadzające postępowanie przyspieszone powinny zostać niezwłocznie uchylone, natomiast zdaniem rzecznika praw obywatelskich sądy te okazały się potrzebne („Rz” z 15 listopada).

Zabrakło wyobraźni

Ocena praktyków – sędziów orzekających w sprawach rozpoznawanych w postępowaniu przyspieszonym – jest bardziej druzgocąca i ich zdaniem uchwalenie tej nowelizacji procedury karnej było nieporozumieniem. Twórcom przepisów zabrakło bowiem wyobraźni odnośnie do tego, że nie znajdą one zastosowania wobec przestępców, do których były głównie adresowane, tj. chuliganów zakłócających spokój publiczny, będą natomiast biczem na woźniców, rowerzystów i kierowców prowadzących pojazdy po spożyciu alkoholu. Błędne były również ich przewidywania, że szybkie postępowanie wobec sprawców tych przestępstw wpłynie znacząco na stan bezpieczeństwa na drogach. Wiadomo ponad wszelką wątpliwość, iż osądzenie w ekspresowym tempie, za znaczne pieniądze podatników i skazanie ponad 20 tys. pijanych użytkowników dróg, a także liczne publikacje w mediach na ten temat, nie wywarły na kierowcach żadnego większego wrażenia. Nie wpłynęło to również na zmniejszenie liczby tego rodzaju przestępstw, co wynika z codziennych statystyk policyjnych i informacji o porażającej liczbie zatrzymanych nietrzeźwych kierowców.

Co widać z bliska

W kierowanym przeze mnie sądzie od marca do 30 października 2007 r. wpłynęło łącznie 111 spraw, które były rozpoznawane w postępowaniu przyspieszonym. Spośród nich 100 dotyczyło nietrzeźwych kierowców i rowerzystów, nie było natomiast żadnej sprawy o przestępstwo mające charakter chuligański i sprawca został ujęty na gorącym uczynku popełnienia przestępstwa lub bezpośrednio potem. Tymczasem koszty poniesione przez Skarb Państwa w tych sprawach to m.in. ok. 38 tys. zł na opłacenie obrońców z urzędu (tj. 32 proc. kosztów poniesionych na ten cel we wszystkich sprawach rozpoznanych w tym sądzie), a także 10 proc. ogółu wydatków sądu na koszty pozapłacowe. Niezależnie od tego były jeszcze inne, m. in. na opłacenie ochrony gmachu poza godzinami urzędowania sądu i w dni wolne od pracy, zużycie energii elektrycznej itp.

Znaczne koszty poniosła też Komenda Powiatowa Policji, której funkcjonariusze w 92 wypadkach odwozili nietrzeźwych kierowców i rowerzystów do oddalonej o 35 km izby wytrzeźwień, a później dowozili ich na rozprawę, w związku z czym przejechano 12 880 km, zaś koszt zużytego paliwa przekroczył 15 tys. zł. Z tego powodu trzeba było wielokrotnie odsunąć od działań patrolowych na terenie miasta i powiatu dwóch funkcjonariuszy i jeden pojazd oraz ograniczyć wyjazdy innych samochodów (paliwo!) na patrole, co niewątpliwie mogło wpłynąć na stan bezpieczeństwa w naszym regionie.

Ekspresowe sądy zostały wprowadzone w ciągu roku, bez zagwarantowania sądom odpowiednich środków na koszty ich funkcjonowania. Spowodowało to poważne perturbacje, a niejednokrotnie brak środków na niezbędne wcześniej planowane wydatki.Znaczne koszty finansowe, a także dezorganizacja bieżącego orzekania i życia osobistego sędziów zobowiązanych do pełnienia dyżurów nie przełożyły się znacząco na szybkość rozpoznawania spraw karnych przez wydział grodzki. W latach poprzednich wydział ten (podobnie jak przeważająca liczba wydziałów grodzkich działających w 1/3 mniejszych sądów) osiągał dobre wyniki, a nietrzeźwi kierowcy i rowerzyści osądzani byli w ciągu 2 – 4 tygodni od daty popełnienia przestępstwa. Dzisiaj sprawy z trybu przyspieszonego to 30 proc. wszystkich wpływających do tego wydziału. Z porównania wyników sprzed roku i obecnych wynika, że szybkość postępowaniu we wszystkich sprawach uległa nieznacznej poprawie: z 30 do 25 dni. Oznacza to, że zaangażowanie sędziów w te przyspieszone pogarsza szybkość rozpoznawania pozostałych, planując bowiem codzienne wokandy muszą pozostawiać rezerwę czasową na ewentualne ekspresowe rozprawy.

