piątek, 4 kwietnia 2008

Kraśko: Gdy papież umierał, to oglądał mnie

Zaskakujące wyznanie prezentera

Kraśko: Gdy papież umierał, to oglądał i słuchał mnie

Co robił papież Jan Paweł II w ostatnich chwilach swego życia? Ojciec święty ponoć oglądał i słuchał... Piotra Kraśkę. Prezenter telewizyjny chwalił się tym na antenie TVP Info. "Trzymam Ojca Świętego za rękę i oglądamy wasz program" - tak miał powiedzieć do Kraśki ówczesny biskup, Stanisław Dziwisz.

Kraśko opowiadał o tym w środę, a dzień później zapis dźwiękowy wyemitowało Radio Wrocław - podaje portal pardon.pl. Znany telewizyjny prezenter opisuje, jak razem z Kamilem Durczokiem stał na dachu pewnego budynku, 100 metrów od Pałacu Apostolskiego, skąd nadawane były do Polski wszystkie wiadomości telewizyjne o stanie zdrowia papieża.

"Reuters podał wiadomość, że papież zapadł w bardzo głęboką śpiączkę, z której nie ma żadnej szansy, żeby się wybudził. Myślę, że to był 1 kwietnia. Myśmy w tym momencie podali tę wiadomość. Mijają dwie minuty (...) i dostaję telefon. I nie mogłem w pierwszej chwili uwierzyć, kto dzwoni. Mam nadzieję, że nie będzie miał do mnie żalu, że teraz o tym opowiem, bo nigdy nie mówiłem, kto zadzwonił. Zadzwonił biskup Stanisław, czyli teraz kardynał Stanisław Dziwisz" - opowiadał Piotr Kraśko.

Bezpośrednio od biskupa Dziwisza Kraśko dowiedział się, że co prawda Reuters podał informację o śpiączce i TVP też, ale to nie była prawda. Bo według biskupa Dziwisza, stan papieża był wtedy bardzo poważny, ale był on przytomny.

"Nie przyszło nam do głowy, że to co my mówimy, ten program, oglądają dwie osoby, które są w apartamencie papieża, czyli papież i biskup Stanisław. To było dla nas coś tak porażającego, że ci ludzie słyszą, i papież to wszystko słyszał. Słyszał każde nasze słowo" - opowiadał Piotr Kraśko.

"Świadomość tego, że my mówimy też do niego, to było dla nas naprawdę porażające" - zakończył tę zaskakującą opowieść Piotr Kraśko.

Kiedy sąd zawiesi władzę rodzicielską?

Przesłanki zawieszenia władzy rodzicielskiej

Sąd opiekuńczy może zawiesić wykonywanie władzy rodzicielskiej w razie przemijającej przeszkody w jej wykonywaniu (artykuł 110 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego). Jest to jedyna przesłanka warunkująca możliwość takiego sądowego ograniczenia władzy rodzicielskiej w czasie. Mamy z nią do czynienia w każdym przypadku, gdy rodzic nie zajmuje się dzieckiem, a ma takie możliwości, czyli chodzi tu o taką przeszkodę, która ze względu na swój charakter ustaje, i nie ma przeszkód do dalszego wykonywania władzy rodzicielskiej. W praktyce mogą to być następujące zdarzenia:

  • długotrwały wyjazd rodzica za granicę,
  • choroba,
  • krótkotrwały pobyt w zakładzie karnym (w razie zaś długotrwałego pobytu rodzica w zakładzie karanym, zasadnym może okazać się orzeczenie o pozbawieniu władzy rodzicielskiej).

Postępowanie w sprawie o zawieszenie władzy rodzicielskiej

Wniosek o zawieszenie władzy rodzicielskiej składa się do sądu rejonowego właściwego ze względu na miejsce zamieszkania dziecka. Legitymację do jego wniesienia ma między innymi każdy z rodziców, który występuje następnie w postępowaniu jako wnioskodawca. W postępowaniu uczestniczą też: rodzic dziecka, którego władza rodzicielska ma zostać zawieszona, oraz małoletni. Ten ostatni, jeżeli ukończył 13 lat i nie jest ubezwłasnowolniony, ma zdolność samodzielnego dokonywania czynności procesowych, w innych przypadkach, czynności procesowe może podejmować tylko przez swego przedstawiciela ustawowego. Gdy żaden z rodziców nie może reprezentować dziecka, reprezentuje je kurator ustanowiony przez sąd opiekuńczy.

Sad rozpoznaje sprawę o zawieszenie władzy rodzicielskiej w postępowaniu nieprocesowym, natomiast postanowienie może zapaść tylko po przeprowadzeniu rozprawy. Sąd przy tym nie jest związany zaistniałymi okolicznościami, co oznacza, iż może, ale nie musi zawieszać władzy rodzicielskiej - kieruje się przy tym zawsze dobrem dziecka i wszechstronnym rozpatrzeniem okoliczności sprawy.

Skutki zawieszenia władzy rodzicielskiej

Orzeczenie o zawieszeniu władzy rodzicielskiej jest skuteczne i wykonalne po uprawomocnieniu się.

Zawieszenie władzy rodzicielskiej powoduje całkowite wyłączenie rodziców od jej sprawowania. Stąd w razie zawieszenia dotyczącego obojga rodziców, sąd ustanawia dla dziecka opiekę.

Istotą zawieszenia jest to, że rodzice nie zostają pozbawieni władzy rodzicielskiej, ale nie mogą jej wykonywać do czasu ustania przeszkody w jej sprawowaniu.

Przywrócenie władzy rodzicielskiej po jej zawieszeniu

Zawieszenie władzy rodzicielskiej będzie uchylone, gdy jego przyczyna odpadnie (artykuł 110 § 2 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego). Aby sąd opiekuńczy przywrócił zawieszoną władzę rodzicielską, ustać musi przyczyna stanowiąca podstawę zawieszenia. Przywrócenie władzy rodzicielskiej nie jest jednak obligatoryjne i sąd może uznać, iż wprawdzie ustała przyczyna zawieszenia skutkująca takim orzeczeniem, to istnieje inna (która nie występowała w czasie orzekania) i nie ma podstaw do przywrócenia władzy rodzicielskiej. W każdym przypadku sąd kieruje się też dobrem dziecka.

