czwartek, 26 kwietnia 2012

Liga Mistrzów. Mourinho na kolanach

Rafał Stec, Michał Szadkowski
26.04.2012 , aktualizacja: 26.04.2012 00:16
A A A Drukuj

25.04.2012, godzina 20:45

 Real Madryt

Bramki:Ronaldo (6. - karny, 14.)
Kartki:Pepe, Arbeloa, Granero - żółta
Skład:Casillas - Arbeloa, Ramos, Pepe, Marcelo - Alonso, Khedira - Di Maria (75. Kaka), Oezil (111. Granero), Ronaldo - Benzema (106. Higuain)
1Karne3
  • 02 Dogr0
  • 01 Dogr0
  • 02 Poł0
  • 21 Poł1

Bayern Monachium 

Bramki:Robben (27. - karny)
Kartki:Alaba, Robben, Gustavo, Badstuber - żółta
Skład:Neuer - Lahm, Boateng, Badstuber, Alaba - Schweinsteiger, Gustavo - Robben, Kroos, Ribery (95. Mueller) - Gomez
Radość piłkarzy BayernuFot. SERGIO PEREZ REUTERSRadość piłkarzy Bayernu
Najsławniejszy trener świata ukląkł podczas rzutów karnych. Wstawał obolały. Bohaterami rzutów karnych byli bramkarze. Real Madryt sensacyjnie przegrał. Do finału Ligi Mistrzów awansował Bayern. 19 maja zmierzy się na własnym stadionie z Chelsea.
Jose Mourinho
Fot. Daniel Ochoa de Olza AP
Jose Mourinho
Radość Mario Gomeza
Fot. FELIX ORDONEZ REUTERS
Radość Mario Gomeza
Cristiano Ronaldo
Fot. Franz Mann AP
Cristiano Ronaldo
SERWISY
Kiedy po dwóch godzinach walki wycieńczeni piłkarze przestali biegać, by zacząć strzelać do bramkarzy z 11 metrów, José Mourinho postawił na tych, którzy najcenniejsze trofeum w klubowym futbolu już zdobyli. Jego ludzie wygrali 2:1, ale wMonachium przegrali w identycznym stosunku.

Zaczął Cristiano Ronaldo, zdobywca Pucharu Europy w barwach Manchesteru United. Nie strzelił, podobnie zresztą jak w finale w 2008 roku.

Jako drugi w Realu próbował Kaka, zdobywca PE w barwach Milanu. Też nie strzelił.

Trafił dopiero Xabi Alonso, zdobywca PE w barwach Liverpoolu. Jednak to nie wystarczyło, tak jak nie wystarczyły dwie jedenastki obronione przez czwartego zdobywcę PE u gospodarzy - Ikera Casillasa. Wojnę nerwów wytrzymali wicemistrzowie Niemiec, wśród których zwycięzców Ligi Mistrzów nie ma.

I w finale nie tylko nie przeżyjemy El Clásico, czyli najsłynniejszego klasyka w futbolu klubowym, ale nie zobaczymy nawet jednego z hiszpańskim gigantów uważanych powszechnie za dwa najpotężniejsze kluby. Barcelona przegrała we wtorek, Real padł w środę.

Jednak w Bayernie też tłoczą się gwiazdy. Wielkie gwiazdy. Wielkie pod względem sportowym i z wielkim ego. Franck Ribery i Arjen Robben umieją w zachwycającym stylu poprowadzić zespół do zwycięstwa, ale też się pokłócić - nawet na boisku, w trakcie gry - i zniweczyć wysiłek drużyny.

Ten pierwszy osiem razy próbował dryblować, udało mu się raz. Trener Jupp Heynckes stracił cierpliwość na początku dogrywki i wprowadził Thomasa Müllera. Robben niszczył wszystko, co wypracowali koledzy. Na początku z kilku metrów przeniósł piłkę nad bramką Realu, potem kilka razy, zamiast podawać, strzelał. Nawet jedenastkę wykonał niezdarnie, piłka najpierw otarła się o rękawice Ikera Casillasa i wpadła do bramki.