W miarę potrzeb

Mimo tych wszystkich mankamentów przebieg dotychczasowej dyskusji świadczy o tym, że sądy ekspresowe pozostaną, tyle że zmienią się dogłębnie dotyczące ich przepisy. Przy pracach legislacyjnych należałoby rozważyć, czy sądy te muszą działać we wszystkich sądach rejonowych.

Przytoczone dane oraz wyniki uzyskiwane przez wydziały grodzkie małych i średnich sądów rejonowych świadczą, że sprawy rozpoznawane są szybko i sprawnie. Nadto w sądach tych niezwykle rzadko pojawia się sprawca przestępstwa, które miało charakter chuligański, a on został ujęty na gorącym uczynku lub bezpośrednio potem. Tego rodzaju przestępstwa z reguły są popełniane w większych aglomeracjach, w których często odbywają się imprezy masowe i w związku z tym zmienione przepisy procedury karnej powinny wprowadzać obligatoryjne postępowanie przyspieszone w sądach rejonowych działających w miastach, gdzie liczba mieszkańców przekracza np. 50 lub 75 tys., natomiast w pozostałych sądach mogłoby ono być fakultatywnie i wprowadzane w miarę potrzeb.

Komentarze po głosowaniu w Paryżu

Not. jaha, wsz, nowmac
2007-11-26, ostatnia aktualizacja 2007-11-26 23:21

Zobacz powiększenie
Rafał Dutkiewicz na tle złamanej umowy Wrocławia, Tangeru i Josu
Fot. Maciej Nowaczyk

Wrocław przegrał głosowanie w walce o Expo 2012, dostając jedynie 13 głosów. Południowokoreańskie Josu otrzymało 77 głosów, marokański Tanger 63. W Paryżu, gdzie odbyło się głosowanie nie było ani polskiego premiera, ani prezydenta. Najwyższymi rangą polskimi politykami był minister kultury i marszałek Senatu. Tymczasem Maroko reprezentował król tego kraju, a Koreę Południową prezydent i premier.

Zobacz powiekszenie
Fot. Maciej Nowaczyk
ZOBACZ TAKŻE
Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia

- Dostaliśmy tak mało głosów, bo gdy okazało się, że Korea jest faworytem, niezdecydowane kraje postanowiły głosować na nią. Gratuluję Korei, ale na jej zwycięstwie cieniem kładzie nieczysta gra sprzed głosowania. Mimo wszystko warto było starać się o Expo, bo nigdy wcześniej tak wiele w świecie nie mówiono o Wrocławiu. Będziemy się starać jeszcze o niejedną wielką imprezę, ale niekoniecznie organizowaną pod auspicjami BIE.

Kazimierz Michał Ujazdowski, były szef rządowego komitetu organizacyjnego Expo 2012

- Jest czas zwycięstw i porażek. Dziś była porażka, ale prawdziwi mężczyźni z porażek wychodzą silniejsi. Myślę, że Wrocław wyciągnie z niej wnioski i wygra jeszcze walkę o jakąś dużą imprezę.

Prof. Tadeusz Luty, rektor Politechniki Wrocławskiej, przewodniczący KRASP

- To bardzo smutna informacja, która pokazuje, że nasze służby dyplomatyczne są kompletnie nieprzygotowane do skutecznego lobbowania na rzecz takich międzynarodowych projektów. Mam wrażenie, że nie potrafiły nawet spełnić swojego elementarnego obowiązku, jakim jest promocja kraju za granicą. Nie chcę winić za tę porażkę rządów PiS, ale trudno ubiegać się o tak duże międzynarodowe projekty, jeśli przez miesiące część placówek dyplomatycznych była nieobsadzona, a profesjonalizm tych obsadzonych był mocno wątpliwy. Nie umiemy grać zespołowo, Wrocław walczył o Expo sam i to po raz drugi. Nie wiem, czy mojemu miastu wystarczy tego entuzjazmu na to, by po raz kolejny wystąpić o wystawę.