Aby władza rodzicielska została przywrócona, należy wystąpić do sądu z wnioskiem o przywrócenie władzy rodzicielskiej, w którym należy uprawdopodobnić ustanie przyczyn zawieszenia. Sądem właściwym do rozpoznania wniosku jest sąd rejonowy właściwy dla miejsca zamieszkania dziecka. Wnioskodawcą zazwyczaj jest rodzic pozbawiony władzy rodzicielskiej, a uczestnikami też drugi z rodziców oraz dziecko. Małoletni, który ukończył 13 lat i nie został ubezwłasnowolniony, może samodzielnie dokonywać czynności procesowych, chyba że sąd opiekuńczy ograniczy albo wyłączy osobisty udział małoletniego w postępowaniu ze względów wychowawczych. Małoletni, który nie ukończył 13 lat albo jest ubezwłasnowolniony całkowicie, może podejmować czynności procesowe tylko przez swego przedstawiciela ustawowego (artykuł 66 kodeksu postępowania cywilnego). Jeżeli żaden z rodziców nie może reprezentować dziecka pozostającego pod władzą rodzicielską, reprezentuje je kurator ustanowiony przez sąd opiekuńczy (artykuł 99 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego).

Sprawa o przywrócenie władzy rodzicielskiej podlega rozpoznaniu w postępowaniu nieprocesowym, po przeprowadzeniu rozprawy. Orzeczenie jest skuteczne i wykonalne po uprawomocnieniu się.

Podstawa prawna:

Interpretacja niepodpisana przez ministra jest ważna

Interpretacje podatkowe wydaje minister finansów za pośrednictwem czterech izb skarbowych. Dyrektor izby może upoważnić innych pracowników do podpisywania odpowiedzi. Interpretacja podpisana przez upoważnionego urzędnika jest tak samo ważna, jak podpisana przez ministra.

ANALIZA

Minister finansów od 1 lipca 2007 r. wydaje wiążące interpretacje podatkowe za pośrednictwem czterech izb skarbowych: warszawskiej, poznańskiej, katowickiej i bydgoskiej. Wcześniej zajmowały się tym wszystkie organy podatkowe.

Zmiana formalna tej procedury nie spowodowała jednak zmiany praktycznej. Otóż interpretacje wydawane w nowym trybie są sporządzane na druku Ministerstwa Finansów, na którym wymieniony jest organ upoważniony do wydania interpretacji podatkowej. To wszystko oczywiście jest zgodne z prawem. Co zatem budzi wątpliwości?

Interpretacje są podpisywane przez osobę upoważnioną przez dyrektora izby upoważnionego przez ministra. Czyli faktycznie wydawaniem interpretacji nadal mogą zajmować się wszyscy pracownicy, których dyrektor do tego upoważni. Taka sytuacja pojawiła się m.in. przy interpretacji wydanej przez ministra finansów za pośrednictwem Izby Skarbowej w Warszawie, która została podpisana przez wicedyrektora izby, upoważnionego przez dyrektora tego organu.

Według ekspertów interpretacje podpisane w ten sposób są ważne i dają podatnikowi taką samą ochronę jak odpowiedzi, które byłyby podpisywane przez samego ministra finansów.

Wyznaczeni dyrektorzy...

Joanna Kanicka, partner w Independent Tax Advisers Doradztwo Podatkowe, podkreśla, że nie należy zapominać, że poza rozporządzeniem ministra finansów regulującym tę kwestię, istnieje wiele innych aktów prawnych, np. ustawa o urzędach i izbach skarbowych.

- Ta właśnie ustawa daje uprawnienie ministrowi finansów do określania, w drodze zarządzenia, organizacji urzędów i izb skarbowych oraz do nadawania przez ministra tym organom statutów. W efekcie tego upoważnienia, minister finansów wydał zarządzenie nr 13, w którym określił organizację urzędów i izb skarbowych oraz nadał im te statuty - dodaje Joanna Kanicka.

Według niej istotny dla rozstrzygnięcia powstałej wątpliwości jest rozdział II tego zarządzenia. W par. 6 pkt 2 nadano bowiem prawo dyrektorowi izby skarbowej do upoważnienia osoby zatrudnionej w izbie do podpisywania pism, podejmowania rozstrzygnięć i wyrażania opinii w imieniu izby skarbowej.

- Zakładam oczywiście, że chodziło nie o akty sprawcze izby jako takiej, a o akty wydawane przez jej organ, czyli dyrektora izby skarbowej - twierdzi Joanna Kanicka.

...wyznaczają innych...

Marcin Zimny, prawnik w CMS Cameron McKenna uważa, że interpretacja podpisana przez upoważnioną osobę jest ważna. Uprawnionym do wydawania interpretacji jest minister finansów. Jednak minister może upoważnić podległe mu organy podatkowe do wydawania interpretacji indywidualnych w jego imieniu. Minister skorzystał z tej możliwości i upoważnił niektórych dyrektorów izb skarbowych do wydawania tych interpretacji.

- Zatem nie ulega wątpliwości, że dyrektorzy wskazani w rozporządzeniu ministra finansów z 20 czerwca 2007 r. w sprawie upoważnienia do wydawania interpretacji przepisów prawa podatkowego mogą wydawać ważne interpretacje indywidualne. Natomiast dyrektor może upoważnić wicedyrektora izby skarbowej do podpisywania interpretacji indywidualnych - tłumaczy Marcin Zimny.

...do wypełniania zadań

Interpretacje podatkowe od 1 lipca 2007 r. w imieniu ministra wydają dyrektorzy czterech izb skarbowych: w Bydgoszczy, Katowicach, Poznaniu i Warszawie. Z kolei upoważnieni przez ministra dyrektorzy upoważniają innych pracowników.

Również Katarzyna Bieńkowska, doradca podatkowy w Dewey & LeBoeuf, powołuje się na fakt, że zgodnie z zarządzeniem ministerialnym dyrektor izby skarbowej może upoważnić osoby zatrudnione w izbie do podpisywania pism, podejmowania rozstrzygnięć i wyrażania opinii w imieniu izby skarbowej.

