środa, 13 lutego 2008

"Papież" zmarł w więzieniu

Michele Greco w klatce podczas rozprawy w sądzie
AFP

W wieku 83 lat w więzieniu w Rzymie zmarł mafijny boss z Sycylii Michele Greco. Odbywający karę dożywocia mafioso miał pseudonim "Papież", gdyż zasłynął jako negocjator między skłóconymi klanami Cosa Nostry.
W latach 70. Michele Greco stanął na czele specjalnej "komisji" mafii, która podejmowała decyzje i była jej swoistym wspólnym "rządem". Dopiero potem odkryto, że Greco był tylko formalnym szefem Cosa Nostry, podporządkowanym potężnemu, słynącemu z okrucieństwa klanowi Corleone, kierowanemu przez Salvatore Toto Riinę i Bernardo Provenzano. Podczas gdy Greco usiłował pogodzić poszczególne gangi, mafia z Corleone bezwzględnie zwalczała swych rywali.

Ale także właśnie "komisja", na której czele stał Greco, wyraziła zgodę na zabicie walczącego z mafią sędziego Cesare Terranovy i zamach na generała karabinierów Alberto Dalla Chiesę, zastrzelonego w 1982 roku razem z żoną w Palermo. Za te dwa zabójstwa Michele Greco został w następnych latach skazany na dożywocie.

Los połączył go z byłym siedmiokrotnym premierem Włoch Giulio Andreottim, który w latach 90. został oskarżony o związki z mafią, a następnie ostatecznie oczyszczony z zarzutu po wieloletniej batalii sądowej. Według świadków, których zeznania były podstawą aktu oskarżenia, Greco i Andreotti mieli oglądać razem nielegalnie uzyskane kopie premierowych filmów w tajnym kinie.

Puchar UEFA: Zwycięstwo Anderlechtu, 90 minut Wasilewskiego

hana
2008-02-13, ostatnia aktualizacja 2008-02-13 23:34
Zobacz powiększenie
Fot. GEERT VANDEN WIJNGAERT AP

W środę po kilkutygodniowej przerwie ruszył Puchar UEFA. W pierwszych spotkaniach 1/16 finału swoje mecze wygrały m.in. Zenit Sankt Petersburg, Everton, Werder Brema i Anderlecht Bruksela. 90 minut w meczu tego ostatniego zespołu z Bordeaux (2:1) rozegrał Marcin Wasilewski. To jedyny Polak, który w środę wybiegł w podstawowym składzie swojej drużyny.

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Zespoły Polaków grały ze zmiennym szczęściem. Swoje spotkanie zremisował klub Arkadiusza Malarza, który w meczu Panathinaikosu Ateny zasiadł na ławce rezerwowych. Porażki natomiast doznał klub innego naszego golkipera, Pawła Kieszka. Jego Sporting Braga uległ zdecydowanie lepiej dysponowanym piłkarzom Werderu 3:0 a niekwestionowanym bohaterem meczu został Tim Wiese, bramkarz gospodarzy, który obronił aż dwa rzuty karne. Z kolei Marcin Wasilewski wybiegł w podstawowym składzie Anderlechtu a jego zespół rzutem na taśmę pokonał Bordeaux 2;1. W ostatniej minucie meczu gola na wagę zwycięstwa zdobył Belg Mpenza.

Dużą niespodzianką jest porażka piłkarzy Villarreal, którzy w Sankt Petersburgu musieli uznać wyższość gospodarzy i po golu Pawła Pogrebniaka w 63. minucie przegrali 0:1. W spotkaniu Olympique Marsylia ze Spartakiem Moskwa do przerwy mieliśmy bezbramkowy remis. Po przerwie jednak Francuzi zdecydowanie podkręcili tempo i w ciągu niespełna 20 minut strzelili rywalom trzy bramki. Niemal pewni awansu do kolejnej fazy rozgrywek mogą być już zawodnicy Evertonu, który wygrali 2:0 w Bergen.

Spotkania rewanżowe zostaną rozegrane 21 lutego.

Wyniki meczów 1/16 finału:

Zenit Sankt Petersburg - Villarreal CF 1:0 (0:0): Pogrebniak (63.)

Galatasaray Stambuł - Bayer Leverkusen 0:0

AEK Ateny - Getafe CF 1:1 (0:0): Blanco (90.+4) - de la Red (86.).

Brann Bergen - Everton 0:2 (0:0): Osman (59.), Anichebe (88.)