Prof. Leszek Pacholski, rektor Uniwersytetu Wrocławskiego

- Wyraźnie było widać, że o Expo walczą nie Wrocław, Josu i Tanger, tylko Wrocław, Korea i Maroko. Zabrakło wsparcia rządu, co widoczne było w przypadku naszych konkurentów. Do prezydenta Dutkiewicza wyślę SMS-a, żeby się nie przejmował.

Józef Pinior, wrocławski eurodeputowany SdPl

- Zawiódł rząd. Wynik odzwierciedla przede samotność Wrocławia. Korea korzystała z nieprawdopodobnego wręcz lobbingu rządu. Wrocław pozostawiono samemu sobie. To powinna być dla nas lekcja.

Konrad Szymański, wrocławski europoseł PiS

- Wynik Wrocławia pokazuje, że powoli uczymy się polityki międzynarodowej. Wiele państw po prostu zostawiło nas na lodzie. Ale wynik pokazuje również, że konieczna jest zmiana rozczłonkowanego systemu promocji gospodarczej Polski za granicą. 13 głosów to efekt zmniejszania się poparcia dla nas państw, które uświadamiały sobie, że finał i tak rozegra się między Josu i Tangerem.

Jacek Protasiewicz, europoseł PO

- Gdy staraliśmy się o Expo 2010, dostaliśmy dwa głosy, tym razem 13. Jest ich więc sześć razy więcej. Ale poważnie mówiąc, wynik Wrocławia to niestety efekt nieudolnej polskiej dyplomacji pod kierownictwem minister Anny Fotygi, która zawiodła kompletnie. Jej braków nie sposób było poprawić w ostatnich dniach przed głosowaniem. Doświadczenie z Expo 2012 pokazują jednak, że do promocji Polski w świecie trzeba przykładać znacznie większą rolę. Same dobre chęci nie wystarczą.

Jerzy Szmajdziński, wicemarszałek Sejmu, LiD

- To nie porażka, to po prostu klęska. 13 głosów pokazuje skuteczność naszej dyplomacji w Unii Europejskiej, w której jest przecież 27 państw. Taką pozycję mamy po dwóch latach rządów PiS. Jako LiD będziemy się domagać od odpowiedzialnych ze strony rządu za przygotowania do Expo pełnego raportu, który powinien być przedstawiony Sejmowi i opinii publicznej. Tak wielkich wydarzeń międzynarodowych nie da się zorganizować bez wsparcia władz centralnych, a te, jak widać, kompletnie sobie z tym zadaniem nie poradziły.

Aleksandra Natalli-Świat, posłanka PiS

- 13 głosów to rzeczywiście mniej niż się spodziewaliśmy. Nie potrafię dziś odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało. Poczekajmy na to, co powie po powrocie nasza delegacja. Mimo wszystko uważam jednak, że Wrocław skorzystał promocyjnie na udziale w wyścigu o Expo. To zaprocentuje w przyszłości. Nie zgadzam się z opiniami, że sprawę Expo zawaliła dyplomacja rządów PiS. Była prowadzona bardzo szeroka akcja promocyjna za granicą, rząd i prezydent w pełni popierali starania Wrocławia. Były też przeznaczone na zabiegi o Expo odpowiednie pieniądze. Te zarzuty mają charakter polityczny: gdybyśmy dostali Expo, pewnie usłyszelibyśmy, że stało się to samo, nie mamy - winien jest PiS.