Zaczęło się jednak tak, jak się zacząć miało. Nie minęło 10 minut, a Real prowadził i był w finale. Zanim skończył się pierwszy kwadrans, wygrywał już 2:0. Wydawało się, że gospodarze są o krok od 13. finału Pucharu Europy.

Oba gole strzelił Ronaldo. Wtedy wydawało się, że przeżywa tydzień wyjęty ze snów. Nie dlatego, że trafiał częściej niż zwykle, ale dlatego, że bardzo zbliżył się do odebrania Leo Messiemu Złotej Piłki. Jego kopnięcie dało zwycięstwo w El Clásico, które prawdopodobnie zapewni Realowi mistrzostwo. Było to jego 42. trafienie w lidze, Argentyńczyk ma jedno o trafienie mniej. Teraz strzelał na chwałę - finałową - Bayernu.

Gdy jednak Portugalczyk trafił po raz drugi, stanął. Jego drużyna również.

Stąd wziął się rzut karny dla Bayernu i kolejne szanse na gole. Tak bardzo jak na początku Real już jednak w tym meczu nie przeważał. Obie drużyny wciąż często dobiegały w pole karne, strzelały, ale im bliżej końca, tym łatwiej pracowało się bramkarzom.

Każdy, kogo znudziło wtorkowe ostrzeliwanie bramki Chelsea przez Barcelonę, w środę - przynajmniej do czasu, gdy nogi niosły jeszcze piłkarzy - nie mógł być zawiedziony. Santiago Bernabeu wydawało się najszerszym i najdłuższym boiskiem świata, na którym w każdym momencie piłkarz ma dość miejsca i czasu, by przed zagraniem piłki dokładnie przeanalizować wszystkie możliwości.

W meczach o taką stawkę standardem jest raczej dopadanie do rywala bezpośrednio po stracie piłki i uniemożliwianie mu rozpoczęcia kontrnatarcia. Tymczasem w środę obie drużyny co chwila wbiegały w pole karne i nękały bramkarzy. W godzinę oddały więcej celnych strzałów niż Barcelona i Chelsea przez cały mecz.

W dogrywce obu zespołom zdarzały się już błędy, które na tym poziomie zazwyczaj się nie zdarzają. Real wydawał się płacić za sobotnią bieganinę w El Clásico. Bayern - choć jego gwiazdy w sobotę odpoczywały - zagrażał jednak bramce Casillasa tylko po rzutach rożnych. Aż doszło do rzutów karnych i zaczął się dramat Realu. I dramat Mourinho. Portugalczyk w ósmym starcie w LM szósty raz dotarł do półfinału, ale trofeum z trzecim zespołem nie zdobędzie.

Ma dobry powód, by w Madrycie zostać przynajmniej na następny sezon.

Liga Mistrzów. Bayern w finale! Wyeliminował po rzutach karnych Real!


tok
25.04.2012 , aktualizacja: 25.04.2012 23:55
A A A Drukuj

25.04.2012, godzina 20:45

 Real Madryt

Bramki:Ronaldo (6. - karny, 14.)
Kartki:Pepe, Arbeloa, Granero - żółta
Skład:Casillas - Arbeloa, Ramos, Pepe, Marcelo - Alonso, Khedira - Di Maria (75. Kaka), Oezil (111. Granero), Ronaldo - Benzema (106. Higuain)
1Karne3
  • 02 Dogr0
  • 01 Dogr0
  • 02 Poł0
  • 21 Poł1

Bayern Monachium 

Bramki:Robben (27. - karny)
Kartki:Alaba, Robben, Gustavo, Badstuber - żółta
Skład:Neuer - Lahm, Boateng, Badstuber, Alaba - Schweinsteiger, Gustavo - Robben, Kroos, Ribery (95. Mueller) - Gomez
Radość piłkarzy BayernuFot. SERGIO PEREZ REUTERSRadość piłkarzy Bayernu
O tym, kto został drugim finalistą Ligi Mistrzów zadecydowały rzuty karne. W nich lepsi okazali się piłkarze Bayernu Monachium, którzy wygrali 3:1. Po 120 minutach Real prowadził 2:1. Bawarczycy w finale 19 maja zagrają w Monachium z Chelsea.
Mecz zaczął się fantastycznie dla Realu. Już w 6. minucie sędzia podyktował dla Królewskich jedenastkę po zagraniu ręką w polu karnym Davida Alaby. Rzut karny na bramkę bez problemu zamienił Cristiano Ronaldo.