- Zasadniczo, osoby inne niż dyrektor izby mogą podpisywać tylko inne pisma nieposiadające charakteru rozstrzygnięcia oraz niezawierające stanowiska dyrektora izby skarbowej w określonej sprawie - podkreśla Katarzyna Bieńkowska.

Jednocześnie zastrzega, że w ramach danej struktury organizacyjnej możliwe jest jednak upoważnienie przez dyrektora innych osób do wydawania w imieniu dyrektora izby decyzji, postanowień i zaświadczeń oraz załatwiania spraw w określonym zakresie. Upoważnienia takie muszą być udzielane według ustalonych wzorów.

- Możliwość udzielania dalszych upoważnień może budzić wątpliwości, zwłaszcza że wynika ona z aktów, które nie są prawami powszechnie obowiązującymi (zarządzenia). Tym niemniej, jeśli upoważnienie zostało udzielone np. wicedyrektorowi izby zgodnie z opisanymi zasadami, skuteczność prób podważenia legalności, np. interpretacji, wydaje się mało prawdopodobna - stwierdza Katarzyna Bieńkowska.

Ważne!

Podpisanie indywidualnej interpretacji w trybie art. 14b Ordynacji podatkowej, przez upoważnioną przez dyrektora izby osobę, nie stanowi o jej nieważności i nie daje podstaw do jej kwestionowania

Szef MON zwolnił 5 osób. Raport ws. CASY jawny

mar, jg, PAP
2008-04-04, ostatnia aktualizacja 2008-04-04 18:21

Szef MON Bogdan Klich zdecydował o odtajnieniu całości raportu ws. katastrofy samolotu CASA, w którym zginęło 20 lotników. W związku z katastrofą Klich zdecydował też o odwołaniu ze stanowiska pięciu osób i przeniesieniu ich do rezerwy kadrowej. - Osobom tym oraz ewentualnie innym prokuratura może postawić zarzuty - dodał. Na stanowisku pozostanie gen. broni Andrzej Błasik.

Zobacz powiekszenie
Fot. Tomasz Wawer / AG
Bogdan Klich podczas konferencji poświęconej omówieniu wyników prac Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych dotyczących katastrofy samolotu CASA 295M pod Mirosławcem


Klich podał powody takich decyzji kadrowych: - To osoby bezpośrednio, w moim przekonaniu, odpowiedzialne za katastrofę w Mirosławcu, ale jest też cała lista osób odpowiedzialnych pośrednio. Listę kilkudziesięciu osób przekazałem do rozpatrzenia szefowi Sztabu Generalnego - powiedział Klich.

- Trudno sobie wyobrazić, aby osoby, które ponoszą tak ogromną odpowiedzialność, mogły na dłuższą metę w wojsku pozostawać, ale do czasu ostatecznego werdyktu sądowego chcę zachować wszelkie reguły postępowania sądowego. To jest pierwszy krok do pełnego rozliczenia tych osób za błędy - dodał.

Za co odpowiadało pięciu odwołanych

  • Dowódca 13. Eskadry Lotnictwa Transportowego z Krakowa ppłk Leszek Leśniak stracił stanowisko za "niewłaściwą organizację szkolenia lotniczego, brak zachowania warunków bezpieczeństwa podczas szkolenia lotniczego oraz błędy w nadzorze nad realizacją zadań w eskadrze, w tym dopuszczenie do lotu niewłaściwie dobranej załogi".

  • Kontroler zbliżania oraz precyzyjnego podejścia por. Adam Bonikowski z Mirosławca został odwołany za "popełnione błędy w czasie sprowadzania samolotu do lądowania".

  • Kpt. Andrzej Koniarz - kontroler lotniska - stracił stanowisko za "dopuszczenie do sytuacji stanowiącej zagrożenie dla bezpiecznej realizacji lotu i brak zdecydowanej reakcji na pogarszające się warunki atmosferyczne; konkretnie za niepodjęcie decyzji o skierowaniu samolotu na inne lotnisko".

  • Mjr Jędrzej Wójcicki - komendant Wojskowego Portu Lotniczego w Mirosławcu - został odwołany za "niewłaściwy nadzór nad działalnością podległych służb, wyszkoleniem i przygotowaniem personelu tych służb oraz nieprawidłowości w działaniu wojskowego portu lotniczego". Wójcicki - jak powiedział Klich - jest odpowiedzialny za wyznaczenie por. Bonikowskiego do pełnienia funkcji kontrolera lotu "pomimo świadomości tego, że nie spełnia on wszystkich kryteriów, które są niezbędne".

  • Ppłk Marek Sołowianiuk - starszy dyżurny Centrum Operacji Powietrznych, został zwolniony "z tytułu popełnionych błędów, niedociągnięć w zakresie organizacji pracy zmiany bojowej w czasie pełnienia dyżuru bojowego przez poszczególne osoby funkcyjne zmiany oraz niedociągnięcia w ogólnym nadzorze nad przelotem samolotu". Sołowianiuk - według ministra - jest odpowiedzialny za nieprzekazanie dalej informacji o pogarszających się warunkach meteorologicznych na lotnisku w Mirosławcu.

    "Nie odwołam Błasika"

    - Nie widzę potrzeby odwoływania gen. Błasika, dlatego że nie uczestniczył on bezpośrednio w podejmowaniu decyzji tamtego feralnego dnia i feralnej nocy - powiedział Klich pytany w TVP Info, czy gen. Błasik straci stanowisko.

    Zdaniem ministra, odpowiedzialność powinny ponieść osoby, które miały wpływ - bezpośredni lub pośredni - na podjęte decyzje. - Generał Błasik nie miał wpływu na tamte wydarzenia - podkreślił Klich.

    Szef MON, pytany o odpowiedzialność honorowo-moralną", powiedział, że każdy oficer w swoim sumieniu musi podejmować stosowne decyzje", ale on, jako szef MON, "nie podejmuje decyzji o zdymisjonowaniu dowódcy Sił Powietrznych".