Minister finansów: Podatek Belki na razie nie zniknie

Piotr Skwirowski, Agata Nowakowska
2007-11-26, ostatnia aktualizacja 2007-11-26 20:46

- W przyszłym roku Ministerstwo Finansów zastanowi się nad dalszym jego losem - powiedział w czasie swojej pierwszej konferencji prasowej nowy szef resortu finansów Jacek Rostowski

Zobacz powiekszenie
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
JACEK ROSTOWSKI, MINISTER FINANSOW
Szybką likwidację podatku od zysków z oszczędności i inwestycji kapitałowych zapowiadał jeszcze przed wyborami szef ludowców, dziś wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak. Platforma Obywatelska nie mówiła nie, ale wypowiadała się znacznie mniej kategorycznie.

Podatek Belki przyniósł wszak w 2006 r. budżetowi przeszło 2 mld zł. Pieniądze z tego podatku poprzedni rząd zapisał już zresztą w projekcie budżetu na 2008 r. A nowy rząd i parlament ten projekt odziedziczyły i nad nim pracują, bo jak przyznał nowy minister finansów, nie ma czasu na przygotowanie nowego budżetu.

Deklaracja w sprawie podatku Belki to właściwie jedyna nowość, jaką min. Rostowski uraczył dziennikarzy. Już na wstępie konferencji tłumaczył, że rząd działa od niespełna dwóch tygodni, że on sam dopiero zapoznaje się z problemami, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć.

- Zadacie zapewne wiele szczegółowych pytań, na które na razie nie będę potrafił odpowiedzieć - przewidywał minister. I rzeczywiście, większość pytań pozostała bez odpowiedzi.

Min. Rostowski powtórzył tylko swoje priorytety, o których wcześniej mówił w Sejmie. Jednym z nich jest ograniczenie długu publicznego w relacji do PKB o 4-7 pkt. proc. do 2011 roku. - Chcę przekazać swoim następcom finanse publiczne w jak najlepszym stanie - tłumaczył.

Drugi cel to zmniejszenie obciążeń fiskalnych, m.in. poprzez realizację zaplanowanej jeszcze przez poprzednią ekipę kolejnej obniżki składki rentowej o 4 pkt proc. od stycznia 2008 oraz zmniejszenie obecnych stawek PIT do 18 i 32 proc. (zamiast 19, 30 i 40 proc.) w 2009 r.

- To będzie dobry precedens. Gdy jakiś rząd i Sejm przygotują coś, co jest dobre, nowy rząd i Sejm nie powinny tego zmieniać po to tylko, by udowodnić, że wszystko, co robili poprzednicy, było złe - tłumaczył Rostowski. Dodał, że w uchwaleniu nowych stawek PIT na 2009 r. PO miała swój duży udział.

Minister planuje także wzrost wydatków prorozwojowych oraz "uzasadnionych wydatków socjalnych". Jego zdaniem nie kłóci się to wcale z planami obniżek podatków.

- Obniżenie obciążeń fiskalnych przełoży się na szybszy wzrost gospodarczy, to zaś oznaczać będzie wzrost dochodów budżetu, co w konsekwencji umożliwi wzrost wydatków rozwojowych i socjalnych. Tu nie ma konfliktu - dowodził Jacek Rostowski.

Jako kolejne swoje cele wymienił: zwiększenie wpływów z prywatyzacji, liberalizację gospodarki oraz przygotowanie Polski do przyjęcia euro.

Min. Rostowski ogłosił, że na większe zmiany w budżecie na 2008 rok nie ma czasu. - Pracujemy, aby wygospodarować środki na podwyżki dla nauczycieli oraz na pewne obniżenie deficytu budżetu. Będziemy to robili głównie przez obniżenie tempa wzrostu wydatków, a nie cięcia - powiedział.

Wiceminister finansów Katarzyna Zajdel-Kurowska powiedziała, że dopiero kiedy parlament dokona zmian w budżecie na 2008 rok, możliwe będą pewne korekty w programie konwergencji przesłanym Komisji Europejskiej (mówi o tym, jak zamierzamy zbijać deficyt do dopuszczalnego poziomu 3 proc.). Niedawno Bruksela wezwała Polskę do korekty przesłanego w październiku programu z powodu wciąż zbyt wysokiego deficytu.