Do ataków natychmiast rzucił się Bayern. Szczególnie aktywny był Alaba, który chciał zrehabilitować się za spowodowanie rzutu karnego. W 8. minucie przeprowadził świetny rajd lewą stroną, dośrodkował do Arjena Robbena i tylko Holender może wiedzieć jak nie trafił z pięciu metrów do praktycznie pustej bramki. Cztery minuty później zza pola karnego uderzył Mario Gomez, Iker Casillas interweniował niepewnie wybijając piłkę przed siebie. Gola mógł zdobyć Franck Ribery, ale w ostatniej chwilę piłkę spod nóg wybił mu Sami Khedira.

Niewykorzystane sytuacje zemściły się w 14. minucie. Piłkę w środku pola odebrał Khedira, trafiła ona do Mesuta Oezila, który świetnie wypatrzył w polu karnym Ronaldo i Portugalczyk miał na swoim koncie już dwa gole.

Bayern starał się atakować dalej. Strzały z dystansu oddawali Robben, Gomez i Luiz Gustavo. Nic z tego jednak nie wynikało. Los odmienił się w 26. minucie, gdy Pepe sfaulował w polu karnym Gomeza. Do jedenastki podszedł Robben. Holender uderzył w prawy róg bramki, Casillas go wyczuł, ale piłka otarła się o jego palce, uderzyła jeszcze w słupek i trafiła do siatki.

Mimo trzech bramek w 27 minut, tempo gry nie spadło. Najpierw Benzema uderzył minimalnie obok słupka, a chwilę później Gomez nie wykorzystał sytuacji sam na sam po podaniu Toniego Kroosa. Gol mógł jeszcze paść w doliczonym czasie gry pierwszej połowy. Z rzutu wolnego z 17. metrów uderzał Robben, Casillas po raz kolejny dobrze interweniował.

W drugiej połowie nie było już tak ciekawie. Minimalnie przeważał jednak Bayern. Już w 48. minucie głową uderzał Gomez, piłka przeleciała minimalnie obok słupka. W jednej z późniejszych akcji bardzo złą decyzję podjął Robben, który zamiast podawać do Gomeza (byłby sam na sam), zdecydował się na drybling i stracił piłkę. W 86. minucie meczu po kolejnej dwójkowej akcji tych zawodników Bayern mógł przechylić szansę zwycięstwa na swoją korzyść. Gomez jednak niepotrzebnie piłkę postanowił przyjąć i obrońcy Realu zdążyli akcję zaasekurować. Na koniec regulaminowego czasu gry próbował jeszcze Ronaldo, ale Neuer nie mógł mieć problemów z obroną jego strzału.

Im dłużej trwał mecz, tym obie drużyny coraz bardziej bały się zaryzykować. W pierwszej połowie dogrywki nie stworzyły żadnej dogodnej sytuacji. W drugiej nie było lepiej. Oczekiwano już tylko na konkurs rzutów karnych.

Już po pierwszej serii Bayern prowadził. Zawiódł Ronaldo, którego strzał obronił Neuer. Chwile później było już 2:0! Bramkarz Bayernu obronił kolejny raz, tym razem po uderzeniu Kaki. W trzeciej serii nadzieję Realowi przywrócił Casillas, skutecznie interweniował po strzale Kroosa. W czwartej serii kolejne dwa pudła. Nie strzelili Lahm i Sergio Ramos. W piątej serii awans Bayernu przypieczętował Bastian Schweinsteiger!

sobota, 21 kwietnia 2012

Jest słowo Witam na początku listu? To nie odpowiadam


rr
21.04.2012 , aktualizacja: 21.04.2012 21:20
A A A Drukuj
Przestaję odpowiadać na listy, które rozpoczynają się od 'witam'" - napisał na Facebooku Michał Rusinek, tłumacz, pisarz, wykładowca UJ. I internet od razu zaregował. Co złego jest w "witam"? I czym je zastąpić?
Przy komputerze
Fot.Agnieszka Sadowska / AG
Przy komputerze
Michał Rusinek
Fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta
Michał Rusinek
Deklaracja mocna. Jednym się spodobała, inni uważają, że były sekretarz Wisławy Szymborskiej zdecydowanie przesadza.