    Klich podkreślił, że ani nie oczekuje od Błasika dymisji, ani sam Błasik nie zadeklarował, że odejdzie ze stanowiska.

    Klich zaprzecza informacjom TOK FM

    Minister zaprzeczył również doniesieniom radia TOK FM , że CASĄ próbował lądować pilot, który nie należał do załogi. Jak wyjaśnił, samolot pilotowali ci piloci, którzy byli do tego wyznaczeni.

    - Wynika to z ustaleń komisji. Nie mam podstaw, by jej nie wierzyć - dodał szef MON.

    Minister nie ujawnił nagrań rozmów między wieżą kontrolną a pilotami. Min. Klich mówił, że "nie chce by piloci umierali po raz drugi".

    W TVP Info Klich podkreślił, że z zapisów rozmów załogi z wieżami na lotnisku w Powidzu, Krzesinach i Mirosławcu wynika, że "nie było żadnych przypadkowych osób w kabinie, co więcej: że kabina była zaryglowana od wewnątrz podczas lądowania w Mirosławcu. (...) Chcę powiedzieć z całą mocą, że nie ma zarejestrowanych innych głosów poza tymi, które należą do kontrolera lotu oraz pilotów; tych pilotów, którzy wykonywali zadanie."

    Przyczyny styczniowej katastrofy samolotu CASA wyjaśniała Komisja Badania Wypadków Lotniczych. W środę ujawniono część z jej raportu. Wynika z niej m.in., że do tragedii doprowadził splot wielu okoliczności, m.in. niewłaściwa organizacja lotów oraz szkolenia lotniczego, za małe doświadczenie załogi i złe warunki atmosferyczne.


  • NKWD filmowało rozstrzelania w Katyniu

    2008-04-04, ostatnia aktualizacja 2008-04-04 10:05

    NKWD nakręciło film podczas rozstrzeliwania polskich oficerów w Katyniu. W latach 50-tych przekazano go Korei Północnej jako materiał instruktażowy, jak postępować z jeńcami wojennymi - twierdzi autor książki "Katyń. Zbrodnia i kłamstwo", dr Tadeusz A. Kisielewski.

    ZOBACZ TAKŻE
    - Z akt CIA wiemy, że z rozstrzeliwania polskich jeńców w Katyniu nakręcono film dokumentalny, który w roku 1950 lub 1951 został przekazany stronie północnokoreańskiej, jako materiał instruktażowy, jak mają się obchodzić z jeńcami amerykańskimi, brytyjskimi i australijskimi - powiedział Kisielewski w czwartek w Krakowie na spotkaniu z czytelnikami.

    Sowieci musieli zachować kopię

    Dodał, że jest przekonany, iż znani z biurokracji i formalizmu Sowieci na pewno zachowali kopię filmu. Według Kisielewskiego, najprawdopodobniej znajduje się ona w utajnionej części materiałów ze śledztwa prowadzonego przez Rosjan w sprawie zbrodni katyńskiej. Naukowiec przypomniał, że efektem umorzonego przed kilku laty śledztwa były 183 tomy akt, z czego 116 jest do dziś utajnionych.

    - Jestem gotów się założyć, że kopia tego filmu jest w aktach. Z całą pewnością jest tam również coś, o czym wiemy tylko tyle, że się zdarzyło - dokumenty i zdjęcia mówiące o współpracy NKWD i Gestapo od jesieni1939 do wiosny 1940 r. - dodał Kisielewski.

    Według Kisielewskiego, w owych 116 utajnionych tomach znajdują się odpowiedzi na wiele pytań oraz zagadek zbrodni katyńskiej, które mimo upływu prawie 70 lat nadal czekają na rozwiązanie historyków.

    - Można domyślać się, a czasami mieć pewność, co znajduje się w owych 116 tomach. Jestem przekonany, że znajdują się tam właśnie dokumenty o sposobie rozstrzeliwania polskich jeńców w Katyniu i w celach NKWD w Smoleńsku - powiedział.

    W obozach działali agenci

    Według Kisielewskiego, w obozach NKWD dla polskich jeńców, którzy wiosną 1940 r. padli ofiarą zbrodni katyńskiej, działali agenci. Ich nazwiska znane są polskim historykom, ale nie są ujawniane.

    - Przypuszczalnie powinna się znajdować w tych tomach - w to wierzę - ściśle tajna agentura w trzech obozach jenieckich. Od razu powiem, że nam nazwiska tych osób, a było ich bardzo niewiele, są znane ale nie do publikacji - zastrzegł dr Kisielewski.

    Uczestniczący w spotkaniu Stanisław Jankowski - historyk i znawca tematyki katyńskiej - wyraził pogląd, że niektóre tajemnice zbrodni katyńskiej nie doczekają się wyjaśnienia, póki Rosjanie nie ujawnią wszystkich posiadanych materiałów.

    - Dla nas, historyków, nie ma żadnej wątpliwości, że cała dokumentacja dotycząca zbrodni katyńskiej została przygotowana i jest nadal przechowywana. Polska nadal nie uzyskała dostępu do 90 proc. tych dokumentów - oszacował Jankowski.

    Kopie protokołów zbrodni ukrywano pod belką

    Czwartkowe spotkanie z autorem książki "Katyń. Zbrodnia i kłamstwo" odbyło się w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera, która mieści się w byłej siedzibie Konsulatu ZSRR w Krakowie. Uczestnicy spotkania podkreślali symboliczny wyraz faktu, że o kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się Instytut Ekspertyz Sądowych, gdzie do lat 90. ukrywano za belką stropową jeden z najpoważniejszych dowodów obciążających Rosjan za zbrodnię katyńską.

    Chodzi kopie protokołów zespołu dr. Jana Robla, który w latach okupacji niemieckiej badał dowody rzeczowe zbrodni, wykopane przez Niemców w Katyniu i przekazane do opracowania polskim naukowcom. Oryginały protokołów zostały wywiezione przez Niemców pod koniec wojny i przepadły. Dr Robel ocalił i ukrył kopie, zarówno przed Niemcami jak i kroczącymi ich śladem Rosjanami.