Według resortu kierowanego wtedy jeszcze przez Zytę Gilowską w przyszłym roku deficyt sektora rządowego i samorządowego spadnie do 3 proc. PKB, a zdaniem Komisji 3,2 proc.

Dobry wybór Smolarka?

Dariusz Wołowski
2007-11-26, ostatnia aktualizacja 2007-11-26 21:41

Zobacz powiększenie
Euzebiusz Smolarek (pierwszy z prawej) cieszy się wraz z kolegami z Racingu ze zwycięskiego gola Jorge Lopeza w meczu z Valencią
Fot. Jose Ramon Gonzalez Fernandez

Valencia pokonana, czas na Real Madryt. Klub Ebiego Smolarka - Racing Santander - jest rewelacją w lidze hiszpańskiej.

- To nasze najważniejsze zwycięstwo - głos Ebiego Smolarka pełen był satysfakcji po niedzielnym triumfie nad Valencią 1:0. Polak zagrał 26 minut. Kiedy był na boisku, padł zwycięski gol Jorde Lopeza (po błędzie legendarnego bramkarza Valencii Canizaresa), a dziennik "As" ocenił, że jego wejście do gry było kluczowe. Trener Racingu Marcelino był bardzo zadowolony z gry zespołu w defensywie, ale dodał, że zwycięstwo nad wielkim rywalem było za niskie, bo "Racing miał sześć okazji na gola, Valencia pół". Wśród tych sześciu sytuacji była jedna Smolarka, którą miał tuż po wejściu na boisko.

Po 13 kolejkach skromna drużyna z Santander, która nigdy nie grała w europejskich pucharach, jest rewelacją, ma tylko punkt straty do miejsca w Pucharze UEFA i dwa do strefy dającej prawo gry o Ligę Mistrzów! Marcelino wciąż jednak powtarza to, co na początku sezonu, że celem jest utrzymanie. - Mówi tak, byśmy wszyscy widzieli, ile zespół zrobił ponad plan - komentuje Pedro Fernandez, dziennikarz "Marki". Dodaje jednak, że największą gwiazdą Racingu jest właśnie jej trener, który może być kolejnym po Benitezie (Liverpool) i Juande Ramosie (Tottenham) młodym hiszpańskim szkoleniowcem miary europejskiej.

Fernandez, który po poprzednim meczu Racingu z Deportivo la Coruna twierdził, że Smolarek w Hiszpanii zawodzi, po meczu z Valencią chwali Smolarka. - Kibice go tu lubią i cenią, tyle że musi zacząć wykorzystywać sytuacje, które ma - opowiada.

Polak zdobył dotąd tylko jedną bramkę. Najskuteczniejszy w drużynie Mohamed Tchite - trzy. Dlatego sprowadzony latem piłkarz z Konga gra ostatnio w podstawowym składzie, a Smolarek zaczyna mecze na ławce.

W najbliższy weekend Racing czeka jednak wyjazd na Santiago Bernabeu. Fernandez mówi, że z Santander do stolicy wybiera się rekordowa liczba kibiców Racingu. - Real wygrał w tym sezonie wszystkie mecze u siebie, ale Racing gra fenomenalnie. Siłą drużyny z Santander jest gra w defensywie i błyskawiczne kontry Munitisa, Tchite i Smolarka, a Real w obronie jest najsłabszy - dodaje dziennikarz "Marki". - Racing wygrał na Santiago Bernabeu dwa lata temu, więc dobry wynik tym razem wcale nie graniczy z cudem - kończy, zwracając uwagę, że w Realu nie zagra Guti (czerwona kartka z Murcią), jeden z najważniejszych piłkarzy drużyny z Madrytu.