"Marek Hłasko nie znosił słowa: powodzenia!" - dodaje ktoś na Facebooku. Europosłanka Róża Thun proponuje zmiast "witam" - "Kochany!!!". Internauci podrzucają też chwalebne przykłady pięknej polszczyny: "Adam Michnik stając dosłownie przed pewną komisją śledczą każdą swoją odpowiedź zaczynał od 'wielce szanowny panie pośle'".

Rusinek sprowokował do najróżniejszych deklaracji: "Przestaję komentować wpisy kończone emotikonami". Do używania form odpowiedniejszych (godniejszych?): "Ave Caesar", "W pierwszych słowach mojego listu". Do obrony wołacza przed wypieraniem go przez mianownik - wszystko oczywiście w kontekście "witam" (czyli: "Witam Zenek", a powinno być "Witam Zenku", jeżeli już musi być "witam"...).

Rozmowa z Michałem Rusinkiem

Renata Radłowska: Jak właściwie się z tobą witać?

Michał Rusinek: Jeśli jesteśmy zaprzyjaźnieni, to przyjaźnie. Jeśli pozostajemy w relacjach oficjalnych - to oficjalnie. Serdeczność można wyrażać na różne sposoby.

Dlaczego "witam" ci się nie podoba?

- Uważam, że używanie tego słowa jest zasadne tylko w jednej sytuacji. Tak może do nas powiedzieć gospodarz lub gospodyni, kiedy do niego/niej przychodzimy. Jest wtedy powitaniem, a nie przywitaniem. Gospodarze witają mnie w swojej przestrzeni, więc powiedzenie "witam" jest jak najbardziej na miejscu. Kiedy studenci piszą do mniej mejle, które zaczynają się od "witam", to jak mam to odebrać? Że internet jest ich przestrzenią, że są jego gospodarzami?

A może być: witam i o zdrowie pytam?. Jest połączeniem witam do którego Polacy są nadmiernie przyzwyczajeni, a staropolskim (jak mniemam) zatroskaniem o stan ducha i ciała.

- Istnieje coś takiego w retoryce jak stosowność. Chodzi o to, żeby dostosować styl komunikowania się do osoby, z którą się koresponduje. "Witam" jest przeźroczyste, bezpłciowe, do nikogo się nie dostosowuje. Podejrzewam, że "witam" wprowadziła do języka polskiego - oczywiście języka polskiego w wersji internetowej - korporacyjna poprawność. Jest więc miałkie, nie wiadomo do kogo kierowane. "Witam" kojarzy mi się z tymi akwizytorami, którzy nagabują ludzi na ulicach chcąc im sprzedać "znakomitą pastę do zębów". Podchodzą do człowieka i mówią "witam", brrr; wygląda to tak, jakby ktoś ich tego nauczył. A przecież na tej ulicy oni nie mają swojej przestrzeni, w której mogą nas powitać. Co innego straganiarz na targu - on ma przestrzeń przy swoim stoisku i zaprasza mnie do niej mówiąc "witam".

"Najczcigodniejszy", jak proponują internauci, by ci odpowiadało?