    Dr Tadeusz A. Kisielewski jest absolwentem Instytutu Nauk Politycznych UW. Od końca lat 70. pracował w PAN i na UJ. W 2007 r. wydał książkę "Schyłek Rosji". W 2005 i 2006 r. opublikował książki "Zamach" i "Zabójcy", poświęcone zagadce śmierci gen. Sikorskiego.

    Safjan: W systemie kontroli konstytucyjnej jest pewna słabość

    Rozmawiał Jacek Żakowski
    2008-04-04, ostatnia aktualizacja 2008-04-04 12:07

    - Osobiście optowałbym za rozwiązaniem, które stwarzałoby szersze możliwości tak zwanej kontroli prewencyjnej, zwłaszcza przy tak ważnych aktach, jak Traktat Lizboński. Po to właśnie, by wątpliwości były usuwane w możliwie wczesnej fazie, zanim dochodzi do ostatecznej ratyfikacji. Dlatego, że potem wstrząsy są nieprawdopodobne - powiedział Marek Safjan w "Poranku Radia TOK FM"

    Zobacz powiekszenie
    fot. Bartłomiej Dreśliński
    prof. Marek Safjan
    Jacek Żakowski: Czy, tak jak chce część PiS-u, Trybunał Konstytucyjny powinien zbadać konstytucyjność Traktatu, czy nie?

    Marek Safjan: To będzie zależało oczywiście od ewentualnego wniosku prewencyjnego Pana Prezydenta...

    Jacek Żakowski: Bo przed tym wnioskiem, zgadza się pan z prezesem Stępniem, że dopóki Traktat nie jest podpisany, to nie ma możliwości?

    Marek Safjan: Nie, oczywiście nie istnieje taka możliwość formalna. Pamiętajmy, że Trybunał nie może działać z urzędu, nie może z własnej inicjatywy podjąć się badania Traktatu, natomiast jest ta możliwość wtedy, kiedy Pan Prezydent ma wątpliwości konstytucyjne. Bo pamiętajmy, że Prezydent podpisując ustawę wyrażającą zgodę na ratyfikację, jeszcze tym samym nie ratyfikuje. Bo ratyfikacja jest aktem odrębnym. Na razie mamy do czynienia z ustawą wyrażającą zgodę, natomiast akt ratyfikacji jest aktem prezydenta następującym po wejściu w życie tej ustawy. Prezydent w takiej sytuacji powinien albo podpisać, czyli ratyfikować układ, albo też powinien skierować Traktat do badania, do kontroli konstytucyjności przez Trybunał jeżeli ma wątpliwości konstytucyjne. Są to dwie możliwości, które otwierają się w takiej sytuacji. Bo może oczywiście być tak zwana kontrola następcza na przykład na wniosek grupy posłów...

    Jacek Żakowski: Czyli po podpisaniu przez prezydenta ustawy wyrażającej zgodę na ratyfikację...

    Marek Safjan: Nie dochodzi do ratyfikacji.

    Jacek Żakowski: A przed ratyfikacją posłowie mogą skierować do Trybunału...

    Marek Safjan: Prezydent może.

    Jacek Żakowski: Prezydent może?

    Marek Safjan: Posłowie nie mogą. To jest kontrola prewencyjna, która należy tylko do prezydenta.

    Jacek Żakowski: A ta ustawa ratyfikacyjna sama z siebie nie podlega kontroli Trybunału?

    Marek Safjan: Ustawa ratyfikacyjna też podlega, oczywiście Prezydent teoretycznie, można sobie wyobrazić taką sytuację, kiedy kieruje również ustawę wyrażającą zgodę na ratyfikację do kontroli Trybunału. Ale to są pamiętajmy dwa odrębne akty - ustawa i traktat.

    Jacek Żakowski: Dobrze. Ale teraz Pan Prezydent mówi, że nie będzie się spieszył z ratyfikacją, czyli ten odstęp między podpisaniem przez Prezydenta ustawy ratyfikacyjnej, gdzie mamy terminy konstytucyjne, a ratyfikacją może być długi. Czy w tym czasie posłowie mogą zaskarżyć ustawę do Trybunału?

    Marek Safjan: Ustawę? Mogą zaskarżyć. Natomiast nie mogą zaskarżyć Traktatu?

    Jacek Żakowski: Czyli wtedy Trybunał badałby tylko zapisy tej ustawy nie badając Traktatu, którego dotyczy ta ustawa?

    Marek Safjan: Tak.

    Jacek Żakowski: Czyli to by było absurdalne, bo tu nie ma co badać.

    Marek Safjan: Tak, dlatego Traktat jeszcze nie jest w tym momencie elementem obowiązującego prawa, a kontrola prewencyjna Traktatu należy w tym momencie tylko do prezydenta. Nie ma takiej możliwości, żeby doszło do zbadania na wniosek poselski na przykład.

    Jacek Żakowski: To załóżmy teraz, że prezydent podpisze ustawę ratyfikacyjną, ratyfikuje Traktat. Czy wtedy posłowie mogą zaskarżyć?

    Marek Safjan: Tak, wtedy istnieje ta możliwość i pamiętajmy, że przecież ona została zweryfikowana już wcześniej odnośnie Traktatu Akcesyjnego, bo Trybunał Konstytucyjny badał Traktat Akcesyjny po jego wejściu w życie, po akcesji Polski do Unii Europejskiej. Było to działanie w jakimś sensie ryzykowne dla państwa i dla Unii Europejskiej. Można przecież założyć, że tego rodzaju orzeczenie niekoniecznie musiało być korzystne dla Traktatu Akcesyjnego i sobie wyobraźmy, że na przykład w rok, czy półtora roku po akcesji Polski dochodzi do uznania niekonstytucyjności Traktatu Akcesyjnego i co wtedy? Wtedy otwiera się cała gama dość dramatycznych możliwości o których lepiej w tej chwili nie mówić.

