Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TELEWIZJA-RADIO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TELEWIZJA-RADIO. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 września 2010

Juliusz Ćwieluch Zaklęte rewiry Gesslerów

Przekrój - 13/2006


Rodzina jak z filmu Viscontiego. Miłość miesza się ze zdradą, pieniądze z oszustwami. A wszystko bulgocze w sosie wyśmienitej kuchni

Głośny skandal z odebraniem Adamowi Gesslerowi Domu Restauracyjnego na warszawskiej Starówce to w zasadzie kwestia czasu. l to najbliższego. Dług restauratora wobec miasta sięga już 16 milionów złotych. Jak obliczają miejscy urzędnicy, można by za to wybudować jedną czwartą małej stacji metra. Na razie nie znalazł się komornik zdolny odzyskać choć setną część tej kwoty. Nikomu też nie udało się eksmitować najemcy, który ostatni czynsz zapłacił jakieś 13 lat temu. Próbowano różnych metod, łącznie z odcięciem wody i prądu.

- Formalnie pan Gessler nie posiada żadnego majątku. Kiedy próbowaliśmy zająć meble w restauracji, okazało się, że one również nie należą do niego, a jedynie je dzierżawi - mówi Krzysztof Wojdak, dyrektor Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami w dzielnicy Śródmieście.

- To nie ja miastu, ale miasto mnie jest winne pieniądze. I to nie 16, ale 20 milionów złotych za te wszystkie remonty, które przeprowadziłem - odpiera zarzuty Adam Gessler.

Niedawno skarbówka wygrała w sądzie sprawę o wyegzekwowanie od Adama 400 tysięcy niezapłaconego podatku. Nad wpływowym niegdyś restauratorem gromadzą się coraz czarniejsze chmury. Odwrócili się od niego prawnicy, których wystawił do wiatru. Z firmy odszedł jeden z synów, zrażony oszustwami ojca. - Adam to płotka, ale dobrze wyreżyserowana. Maska powoli spada i niedługo się za niego wezmą - mówi jego były wspólnik.

Ale nawet jeśli upadek będzie głośny i spektakularny, to warszawska śmietanka nadal będzie zabijała się o stolik u Magdy Gessler, a gospodynie domowe wyczarowywać będą dania według gazetowych porad Marty Gessler.

Bo Gessler to już coś więcej niż pojedynczy człowiek. To marka nie gorsza niż Blikle czy Wedel.

PADRE ZBIGNIEW

Historia rodziny Gesslerów to opowieść o polskim restauratorstwie i jego zaklętych rewirach. Założyciel rodu Zbigniew Gessler jeszcze przed wojną jako 19-latek sprowadził się z matką do Warszawy. - Dziadek został w Łodzi, miał tam firmę produkującą dziecięce wózki i rowery - opowiada Piotr Gessler, syn Zbigniewa, który po wojnie otworzył w Warszawie cukiernię.

- Umiał sięgać po pomoc wszędzie, gdzie można ją było uzyskać, czyli najlepiej do władzy. Jako prywatna inicjatywa nie miał szans we wszechwładnej PZPR, więc karierę robił w Stronnictwie Demokratycznym - wspomina jeden z dawnych działaczy SD. Zbigniew interesu doglądał osobiście do ostatnich swoich dni. Nawet gdy w 1985 roku został posłem na Sejm. Wstawał rano, zagniatał ciasto, potem przebierał się w garnitur, szedł do Sejmu i wieczorem wracał do zakładu. - Pan Zbigniew potrafił łączyć interes własny z dobrem społecznym. Był uczciwy, ale zaradny. Rodzina była u niego na pierwszym miejscu - opowiada inny działacz SD, Krzysztof Piotrowicz.

- Ale kiedy nie chciał, żebym pojechał za Magdą do Madrytu, poszedł do Kiszczaka, żeby odebrali mi paszport - wspomina jego syn Piotr. Ojciec sprawy nie załatwił na czas, a wejście do rodziny Magdy Ikonowicz było dla niego zadrą do końca życia. W 2001 roku na 80. urodzinach głowy rodu pojawili się obaj synowie Piotr i Adam, ich byłe i obecne żony, wnuczęta, koledzy z SD, cukiernicy z rodzinami. Brakowało tylko Magdy, ale za to była jej córka Lara, ukochana wnuczka. - Było jak na włoskim filmie. Mój francuski mąż nie mógł w to uwierzyć. A mnie się podobało. Wzniosłam toast za byłe, obecne i przyszłe żony Gesslerów - wspomina Joanna Roqueblave, pierwsza żona Adama Gesslera. Nestorowi, który po śmierci żony Joanny ponownie się ożenił, toast musiał się spodobać. Jego śmierć przed dwoma laty jeszcze mocniej podzieliła liczny ród, bo po zmarłym został spadek.

REŻYSER O MASOWYM ODDZIAŁYWANIU

Mało brakowało, a nazwisko Gessler kojarzyłoby się bardziej ze sztuką niż z kulinariami. Joanna Gessler z wykształcenia była malarką. Na synów wywarła ogromny wpływ, mimo że gruźlica zabrała ją już w 1972 roku. Umierała wśród róż, które wymalowała na ścianach sanatoryjnego pokoju. Adam też chciał być artystą, ale sceny. Ojciec kręcił nosem, zgodził się jednak, bo gwarantem ciągłości interesu był młodszy syn Piotr, cukiernik z zamiłowania.

- Adam dostał się do szkoły teatralnej za pierwszym razem. Już na drugim roku Hanuszkiewicz zaproponował mu granie w Narodowym. To nie spodobało się na uczelni i musiał odejść - wspomina Piotr. Z czasem Adam zrezygnował również z grania. - Mnie interesowała reżyseria o masowym oddziaływaniu. Wielki, romantyczny teatr - tłumaczy niedoszły aktor.

- Adam potrafi zaczarować ludzi. Zawsze powie ci to, co chciałbyś usłyszeć, i prawie nigdy nie dotrzyma słowa. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam - wspomina Joanna Roqueblave, pierwsza żona Adama. Poznali się w 1979 roku w Katowicach, gdzie właśnie otwarto szkołę filmową. Ona była na wydziale operatorskim, on na organizacji produkcji. Zbliżyła ich niechęć do Katowic i tłok w pociągach. 31 lipca 1980 roku urodził się ich syn Mateusz, pierwszy wnuk Zbigniewa i - jak pokazało życie - kolejny restaurator w tym rodzie. Ale nim poczuł gastronomicznego bakcyla, musiał przejść przez rozwód rodziców, wyjazd do Francji w wieku trzech lat i powrót do Polski 19 lat później, krótkie i nieudane zawodowe zetknięcie z Magdą Gessler i dłuższą, ale jeszcze mniej owocną współpracę z ojcem. - Mój ojciec stworzył coś wielkiego i sam to zarżnął. Mnie wychowano tak, że ludziom się płaci, bo inaczej nie można od nich wymagać - mówi Mateusz Gessler. Od siedmiu miesięcy działa na własny rachunek. Dla Michała Milowicza prowadzi restaurację Maska i idzie mu nieźle. Oczkiem w głowie Mateusza jest roczny synek Franek. - Kto wie, może rośnie kolejne pokolenie restauratorów? - mówi tata Franka.

LISTA PRIORYTETOWA

Dzisiejszych kłopotów może by nie było, gdyby Adam Gessler wyciągnął wnioski ze swojego pierwszego biznesu. W 1984 roku z dwoma wspólnikami założył firmę Przedsiębiorstwo Powierniczo-Konsultingowe Havit GBH. Havit to był skrót od handel, wideo, turystyka. A GBH to inicjały wspólników Gessler, Brzeziński, Hołub.

- Niejaka Jansen, Dunka polskiego pochodzenia, namówiła Adama na biznes z silnikami Diesla - wspomina Roman Rojewski, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "Personel i Zarządzanie", były pracownik Havitu. Jansen załatwiała używane silniki Diesla i sprowadzała je do Polski. Adam brał zaliczki od właścicieli polonezów, którzy chcieli zamontować silnik na ropę. Zarobione pieniądze miały pójść na wielkie plenerowe przedstawienie "Grek Zorba" w reżyserii Adama. Gessler działał z rozmachem. Reklama w ogólnopolskiej prasie, reprezentacyjne biuro w hotelu Polonia, miał nawet wizytówki - ewenement jak na tamte czasy. Pierwszych 15 klientów było zachwyconych.

- Ale następna partia silników to był szmelc. Zostaliśmy oszukani. Zaczęły się schody, bo nie było z czego oddać pieniędzy - wspomina Rojewski. Prawie 300 wystawionych do wiatru klientów wydzwaniało, gdzie są ich silniki. - Jak już któryś dorwał Adama, ten władczym tonem mówił do sekretarki: "Proszę wpisać pana na listę priorytetową". Przez jakiś czas to nawet działało - wspomina były pracownik. W styczniu 1985 roku Adam Gessler opuścił swoje biuro w kajdankach, a firma przestała istnieć. Kłopoty brata musiał załatwić Piotr.

- Ponieważ nie było na pensje, Piotr rozdawał sprzęt biurowy. Ja dostałem wynagrodzenie w postaci białego biurka, walizkowej maszyny do pisania i palmy doniczkowej - dodaje Rojewski. Z więzienia - po prawie trzech miesiącach odsiadki - wyciągnął Adama ojciec poseł. Za kratkami Gessler wymyślił jeszcze biuro matrymonialne oparte na ofertach nagrywanych na wideo. Pieniądze z tego przedsięwzięcia miały pójść na wielki koncert Krystiana Zimermana na Stadionie Dziesięciolecia. - Ojciec wbił mu wreszcie do głowy, że pieniądze zarabia się na karmieniu ludzi nie teatrem i muzyką, ale ciastkami i obiadami. Tak powstał jeden z najsłynniejszych rodów restauracyjnych III RP której wówczas jeszcze nie było, ale której nadejście już czuło się w powietrzu. Kto pierwszy poczuł zmiany, ten wygrał - wspomina były znajomy Gesslerów.

GESSLEROWIE KRĘCĄ LODY

Marcin Kręglicki, obecnie wraz z siostrą Agnieszką właściciel siedmiu restauracji, poczuł klimat na inwestowanie w gastronomię mniej więcej w tym samym czasie co Gesslerowie. - l oni, i my chodziliśmy koło pałacu Błękitnego. My spasowaliśmy, bo tam była za mała kuchnia - wspomina Kręglicki. Gesslerowie zrobili tam restaurację. - Jak kucharz zobaczył kuchnię, to uciekł - wspomina Adam Gessler.