- Nie, absolutnie nie. To zbyt ironiczne. Na pewno nie zaczynałbym tak mejla do osoby, z którą pozostaję w stosunkach administracyjnych (w moim przypadku uniwersyteckich). Drażni mnie też zwrot "panie Michale", co to w ogóle jest? Nie chodzi oczywiście o powitanie, które kieruje do mnie znana mi osoba. Ale o przedstawicieli instytucji. Wszyscy zaczynają od "panie Michale". To się w głowie nie mieści! Ja nich nie znam, a oni mnie znają na tyle, że mogą do mnie mówić "panie Michale"? Żeby zwrócić się po imieniu, musi być jakiś stopień zażyłości. Mam ochotę zapytać, czy larum grają, ale obawiam się, że to by tylko skomplikowało sytuację... Tu dodam anegdotę, dzwoni do mnie pani z banku i mówi: "Dzień dobry, czy rozmawiam z panem Michałem Rusinek?"; ja: "Tak, ale ja się deklinuję"; ona: "A, to przepraszam. Zadzwonię później...".

Możesz teraz dostawać mniej mejli...

- Nie będę się martwić.

Dzień dobry?

- Może być. Chociaż to też jest złamanie zasady, ponieważ tak nie zaczynają się listy (a mejle to też listy). Najsensowniej jest przywitać się sformułowaniem "szanowny panie", "szanowna pani". Jeżeli koresponduję z profesorem, którego nie znam, zawsze zaczynam od "szanowny panie profesorze", a jeżeli znam go bliżej, to pozwalam sobie na "szanowny i drogi panie profesorze".

Tak mówi się, i pisze, tylko w Krakowie. W Warszawie tego nie zrozumieją.

- Potraktujmy więc całą sprawę z "witam" edukacyjnie. Niech z Krakowa wyjdzie ten dobry przykład.

Jak się pożegnamy?

- Mam kłopot ze słowem "pozdrawiam", bo się zdewaluowało. Nie ma już dziś w nim serdeczności. Ale może być "pozdrawiam i łączę wyrazy szacunku". Redaktor Znaku, Jerzy Illg dodaje czasem: "Łączę stosowne wyrazy". To dwuznaczne i zabawne. Ale też musi pasować do sytuacji.

"Kreślę się z rewerencją"? Lubię to.

- Przesada stylistyczna. Brzmi ironicznie, podobnie jak "padam do nóżek".

Powiedziałam na zakończenie naszej pierwszej rozmowy: pozdrawiam. A ty: pa pa.

- W mowie więcej uchodzi, niż w piśmie.


Więcej... http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,44425,11588022,Jest_slowo_Witam_na_poczatku_listu__To_nie_odpowiadam.html#ixzz1siMmIWSS

niedziela, 15 kwietnia 2012

Tragedie większe od Titanica


Roman Daszczyński
2012-04-15, ostatnia aktualizacja 2012-04-15 13:49

Titanic
Titanic
źródło: Wikipedia

W jednej z kajut Gustloffa rozlegają się strzały. Mąż właśnie zabił żonę i jedno dziecko. Drugie, pięcioletni chłopczyk - trzyma ojca za nogawkę spodni

"Lusitania", "Gustloff", "Goya", "Cap" "Arcona" - wszystkie poszły na dno w czasie wojny...

W "Lusitanię" niemiecka torpeda uderza 7 maja 1915 r. u południowych wybrzeży Irlandii. Ginie 1198 osób. Społeczeństwa państw ententy są w szoku. W Prusach euforia, dowódca okrętu podwodnego U-20 kapitan Walter Schwieger otrzymuje Krzyż Żelazny II klasy.

Niemiecki statek pasażerski "Gustloff" idzie na dno Bałtyku 30 stycznia 1945 r. Za sprawą trzech torped radzieckiego okrętu podwodnego S-13 ginie ok. 9 tys. ludzi - to największa katastrofa morska w historii. Dowódca S-13 Aleksander Iwanowicz Marinesko dostanie za to swój drugi Order Czerwonego Sztandaru.



Frachtowiec "Goya", podobnie jak "Gustloff", wiezie uciekinierów z Prus Wschodnich. Dwie torpedy radzieckiego podwodnego stawiacza min L-3 trafiają w cel 16 kwietnia 1945. Ginie ponad 6 tys. osób. Kapitan Władimir Konstantynowicz Konowałow dostaje najwyższe odznaczenie wojenne - tytuł Bohatera Związku Radzieckiego.