    Jacek Żakowski: Właśnie, ale chciałbym pomówić w odniesieniu do Traktatu Lizbońskiego. Bo to jest bardzo ciekawe i mam wrażenie, że tu mamy do czynienia z jakąś niekonsekwencją konstytucyjną, albo z jakąś luką konstytucyjną, bo jakie mogłyby być skutki, gdyby ustawa została skierowana do Trybunału? Trybunał jeżeli wydaje decyzje krytyczne, to nakazuje poprawienie jakiegoś prawa. Jak można poprawić jednostronnie Traktat, do którego przystąpiło 27 krajów? Jak by to mogło wyglądać?

    Marek Safjan: Pamiętajmy, że rzecz jest bardziej skomplikowana, dlatego, że być może chodzi tutaj nie tyle o poprawienie Traktatu, ale poprawienie samej Konstytucji. Taka sytuacja istniała w niektórych krajach Unii Europejskiej, na przykład przed głosowaniem nad Europejskim Traktatem Konstytucyjnym we Francji Rada Konstytucyjna stwierdziła sprzeczność Traktatu Konstytucyjnego z Konstytucją Francuską. I co wtedy zrobiło Zgromadzenie Narodowe? Zadecydowało o zmianie konstytucji. Dostosowując system prawny do Traktatu. Tyle tylko, że to wszystko się działo w fazie racjonalnej. Czyli przed głosowaniem, przed referendum, więc nie było możliwej kolizji. Taka jest konstrukcja kontroli konstytucyjności we Francji, to jest kontrola tylko prewencyjna. W Polsce natomiast może teoretycznie się zdarzyć taka sytuacja, kiedy rzeczywiście będzie stwierdzona niekonstytucyjność Traktatu, który już obowiązuje i co się wtedy dzieje? Myślę, że na to też jest pewna odpowiedź, która pozwala uznać, że nie byłoby takiej absolutnej kolizji i dramatu. Ta możliwość została zastosowana w odniesieniu do regulacja wspólnotowej Europejskiego Nakazu Aresztowania. Pamiętajmy, że kiedy ten Europejski Nakaz Aresztowania, Trybunał powiedział: jest to niezgodne z Konstytucją. Ale jednocześnie powiedział: dajemy sejmowi 18 miesięcy na dostosowanie naszego prawa albo też podjęcie działań, które by zmierzały do wyeliminowania samego nakazu ze systemu prawa wspólnotowego, co było raczej mało prawdopodobne. Polski sejm dokonał zmiany konstytucji, art. 55, w wyniku orzeczenia Trybunału, więc wyobrażam sobie...

    Jacek Żakowski: Bo udało się zebrać większość w tej sprawie.

    Marek Safjan: Udało się zebrać większość. Teoretycznie istnieje taka możliwość, że Trybunał w sytuacji dramatycznej, gdyby stwierdzał ową niekonstytucyjność dałby parlamentowi czas na to, by zaszły zmiany w Konstytucji.

    Jacek Żakowski: A jak nie, to co?

    Marek Safjan: Gdyby nie, to rzeczywiście scenariusz jest trudny do przewidzenia.

    Jacek Żakowski: Bo zmienić konstytucję jest trudno, prawda?

    Marek Safjan: Tak, ale jeszcze trudniej prawdopodobnie wyobrazić sobie sytuację, w której nagle cała konstrukcja Unii Europejskiej upada. Dlatego pamiętajmy, iż dzieje się rzecz zupełnie dramatyczna. Nagle jedno z państw mówi: Traktat był ratyfikowany w sposób nieprawidłowy. Warunkiem obowiązywania Traktatu Europejskiego jest ratyfikacja przez wszystkie państwa członkowskie Unii. Wobec tego wyjątek uczyniony w tym momencie przez Polskę oznaczałby, że tak naprawdę ta ratyfikacja być może jest wtedy w ogóle nieskuteczna. I co wtedy? Czy mamy do czynienia z powrotem do starej konstrukcji? To jest w ogóle niewyobrażalne. To by była kolizja o tak wielkim, nieprzewidywalnym skutku dla całego systemu, że trudno sobie wyobrazić wręcz tego typu scenariusz.

    Jacek Żakowski: Czyli rozumiem, że Trybunał Konstytucyjny ma tego świadomość i działając pod presją niewyobrażalnych okoliczności raczej takiego ryzyka podejmował nie będzie.

    Marek Safjan: Pamiętajmy o alternatywnych rozwiązaniach, jak na przykład odroczenie wejścia w życie wyroku, tak jak się to działo w ENA, 18 miesięcy. Czyli pozwolenie parlamentowi na dokonanie zmian stosownych.

    Jacek Żakowski: Panie profesorze, czy to nie pokazuje jakiejś słabości konstytucyjnej tego systemu kontroli?

    Marek Safjan: Sądzę, że tak, że tutaj jest pewna słabość. Ja osobiście optowałbym za rozwiązaniem, które stwarzałoby szersze możliwości tak zwanej kontroli prewencyjnej, zwłaszcza przy tego rodzaju ważnych aktach. Po to właśnie by wątpliwości były usuwane w możliwie wczesnej fazie, zanim dochodzi do ostatecznej ratyfikacji. Dlatego, że potem wstrząsy są nieprawdopodobne. I dlatego też wydaje mi się, że to na przykład rozwiązanie, które zostało przyjęte we Francji jest dużo bardziej racjonalne. Bo pozwala na spokojne dostosowanie systemu. Ale potem, kiedy już dochodzi do ratyfikacji, do wejścia w życie traktatu, nie ma możliwości odejścia od tego na zasadzie jednostronnej decyzji państwa, które podpisało traktat.

    Jacek Żakowski: Czyli trzeba poszerzyć tę prewencyjną kontrolę, ale w przypadku takich międzynarodowych zobowiązań pańskim zdaniem, czy nie tylko?

    Marek Safjan: Wydaje mi się, że dotyczy to przede wszystkim tych międzynarodowych zobowiązań, chociaż wyobrażam sobie, że w pewnych sytuacjach kontrola prewencyjna szersza w odniesieniu do niektórych ustaw byłaby również uzasadniona. Ale też pamiętajmy o tym, iż kontrola prewencyjna prowadzi do wstrzymania w bardzo poważnym stopniu wejścia ustawy w życie.

    Jacek Żakowski: Czyli wydłuża się proces legislacyjny.