Zaczynali od dwupalnikowej kuchenki na gaz w butlach. Na drzwiach lokalu napisali "Bracia Gessler, nigdy nie zamknięte". - Ale zmieniliśmy to na "...zawsze otwarte", żeby brzmiało bardziej pozytywnie. Jako pierwsi wprowadziliśmy zasadę, że o zamknięciu knajpy decyduje ostatni klient - mówi Adam. Senatorska karmiła nawet 400 gości dziennie. - Adam był mózgiem przedsięwzięcia. Piotrek był od roboty. Taki podział, obustronnie akceptowany, pewnie przetrwałby do dziś, gdyby nie pojawienie się Magdy - wspomina jeden z restauratorów. W 1989 roku Magda Ikonowicz, córka znanego korespondenta PAP, wdowa po korespondencie "Der Spiegel" Volkhartcie Mullerze, przyjechała z Madrytu ze swoim siedmioletnim synem Tadeuszem Mullerem obejrzeć nową Polskę.

- Była zagubiona, załamana i nie bardzo wiedziała, co chce w życiu robić. Po malarstwie czekała ją niepewna przyszłość artystki, a chciała więcej, bo wbrew opowieściom wcale nie pochodziła z bogatego domu - wspomina jej była wspólniczka.

- Po powrocie z Madrytu poszłam ze znajomymi na Senatorską. Adam biegał we fraku pomiędzy stolikami. Zagadywał, prawił komplementy, jak to on. Mnie też próbował zaczarować. Przyznaję, wywarł piorunujące wrażenie. Umówił się ze mną na następny dzień. Przyszłam, ale jego nie było. Był za to Piotr, który robił najlepsze lody w Warszawie. To przez to wspólne kręcenie lodów zakochaliśmy się w sobie - wspomina Magda. Piotr zostawił swoją pierwszą żonę Martę z małym dzieckiem i pojechał w świat za Magdą. - To była druga kobieta, w którą mnie wrobił brat - wspomina po latach Piotr Gessler. - Martę też poznałem dzięki niemu.

Magda weszła w rodzinę taranem i przełamała ją na pół.

ZIEMIA OBIECANA

Po miodowym miesiącu w Madrycie Piotr i Magda wrócili do Polski. Magda, która zwierzyła się kiedyś swojej matce, że jak jest szczęśliwa, to gotuje, a jak nieszczęśliwa, to maluje, wybrała gotowanie w restauracji Piotra i Adama. - Ponieważ Piotrek nie miał rozwodu, jego żona Marta nadal pracowała na Senatorskiej - wspomina Magda.

- Nie ukrywam, że było mi ciężko. Mój syn Mikołaj był alergikiem uczulonym niemal na wszystko, łącznie z marchewką. Nie mogłam tak po prostu rzucić pracy - opowiada Marta Gessler. Atmosfera była gęsta, jednak restauracja przy Senatorskiej przynosiła za duży zysk, żeby ktokolwiek chciał z niej zrezygnować.

Na początku roku 1991 rozegrała się scena niczym z "Ziemi obiecanej" Reymonta.

Obaj bracia i ich wspólnik Leszek Brzeziński poszli na cygaro do Marriottu. Odpalili je jedną zapałką, którą później losowali, jak podzielić trzy lokale, których dorobiła się spółka. Adam wylosował restaurację przy Trębackiej, Piotr Fukiera, a Brzeziński Senatorską. Najlepiej trafił Piotr, najgorzej Adam, bo Trębacką upodobała sobie mafia. - Na moich oczach nadcięli gardło kucharzowi, żeby pokazać, że nie żartują - wspomina Magda Gessler. Ale już kilka tygodni później Adam też miał lokal na Starym Mieście, bo tam byli zagraniczni turyści i prawdziwe kokosy. - Krokodyl to był nocny dancing. Głównym elementem wnętrza była metalowa rura dla striptizerek - wspomina Adam.

Marta poszła własną drogą. Zaczynała skromnie, od mieszania soi na kotleciki w plastikowej wanience swojego syna. - Wtedy Adam podał mi rękę - wspomina obecna właścicielka Qchni Artystycznej w Zamku Ujazdowskim. - Dał mi szansę na sprawdzenie moich przepisów w swoim lokalu przy Rynku Nowego Miasta. Chwyciło. W 1994 roku stworzyłam Qchnię Artystyczną.

POLĘDWICA Z LAWY

Na początku lat 90. Polacy nie mieli pojęcia o światowej kuchni, ale mieli wielkie ciśnienie na światowe życie. Czasy były tak szalone, że wziętymi kucharzami zostawali mechanicy samochodowi, a szefowymi sali byłe fryzjerki. Magda światową kuchnię znała, a na dodatek miała zmysł estetyczny. - Ona pierwsza wyczuła, że klient wyda duże pieniądze, ale chce być traktowany wyjątkowo. Na talerzu ma być nie tylko smacznie, ale i ładnie. Miejsce też ma być ładne, kelnerzy mają być ładni. Ona to wszystko miała - mówi Marcin Kręglicki. - U Fukiera serwowali polędwicę z lawy. Do stolika podawano rozżarzony rożen, kawał polędwicy i zioła. Klient sam tworzył sobie obiad. To był absolutny hit - wspomina Piotr Adamczewski, znawca światowej kuchni. Magda wszystkiego doglądała osobiście, najważniejszych gości sama witała i usadzała.

- Miewaliśmy i 25 tysięcy złotych obrotu dziennie - wspomina Bogdan Kietliński, były pracownik Magdy Gessler, dziś właściciel sopockiej restauracji Trattoria.

Na Rynku Starego Miasta rozpoczął się wielki wyścig rodziny Gesslerów o sławę i pieniądze. - Magda działała niekonwencjonalnie. Jechałyśmy kiedyś pociągiem. Na korytarzu zobaczyła pięciu biznesmenów. Popatrzyła na ich buty i mówi - obcokrajowcy. Po chwili już z nimi rozmawiała, zaprosiła ich do Fukiera. Klienci zaczęli przychodzić dla niej - wspomina Katarzyna Wasilewska, właścicielka warszawskiej restauracji Dom Polski i była szefowa kuchni U Fukiera. Konkurenci się śmiali, że daniem popisowym lokalu stała się Magda Gessler i powinno się ją wpisać do menu. Szybko ją dostrzeżono i zaczęła własnym nazwiskiem firmować lokale innych właścicieli. Pierwszym była Casa Valdemar, hiszpańska restauracja otworzona dla Waldemara Stańczyka. Z Katalonii sprowadziła zdunów, żeby postawili piec, na wystrój lokalu poszły dwie stare stodoły. - Miała gest, ale zdarzały się problemy z płatnością. Nastroje zmieniały się jej jak w kalejdoskopie, potrafiła wyzywać od debili, a za chwilę głaskać po głowie. To było trudne do wytrzymania - opowiada Wasilewska. No i niektórzy nie wytrzymywali. Byli pracownicy zaczęli otwierać konkurencyjne restauracje.

ZAPACH PIENIĘDZY

Lata 1992-1996 to najlepszy czas Gesslerów. Nie zakłócały go nawet kolejne artykuły o tym, że Adam nie płaci czynszu. Magda gościła u siebie Leszka Millera, a restaurację Adama upatrzył sobie Józef Oleksy. Aleksander Kwaśniewski bywał podobno i tu, i tu. Piotr Ikonowicz, brat Magdy i świeżo upieczony poseł II kadencji Sejmu, choć socjalista, wpadał na obiad z kolegami z Sejmu. Magda jak w transie otwierała kolejne restauracje. Villa Hestia, Tsarina, cukiernia Słodki... Słony. Została królową kolorowych pism, udzielała wywiadów i porad kulinarnych. Obsługa restauracji z kamienną twarzą słuchała, gdy szefowa gościom z Niemiec opowiadała, jak kocha ich kraj, Hiszpanom, że niemal się urodziła pod Pirenejami, Włochom, że płynie w niej rzymska krew. - A jak przyjechali Litwini, to wezwała mnie z kuchni i powiedziała, że jestem Litwinką. Moja babka była Litwinką, ale ja Litwy nawet na oczy nie widziałam - opowiada Katarzyna Wasilewska. Ale kuchni Magdy Gessler nie można było zarzucić nic, oprócz wysokich cen. - Magda wychodziła z założenia, że nowa elita potrzebuje miejsca do spotkań. Ceny były skuteczną zaporą dla przypadkowych gości. Wybranym artystom lub dziennikarzom dawała gigantyczne zniżki. Ich obecność w Fukierze napędzała kolejnych gości. Towarzystwo zaczęło się snobować na jadanie tam - opowiada dawny bywalec.

Marta z kolei działała bez medialnego szumu. - Ale z artystowskim zacięciem. Właściwie to ona otworzyła Polakom oczy na zdrową, ale smaczną żywność - mówi Piotr Adamczewski, znawca kuchni. Wysmakowana prostota w stylu zen i dworsko-babciny Fukier to były dwa różne światy, które nie miały szans się ze sobą spotkać.

Tak jak nie spotykały się i nie rozmawiały ze sobą obie panie Gessler. Tym bardziej że 7 listopada 1995 roku Piotr Gessler i Magda Ikonowicz wzięli ślub. Ale dwa lata później prywatny detektyw wynajęty przez Piotra zrobił zdjęcie Magdy w objęciach Mariusza Diakowskiego, studenta, który dorabiał w Fukierze jako kelner. Magda odeszła do kochanka. Wybuchł największy skandal obyczajowy wśród restauratorów III RP.

Od prawie dwóch lat Magda nie jest już z Mariuszem. Ale przy okazji stworzyła nowego restauratora. Mariusz Diakowski to właściciel warszawskich lokali Zielnik i Papu.

GESSLERÓWKA l GESSLERKA

Kłopoty nie ominęły również Adama. Żyłą złota miała być wódka Gesslerówka produkowana ponoć przez któregoś z antenatów. - Adam robił podchody do wysokiej figury w Ministerstwie Rolnictwa, żeby dostać koncesję na produkcję alkoholu. Jak ją zdobył, można się tylko domyślać, żaden bank nie wierzył, że to da się załatwić - wspomina jego były znajomy. Ale pieniędzy na fabrykę wódek Gesslerowi zabrakło. Miał je wyłożyć twórca Banku Staropolskiego Piotr Bykowski. Budowa strasznie się ślimaczyła, bo Bykowski miał już własne problemy.

Adam Gessler postanowił rozkręcać biznes w Kazimierzu nad Wisłą. W kwietniu 1997 roku stanął do przetargu na Esterkę, kultową knajpę i najstarszy hotel w mieście.

Burmistrz Kazimierza Andrzej Szczypa, kiedy słyszy nazwisko Gessler, tylko nerwowo kręci głową. - Pięknie opowiadał i nigdy nie dotrzymywał słowa. A w centrum miasta straszyła ruina - wspomina. U lubelskiego konserwatora zabytków Adam Gessler dorobił się własnego segregatora. - Żeby zacząć prace w Esterce, musiał nam dostarczyć projekty do zaopiniowania. Mieliśmy kilka, ale za żaden nie zapłacił, więc kolejni architekci je wycofywali - wspomina Halina Landecka, wojewódzki konserwator zabytków. Ostatnie biuro architektoniczne naciął pod koniec zeszłego roku na warty prawie 100 tysięcy złotych projekt. - Choć musiał już wiedzieć, że w Esterce nie przebuduje nawet jednej cegły, bo od dawna była zastawiona, a na wykup nie miał pieniędzy - zdradza jeden z wierzycieli Adama.