3 maja 1945 r., Zatoka Lubecka. Major Keith Harding dowodzi grupą ośmiu brytyjskich myśliwców Hawker Typhoon z Dywizjonu 197. Są uzbrojeni w broń rakietową. Dostrzegają duży statek pasażerski pod banderą III Rzeszy.W "Cap Arcona" trafia 40 spośród 62 rakiet. Piloci widzą, jak statek płonie od dziobu po rufę, a następnie się przewraca. Ginie ponad 4 tys. osób.

Bez błędu dobroduszności

Białą smugę torpedy zmierzającej w kierunku pasażerskiego transatlantyku "Lusitania" dostrzega z dziobu 18-letni marynarz Leslie Morton. Za późno na jakikolwiek manewr. Torpeda trafia w kadłub, niemal dokładnie między dwa środkowe z czterech kominów. Jest godz. 14.15. Po chwili następuje druga, jeszcze potężniejsza detonacja - zapewne wybuch w kotłowni. Woda wdziera się do środka mimo specjalnych grodzi.

Po 18 minutach 230 metrowa "Lusitania" zanurza się w oceanie. Trwa rozpaczliwa walka o życie. Ofiary wybuchów krzyczą i jęczą na wszystkich pokładach. Wiele osób nie może wydostać się z kabin i wind. Ci, którym udaje się przedrzeć na górny pokład, nie znają dróg ewakuacji i miejsc zbiórki przy szalupach. Nie potrafią założyć kamizelek ratunkowych. Nieudolnie spuszczane łodzie jak kamienie uderzają o powierzchnię wody; tylko sześć na 48 szalup będzie mogło przyjąć rozbitków. Pękają wszelkie zasady - mechanicy i palacze z maszynowni odpychają od łodzi ratunkowych kobiety i dzieci.

Bohaterów jest niewielu. Milioner Alfred Gwynn Vanderbilt - amerykański sportsmen, przedsiębiorca kolejowy - obiecuje kobiecie z małym dzieckiem, że zdobędzie dla niej miejsce w szalupie. Gdy okazuje się to niemożliwe, Vanderbilt oddaje jej kamizelkę ratunkową i czeka na śmierć - wie, że nie ma szans, bo nie umie pływać.

Tragedia "Lusitanii" jest dla Berlina klęską propagandową. Na liście ofiar jest 270 kobiet i 94 dzieci. W neutralnych Stanach Zjednoczonych oburzenie na Niemców jest ogromne - na "Lusitanii" zginęło wszak 128 Amerykanów. Kapitan Schwieger staje się synonimem zbrodniarza, choć w dzienniku pokładowym zapisał: "Nie mogłem odpalić drugiej torpedy w ten tłum szamocących się ludzi".

Znaczenia nie ma też to, że wcześniej Niemcy ogłosili wody wokół Wysp Brytyjskich jako strefę wojny, gdzie mają prawo zatapiać bez ostrzeżenia. Krótko przez wyjściem "Lusitanii" w morze ambasada Niemiec w Waszyngtonie zamieściła w największej nowojorskiej gazecie pokaźnych rozmiarów ogłoszenie, że w rejonie Wysp Brytyjskich statkom pływającym pod flagą Wielkiej Brytanii i jej sojusznikom grozi zatopienie, "toteż podróżni płynący do Wielkiej Brytanii lub jej sprzymierzeńców czynią to na własne ryzyko".

Pruskie elity nie rozumieją teraz zarzutów o barbarzyństwie. W niemieckich uczelniach oficerowie wychowywani są na Clausewitzu, który zalecał "stosowanie bezwzględnej przemocy, bez oszczędzania krwi, gdyż w rzeczach tak niebezpiecznych jak wojna najgorsze są błędy wynikające z dobroduszności". Pruski generał Julius von Hartmann w latach 70. XIX w. ukuł doktrynę, według której to właśnie konsekwentny humanitaryzm wymaga, by wojnę prowadzić w sposób bezwzględny i okrutny, nawet wobec ludności cywilnej - chodzi bowiem o wymuszenie jak najszybszej kapitulacji nieprzyjaciela.