Prezent od Ziobro: 15 nominacji

Bogdan Wróblewski
2007-11-27, ostatnia aktualizacja 2007-11-26 20:39

Na odchodne minister Zbigniew Ziobro powołał 15 prokuratorów na stanowiska w prokuraturach apelacyjnych. W ostatnim dniu urzędowania aż siedmiu

Zobacz powiekszenie
Fot. Tomasz Wawer / AG
Zbigniew Ziobro
W kilku przypadkach skorzystał z przepisu, który sam wprowadził dwa miesiące wcześniej - szybkiego awansu w nagrodę. Słynny art. 59 ust. 2 ustawy o prokuraturze obowiązuje od 31 sierpnia. "Prokuratorom, którzy wykazują w pracy inicjatywę, wzorowo i sumiennie wypełniają obowiązki oraz szczególnie przyczyniają się do wykonywania zadań służbowych, mogą być przyznawane nagrody i wyróżnienia. A rodzaje wyróżnień i nagród oraz tryb ich przyznawania ustala Prokurator Generalny. Nagrodą może być również awans w terminie wcześniejszym, niż przewidują to przepisy" - czytamy.

Ostatnie dni urzędowania ministra Ziobry zapowiadały masę szybkich awansów. Media skoncentrowały się na stanowiskach w prokuraturze krajowej. Dostało je - jak pisaliśmy - siedem osób, w tym tak kontrowersyjne postaci jak sędzia Andrzej Kryże.

Ale w prokuraturach huczało od plotek o awansach o szczebel niżej - do prokuratur apelacyjnych. Taki awans poza prestiżem daje też niezłą pensję - co najmniej ok. 7 tys. zł.

Ministerstwo udostępniło właśnie "Gazecie" listę nominacji do prokuratur apelacyjnych z ostatnich tygodni urzędowania min. Ziobry. Od 1 do 15 listopada takie awanse dostało 15 osób. Nominacje dla siedmiorga minister podpisał 15 listopada, w ostatnim dniu urzędowania. Tego dnia awansował m.in. Adam Roch, prokurator z Katowic (prowadził śledztwo przeciwko lobbyście Markowi Dochnalowi). O Rochu było głośno na początku roku, gdy zażądał aresztu dla księgowej Dochnala w zaawansowanej ciąży. Kobieta urodziła w areszcie, a Roch odmówił przedstawicielowi rzecznika praw obywatelskich spotkania z nią, kiedy poskarżyła się RPO.

Najbardziej awansami Ziobro wyróżnił Katowice. Do prokuratury krajowej w ostatnich dniach awansował trzech, do apelacyjnej - czterech ludzi. Awans do apelacji dostał prokurator Krzysztof Blach prowadzący śledztwo w sprawie mafii węglowej, w którym zatrzymywano Barbarę Blidę (co skończyło się samobójcza śmiercią b. posłanki).

Takich kontrowersji nie wzbudziły nominacje dla szefów prokuratur okręgowych: Ewy Świercz-Dydak z Częstochowy, Doroty Wacławowicz z Gliwic.

We Wrocławiu awans na apelacyjnego dostali szefowie prokuratur okręgowych z Wrocławia, ze Świdnicy, z Jeleniej Góry. Dwaj - z Wrocławia i Jeleniej - awansowali w trybie nagrodowym. Najwięcej kontrowersji budził awans prok. Andrzeja Reczki, szefa okręgówki ze Świdnicy, bo zasłynął "czystką" w jednostce, którą kieruje.

W Gdańsku na stanowisko apelacyjnego awansowali szefowa prokuratury okręgowej Olimpia Gapanowicz i jej zastępca Ryszard Paszkiewicz. Pomorskich prokuratorów zbulwersował awans Gapanowicz, bo zastępcą okręgowego została dopiero miesiąc temu.

Dwóch prokuratorów Ziobro awansował w Białymstoku. Środowisko zdziwione było zwłaszcza nominacją Leszka Rudnika z Suwałk. Pojedynczy prokuratorzy dostali awans do apelacji w Poznaniu, Łodzi, Lublinie, Rzeszowie.

- Takie decyzje podejmowane w ostatniej chwili oceniam negatywnie - mówi "Gazecie" nowy minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski. Pytany, czy należy zlikwidować przepis umożliwiający prokuratorowi generalnemu nagrodowe awanse, odsyła do przygotowywanej reformy polegającej na rozdziale ministerstwa i prokuratury. - Ja w gwałtownym trybie awansować nikogo nie zamierzam, z tego przepisu korzystać nie będę - deklaruje.