Gessler dorobił się segregatora również w prokuraturze. - Sprzedaż alkoholu bez zezwolenia, które stracił w 1998 roku. Przywłaszczenie fortepianu na szkodę Filharmonii Pomorskiej. Wyrok w zawieszeniu za składanie fałszywych zeznań. Kolejna sprawa - wprowadzenie notariusza w błąd i doprowadzenie do fikcyjnej umowy na niekorzyść jednej ze spółek należących do Adama G. - wylicza prokurator Piotr Woźniak.

- Oszczerstwa na mój temat to efekt zaufania, które, widzę to teraz wyraźnie, zbyt często okazywałem nieuczciwym ludziom - zapewnia Adam Gessler.

GLORIA DLA WYGRANYCH

Marta Gessler nie może się doczekać wyjazdu do Japonii. Efekty wyprawy można będzie pewnie obejrzeć w Warsztacie Woni, jej autorskiej kwiaciarni. Magda Gessler jeszcze nie zdążyła nacieszyć się swoim ostatnim dzieckiem, restauracją AleGloria, a już pracuje nad jej powiększeniem. - Dla mnie to miejsce pachnie przerostem formy nad treścią. Ale imponuje mi niespożyta energia, która każe Magdzie otwierać kolejne lokale - mówi Piotr Adamczewski. Warszawka już huczy, że we wrześniu Magda uruchamia w centrum stolicy nową restaurację - Gar - jak większość innych nie za swoje pieniądze, ale pod swoim nazwiskiem.

Piotr Gessler od pięciu lat jest z nową partnerką. Usunął się w cień. - Ale myślę, że kiedyś znów wezmę się do robienia lodów, co mi w życiu chyba najlepiej wychodziło.

Adam planuje poukładać sprawy rodzinne z Mateuszem i Michałem Chamcem, przybranym synem swojej drugiej żony, który mieszka w Londynie. Na razie bezwzględnie oddany jest mu tylko 22-letni Adam, jedyne dziecko z małżeństwa z Joanną Sobieską, który spędza całe dnie w Domu Restauracyjnym "Gessler" na Rynku Starego Miasta. - Właściwie to on prowadzi ten biznes - mówi ojciec. Sam ma już nowe plany. - To tajemnica, ale niebawem nastąpi rzecz wielka, do której zmierzałem przez 20 lat swojego życia. Na Krakowskim Przedmieściu zamierzam otworzyć restaurację, która będzie ukoronowaniem mojego kunsztu - mówi. I chyba nawet w to wierzy.

Juliusz Ćwieluch Zaklęte rewiry Gesslerów

Przekrój - 13/2006


Rodzina jak z filmu Viscontiego. Miłość miesza się ze zdradą, pieniądze z oszustwami. A wszystko bulgocze w sosie wyśmienitej kuchni

Głośny skandal z odebraniem Adamowi Gesslerowi Domu Restauracyjnego na warszawskiej Starówce to w zasadzie kwestia czasu. l to najbliższego. Dług restauratora wobec miasta sięga już 16 milionów złotych. Jak obliczają miejscy urzędnicy, można by za to wybudować jedną czwartą małej stacji metra. Na razie nie znalazł się komornik zdolny odzyskać choć setną część tej kwoty. Nikomu też nie udało się eksmitować najemcy, który ostatni czynsz zapłacił jakieś 13 lat temu. Próbowano różnych metod, łącznie z odcięciem wody i prądu.

- Formalnie pan Gessler nie posiada żadnego majątku. Kiedy próbowaliśmy zająć meble w restauracji, okazało się, że one również nie należą do niego, a jedynie je dzierżawi - mówi Krzysztof Wojdak, dyrektor Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami w dzielnicy Śródmieście.

- To nie ja miastu, ale miasto mnie jest winne pieniądze. I to nie 16, ale 20 milionów złotych za te wszystkie remonty, które przeprowadziłem - odpiera zarzuty Adam Gessler.

Niedawno skarbówka wygrała w sądzie sprawę o wyegzekwowanie od Adama 400 tysięcy niezapłaconego podatku. Nad wpływowym niegdyś restauratorem gromadzą się coraz czarniejsze chmury. Odwrócili się od niego prawnicy, których wystawił do wiatru. Z firmy odszedł jeden z synów, zrażony oszustwami ojca. - Adam to płotka, ale dobrze wyreżyserowana. Maska powoli spada i niedługo się za niego wezmą - mówi jego były wspólnik.

Ale nawet jeśli upadek będzie głośny i spektakularny, to warszawska śmietanka nadal będzie zabijała się o stolik u Magdy Gessler, a gospodynie domowe wyczarowywać będą dania według gazetowych porad Marty Gessler.

Bo Gessler to już coś więcej niż pojedynczy człowiek. To marka nie gorsza niż Blikle czy Wedel.

PADRE ZBIGNIEW

Historia rodziny Gesslerów to opowieść o polskim restauratorstwie i jego zaklętych rewirach. Założyciel rodu Zbigniew Gessler jeszcze przed wojną jako 19-latek sprowadził się z matką do Warszawy. - Dziadek został w Łodzi, miał tam firmę produkującą dziecięce wózki i rowery - opowiada Piotr Gessler, syn Zbigniewa, który po wojnie otworzył w Warszawie cukiernię.

- Umiał sięgać po pomoc wszędzie, gdzie można ją było uzyskać, czyli najlepiej do władzy. Jako prywatna inicjatywa nie miał szans we wszechwładnej PZPR, więc karierę robił w Stronnictwie Demokratycznym - wspomina jeden z dawnych działaczy SD. Zbigniew interesu doglądał osobiście do ostatnich swoich dni. Nawet gdy w 1985 roku został posłem na Sejm. Wstawał rano, zagniatał ciasto, potem przebierał się w garnitur, szedł do Sejmu i wieczorem wracał do zakładu. - Pan Zbigniew potrafił łączyć interes własny z dobrem społecznym. Był uczciwy, ale zaradny. Rodzina była u niego na pierwszym miejscu - opowiada inny działacz SD, Krzysztof Piotrowicz.

- Ale kiedy nie chciał, żebym pojechał za Magdą do Madrytu, poszedł do Kiszczaka, żeby odebrali mi paszport - wspomina jego syn Piotr. Ojciec sprawy nie załatwił na czas, a wejście do rodziny Magdy Ikonowicz było dla niego zadrą do końca życia. W 2001 roku na 80. urodzinach głowy rodu pojawili się obaj synowie Piotr i Adam, ich byłe i obecne żony, wnuczęta, koledzy z SD, cukiernicy z rodzinami. Brakowało tylko Magdy, ale za to była jej córka Lara, ukochana wnuczka. - Było jak na włoskim filmie. Mój francuski mąż nie mógł w to uwierzyć. A mnie się podobało. Wzniosłam toast za byłe, obecne i przyszłe żony Gesslerów - wspomina Joanna Roqueblave, pierwsza żona Adama Gesslera. Nestorowi, który po śmierci żony Joanny ponownie się ożenił, toast musiał się spodobać. Jego śmierć przed dwoma laty jeszcze mocniej podzieliła liczny ród, bo po zmarłym został spadek.

REŻYSER O MASOWYM ODDZIAŁYWANIU

Mało brakowało, a nazwisko Gessler kojarzyłoby się bardziej ze sztuką niż z kulinariami. Joanna Gessler z wykształcenia była malarką. Na synów wywarła ogromny wpływ, mimo że gruźlica zabrała ją już w 1972 roku. Umierała wśród róż, które wymalowała na ścianach sanatoryjnego pokoju. Adam też chciał być artystą, ale sceny. Ojciec kręcił nosem, zgodził się jednak, bo gwarantem ciągłości interesu był młodszy syn Piotr, cukiernik z zamiłowania.

- Adam dostał się do szkoły teatralnej za pierwszym razem. Już na drugim roku Hanuszkiewicz zaproponował mu granie w Narodowym. To nie spodobało się na uczelni i musiał odejść - wspomina Piotr. Z czasem Adam zrezygnował również z grania. - Mnie interesowała reżyseria o masowym oddziaływaniu. Wielki, romantyczny teatr - tłumaczy niedoszły aktor.

- Adam potrafi zaczarować ludzi. Zawsze powie ci to, co chciałbyś usłyszeć, i prawie nigdy nie dotrzyma słowa. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam - wspomina Joanna Roqueblave, pierwsza żona Adama. Poznali się w 1979 roku w Katowicach, gdzie właśnie otwarto szkołę filmową. Ona była na wydziale operatorskim, on na organizacji produkcji. Zbliżyła ich niechęć do Katowic i tłok w pociągach. 31 lipca 1980 roku urodził się ich syn Mateusz, pierwszy wnuk Zbigniewa i - jak pokazało życie - kolejny restaurator w tym rodzie. Ale nim poczuł gastronomicznego bakcyla, musiał przejść przez rozwód rodziców, wyjazd do Francji w wieku trzech lat i powrót do Polski 19 lat później, krótkie i nieudane zawodowe zetknięcie z Magdą Gessler i dłuższą, ale jeszcze mniej owocną współpracę z ojcem. - Mój ojciec stworzył coś wielkiego i sam to zarżnął. Mnie wychowano tak, że ludziom się płaci, bo inaczej nie można od nich wymagać - mówi Mateusz Gessler. Od siedmiu miesięcy działa na własny rachunek. Dla Michała Milowicza prowadzi restaurację Maska i idzie mu nieźle. Oczkiem w głowie Mateusza jest roczny synek Franek. - Kto wie, może rośnie kolejne pokolenie restauratorów? - mówi tata Franka.

LISTA PRIORYTETOWA

Dzisiejszych kłopotów może by nie było, gdyby Adam Gessler wyciągnął wnioski ze swojego pierwszego biznesu. W 1984 roku z dwoma wspólnikami założył firmę Przedsiębiorstwo Powierniczo-Konsultingowe Havit GBH. Havit to był skrót od handel, wideo, turystyka. A GBH to inicjały wspólników Gessler, Brzeziński, Hołub.

- Niejaka Jansen, Dunka polskiego pochodzenia, namówiła Adama na biznes z silnikami Diesla - wspomina Roman Rojewski, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "Personel i Zarządzanie", były pracownik Havitu. Jansen załatwiała używane silniki Diesla i sprowadzała je do Polski. Adam brał zaliczki od właścicieli polonezów, którzy chcieli zamontować silnik na ropę. Zarobione pieniądze miały pójść na wielkie plenerowe przedstawienie "Grek Zorba" w reżyserii Adama. Gessler działał z rozmachem. Reklama w ogólnopolskiej prasie, reprezentacyjne biuro w hotelu Polonia, miał nawet wizytówki - ewenement jak na tamte czasy. Pierwszych 15 klientów było zachwyconych.