Nie całkiem ci Niemcy barbarzyńscy

Podczas I wojny światowej Prusacy czuli się tym bardziej usprawiedliwieni, że Brytyjczycy nie grali z nimi uczciwie. "Lusitania" była ekskluzywnym, wspaniale urządzonym statkiem pasażerskim, najszybszym na Atlantyku. Jednak już na etapie projektowania założono, że w razie potrzeby ma służyć marynarce wojennej.

Niemcy dzięki działaniom wywiadu wiedzieli coś, o czym pasażerowie statku nie mogli mieć pojęcia: w ładowniach znajdowały się tony materiałów do produkcji wojskowej i tysiące skrzynek amunicji zakupionej w USA.



Armator - Cunard Line - gdyby nawet chciał, nie mógł odmówić brytyjskiemu rządowi tego typu usług. Wybudowanie "Lusitanii" i bliźniaczej "Mauretanii" w 1906 r. było możliwe dzięki gigantycznej na owe czasy pożyczce 2,6 mln funtów, jaką firmie Cunard Line przyznał brytyjski parlament. Miało to swoją dodatkową cenę. Oba statki w przypadku wojny miały być do dyspozycji Admiralicji. Cunard Line jako instytucja brytyjska pod opieką państwa nie mogła korzystać z obcych kapitałów, a dostęp do stanowisk kierowniczych mieli tylko Brytyjczycy. Oba wielkie statki pasażerskie musiały być tak skonstruowane, by możliwy był montaż stanowisk artyleryjskich (12 dział szybkostrzelnych kal. 158 mm); musiały też mieć pomieszczenia na amunicję.

Nie jest pewne, czy przed ostatnim rejsem „Lusitania” rzeczywiście została wyposażona w artylerię. Inne statki brytyjskie na pewno dozbrajano działami, a zasadność niemieckiej doktryny niespodziewanie potwierdził po latach wysoki rangą dowódca brytyjski admirał William Boyle. Miał on oświadczyć na publicznym posiedzeniu w 1936 r.: „Skoro nasze okręty wyszły w morze, by wygrać wojnę dla nas, ja sam nie sądzę, by Niemcy tak bardzo nie mieli racji, zatapiając je. Weźcie na przykład sprawę » Lusitanii”: to był duży statek, który mógł przewieźć 10 tys. żołnierzy na front podczas jednego rejsu, tak jak jego siostrzany statek czynił to na Gallipoli. Niemcy zatopili go i - oczywiście w ramach pewnych granic - mogli uzasadnić, że byli usprawiedliwieni i że to była uczciwa i zgodna z prawem operacja wojenna mimo przedwojennej konwencji w tej sprawie”.


Bo Niemcy nie są ludźmi

Jak długo rozbitkowie mogą wytrzymać w wodach Bałtyku zimą, gdy temperatura wynosi trzy, góra cztery stopnie? Specjaliści od ratownictwa morskiego nie mają wątpliwości: najsłabsi kilka minut, przeciętni - kilkanaście, jednostki wyjątkowe, zahartowane, silne psychicznie - mniej niż godzinę. Piekło, jakie rozpętało się na „Gustloffie” wieczorem 30 stycznia 1945 r., opisano setki razy w mediach, filmie, literaturze. Mroźna zima, powietrze znacznie chłodniejsze niż woda. Ciemność. Nieludzkie krzyki umierających. Trzeszcząca stal rozpadającego się statku. Poczucie braku szans na przeżycie - do tego stopnia, że wielu zabija bliskich i siebie z pistoletu, bo to szybsza śmierć. Uczestnik tragedii Heinz Schon w książce „Tragedia » Gustloffa «” opisuje scenę, gdy w małej kajucie rozlegają się strzały. Mąż właśnie zabił żonę i jedno dziecko; drugie - pięcioletni chłopczyk - trzyma go za nogawkę spodni. Po chwili rozlegają się dwa kolejne strzały.

Dzieje się to 24 km na północ od Ustki.

Czy świadomość losu tych ludzi powstrzymałaby radzieckiego kapitana Marinesko przed wysłaniem torped? Nie mógł wiedzieć, że jest na statku 5 tys. kobiet i dzieci. Mógł mieć pewność, że jest wojsko - i było: blisko 1,5 tys. oficerów, marynarzy i pań z kobiecego, pomocniczego korpusu Kriegsmarine. Także nazistowscy funkcjonariusze z rodzinami.