Werder Brema - Sporting Braga 3:0 (2:0): Naldo (5.), Jensen (27.), Almeida (90.+5-karny)

Anderlecht - Bordeaux 2:1 (0:0): Polak (79.), Mpenza (90.+5) - Jussie (69.).

Olympique Marsylia - Spartak Moskwa 3:0 (0:0): Cheyrou (62.), Taiwo (68.), Niang (79.).

PSV Eindhoven - Helsingborg 2:0 (2:0): Simons (7.), Lazovic (33.)

Glasgow Rangeres - Panathinaikos Ateny 0:0

Sporting Lizbona - FC Basel 2:0 (2:0): Vukcevic (8., 58.)

Czwartek, 14 lutego

FC Aberdeen - Bayern Monachium

FC Zurich - Hamburger SV

Rosenborg Trondheim - AC Fiorentina

Bolton Wanderers - Atletico Madryt

Slavia Praga - Tottenham

Benfica Lizbona - FC Nuernberg

Demokratyczny polityk: Kolor skóry Obamy utrudni mu wybór na prezydenta

awe, PAP
2008-02-13, ostatnia aktualizacja 26 minut temu
Zobacz powiększenie
Barack Obama
Fot. JIM YOUNG REUTERS

Prominentny polityk Partii Demokratycznej, gubernator Pensylwanii Ed Rendell, powiedział że niektórzy biali Amerykanie nie będą głosować w wyborach prezydenckich na Baracka Obamę z powodu jego koloru skóry.

ZOBACZ TAKŻE
- Są tutaj w Pensylwanii biali konserwatyści i myślę, że niektórzy biali prawdopodobnie nie są gotowi zagłosować na afro- amerykańskiego kandydata - powiedział Rendell w wywiadzie dla dziennika "Pittsburgh Post Gazette".

Jako przykład tych uprzedzeń rasowych podał wybory na gubernatora stanu w 2006 r., które wygrał z kandydatem murzyńskim różnicą 22 procent. - Gdyby mój rywal był biały, różnica wyniosłaby najwyżej 17 procent - powiedział.

"Nie oskarżał, był realistą"

Rzecznik gubernatora oświadczył, że nie chciał on nikogo obrazić, a jedynie "poczynił obserwację na temat niefortunnej natury niektórych elementów amerykańskiego społeczeństwa". - Nikogo nie oskarżał, a tylko był realistą - dodał. Rendell, były przewodniczący Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej, popiera w prawyborach senator Hillary Clinton.

Także popularna felietonistka "New York Timesa" Maureen Dowd, zacytowała w środę wypowiedź starszej kobiety w czasie wtorkowego głosowania w Maryland, która powiedziała, że "nie jest pewna, czy jest gotowa na czarnego prezydenta".

Nie posądzany bynajmniej o rasizm były prezydent Bill Clinton użył karty rasowej po wygranych przez Obamę prawyborach w Południowej Karolinie. Jego zwycięstwo skomentował słowami: - Jesse Jackson też wygrał kiedyś w tym stanie - sugerując, że senator odniósł sukces głównie dzięki poparciu Murzynów. Na Obamę masowo głosują jednak także biali.

Amerykanie gotowi?

Obama jest synem czarnego studenta-imigranta z Kenii i białej kobiety z Kansas. Rasa senatora z Illinois i uprzedzenia rasowe w USA w związku z jego udziałem w wyborach nie są tematem często poruszanym w kampanii wyborczej - w każdym razie publicznie. Według sondaży, ponad 90 procent Amerykanów deklaruje, że nie ma nic przeciwko wyborowi pierwszego w dziejach czarnoskórego prezydenta.

Niektórzy eksperci zwracają jednak uwagę, że dane te mogą zawyżać stopień rzeczywistej gotowości społeczeństwa amerykańskiego do przekazania Białego Domu w ręce Afroamerykanina.

Zabójca blisko 400 osób zginął w eksplozji

Imad Mughniyeh

Jeden z głównych dowódców Hezbollahu, podejrzany o organizację wielu głośnych na całym świecie ataków terrorystycznych z ostatnich 25 lat, zginął podczas eksplozji w Syrii – poinformowała dzisiaj telewizja Hezbollahu.
Imad Mughniyeh zginął wczoraj w części mieszkalnej stolicy Syrii, Damaszku – podaje stacja telewizyjna Al-Manar.