- Ale następna partia silników to był szmelc. Zostaliśmy oszukani. Zaczęły się schody, bo nie było z czego oddać pieniędzy - wspomina Rojewski. Prawie 300 wystawionych do wiatru klientów wydzwaniało, gdzie są ich silniki. - Jak już któryś dorwał Adama, ten władczym tonem mówił do sekretarki: "Proszę wpisać pana na listę priorytetową". Przez jakiś czas to nawet działało - wspomina były pracownik. W styczniu 1985 roku Adam Gessler opuścił swoje biuro w kajdankach, a firma przestała istnieć. Kłopoty brata musiał załatwić Piotr.

- Ponieważ nie było na pensje, Piotr rozdawał sprzęt biurowy. Ja dostałem wynagrodzenie w postaci białego biurka, walizkowej maszyny do pisania i palmy doniczkowej - dodaje Rojewski. Z więzienia - po prawie trzech miesiącach odsiadki - wyciągnął Adama ojciec poseł. Za kratkami Gessler wymyślił jeszcze biuro matrymonialne oparte na ofertach nagrywanych na wideo. Pieniądze z tego przedsięwzięcia miały pójść na wielki koncert Krystiana Zimermana na Stadionie Dziesięciolecia. - Ojciec wbił mu wreszcie do głowy, że pieniądze zarabia się na karmieniu ludzi nie teatrem i muzyką, ale ciastkami i obiadami. Tak powstał jeden z najsłynniejszych rodów restauracyjnych III RP której wówczas jeszcze nie było, ale której nadejście już czuło się w powietrzu. Kto pierwszy poczuł zmiany, ten wygrał - wspomina były znajomy Gesslerów.

GESSLEROWIE KRĘCĄ LODY

Marcin Kręglicki, obecnie wraz z siostrą Agnieszką właściciel siedmiu restauracji, poczuł klimat na inwestowanie w gastronomię mniej więcej w tym samym czasie co Gesslerowie. - l oni, i my chodziliśmy koło pałacu Błękitnego. My spasowaliśmy, bo tam była za mała kuchnia - wspomina Kręglicki. Gesslerowie zrobili tam restaurację. - Jak kucharz zobaczył kuchnię, to uciekł - wspomina Adam Gessler.

Zaczynali od dwupalnikowej kuchenki na gaz w butlach. Na drzwiach lokalu napisali "Bracia Gessler, nigdy nie zamknięte". - Ale zmieniliśmy to na "...zawsze otwarte", żeby brzmiało bardziej pozytywnie. Jako pierwsi wprowadziliśmy zasadę, że o zamknięciu knajpy decyduje ostatni klient - mówi Adam. Senatorska karmiła nawet 400 gości dziennie. - Adam był mózgiem przedsięwzięcia. Piotrek był od roboty. Taki podział, obustronnie akceptowany, pewnie przetrwałby do dziś, gdyby nie pojawienie się Magdy - wspomina jeden z restauratorów. W 1989 roku Magda Ikonowicz, córka znanego korespondenta PAP, wdowa po korespondencie "Der Spiegel" Volkhartcie Mullerze, przyjechała z Madrytu ze swoim siedmioletnim synem Tadeuszem Mullerem obejrzeć nową Polskę.

- Była zagubiona, załamana i nie bardzo wiedziała, co chce w życiu robić. Po malarstwie czekała ją niepewna przyszłość artystki, a chciała więcej, bo wbrew opowieściom wcale nie pochodziła z bogatego domu - wspomina jej była wspólniczka.

- Po powrocie z Madrytu poszłam ze znajomymi na Senatorską. Adam biegał we fraku pomiędzy stolikami. Zagadywał, prawił komplementy, jak to on. Mnie też próbował zaczarować. Przyznaję, wywarł piorunujące wrażenie. Umówił się ze mną na następny dzień. Przyszłam, ale jego nie było. Był za to Piotr, który robił najlepsze lody w Warszawie. To przez to wspólne kręcenie lodów zakochaliśmy się w sobie - wspomina Magda. Piotr zostawił swoją pierwszą żonę Martę z małym dzieckiem i pojechał w świat za Magdą. - To była druga kobieta, w którą mnie wrobił brat - wspomina po latach Piotr Gessler. - Martę też poznałem dzięki niemu.

Magda weszła w rodzinę taranem i przełamała ją na pół.

ZIEMIA OBIECANA

Po miodowym miesiącu w Madrycie Piotr i Magda wrócili do Polski. Magda, która zwierzyła się kiedyś swojej matce, że jak jest szczęśliwa, to gotuje, a jak nieszczęśliwa, to maluje, wybrała gotowanie w restauracji Piotra i Adama. - Ponieważ Piotrek nie miał rozwodu, jego żona Marta nadal pracowała na Senatorskiej - wspomina Magda.

- Nie ukrywam, że było mi ciężko. Mój syn Mikołaj był alergikiem uczulonym niemal na wszystko, łącznie z marchewką. Nie mogłam tak po prostu rzucić pracy - opowiada Marta Gessler. Atmosfera była gęsta, jednak restauracja przy Senatorskiej przynosiła za duży zysk, żeby ktokolwiek chciał z niej zrezygnować.

Na początku roku 1991 rozegrała się scena niczym z "Ziemi obiecanej" Reymonta.

Obaj bracia i ich wspólnik Leszek Brzeziński poszli na cygaro do Marriottu. Odpalili je jedną zapałką, którą później losowali, jak podzielić trzy lokale, których dorobiła się spółka. Adam wylosował restaurację przy Trębackiej, Piotr Fukiera, a Brzeziński Senatorską. Najlepiej trafił Piotr, najgorzej Adam, bo Trębacką upodobała sobie mafia. - Na moich oczach nadcięli gardło kucharzowi, żeby pokazać, że nie żartują - wspomina Magda Gessler. Ale już kilka tygodni później Adam też miał lokal na Starym Mieście, bo tam byli zagraniczni turyści i prawdziwe kokosy. - Krokodyl to był nocny dancing. Głównym elementem wnętrza była metalowa rura dla striptizerek - wspomina Adam.

Marta poszła własną drogą. Zaczynała skromnie, od mieszania soi na kotleciki w plastikowej wanience swojego syna. - Wtedy Adam podał mi rękę - wspomina obecna właścicielka Qchni Artystycznej w Zamku Ujazdowskim. - Dał mi szansę na sprawdzenie moich przepisów w swoim lokalu przy Rynku Nowego Miasta. Chwyciło. W 1994 roku stworzyłam Qchnię Artystyczną.

POLĘDWICA Z LAWY

Na początku lat 90. Polacy nie mieli pojęcia o światowej kuchni, ale mieli wielkie ciśnienie na światowe życie. Czasy były tak szalone, że wziętymi kucharzami zostawali mechanicy samochodowi, a szefowymi sali byłe fryzjerki. Magda światową kuchnię znała, a na dodatek miała zmysł estetyczny. - Ona pierwsza wyczuła, że klient wyda duże pieniądze, ale chce być traktowany wyjątkowo. Na talerzu ma być nie tylko smacznie, ale i ładnie. Miejsce też ma być ładne, kelnerzy mają być ładni. Ona to wszystko miała - mówi Marcin Kręglicki. - U Fukiera serwowali polędwicę z lawy. Do stolika podawano rozżarzony rożen, kawał polędwicy i zioła. Klient sam tworzył sobie obiad. To był absolutny hit - wspomina Piotr Adamczewski, znawca światowej kuchni. Magda wszystkiego doglądała osobiście, najważniejszych gości sama witała i usadzała.

- Miewaliśmy i 25 tysięcy złotych obrotu dziennie - wspomina Bogdan Kietliński, były pracownik Magdy Gessler, dziś właściciel sopockiej restauracji Trattoria.

Na Rynku Starego Miasta rozpoczął się wielki wyścig rodziny Gesslerów o sławę i pieniądze. - Magda działała niekonwencjonalnie. Jechałyśmy kiedyś pociągiem. Na korytarzu zobaczyła pięciu biznesmenów. Popatrzyła na ich buty i mówi - obcokrajowcy. Po chwili już z nimi rozmawiała, zaprosiła ich do Fukiera. Klienci zaczęli przychodzić dla niej - wspomina Katarzyna Wasilewska, właścicielka warszawskiej restauracji Dom Polski i była szefowa kuchni U Fukiera. Konkurenci się śmiali, że daniem popisowym lokalu stała się Magda Gessler i powinno się ją wpisać do menu. Szybko ją dostrzeżono i zaczęła własnym nazwiskiem firmować lokale innych właścicieli. Pierwszym była Casa Valdemar, hiszpańska restauracja otworzona dla Waldemara Stańczyka. Z Katalonii sprowadziła zdunów, żeby postawili piec, na wystrój lokalu poszły dwie stare stodoły. - Miała gest, ale zdarzały się problemy z płatnością. Nastroje zmieniały się jej jak w kalejdoskopie, potrafiła wyzywać od debili, a za chwilę głaskać po głowie. To było trudne do wytrzymania - opowiada Wasilewska. No i niektórzy nie wytrzymywali. Byli pracownicy zaczęli otwierać konkurencyjne restauracje.

ZAPACH PIENIĘDZY

Lata 1992-1996 to najlepszy czas Gesslerów. Nie zakłócały go nawet kolejne artykuły o tym, że Adam nie płaci czynszu. Magda gościła u siebie Leszka Millera, a restaurację Adama upatrzył sobie Józef Oleksy. Aleksander Kwaśniewski bywał podobno i tu, i tu. Piotr Ikonowicz, brat Magdy i świeżo upieczony poseł II kadencji Sejmu, choć socjalista, wpadał na obiad z kolegami z Sejmu. Magda jak w transie otwierała kolejne restauracje. Villa Hestia, Tsarina, cukiernia Słodki... Słony. Została królową kolorowych pism, udzielała wywiadów i porad kulinarnych. Obsługa restauracji z kamienną twarzą słuchała, gdy szefowa gościom z Niemiec opowiadała, jak kocha ich kraj, Hiszpanom, że niemal się urodziła pod Pirenejami, Włochom, że płynie w niej rzymska krew. - A jak przyjechali Litwini, to wezwała mnie z kuchni i powiedziała, że jestem Litwinką. Moja babka była Litwinką, ale ja Litwy nawet na oczy nie widziałam - opowiada Katarzyna Wasilewska. Ale kuchni Magdy Gessler nie można było zarzucić nic, oprócz wysokich cen. - Magda wychodziła z założenia, że nowa elita potrzebuje miejsca do spotkań. Ceny były skuteczną zaporą dla przypadkowych gości. Wybranym artystom lub dziennikarzom dawała gigantyczne zniżki. Ich obecność w Fukierze napędzała kolejnych gości. Towarzystwo zaczęło się snobować na jadanie tam - opowiada dawny bywalec.