    Marek Safjan: Wydłuża się ogromnie proces legislacyjny i to powinna być procedura jednak bardzo wyjątkowa, stosowana w sytuacjach nadzwyczajnych, gdyby w Polsce otworzyć szerzej zakres kontroli prewencyjnej, można by sobie wyobrazić, że ten proces ustawodawczy byłby sparaliżowany, dlatego, że zawsze znajdzie się grupa pięćdziesięciu posłów, czy trzydziestu senatorów, czy inni uprawnieni, którzy będą na tym etapie kwestionowali ustawę. I nie byłoby to rozwiązanie najszczęśliwsze dla państwa.

    Jacek Żakowski: To by zasypało Trybunał pewnie.

    Marek Safjan: Tak, a poza tym pewnie opóźniałoby wprowadzanie racjonalnych rozwiązań do systemu. To jest przecież także istotne z punktu widzenia państwa prawa.

    Jacek Żakowski: No pan przyzna, że reprezentuje optymizm jurydyczny, zakładając, że ustawy uchwalane przez parlament są racjonalne.

    Marek Safjan: Nie sądzę, żeby ten optymizm był absolutnie stuprocentowy, uważam, że prawnicy, politycy i legislatorzy powinni powstrzymywać się często działań, które niestety nie bywają w każdym przypadku racjonalne. Wstrzemięźliwość także w tej dziedzinie jest bardzo ważna.

    Jacek Żakowski: Cieszę się to słysząc, ale czy z tego wynika, co pan mówił? Że byłoby bardziej racjonalne, gdyby Pan Prezydent skierował kwestię tego Traktatu do Trybunału Konstytucyjnego, niż gdyby go podpisał ryzykując, że powstałaby taka dziwna sytuacja, że Trybunał by już podpisaną ustawę zakwestionował?

    Marek Safjan: No tak, ale pamiętajmy, że kontrola prewencyjna też tego ryzyka, o którym pan redaktor mówił nie eliminuje. Dlatego, że można sobie teoretycznie wyobrazić sytuację w której prezydent kwestionuje określone postanowienia Traktatu, a po jego wejściu w życie są kwestionowane jeszcze inne postanowienia Traktatu, albo na innych podstawach konstytucyjnych te same. Także tutaj nie można niestety zapobiec takiemu niebezpieczeństwu. To jest możliwość, która będzie istniała, natomiast pytanie w ogóle, czy istnieją podstawy do kwestionowania konstytucyjności traktatu to jest pytanie, na które nie chciałbym teraz odpowiadać, ale według mojego najbardziej ogólnego osądu nie.

    Jacek Żakowski: Oby się pan nazbyt nie mylił. Chociaż na szczęście Trybunał Konstytucyjny jest tą instytucją, która dosyć poważnie się w Polsce zachowuje, jak na scenę polityczną to jest właściwie wzorzec.

    Marek Safjan: Wierzę głęboko, że Trybunał Konstytucyjny będzie zawsze czynnikiem stabilizującym państwo prawa, a nie odwrotnie i zapewne to się nie zmieni.

    Źródło: TOK FM

    A jednak kara dla J&S

    Piotr Nisztor 03-04-2008, ostatnia aktualizacja 04-04-2008 06:52

    Agencja Rezerw Materiałowych po raz drugi nałożyła na spółkę paliwową J&S Energy rekordową karę – 461,7 miliona złotych. Spółka została ukarana za brak wymaganych zapasów paliwa

    Agencja Rezerw Materiałowych po raz drugi nałożyła na spółkę paliwową J&S Energy rekordową karę – 461,7 miliona złotych.

    Trwające od początku lutego postępowanie było dwukrotnie przedłużane, m.in. ze względu na skomplikowany charakter sprawy. Decyzja agencji jest nieprawomocna, a spółka ma 14 dni na złożenie odwołania. Przedstawiciele J&S Energy zapewniali już, że odwołają się od tej decyzji.

    Ostatecznie o karze zdecyduje więc po raz kolejny wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak. Jeśli nie uzna argumentów spółki, po raz pierwszy w historii firma działająca w Polsce zapłaci tak wysoką karę.

    O sprawie zrobiło się głośno w połowie listopada 2007 roku. Na konferencji prasowej ówczesny wiceminister gospodarki Piotr Naimski ogłosił, że J&S Energy nie posiada wymaganych zapasów paliwa.

    Prezes ARM nałożył więc na spółkę prawie 0,5 mld zł kary. Firma odwołała się i już w grudniu 2007 r. nowy szef resortu gospodarki Waldemar Pawlak zdecydował się uchylić karę i umorzyć postępowanie. Sprawę umorzenia kary ujawniła "Rzeczpospolita". Powodem skasowania kary były błędy proceduralne. Prezes agencji Józef Aleszczyk podjął bowiem decyzję w swoim imieniu, a nie kierowanej instytucji.

    Decyzja Pawlaka wzbudziła duże kontrowersje. Tym bardziej gdy "Rz" ujawniła, że w J&S Energy pracują dawni członkowie PSL – Józef Pawlak i Zdzisław Zambrzycki. Zarówno przedstawiciele spółki, jak i wicepremier zaprzeczali, by miało to wpływ na decyzję. Po naszych publikacjach członkowie Sejmowej Komisji Gospodarki domagali się wyjaśnień od Pawlaka. Sprawą zajęła się też Najwyższa Izba Kontroli.

    Przedstawiciele spółki m.in. na specjalnie zwołanej konferencji prasowej udowadniali, że wymagane ustawą zapasy paliwa posiadali. Kilka dni temu w mediach pojawiły się już informacje, że firma będzie musiała zapłacić karę. Wówczas Grzegorz Zambrzycki, prezes J&S Energy, nie krył zaskoczenia.

    Wczorajszą decyzją ARM nie jest zaskoczony Antoni Mężydło z PO, wiceszef Sejmowej Komisji Gospodarki: – Wicepremier Pawlak podczas posiedzenia komisji zrozumiał, że ukaranie spółki jest nieuchronne. Była tylko wątpliwość natury prawnej, kto na wymierzyć karę – prezes czy agencja.