Pięć niespodzianek w NBA

ceg
2007-11-27, ostatnia aktualizacja 2007-11-27 09:16
Zobacz powiększenie
Fot. MAX WHITTAKER REUTERS

Mistrzowie San Antonio Spurs przegrali 99:112 w Sacramento. Utah Jazz zostali pokonani w Nowym Jorku, Golden State Warriors rozstrzelało Phoenix Suns, Minnesota Timberwolves zwyciężyli w Nowym Orleanie, a Washington Wizards bez Gilberta Arenasa wygrali z Dallas Mavericks.

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
SONDAŻ
Największa poniedziałkowa niespodzianka w NBA to...

porażka Spurs w Sacramento
przegrana Mavericks z Wizards
zwycięstwo Timberwolves na wyjeździe
Warriors lepsi od Suns
wygrana Knicks z Jazz

Sacramento Kings zakończyli serię pięciu wygranych Spurs głównie dzięki znakomitej grze Beno Udriha, byłego zawodnika San Antonio. Słoweniec rzucił aż 27 punktów (rekord kariery), a w obronie skutecznie ograniczył Tony'ego Parkera (5/13 z gry, 12 punktów). W zespole gospodarzy dobrze zagrali też Ron Artest (20 punktów) oraz Brad Miller (17 punktów, 10 zbiórek, siedem asyst).

Kings przewagę wypracowali sobie w trzeciej kwarcie, kiedy prowadzili nawet 18 punktami. Po 36 minutach było 86:73. W ostatniej kwarcie Spurs kilkakrotnie zbliżali się na dziewięć punktów (trójki Michaela Finley'a), ale gospodarze odpowiadali wówczas skutecznymi akcjami.

Była to trzecia porażka Spurs w 15 meczach. Sacramento wygrało w tym sezonie po raz piąty (na 14 spotkań).

W Nowym Jorku Knicks zwyciężyli po raz drugi z rzędu (113:109) przerywając serię trzech wygranych Utah Jazz. Znakomity mecz rozegrał Stephon Marbury, który rzucił 28 punktów i miał sześć asyst. - Był świetny. Przewodził drużynie przez cały mecz, podejmował słuszne decyzje, dobrze bronił - od początku do końca był znakomity - chwalił swojego rozgrywającego trener Knicks Isiah Thomas. Kilkanaście dni wcześniej po kłótniach z Thomasem Marbury opuścił mecz Knicks.

25 punktów i 14 zbiórek miał Zach Randolph, 22 punkty dodał Jamal Crawford. Jazz dwukrotnie w ostatniej kwarcie redukowali przewagę gospodarzy do kilku punktów, ale Randolph albo trafiał, albo zbierał ważne piłki. Wynik z wolnych ustalił Crawford.

30 punktów (16 w czwartek kwarcie) i 12 zbiórek dla Jazz zdobył Carlos Boozer.

Serię ośmiu wygranych z rzędu zakończyli w Oakland Phoenix Suns. Golden State Warriors okazali się lepsi 129:114. 32 punkty dla zwycięzców rzucił Stephen Jackson, 31 dołożył Monta Ellis (rekord kariery), a 28, 10 asyst i sześć zbiórek miał Baron Davis. Warriors wygrali szósty z ostatnich siedmiu meczów po fatalnym starcie (0-6).

23 punkty i 13 asyst dla Suns miał Steve Nash, ale rozgrywający gości miał także aż osiem strat.

Pierwszy mecz w tym sezonie na własnym parkiecie przegrali Dallas Mavericks - lepsi 110:98 okazali się Washington Wizards. 35 punktów dla gości rzucił Caron Butler, 27 dołożył Antawn Jamison. Obaj świetnie zastępują Gilberta Arenasa, który z powodu kontuzji opuści trzy miesiące.

31 punktów dla Mavericks zdobył Dirk Nowitzki, ale nie miał wsparcia partnerów - Jason Terry trafił tylko jeden z dziewięciu rzutów, a Jerry Stackhouse - dwa z dziewięciu.