Marta z kolei działała bez medialnego szumu. - Ale z artystowskim zacięciem. Właściwie to ona otworzyła Polakom oczy na zdrową, ale smaczną żywność - mówi Piotr Adamczewski, znawca kuchni. Wysmakowana prostota w stylu zen i dworsko-babciny Fukier to były dwa różne światy, które nie miały szans się ze sobą spotkać.

Tak jak nie spotykały się i nie rozmawiały ze sobą obie panie Gessler. Tym bardziej że 7 listopada 1995 roku Piotr Gessler i Magda Ikonowicz wzięli ślub. Ale dwa lata później prywatny detektyw wynajęty przez Piotra zrobił zdjęcie Magdy w objęciach Mariusza Diakowskiego, studenta, który dorabiał w Fukierze jako kelner. Magda odeszła do kochanka. Wybuchł największy skandal obyczajowy wśród restauratorów III RP.

Od prawie dwóch lat Magda nie jest już z Mariuszem. Ale przy okazji stworzyła nowego restauratora. Mariusz Diakowski to właściciel warszawskich lokali Zielnik i Papu.

GESSLERÓWKA l GESSLERKA

Kłopoty nie ominęły również Adama. Żyłą złota miała być wódka Gesslerówka produkowana ponoć przez któregoś z antenatów. - Adam robił podchody do wysokiej figury w Ministerstwie Rolnictwa, żeby dostać koncesję na produkcję alkoholu. Jak ją zdobył, można się tylko domyślać, żaden bank nie wierzył, że to da się załatwić - wspomina jego były znajomy. Ale pieniędzy na fabrykę wódek Gesslerowi zabrakło. Miał je wyłożyć twórca Banku Staropolskiego Piotr Bykowski. Budowa strasznie się ślimaczyła, bo Bykowski miał już własne problemy.

Adam Gessler postanowił rozkręcać biznes w Kazimierzu nad Wisłą. W kwietniu 1997 roku stanął do przetargu na Esterkę, kultową knajpę i najstarszy hotel w mieście.

Burmistrz Kazimierza Andrzej Szczypa, kiedy słyszy nazwisko Gessler, tylko nerwowo kręci głową. - Pięknie opowiadał i nigdy nie dotrzymywał słowa. A w centrum miasta straszyła ruina - wspomina. U lubelskiego konserwatora zabytków Adam Gessler dorobił się własnego segregatora. - Żeby zacząć prace w Esterce, musiał nam dostarczyć projekty do zaopiniowania. Mieliśmy kilka, ale za żaden nie zapłacił, więc kolejni architekci je wycofywali - wspomina Halina Landecka, wojewódzki konserwator zabytków. Ostatnie biuro architektoniczne naciął pod koniec zeszłego roku na warty prawie 100 tysięcy złotych projekt. - Choć musiał już wiedzieć, że w Esterce nie przebuduje nawet jednej cegły, bo od dawna była zastawiona, a na wykup nie miał pieniędzy - zdradza jeden z wierzycieli Adama.

Gessler dorobił się segregatora również w prokuraturze. - Sprzedaż alkoholu bez zezwolenia, które stracił w 1998 roku. Przywłaszczenie fortepianu na szkodę Filharmonii Pomorskiej. Wyrok w zawieszeniu za składanie fałszywych zeznań. Kolejna sprawa - wprowadzenie notariusza w błąd i doprowadzenie do fikcyjnej umowy na niekorzyść jednej ze spółek należących do Adama G. - wylicza prokurator Piotr Woźniak.

- Oszczerstwa na mój temat to efekt zaufania, które, widzę to teraz wyraźnie, zbyt często okazywałem nieuczciwym ludziom - zapewnia Adam Gessler.

GLORIA DLA WYGRANYCH

Marta Gessler nie może się doczekać wyjazdu do Japonii. Efekty wyprawy można będzie pewnie obejrzeć w Warsztacie Woni, jej autorskiej kwiaciarni. Magda Gessler jeszcze nie zdążyła nacieszyć się swoim ostatnim dzieckiem, restauracją AleGloria, a już pracuje nad jej powiększeniem. - Dla mnie to miejsce pachnie przerostem formy nad treścią. Ale imponuje mi niespożyta energia, która każe Magdzie otwierać kolejne lokale - mówi Piotr Adamczewski. Warszawka już huczy, że we wrześniu Magda uruchamia w centrum stolicy nową restaurację - Gar - jak większość innych nie za swoje pieniądze, ale pod swoim nazwiskiem.

Piotr Gessler od pięciu lat jest z nową partnerką. Usunął się w cień. - Ale myślę, że kiedyś znów wezmę się do robienia lodów, co mi w życiu chyba najlepiej wychodziło.

Adam planuje poukładać sprawy rodzinne z Mateuszem i Michałem Chamcem, przybranym synem swojej drugiej żony, który mieszka w Londynie. Na razie bezwzględnie oddany jest mu tylko 22-letni Adam, jedyne dziecko z małżeństwa z Joanną Sobieską, który spędza całe dnie w Domu Restauracyjnym "Gessler" na Rynku Starego Miasta. - Właściwie to on prowadzi ten biznes - mówi ojciec. Sam ma już nowe plany. - To tajemnica, ale niebawem nastąpi rzecz wielka, do której zmierzałem przez 20 lat swojego życia. Na Krakowskim Przedmieściu zamierzam otworzyć restaurację, która będzie ukoronowaniem mojego kunsztu - mówi. I chyba nawet w to wierzy.

poniedziałek, 6 września 2010

Stop Nierzetelni. Poszkodowani przez Jaworowicz zakładają stowarzyszenie

AGKO
2010-09-06, ostatnia aktualizacja 2010-09-06 12:57

Bohaterowie programu "Sprawa dla reportera" zarzucają Elżbiecie Jaworowicz: manipulację, nierzetelność, brak obiektywizmu. Do TVP wysłali już prośbę, by na pasku na dole ekranu podczas emisji jej programu szedł napis: "Osoby wypowiadające się w "Sprawie dla reportera" robią to na własne ryzyko i mogą za swoje słowa odpowiedzieć przed sądem" - donosi "Newsweek".

Elżbieta Jaworowicz
kapif
Elżbieta Jaworowicz
Elżbieta Jaworowicz to legenda. Jej program "Sprawa dla reportera" już 24 lata nie schodzi z telewizyjnej Jedynki. Ona - odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi przez byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, zdobywczyni czterech Telekamer i Wiktora. Dziś posądzana o manipulację, wypaczanie faktów, brak obiektywizmu. Przez bohaterów swoich programów. Jej programy od lat mają ten sam sznyt: poszkodowani, skrzywdzeni ludzie walczą z wymiarem sprawiedliwości, nieuczciwym deweloperem czy bezduszną władzą. Teraz, niektórzy z nich, postanowili walczyć w sądzie z prowadzącą program. W Jeleniej Górze na Dolnym Śląsku kilkanaście osób czuje się skrzywdzonych przez Jaworowicz. Według "Newsweeka" to osoby, które od lat prosiły, by w "Sprawie dla reportera" pokazano ich przypadek: zostali oszukani przez Bogusława K. Miał wybudować mieszkania, oni wpłacili mu pieniądzem domy nie powstały. Program też nie, bo Bogusław K. w programie do tej pory występował jako biznesmen o nieposzlakowanej opinii. Z czasem stał się ekspertem.

Pretensję do Jaworowicz ma też Janusz Rawczuk. Bo Jaworowicz przedstawiła go jako alkoholika, sutenera, który swoją teściową, byłą żonę i córkę pozbawia dachu nad głową, bo musi spłacić swoje kilkunastomilionowe długi - przytacza jego historię "Newsweek". I pyta: Czego nie można się z programu dowiedzieć? - Tego, że żadna z kobiet, ani była żona, ani corka, nie traci dachu nad głową, bo jego eksżona jest bogatą bizneswoman, właścicielką dużej, znanej w mieście restauracji i okazałej willi - czytamy w tygodniku.

Skrzywdzonych jest więcej. Olga Chobot jako pierwsza postanowiła walczyć. Chciała, by Jaworowicz pokazała jak ciężko dojść praw w sądach i prokuraturze po konflikcie ze wspólniczką biznesową. Ale w "Sprawie dla reportera" o tym nie było. Było o samym konflikcie, który spowodował, że Olga straciła męża, wpadła w kłopoty finansowe i w każdej chwili mogła stracić dom. Wspólniczki Olgi w nagraniu nie było. Za to po programie podała Olgę do sądu, by ta przeprosiła za to, co mówiła w telewizji. Sprawę wygrała. A dla Jaworowicz stała się nagle natrętem - pisze Newsweek. Kobieta zaczęła szukać osób z podobnymi doświadczeniami. Tak powstało stowarzyszenie Stop Nierzetelni. "Fenomen polega na tym, że wśród nich są nie tylko ci, którzy zostali pokazani jako krzywdzący i twierdzą, że niesprawiedliwie, lecz także skrzywdzeni - ci, których Jaworowicz miała bronić. Lub skrzywdzeni przez ludzi przez nią w programie wychwalanych" - opisuje ich dziennikarz tygodnia.

Rada Etyki Mediów rozpatrzyła pierwsze skargi. Dwie uznała za zasadne. W obu przypadkach sposób realizacji programu uznała za nieobiektywny, niezgodny z podstawowymi standardami dziennikarskimi i etyką zawodową. Kolejne skargi sa rozpatrywane.

Pierwsza oficjalna rysa na wizerunku Jaworowicz pojawiła się dwa lata temu Krakowscy dziennikarze przyznali jej reporterską Antynagrodę Dziennikarzy. Za program o kamienicy przy ul. Szerokiej 12 w Krakowie. Jaworowicz tropiła w nim układ urzędniczo- prokuratorsko- policyjny, który niszczył właściciela kamienicy. W tym czasie prasa krakowska donosiła, że budynek przy Szarej 12 to rażąca samowola budowlana, burząca architektoniczny ład miejsca wpisanego na listę zabytków UNESCO.

Jaworowicz nie chciała rozmawiać z "Newsweekiem".