Za śmierć swego dowódcy, Hezbollah obwinia Izrael, ale przedstawiciele izraelscy zaprzeczają, że ich kraj miał jakikolwiek związek z wczorajszym atakiem. - Izrael nie zgadza się z próbą przypisania mu związku z tym incydentem, który próbują narzucić mu ugrupowania terrorystyczne – powiedział rzecznik rządu Izraela. CNN ustaliło, że zachodnie agencje wywiadowcze od dawna podejrzewały Mughniyeha o związek z zamachem na amerykańską ambasadę w Bejrucie, zorganizowanym w 1983 roku. Zginęły wtedy 63 osoby. Mughniyeh podejrzewany był też o zorganizowanie drugiego zamachu w tym samym roku. Ciężarówka wyładowana materiałami wybuchowymi zniszczyła koszary amerykańskiej piechoty morskiej, w wyniku czego zginęło 241 osób. Atak poprzedził wycofanie amerykańskiej armii z Libanu.

FBI wymieniało Mughniyeha na liście Najbardziej Poszukiwanych Terrorystów Świata, obwiniając go również o porwanie samolotu TWA Flight 847. Dramatyczne wydarzenia przyciągały wtedy uwagę telewidzów z całego świata przez ponad dwa tygodnie. Porywacze przejęli samolot podczas lotu z Aten w Grecji do Rzymu we Włoszech, zmuszając pilotów do lądowania na lotnisku w Bejrucie. Podczas trwającego 17 dni horroru zginął nurek amerykańskiej marynarki, Robert Dean Stethem.

FBI podaje na swej stronie internetowej, że Mughniyeh był poszukiwany "za udział w planowaniu i akcji przeprowadzonej 14 czerwca 1985 roku, za porwanie komercyjnego samolotu i napaści na wielu pasażerów oraz członków załogi, a także zamordowanie obywatela Stanów Zjednoczonych.

W 2001 roku CNN informował, że przed zamachami terrorystycznymi z 11 września 2001 roku, to właśnie Mughniyeha władze amerykańskie obwiniały za spowodowanie największej liczby zgonów wśród Amerykanów na całym świecie.

- Od ponad 20 lat służby wywiadowcze podejmowały ogromne wysiłki, aby zlokalizować Mughniyeha – powiedział w zeszłym roku CNN Magnus Ranstorp, profesor uniwersytecki zajmujący się badaniem terroryzmu i politycznej przemocy.

Władze Stanów Zjednoczonych próbowały pojmać Mughniyeha co najmniej dwa razy – we Francji w 1986 roku oraz w Arabii Saudyjskiej w 1995 roku.

Na GPW kolejny dzień wzrostów, ale analitycy ostrzegają

ISI
2008-02-13, ostatnia aktualizacja 2008-02-13 18:23

Główne indeksy warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych w środę znów zakończyły sesję na plusie, choć dzień zaczął się od spadków.

Zobacz powiekszenie
Analitycy ostrzegają jednak, że rynek nadal znajduje się w trendzie spadkowym.

"Obecne wzrosty trzeba ocenić jako ruch korekcyjny, rynek nadal znajduje się w trendzie spadkowym" - powiedział analityk Domu Maklerskiego Millenium Tomasz Nowak. Według niego, indeks WIG 20 może wzrosnąć do poziomu 3150 pkt, gdzie napotka na silny opór.

"Potem należy się spodziewać spadku do poziomu ok. 3 tys. pkt, gdzie WIG 20 wejdzie w trend horyzontalny, czekając na silny sygnał do wzrostu lub dalszego spadku" - ocenia Nowak. W najbliższych dniach sygnałem do spadku mogą być, według niego, raporty kwartalne polskich banków, które nie będą już tak dobre jak ostatnio.

"Ważne będą też sygnały z USA, np. jutro dane nt. nowo zarejestrowanych bezrobotnych" - powiedział Nowak. W środę to właśnie dane z USA windowały w górę europejskie indeksy w połowie dnia.

WIG 20 rozpoczął dzień od spadków, ponieważ inwestorzy realizowali zyski z poprzednich dni. Jednak opublikowane o 14:30 dane o sprzedaży detalicznej w USA okazały się lepsze od oczekiwanych i przełożyły się na wzrosty w Warszawie i reszcie Europy.