Pierwsze wyjazdowe, a drugie w tym sezonie zwycięstwo odnieśli Minnesota Timberwolves, którzy pokonali New Orleans Hornets 103:94. 21 punktów dla zwycięzców zdobył Marko Jarić. Niezły mecz rozegrał także rezerwowy rozgrywający Sebastian Telfair - 20 punktów i osiem asyst. W Hornets najlepszy był Chris Paul - 31 punktów i 11 asyst.

Poniedziałkowe wyniki:

New York Knicks - Utah Jazz 113:109
New Orleans Hornets - Minnesota Timberwolves 94:103
Dallas Mavericks - Washington Wizards 98:110
Sacramento Kings - San Antonio Spurs 112:99
Portland Trail Blazers - Orlando Magic 74:85
Los Angeles Clippers - Houston Rockets 71:88
Golden State Warriors - Phoenix Suns 129:114.

Jak Fotyga nie walczyła o Expo

Jap, nowmac
2007-11-27, ostatnia aktualizacja 2007-11-26 20:54

Ekipa Donalda Tuska zaraz po przejęciu władzy podjęła energiczny lobbing na rzecz Wrocławia. Premier wykorzystał zwyczajowe gratulacje, jakie składali mu przywódcy krajów UE, by prosić o poparcie.

Zobacz powiekszenie
Fot. Krzysztof Miller / AG
Minister Anna Fotyga
ZOBACZ TAKŻE
Szef MSZ Radosław Sikorski rozmawiał w zeszły poniedziałek w Brukseli z szefami dyplomacji krajów UE. Wystosował listy do szefów MSZ krajów kluczowych w głosowaniu. Listy leżały od dawna w resorcie niepodpisane przez poprzednią minister Annę Fotygę. Było już jednak za późno, by przekonać do Wrocławia tych, którzy postanowili poprzeć Koreę Południową czy Maroko po ich promocyjnym blitzkriegu.

Według ekspertów szansę na wypromowanie Wrocławia przegapił poprzedni rząd. Oficjalnie wspierał wysiłki Wrocławia, ale szefowa MSZ nie zaangażowała się zbytnio.

Dlaczego? Po pierwsze, prezydentem Wrocławia jest polityk sympatyzujący z PO Rafał Dutkiewicz. Po drugie, centrum dowodzenia walką o Expo 2012 ulokowane było w Ministerstwie Kultury Kazimierza M. Ujazdowskiego, polityka przeciwnej obozowi Fotygi frakcji w PiS.

Z dyplomatycznych źródeł "Gazeta" dowiedziała się, że Fotyga gasiła zapał dyplomatów, którzy chcieli jeździć po świecie, by promować Wrocław. Nie wykorzystała kontaktów obecnego wiceministra Ryszarda Schnepfa w Ameryce Łacińskiej. Podobnie było z b. wiceszefem MSZ Witoldem Sobkówem. Min. Fotyga odblokowała jego wyjazdy w sprawie Expo dopiero niedawno.

Minister przegapiła też dobry moment na przeciągnięcie na swoją stronę Hiszpanów, którzy popierali Maroko. Na początku listopada Maroko odwołało z Hiszpanii ambasadora w proteście przeciw wizycie hiszpańskiej pary królewskiej w Ceucie i Melili. Rabat kwestionuje bowiem prawo Hiszpanii do tych dwóch enklaw na terytorium Maroka.

Wówczas trzeba było próbować namówić Madryt do poparcia Wrocławia. Hiszpanie pomogliby nam przekonać kraje Ameryki Południowej.

Natomiast dla Koreańczyków po fiasku starań o zimowe igrzyska olimpijskie (przegrali z Rosją) sprawa Expo stała się gardłowa. Prezydent Roh Mu Hiun zagroził premierowi Han Duck-soo dymisją, jeśli przegra.

Negatywny wpływ na starania o Expo miała też polska kampania wyborcza, która zepchnęła temat na margines. Kiedy Korea wysyłała w prezencie krajom, które namawiała do wstąpienia do Biura Wystaw Międzynarodowych, świetnie wyposażone ambulanse, w Polsce Expo zajmowali się jedynie urzędnicy wrocławskiego ratusza, pozostawiony samemu sobie pełnomocnik rządu i minister Ujazdowski.