Źródło: Gazeta Wyborcza


Więcej... http://wyborcza.pl/1,75248,8340535,Stop_Nierzetelni__Poszkodowani_przez_Jaworowicz_zakladaja.html#ixzz0ymX6YMlx

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Rewolwerowiec z polskiego ciemnogrodu

Wojciech Wybranowski 01-06-2009, ostatnia aktualizacja 01-06-2009 02:21

13 lat temu jego program z telewizji publicznej usunęli postkomuniści. Dziś zawieszają go ci, którzy kiedyś bili brawo na zlotach ciemnogrodu

Wojciech Cejrowski  odbył ponad  30 podróży do Ameryki Łacińskiej. W Polsce rozpropagował picie yerba mate. Ludzie, którzy się z nim zetknęli, mówią, że jest jak ten napój  z ostrokrzewu paragwajskiego: bywa gorzki  i cierpki,  ale pobudza  do myślenia
autor zdjęcia: Bartosz Siedlik
źródło: Fotorzepa
Wojciech Cejrowski odbył ponad 30 podróży do Ameryki Łacińskiej. W Polsce rozpropagował picie yerba mate. Ludzie, którzy się z nim zetknęli, mówią, że jest jak ten napój z ostrokrzewu paragwajskiego: bywa gorzki i cierpki, ale pobudza do myślenia

Autor emitowanego w TVP 1 programu „WC Kwadrans” w latach 1994 – 1996 rozpalał emocje widzów do białości. Lewica domagała się, by ówczesny szef telewizji publicznej Wiesław Walendziak zdjął program z anteny. Prawica broniła go jak niepodległości.

– Dokonał przełomu wśród ludzi. Bo przecież w połowie lat 90. w mediach trwała ostra walka z wartościami prawicowymi. A Cejrowski potrafił ich publicznie bronić – mówi „Rz” Marek Jurek, były przewodniczący KRRiT.

Cejrowskiego i jego program popierali sympatycy prawicy bez względu na barwy partyjne. A kiedy ostatecznie w 1996 roku pod naciskiem postkomunistów program spadł z anteny, młodzi prawicowcy demonstrowali poparcie dla pierwszego kowboja RP, tłumnie przybywając na organizowany przez Cejrowskiego zlot ciemnogrodu w Osieku na Kociewiu. Wśród nich był Piotr Farfał: wówczas działacz Narodowego Odrodzenia Polski, dziś prezes TVP.

13 lat później, w maju 2009 roku, program Cejrowskiego „Boso przez świat” znika z anteny telewizji publicznej na rozkaz Farfała. I znów decyzja miała podtekst polityczny. Dziennikarz wystąpił bowiem w reklamówce wyborczej Marka Jurka, teraz lidera Prawicy Rzeczypospolitej. Cejrowski decyzji nie żałuje. – W obronie życia warto stracić własne. Cóż więc znaczy program telewizyjny, jeśli zabijane są tysiące nienarodzonych dzieci – powiedział „Rz”. I tłumaczył, że nie chodziło mu o wspieranie jakiejś partii, tylko o pomoc człowiekowi, który walczy o wartości bliskie i jego sercu.

Boso, ale w ostrogach

„(...) Kiedy święty Tomasz nasycił usta, Indianka nalała najpierw sobie – bo to ona była gospodarzem ceremonii. Poza tym niektórzy uważają, że pierwszy napar jest niesmaczny, więc nie wypada go podawać innym. Argentyńczycy ściągają go do buzi, a następnie wypluwają na ziemię. Łykają dopiero drugi, a nawet trzeci (...)”

– tak rytuał picia yerba mate opisuje Cejrowski w książce „Gringo wśród dzikich plemion”.

On sam, jak uważają ludzie, którzy się z nim zetknęli, jest niczym rozpropagowany przez niego napar z ostrokrzewu paragwajskiego: bywa gorzki i cierpki, niektórzy po splunięciu już nigdy doń nie wracają, ale jak yerba pobudza do myślenia.

– Jego mocno prawicowe poglądy są zaprzeczeniem twierdzenia, że podróże kształcą – mówi „Rz” Kuba Wojewódzki, showman TVN.

– Gdyby nie było Cejrowskiego, czegoś by w przestrzeni publicznej zabrakło – twierdzi Maciej Eckardt, wicemarszałek województwa kujawsko-pomorskiego, kiedyś uczestnik organizowanych przez dziennikarza zlotów ciemnogrodu.

Urodzony w 1964 roku Wojciech Cejrowski zadebiutował w mediach w 1992 r. w programie „Non stop Kolor” w TVP 2 u boku Wojciecha Manna. Sławę przyniósł mu wspominany już „WC Kwadrans”.

„Nie prawica, nie liberał ani żaden faszysta, kowboj Cza Cza to normalny komunista”

Nie prawica, nie liberał ani żaden faszysta, kowboj Cza Cza to normalny komunista – śpiewał o Cejrowskim Kazik Staszewski

– krytykował go Kazik Staszewski w utworze „12 groszy”. Od tamtego czasu Cejrowski stał się człowiekiem instytucją: wziął udział jako gość, autor i współautor w wielu telewizyjnych audycjach, napisał wiele książek, przemierzył szmat świata. I choć zwykle odcinał się od establishmentu, to w jego karierze nie brakowało epizodów zaskakujących jak na prawicowego komentatora: talk-show „Piękna i bestia” w duecie z Alicją Resich-Modlińską (RTL 7) czy program „Po mojemu” w TVN Style. Po latach widzom mniej kojarzy się jednak z satyrą polityczną, a bardziej z podróżami, głównie do Ameryki Południowej. Odbył ich ponad 30. Niektóre opisał w książkach. W styczniu 2008 r. ogłosił, że zrzeka się polskiego obywatelstwa i przyjmuje ekwadorskie. „Unia Europejska jest źle zarządzana. Co z tym zrobić, nie wiem i gucio mnie to obchodzi, bo ja akurat do Unii wstępować nie mam zamiaru” – napisał w książce „Sól do oka”. Czy rzeczywiście jest obywatelem Ekwadoru, do dziś nie wiadomo.

Od stycznia 2007 r. prowadził w TVP program podróżniczy „Boso przez świat”, a w radiowej Trójce „Audycję podzwrotnikową”. Oba programy zostały zawieszone na czas trwania kampanii wyborczej do europarlamentu. – Decyzja o cofnięciu emisji (wyprodukowanego) programu jest działaniem na szkodę spółki TVP SA, ponieważ każdy odcinek generuje dla tej spółki duże koszty. A spółka cały czas jęczy z powodu braku pieniędzy – komentował Cejrowski dla portalu Fronda. pl.

Konno na Kociewie

Pisarz, podróżnik, fotograf, dziennikarz sześciokrotnie nominowany do nagrody telewizyjnego Wiktora. Jaki naprawdę jest Wojciech Cejrowski?

– Ma olbrzymi dar przyciągania zupełnie zwyczajnych ludzi, takich, którzy na co dzień nie funkcjonują w życiu publicznym, ale którzy czują się dobrze w atmosferze, jaką potrafi wytworzyć – mówi „Rz” Piotr Lisiewicz, dziennikarz „Gazety Polskiej”, który w latach 90. jeździł na zloty ciemnogrodu.

Był wówczas szefem poznańskiej grupy happeningowej „Naszość”.

– Obok młodych, przyszłych polityków, olbrzymia część bawiących się na zlocie to byli mieszkańcy okolicznych wsi, zwykli kociewiacy, którzy przyszli posłuchać dyskusji, muzyki, napić się piwa. I co roku wracali na te spotkania – wspomina Lisiewicz.

Do 1996 r. określenie „ciemnogród” używane było w publicznej dyskusji jako obelga pod adresem zwolenników prawicy i tradycyjnych wartości.

Zmieniło się to, gdy w 1996 r. Cejrowski zorganizował w Osieku imprezę pod demonstracyjną nazwą zlot ciemnogrodu. Przybyło kilka tysięcy ludzi, głównie młodych, a sam Cejrowski przyjechał konno, przebrany za amerykańskiego poganiacza bydła. To wtedy przylgnęło do niego miano: pierwszy kowboj RP.

– To wyrazista osobowość z charakterem. Zawsze miał niesamowite pomysły. Przebojem zlotu był papier toaletowy wyprodukowany z książek Jerzego Wiatra (komunistyczny ideolog – red.). Wszyscy chcieli mieć choćby rolkę – wspomina Zbigniew Girzyński, poseł PiS.

Cejrowskiemu w Osieku udało się stworzyć platformę dyskusyjną dla młodych zwolenników prawicy. Nie w kuluarach gabinetów, ale przy ognisku, piwku i zabawie. Dyskusji niekiedy bardzo „niemoderowanej”.

– UPR-owcy, którzy przybyli w ogromnych ilościach, chcieli nam wlać jako „socjalistom z Ruchu Odbudowy Polski”. Było nas dziesięciu plus sporo dziewczyn. W naszej obronie stanęły skromne, ale bojowe grupy młodej prawicy z RAAK (Radykalna Akcja Antykomunistyczna – red.) i już nikt nie próbował nas ruszyć – śmieje się Girzyński.

– Cejrowski był dla nas

guru – opowiada Zbigniew Kozak, teraz poseł PiS, niegdyś działacz UPR. – Tymi zlotami i wystąpieniami w telewizji bardzo dużo dobrego zrobił. Sprawił, że ludzie przestali się wstydzić publicznie wyrażać swoje poglądy.

Ale wśród tych, którzy kilkanaście lat temu uczestniczyli w spotkaniach na Kociewiu, są też tacy, którzy dziś surowo krytykują Wojciecha Cejrowskiego

– Po prostu przesadza. To nie służy dyskusji publicznej – mówi „Rz” Mariusz Wiśniewski, były przewodniczący Zarządu Krajowego NZS, obecnie radny PO. Na zlocie w Osieku był dwa razy.

„Gej-way patrol”

Ale zlotów ciemnogrodu by nie było, gdyby nie „WC Kwadrans”.

– Stworzył wtedy znakomitą satyrę na poprawność polityczną. Był solą w oku lewicy i liberałów – wspomina Jurek.

Program stale atakowały środowiska lewicowe i liberalne domagające się zdjęcia go z anteny. A Cejrowski jeszcze podkręcał atmosferę. „Gazetę Wyborczą” i „Trybunę” czytał na wizji, trzymając egzemplarze w gumowych rękawiczkach, wyśmiewał propozycję dyrektorek jednej ze szkół, by młodzież edukować seksualnie z wykorzystaniem prezerwatywy i banana. – Ta pani w trakcie kręcenia programu tak się zdenerwowała, że aż zasłabła – wspomina pracownik TVP.

Cięty język i bezkompromisowość nie opuściły dziennikarza do dziś. Wiele lat później w programie „Z kamerą wśród ludzi” swoimi pytaniami doprowadził do łez Agnieszkę Frytkowską – słynną „Frytkę” z „Big Brothera”.

– Świetny, dowcipny facet. Pamiętam „WC Kwadrans”, w którym kpiąc z poprawności politycznej, mówił, że od czasu, kiedy gejów zatrudniono w teksańskiej policji, nikt w Teksasie nie łamie przepisów drogowych. Każdy kierowca się boi, opowiadał Cejrowski, że dogoni go różowy „gej-way patrol” i usłyszy: „ręce na dach, szeroko nóżki, rewizja osobista” – mówi Wojciech Olszak, samorządowiec, dawniej jeden z liderów młodej prawicy w Poznaniu.