Już w 1942 r. artykuł propagandowy „Zabij” autorstwa pisarza Ilii Erenburga mówił to, o czym myślały miliony: „My zrozumieliśmy: niemcy nie są ludźmi. Jedno słowo » niemiec «to dla nas najgorsze przekleństwo. Na dźwięk słowa » niemiec «ładują się nam karabiny. Nie będziemy mówić. Nie będziemy się oburzać. Będziemy zabijać”.

Niemcy to słowo, które we wschodniej Europie jeszcze kilka lat po wojnie będzie pisane małą literą.

Wojna się kończy, śmierć zbiera żniwo

III Rzesza walczy do końca i morduje do końca. Co zrobić z więźniami obozów koncentracyjnych?

Na północ od Lubeki jest zatoka. Holowniki ciągną tam trzy statki. Na "Cap Arcona" jest 4,5 tys. więźniów. Na "Thielbek" - około 2,8tys. Na "Athen" - 2 tys. Wszystkie narodowości Europy, w tym setki Polaków ewakuowanych z obozów Stutthof i Auschwitz. Dowódcy i strażnicy doskonale wiedzą, że do upadku hitlerowskich Niemiec zostały godziny. Zaraz wejdą tu Anglicy lub Amerykanie. Brytyjskie lotnictwo ogłasza, że wszystkie statki, które zostaną na morzu pod banderą III Rzeszy, będą zatopione. Jedynie kapitan "Athen" wbrew esesmańskim strażnikom w ostatniej chwili zawija do portu i wywiesza białą flagę.

Wkrótce nadlatują brytyjskie myśliwce. Na "Cap Arcona" i "Thielbek" ginie łącznie ponad 6 tys. więźniów.

Na zatopionym przez kapitana Konowałowa frachtowcu Goya też przeważają cywile, ale jest i wojsko - m.in. 200 żołnierzy 25. Regimentu Pancernego.

Żyj dalej, bohaterze

Jak potoczyły się losy tych, którzy zatapiali?


Schwieger traci swój okręt na początku listopada 1916 r.: U-20 osiada na mieliźnie - trzeba go wysadzić w powietrze po ewakuacji załogi. Dostaje nowszy i lepszy okręt U-88, tak jak poprzedni - dzieło Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. Kolejne sukcesy, kolejne odznaczenia: Krzyż Żelazny I klasy i Pour Le Merite, najwyższy order wilhelmińskich Prus. Ginie 5 września 1917 r. z 42-osobową załogą, gdy jego U-88 wchodzi na Morzu Północnym na minę. Staje się legendą Kriegsmarine.

Marinesko 10 lutego 1945 zatapia transportowiec "Steuben", na którym ginie blisko 4 tys. uchodźców z Prus Wschodnich, w większości żołnierzy. Po wojnie Marinesko pływa po Bałtyku na statkach handlowych, kończy jako zaopatrzeniowiec w jednej z leningradzkich fabryk. Umiera w 1963 r. Miał trudny, awanturniczy charakter. Niemiecki tygodnik "Der Spiegel" jeszcze pół wieku po tragedii będzie go nazywał "pospolitym pijakiem i babiarzem".

Konowałow po wojnie zostaje w marynarce wojennej. Kończy Akademię Woroszyłowa, w 1966 r. zostaje kontradmirałem. Umiera rok później.

O pilotach, którzy pod dowództwem majora Hardinga zatopili "Cap Arcona", nie wiadomo nic - poza tym, że przeżyli wojnę.

Cały specjalny numer poniedziałkowego dodatku do Gazety Wyborczej Ale Historia poświęcony jest 100-leciu katastrofy Titanica: Gdy Titanic szedł na dno, grała orkiestra... i czwórka brydżystów. Pierwsze szalupy odpłynęły puste... ocalało 700 osób, choć miejsc było dla ponad tysiąca.



Źródło: Gazeta Wyborcza