W środę indeks WIG 20 wzrósł o 0,57% do 3 084,34 pkt, a WIG o 0,82% do 49 770,40 pkt. Obroty wyniosły 1,6 mld zł. (ISB)

mtd/tom

TVN ujawnia szokujące nagrania z olsztyńskiego Ratusza

asz
2008-02-13, ostatnia aktualizacja 2008-02-13 22:11

TVN 24 i "Fakty" TVN dotarły do szokującego nagrania krążącego po Urzędzie Miasta w Olsztynie. - No chcę ... aż się uśliniłem (...) Bym Cię tak wziął i w tą p... tak, że by Ci d... skakała, jak ją postawię na dywanie - mówi w nagraniu męski głos. Wcześniej urzędniczki z olsztyńskiego Ratusza oskarżyły prezydenta tego miasta o molestowanie.

Zobacz powiekszenie
Fot. Tomasz Waszczuk / AG GWL OLSZ WT080121
Prezydent Olsztyna Czesław Małkowski
- Najpierw bym Cię (...) a potem wziął, żeby Cię tak podniecić. Chciałabyś? - słychać w innym fragmencie nagrania. W styczniu "Rzeczpospolita" napisała, że prezydent Czesław Małkowski molestował urzędniczki i zgwałcił jedną z nich, będącą w zaawansowanej ciąży.

Kobiety oskarżyły prezydenta o molestowanie i gwałt. - Biłam go, kiedy próbował to robić. Sugerował, że jak mu się nie będę oddawała, to mnie zwolni - mówiła jedna z nich dziennikarzowi "Rz".

Śledztwo w sprawie molestowania i gwałtu w styczniu wszczęła olsztyńska prokuratura. Tydzień temu akta przejęła Prokuratura Okręgowa w Białymstoku, aby wykluczyć wątpliwości co do bezstronności śledczych. Po seksaferze w "Ratuszu" politycy Platforma Obywatelskiej zrezygnowali z koalicji z prezydentem Małkowskim. On sam sprawy nie skomentował.

Dzisiaj okazało się, że Prokuratura w Białymstoku wysłała do Olsztyna pismo zawierające listę kobiet oskarżających Małkowskiego. List, drogą służbową, trafił do samego prezydenta. - Teraz wszyscy wiedzą, które urzędniczki go oskarżyły. To skandaliczna decyzja - pisała "Rz", która ujawniła tę informację.

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski powiedział w TVN24, że trudno w tym przypadku mówić o złamaniu prawa. - Od strony formalnej prokuratura nie może stosować technik operacyjnych, na przykład tajnie wynieść teczek - dodał minister.

Ćwiąkalski zaznaczył, że dalszym działaniom prokuratury w tej sprawie "będzie towarzyszył kierunek ewentualnych kwestii związanych z zastraszaniem poszczególnych świadków i utrudnianiem śledztwa".

Piwnik: Kaczyński został celowo wprowadzony w błąd

awe, PAP
2008-02-13, ostatnia aktualizacja 2008-02-13 22:02

Sędzia Barbara Piwnik uważa, że Jarosław Kaczyński krytykując ją za zwolnienie z aresztu członków tzw. gangu obcinaczy palców, był "zapewne celowo wprowadzany w błąd".

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Barbara Piwnik
Piwnik powiedziała w TVN24, że akt oskarżenia "w sprawie, o której mowa, nie obejmuje ani zabójstw, ani uszkodzeń ciała, ani 20 uprowadzeń".

W ubiegłym tygodniu były premier, lider PiS Jarosław Kaczyński za oburzające uznał okoliczności zwolnienia z aresztu groźnych przestępców przez sędzię Piwnik. Przez kilka dni media donosiły, że chodzi o groźny gang "obcinaczy palców", którego członkowie, decyzją sądu, wyszli z aresztu.

- Mamy tutaj do czynienia z decyzją podejmowaną przez osobę, która już kiedyś zwalniała przestępców, którzy następnie dopuścili się zabójstw. Mamy tutaj do czynienia z czymś, co powinno być konkretnie zbadane, mam na myśli rolę pani sędzi Piwnik. Przypominam, że ona była też ministrem sprawiedliwości i to wszystko chyba składa się w jakąś całość - mówił Kaczyński.

Nie mówiła do gangsterów po imieniu

Piwnik powiedziała w środę, że gdyby Kaczyński wiedział o okolicznościach sprawy, to "zapewne rozważyłby swoją wypowiedź". - Mam nadzieję, że kiedyś z premierem Kaczyńskim będziemy mogli sobie te sprawy wyjaśnić - dodała. Pytana, czy oczekuje przeprosin od Kaczyńskiego odpowiedziała: "nie mam tak daleko idących oczekiwań".