To właśnie w stolicy Wielkopolski pod koniec lat 90. lewaccy bojówkarze obrzucili Cejrowskiego jajami. – To faszysta i homofob. Takich ludzi w UE należy piętnować i wytykać palcami – uważa Krzysztof (imię zmienione), wydawca gejowskiego zina.

Pod koniec maja Kampania przeciw Homofobii wystosowała list do Piotra Waltera, prezesa telewizji TVN, z prośbą o zaprzestanie współpracy z Cejrowskim. W piśmie sygnowanym przez Martę Abramowicz napisano, że „publicznie obraża środowiska homoseksualne”.

Według sygnatariuszy pisma podczas wykładu na KUL Cejrowski miał powiedzieć: „gejów należy wytykać palcami, bo budzą obrzydzenie”.

Jak Limbaugh?

Cejrowski nigdy nie ukrywał, że do lewicy, zwłaszcza postkomunistycznej, ma stosunek wybitnie negatywny. „Taki towarzysz Oleksy na przykład, kiedy za komuny był sekretarzem partii w Białej Podlaskiej, to był chudy i dopiero teraz upasł się, że ledwo na oczy widzi. Jemu za komuny było gorzej niż dzisiaj” – kpił w książce „Kołtun się jeży”.

„Aleksander Kwaśniewski, prymitywny bawidamek i pijak, który nawet nie umie się przyznać do tego, że ma chorobę alkoholową, tylko udaje, łże, że jakieś tabletki łyka tropikalne” – mówił o byłym prezydencie w Radiu Wrocław w lutym 2009 r. Za to, że w RTL 7 powiedział: „Kwaśniewski swoim tłustym dupskiem obraził godność urzędu prezydenta”, został ukarany przez sąd grzywną 3 tys. złotych.

– To taki polski Rush Limbaugh (amerykański konserwatywny komentator polityczny, gwiazda programów radiowych – red.). Trybun ludowy, który mocno pokazuje, że olewa poprawność polityczną – mówi „Rz” Wojciech Polaczek, były lider krakowskiej Ligi Republikańskiej. Cejrowskiego poznał 12 lat temu, organizując spotkanie z dziennikarzem. – Zaprosiliśmy go potem na kolację, okazało się, że choć lubi popisywać się erudycją, to bardzo kulturalny, dowcipny rozmówca, bez gwiazdorskich wymagań – dodaje Polaczek.

– Osobiście to ja bardzo Wojtka Cejrowskiego lubię, bo to dowcipny, inteligentny facet, bez wątpienia osobowość telewizyjna. Ale jego poglądów wolałbym nie komentować – mówi „Rz” Wojewódzki.

Gdy zaprosił Cejrowskiego do swojego show, starli się dość mocno. „Ty myślisz, że ja mam tylko dupy w głowie i lody?” – pytał swojego gościa Wojewódzki. „Nie, ja wiem, że co innego, szkoda, że to się nie ujawnia za często” – ripostował Cejrowski.

– Nie należę do kręgu jego bliskich znajomych, ale na ile oceniać go przez pryzmat moich spotkań z nim, to jest taki sam i prywatnie, i publicznie – mówi o pierwszym kowboju RP Marek Jurek.

Ci, którzy zetknęli się z Cejrowskim, twierdzą, że bywa trudny. Nawet dla swoich sympatyków.

– Strasznie go lubię, ale za każdym razem, jak idę do niego na wywiad, to wiem, że mnie wkurzy – śmieje się poznański dziennikarz. – Po części oficjalnej jednej z imprez mówię mu, że o ile jego książki to się czyta w jedno popołudnie, o tyle trójkowe audycje nagrałem sobie i noszę w mp3, do słuchania podczas biegania, a w samochodzie włączam je zamiast radia. Na to gość prosto z mostu: „To pan jesteś złodziej i pirat”. No i biegam sobie dalej. Mam wyrzuty sumienia, ale z Cejrowskiego trudno zrezygnować.

Innego zdania są włodarze mediów publicznych.

Małgorzata Jethon zawiesiła go w radiowej Trójce, a Piotr Farfał w TVP. Podobno ma wrócić na wizję i fonię po kampanii wyborczej. Ale, jak uczy doświadczenie, zwykle to, co raz w TVP zawieszono, potem znikało na dobre. Czy Cejrowski będzie wyjątkiem?

Rzeczpospolita

wtorek, 20 stycznia 2009

Lis kontra „Dziennik”

Jarosław Stróżyk 20-01-2009, ostatnia aktualizacja 20-01-2009 13:18

Gazeta zarzuca Lisowi, że za pieniądze firmuje rządy Piotra Farfała w TVP. Lis odpowiada: „Dziennik” pokazywał mi „wała”, teraz „wała” pokazują mu czytelnicy

“Dziennik“ zarzuca Tomaszowi Lisowi,  że sam, będąc naczelnym krytykiem dziennikarzy mających wysługiwać się PiS, podjął pracę w TVP Andrzeja Urbańskiego
autor zdjęcia: Jerzy Dudek
źródło: Rzeczpospolita
“Dziennik“ zarzuca Tomaszowi Lisowi, że sam, będąc naczelnym krytykiem dziennikarzy mających wysługiwać się PiS, podjął pracę w TVP Andrzeja Urbańskiego

Jesienią 2007 roku głośno było o możliwym objęciu przez Tomasza Lisa stanowiska redaktora naczelnego „Dziennika”. Oburzeni pomysłem dziennikarze odpowiedzieli artykułem, który sam dotyczył innego tematu, ale w którym pierwsze litery wierszy układały się w zdanie „wała Tomaszowi Lisowi”.

Od tej pory na linii Lis – „Dziennik” wciąż iskrzy. Ostatnio coraz mocniej. „Ja sam jeszcze przez moment będę w cieniu łajdackiej i pałkarskiej kampanii, którą urządził przeciw mnie – razem z siostrzanym tabloidem – udający poważną gazetę „Dziennik”. To miał być polski „Die Welt”, ale do „Die Welt” ma się tak jak izba wytrzeźwień do Izby Lordów – pisał 3 stycznia w dzienniku „Polska” Lis. Dziennikarz nie szczędził gazecie uszczypliwości i przy innych okazjach. Według niego gazeta pisała nieprawdę o jego umowie z TVP i wielkich pieniądzach, jakie dzięki niej ma zarabiać.

W sobotę „Dziennik” odpowiedział tekstem „Tomasza Lisa kłopoty ze sobą” Michała Karnowskiego i Cezarego Michalskiego. Zarzucają Lisowi m. in.: że sam, będąc naczelnym krytykiem dziennikarzy mających wysługiwać się PiS, podjął pracę w TVP Andrzeja Urbańskiego. Ich zdaniem zrobił to tylko dla pieniędzy.

„Lis podjął się także uwiarygodniania nowej telewizji Farfała, bycia listkiem figowym człowieka, który był nacjonalistycznym ekstremistą” – piszą dalej dziennikarze. Stawiają też pytania, czy Lis jest jeszcze dziennikarzem czy już politykiem.

– Jestem przekonany, że nigdy nie pisaliśmy o Tomaszu Lisie w pałkarskim stylu. Jak każda gazeta mamy prawo opisywania tego, co dzieje się na rynku medialnym, m.in. decyzji Tomasza Lisa, który przyjął posadę w telewizji publicznej pod rządami Andrzeja Urbańskiego – mówi „Rz” Karnowski.

Wysłaliśmy też prośbę do Tomasza Lisa o skomentowanie ostatnich sporów. – Ostatnich sporów? Proszę zrobić przegląd „Dziennika”. Kilkadziesiąt łajdackich tekstów w ciągu roku, wszystkie haniebne i ad personam, pełne kłamstw i insynuacji. Z mojej strony wielomiesięczne milczenie, w końcu kilka złośliwości, bo za chwilę „Dziennik” padnie. „Dziennik” pokazywał mi „wała”, teraz „wała” pokazują mu czytelnicy. I doskonale – odpisał nam esemesem Lis.

– Z tym sporem jest trochę tak jak z konfliktem izraelsko-palestyńskim. W przeszłości coś zaiskrzyło i dzisiaj już nie dojdziemy, kto ma rację – mówi „Rz” medioznawca Maciej Mrozowski. Nie dziwi go również temperatura sporu. – Nasze media lubią konflikty i spięcia. Kiedy ich trochę brakuje w życiu publicznym, to same sobie ich dostarczają.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora

j.strozyk@rp.pl

piątek, 17 października 2008

Rekordowe `Mam talent` z drugim sezonem

Jury programu ''Mam talent!'' w komplecie.

Nie jest to co prawda wiadomość szczególnie zaskakująca, ale warta odnotowania. "Mam talent! " doczeka się drugiego sezonu. Jak podał serwis Wirtualnemedia, jeszcze w listopadzie może dojść do podpisania kontraktu na kolejną edycję show. Wszystko dzięki rekordowej oglądalności i gigantycznym wpływom z reklam, jakie program zapewnił stacji TVN w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy.

"Mam talent! " jest niekwestionowanym hitem jesiennej ramówki stacji TVN. Od premierowego odcinka, regularnie śledzi go 4,5 miliona osób. To drugie po "Tańcu z Gwiazdami " show, które gromadzi tak dużą widownię. A wiele wskazuje na to, że oglądalność jeszcze wzrośnie. "Mam talent!" wkracza bowiem w decydującą fazę - od soboty stacja TVN pokazywać będzie półfinały na żywo (łącznie 5 odcinków), w których prezentować się będą zwycięzcy dotychczasowych programów. Uczestnicy podzieleni zostaną na 5 grup, w każdym odcinku będzie miało miejsce osiem występów na żywo. Najlepszych wybiorą telewidzowie, głosując smsowo. W każdym odcinku wybrane zostaną po dwie osoby, które przejdą dalej, do finału. Ostatni odcinek show TVN pokaże 29 listopada. Zmierzy się w nim 10 finalistów. Zwycięzca otrzyma 100 tys. euro.

Dla stacji "Mam talent!" to prawdziwa dojna krowa. Za spot podczas finału programu trzeba będzie zapłacić aż 142 tysiące złotych! Nie wspominając już o wpływach z smsów, które na pewno będą ogromne. Trudno się zatem dziwić, że kierownictwu stacji bardzo zależy na kontynuacji programu. Ostateczne decyzje zapaść mają już w listopadzie. Nieoficjalnie mówi się, że już w styczniu ruszą castingi do kolejnej edycji programu.

wtorek, 29 lipca 2008

Rekordowa wygrana kusi Polaków

Jarosław Stróżyk 29-07-2008, ostatnia aktualizacja 29-07-2008 08:11

W Dużym Lotku do wygrania jest dziś aż 35 milionów złotych. Przed kolekturami ustawiają się kolejki

autor zdjęcia: Seweryn Sołtys
źródło: Fotorzepa

– Tak wysokiej kumulacji jeszcze nie było. 35 milionów złotych to absolutny rekord w historii losowań Dużego Lotka – mówi rzecznik Totalizatora Sportowego Piotr Gawron. – Zawdzięczamy ją sześciu kolejnym kumulacjom. Po cichu liczymy, że i tym razem nie padnie główna wygrana i następnym razem do wygrania będzie ponad 50 milionów złotych.