    Także jego kolega z komisji Maks Kraczkowski z PiS nie dziwi się ukaraniu spółki: – Widać są ku temu naprawdę poważne przesłanki.

    Przedstawiciele J&S Energy na pewno jednak odwołają się od decyzji. Sprawa trafi więc ponownie do wicepremiera Pawlaka. – Nie sądzę, aby skasował karę – stwierdził Mężydło. Co na to wicepremier?

    Biuro prasowe Ministerstwa Gospodarki poinformowało "Rz", że Waldemar Pawlak nie chce komentować sprawy.

    Źródło : Rzeczpospolita

    Brak odszkodowania przez lukę w prawie

    Jolanta Kroner 02-04-2008, ostatnia aktualizacja 02-04-2008 07:02

    Niekonstytucyjny jest brak rekompensaty za szkody wynikłe z bezprawnych orzeczeń, które nie kończą postępowania sądowego. Niezgodny z konstytucją jest także brak drogi odwoławczej od takich orzeczeń

    Tak stwierdził 1 kwietnia 2008 r. Trybunał Konstytucyjny (sygn. SK 77/06).

    TK uznał, że konstytucję narusza przepis kodeksu postępowania cywilnego (art. 4241), który daje prawo do odszkodowania za bezprawne działanie władzy publicznej tylko wówczas, gdy niezgodne z prawem orzeczenie kończy postępowanie sądowe. Ponieważ pomija on orzeczenia niekończące sprawy, TK usunął z tekstu przepisu słowa „kończącego postępowanie w sprawie”. W efekcie prawo do wyrównania szkody za błędne orzeczenie będzie przysługiwać zarówno w wypadku orzeczeń, które postępowanie sądowe kończą, jak i tych, które go nie kończą.

    Małgorzata K. zaskarżyła przewlekłość postępowania sądu rejonowego prowadzącego jej sprawę, ale sąd wyższej instancji skargę oddalił. Pani K. stwierdziła wówczas, że oddalenie skargi było niezgodne z prawem, a ponadto przyniosło jej stratę majątkową, gdyż uniemożliwiło odzyskanie wpisu sądowego. Winę ponosi przepis k.p.c. o odszkodowaniach tylko za bezprawne orzeczenie sądu kończące postępowanie.

    W swoim wniosku do TK Małgorzata K. napisała, że konstytucja każdemu przyznaje roszczenie o naprawienie szkody wyrządzonej przez władzę publiczną i że należy unieważnić przepis, który znaczną grupę poszkodowanych pozbawia tego prawa, naruszając przy okazji zasadę równości.

    Brak drogi odwoławczej od niezgodnych z prawem wyroków, które nie kończą postępowania, zakwestionowali także przedstawiciel Sejmu poseł Stanisław Chmielewski i prokurator Marek Sadowski z Prokuratury Krajowej.

    Trybunał uznał, że skarga Małgorzaty K. jest zasadna, bo zaskarżone unormowanie narusza istotę prawa do wynagrodzenia za szkody wyrządzoną przez władzę i zamyka drogę do dochodzenia tego prawa w wypadku orzeczenia niekończącego postępowania w sprawie. – Nic nie uzasadnia takiego zróżnicowania poszkodowanych przez bezprawne wyroki – uzasadniał orzeczenie TK sędzia sprawozdawca Janusz Niemcewicz.

    Źródło : Rzeczpospolita

    Piraci opanowali francuski żaglowiec

    mar, PAP
    2008-04-04, ostatnia aktualizacja 2008-04-04 23:06

    Piraci porwali u wybrzeży Somalii francuski żaglowiec z 32-osobową załogą - potwierdził wieczorem doniesienia prasowe przedstawiciel armatora mającego siedzibę w Marsylii.

    Zobacz powiekszenie
    Fot. AP
    Francuski żaglowiec porwany przez piratów
    Piraci z dwóch jednostek wdarli się na wodach Zatoki Adeńskiej na luksusowy żaglowiec "le Ponant", płynący bez pasażerów z Seszeli na Morze Śródziemne. Większość załogi to Francuzi, są też Ukraińcy.

    "Jest to bezczelny akt piractwa. Mamy w tym rejonie stosunkowo silne środki militarne. Postawiliśmy je w stan gotowości, aby jak najszybciej uwolnić zakładników - powiedział dziennikarzom przebywający w Brukseli z wizytą premier Francji Francois Fillon.

    Dodał, że ma nadzieję na uwolnienie zakładników "w nadchodzących godzinach i minutach". Poinformował też, że uruchomił plan ratunkowy - wysłania sił francuskich w rejon, gdzie doszło do porwania - i poprosił sojuszników o pomoc.

    88-metrowy trójmasztowy żaglowiec dysponuje 32 kabinami dla 64 pasażerów. Rozwija prędkość 12-14 węzłów pod żaglami; dysponuje także silnikiem o mocy 1.600 KW. Miał on 21 kwietnia popłynąć z Aleksandrii (Egipt) do La Valetty, stolicy Malty.

    W graniczącym z Somalią Dżibuti Francja ma rozlokowanych 2.900 żołnierzy.

    Według radia France Info, w rejon porwania wysłano już samoloty zwiadowcze i amerykański okręt wojenny.

    Międzynarodowe Biuro Morskie (IMB) stale ostrzega przed groźbą ataków piratów u wybrzeży Somalii i zaleca statkom handlowym zachowanie odległości co najmniej 200 mil morskich (ok. 370 km) od brzegu.

    Somalijscy piraci używają łodzi motorowych wyposażonych w telefony satelitarne i system nawigacji satelitarnej GPS. Zwykle są uzbrojeni w broń automatyczną, wyrzutnie rakiet i granaty. Ich celem są zarówno statki pasażerskie, jak i towarowe.

    Somalia nie ma skutecznie działającego rządu od roku 1991, gdy dyktator generał Mohamed Siad Barre został obalony przez lokalnych watażków, którzy następnie rozpoczęli walkę między sobą. Od tego czasu w Somalii szerzy się bezprawie. W konflikcie w tym kraju śmierć poniosło co najmniej 300 tys. ludzi.