Jednak Polacy chcą tych pieniędzy już teraz. W całym kraju przed punktami Lotto ustawiają się długie kolejki. Każdy chce wygrać 35 milionów. Padną one łupem osoby, która dzisiaj poprawnie wytypuje sześć liczb.

– Drzwi się nie zamykają, tyle osób przychodzi – mówi Magdalena Karczmarek, prowadząca punkt Lotto przy ul. Żelaznej w Warszawie. – Ostatnie dni przed kumulacją to przynajmniej dwukrotny wzrost liczby klientów. Najpopularniejsza jest metoda na chybił trafił, ale gdy pula się zwiększa, coraz więcej klientów gra systemem. Potrafią wydać na zakład nawet kilkaset złotych – mówi Jolanta Tkaczyk z kolektury w sklepie Groszek przy ul. Przyjaźni w Lublinie.

Zbigniew Jaworowski, emeryt z Lublina, w Dużego Lotka gra tylko przy okazji większych kumulacji. – Szczęściu trzeba pomóc – mówi.

Stanisław Wayda z kolektury Totalizatora Sportowego na Rynku Kleparskim w Krakowie zakłady przyjmuje od 1957 roku. Przez te lata w jego kolekturze padło kilka szóstek: – Kulminacji graczy spodziewam się we wtorek. Będę przyjmował zakłady aż do godz. 21.53.

– Gram zawsze, gdy słyszę o kumulacjach. Stawki są wysokie, jest o co walczyć. Inne losowania opuszczam – tłumaczy Stefan Buchała, który zagrał w kolekturze na Rynku Kleparskim. – O tej rekordowej kumulacji dowiedziałem się na niedzielnej mszy u franciszkanów. Ksiądz mówił o niej na kazaniu, nawiązując do ewangelii na temat bogactwa – opowiada. Zagrał na chybił trafił. Żeby wygrać 35 milionów, wydał na los 20 złotych. Co zrobić z takimi pieniędzmi? – Dałbym trochę na dzieci potrzebujące pomocy i podzielił się z rodziną. I całe życie nic nie musiałbym robić – opowiada Kamil, uczeń technikum ze wsi Piątek (Łódzkie), który zagrał w Karakowie.

Językoznawca profesor Jerzy Bralczyk wydałby miliony na książki. – Szczególnie na niezwykle interesujące słowniki. Z pewnością byłyby to białe kruki.

– Sądzę, że przy obecnej sytuacji na giełdzie w dłuższej perspektywie opłacić mogłaby się inwestycja w akcje – uważa minister skarbu Aleksander Grad. Sam jednak nie zagra. – Nie mam instynktu hazardzisty i nie gram w totolotka. Nie skusi mnie nawet kumulacja – zapewnia.

Wygraną na warszawskiej giełdzie ulokowałby również jej prezes Ludwik Sobolewski. – I na pewno kupiłbym też apartament w jakimś bardzo wysokim wieżowcu gdzieś na świecie, bo lubię patrzeć z góry na wielkie miasto w nocy – dodaje.

Najwyższa w historii wygrana padła 2 czerwca 2004 roku w Warszawie i wynosiła ponad 20 milionów złotych. Do historii Dużego Lotka przeszedł też rok 1995. Wtedy po raz pierwszy dwie szóstki trafił jeden gracz.Zdarzają się też inne nietypowe sytuacje. – Było takie losowanie, kiedy w szóstkę trafiło ponad 30 osób. Wygrane nie były zbyt wysokie – wspomina Gawron.

Milionerzy z Nebraski

Najwyższe wygrane na świecie padają w amerykańskiej loterii Powerball. Rekord to 365 milionów dolarów w stanie Nebraska w 2006 roku. Nagroda została podzielona, bo na los złożyło się aż ośmiu pracowników farmy z miasta Lincoln. Wcześniej najwyższą wygraną mógł się poszczycić mieszkaniec stanu Oregon, który w 2005 roku skreślił sześć liczb wartych aż 340 milionów dolarów. W Europie najwyższe wygrane padają w loterii EuroMillions. Działa ona we Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Luksemburgu, Belgii, Szwajcarii, Portugalii, Irlandii i Austrii. Najwyższa wygrana, 180 milionów euro, została jednak podzielona pomiędzy mieszkańców Francji i Portugalii, którzy wytypowali poprawne liczby. W 2005 roku Irlandka Delores McNamara wygrała w EuroMillions 115,6 mln euro. Rekord we włoskim totku to 72 mln euro. Na szczęśliwy kupon zrzuciło się w 2005 r. dziesięciu klientów baru w Mediolanie. Z dobrodziejstw europejskich loterii chętnie korzystają Polacy, którzy w przypadku kumulacji specjalnie wyjeżdżają do Austrii lub Szwajcarii.

js

j.sad., tom, w.i., j.a., b.ch.

Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: j.strozyk@rp.pl

Rzeczpospolita

niedziela, 27 lipca 2008

Nikt nie trafił szóstki, w następnym losowaniu do wygrania aż 35 mln złotych!

jas, Gazeta.pl, IAR
2008-07-27, ostatnia aktualizacja 2008-07-27 15:56

Nikt nie wygrał rekordowej nagrody pierwszego stopnia w sobotnim losowaniu Dużego Lotka. Następna kumulacja wyniesie aż 35 milionów złotych.

Zobacz powiekszenie
fot. AG
Kumulacja nagród pierwszego stopnia w następnym losowaniu wyniesie aż 35 mln złotych
Dzisiejsza kumulacja nagród pierwszego stopnia w Dużym Lotku wynosiła 21 milionów złotych i była to najwyższa kumulacja w pięćdziesięcioletniej historii Totalizatora Sportowego. W wielu kolekturach ludzie ustawiali się już od rana, wszyscy licząc na wygraną. Jednak w dzisiejszym losowaniu nie padła szczęśliwa szóstka. Jeśli w następnym losowaniu padnie tylko jedna szóstka, to szczęściarz będzie wygra aż 35 milionów złotych.

Najwyższa w historii wygrana padła drugiego czerwca 2004 roku w Warszawie i wynosiła dokładnie: 20 mln 119 tys. 858 zł i 20 groszy. Druga rekordowa wygrana to ponad 17 mln - w Gdyni, było to w styczniu w tym roku.

czwartek, 19 czerwca 2008

TVP wyemitowała film "TW Bolek", Wałęsa zażąda 20 mln zł

mm, PAP
2008-06-18, ostatnia aktualizacja 36 minut temu
Zobacz powiększenie
Lech Wałęsa
Fot. Albert Zawada / AG

Lech Wałęsa zapowiedział, że jeśli TVP pokaże film "TW Bolek" - który jego zdaniem zawiera nieprawdziwe informacje - wytoczy proces telewizji publicznej. Były prezydent będzie się domagać 20 mln zł odszkodowania. Mimo protestów Lecha Wałęsy film, w którym autorzy kontrowersyjnej książki opowiadają głównie o tym w jaki sposób ją pisali, został wyemitowany.

Zobacz powiekszenie
Kadr z filmu "TW Bolek"
Okładka książki Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewicza
Zobacz powiekszenie
Kadr z filmu "TW Bolek" wyemitowanego w TVP
Piotr Gontarczyk
Zobacz powiekszenie
Kadr z filmu "TW Bolek" wyemitowanego w TVP
Sławomir Cenckiewicz

Streszczenie książki IPN o związkach Wałęsy z SB



W filmie Piotr Gontarczyk i Sławomir Cenckiewicz stwierdzili, że inni historycy, którzy oceniają ich książkę nie przebrnęli przez wszystkie archiwalia jakimi dysponuje IPN na temat Wałęsy. Twierdzą, że przeczytali i przeanalizowali kilkadziesiąt tysięcy kart.



W filmie Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka oprócz autorów książki pojawili się też Józef Szyller, były kolega Wałęsy ze Stoczni Gdańskiej. - W rozmowie z Lechem Wałęsą wyszedłem z propozycją, żeby stworzyć silną grupę w stoczni, która będzie dopominać się o składane postulaty - mówił Szyler. Jeżeli Wałęsa był "Bolkiem", a tak mówią dokumenty, to ja mówiłem o tym tylko Wałęsie - stwierdził.

W filmie pojawia się też były esbek Janusz Stachowiak. Mówił, że w latach 1970 - 75 na terenie Stoczni Gdańskiej był tylko jeden Bolek. Stwierdził też, że: Wałęsa był wtedy nikim, więc po co ktoś miałby fabrykować coś na niego.

Lech Wałęsa: Film zawiera nieprawdziwe informacje

"W związku z publicznymi zapowiedziami dotyczącymi planowanej przez Telewizję Polską S.A. emisji filmu autorstwa Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka pt. "TW Bolek" formalnie i otwarcie wnioskuję o wstrzymanie emisji ze względu na jawnie fałszywą treść w nim zawartą" - podkreślił Wałęsa w liście do prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego.

"Z zapowiedzi filmu wynika, że oskarża on mnie o współpracę z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa i uznaje za TW Bolek, co stanowi udowodnione sądownie całkowite kłamstwo" - dodał.

Podkreślił także, że w razie emisji filmu zmuszony będzie - wobec prawomocnego orzeczenia Sądu Rzeczpospolitej Polskiej w zakresie prawdziwości jego oświadczenia lustracyjnego - "do natychmiastowego złożenia pozwu sądowego o naruszenie dóbr osobistych przeciwko TVP wraz z wnioskiem o odszkodowanie w wysokości 20 mln zł". Jak dodał, będzie domagać się by kwota ta została przekazana na cele społeczne.

W czwartek prezes TVP Andrzej Urbański ma przekazać Wałęsie list w tej sprawie. Jak nieoficjalnie dowiedziała się PAP, Urbański przypomni w nim, że autorzy filmu proponowali b. prezydentowi odniesienie się po filmie do jego treści i wystąpienie tej samej długości co materiał filmowy, ale Wałęsa się nie zgodził.

Wałęsa złoży pozew przeciwko Kurtyce

Biuro Prasowe Fundacji "Instytut Lecha Wałęsy", które przesłało PAP list skierowany przez Wałęsę do prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego, poinformowało też, że w najbliższych dniach zostanie złożony pozew sądowy przeciwko Prezesowi IPN Januszowi Kurtyce.

Kurtyka: Książka o Wałęsie ukaże się 23 czerwca



Wiceprezes IPN broni Lecha Wałęsy: Żal, wstyd, gniew