Piwnik zaprzeczyła doniesieniom mediów, iż miała się zwracać do członków gangu po imieniu. Jest to kolejne kłamstwo, które łatwo zweryfikować, rozprawy są nagrywane - mówiła.

Odpowiadając na pytanie, gdzie jest gang "obcinaczy palców", Piwnik powiedziała, że ma nadzieję, iż "kiedyś prokuratura i policja odpowiedzą społeczeństwu, pokażą materiały dowodowe, co będzie się łączyło z wniesieniem aktu oskarżenia".

Ćwiąkalski: To klasyczne pomówienie

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski powiedział w TVN24, że słowa byłego premiera Kaczyńskiego o sędzi Piwnik, "to klasyczne pomówienie, bez podania konkretnych dowodów".

W grudniu 2007 Sąd Okręgowy w Warszawie, prowadzący proces grupy oskarżonych o udział w gangu i wymuszanie okupów połączonych z porwaniami, uchylił areszt wobec sześciu osób. Taką decyzję podtrzymał też sąd apelacyjny. Na wolność faktycznie wyszedł tylko jeden z oskarżonych - Tomasz R. Pozostałych pięciu przebywa w areszcie w związku z innymi sprawami. W mediach pojawiły się wtedy informacje o uchyleniu aresztu członkom gangu, którzy obcinali palce swym ofiarom, by przesłać je rodzinie zakładnika.

Nie obcinali palców?

W ubiegłym tygodniu w Sejmie wiceprokurator generalny Andrzej Pogorzelski zdementował informacje mediów, powtarzane przez niektórych polityków, jakoby oskarżeni członkowie gangu obcinali palce swym ofiarom, by przesłać je rodzinie zakładnika. Wyjaśnił, że "w sprawie obcinania palców toczy się odrębne postępowanie wobec innych osób; listem gończym poszukiwane są cztery osoby, którym prokuratura chce postawić takie zarzuty; nie jest to żadna z osób oskarżonych w sprawie gangu"

Puchar UEFA: wyniki środowych spotkań

ŁW /13.02.2008 19:58
Marcin Wasilewski, Marouane Chamakh, Gabriel Obertan
W pierwszym spotkaniu 1/16 finału Pucharu UEFA Zenit Sankt Petersburg pokonał na własnym boisku Villarreal CF 1:0 (0:0). Rewanż odbędzie się 21 lutego w Hiszpanii.
Zwycięską bramkę dla mistrza Rosji zdobył w 63. minucie Paweł Pogrebniak.

Goli nie zobaczyli kibice w Stambule, gdzie Galatasaray zremisował z Bayerem Leverkusen.
Remisem zakończył się także mecz AEK Ateny z Getafe CF, a obie bramki padły w samej końcówce spotkania.

Blisko awansu do 1/8 finału jest Everton FC. W pierwszym meczu "The Toffees" pokonali na wyjeździe norweskie Brann Bergen.

W Bremie bohaterem meczu ze Sportingiem Braga został bramkarz Werderu, Tim Wiese, który obronił dwa rzuty karne, egzekwowane przez Austriaka Rolanda Linza (w 10. minucie) i Brazylijczyka Jorginho (w 36.). Gospodarze wygrali 3:0. W składzie gości zabrakło miejsca dla polskiego bramkarza, Pawła Kieszka.

Zagrał za to, przez 90 minut, reprezentant Polski, Marcin Wasilewski. Jego Anderlecht pokonał 2:1 Girondins Bordeaux.

Blisko awansu jest Olympique Marsylia. Francuzi ograli 3:0 Spartaka Moskwa.

W Glasgow z ekipą Rangers 0:0 zremisował Panathinaikos. Bramkarz "Koniczynek". Arkadiusz Malarz, obserwował mecz z ławki rezerwowych.

W ostatnim środowym meczu Sporting Lizbona, po dwóch bramkach Simona Vukcevica pokonał FC Basel 2:0 (1:0).

Wyniki pierwszych meczów 1/16 finału:

Zenit Sankt Petersburg - Villarreal CF 1:0 (0:0)
Bramka - Paweł Pogrebniak (63).
Sędziował: Michael Weiner (Niemcy).

Galatasaray Stambuł - Bayer Leverkusen 0:0
Sędziował: Lucilio Cardoso Cortez Batista (Portugalia).

AEK Ateny - Getafe CF 1:1 (0:0)
Bramki: Ismael Blanco (90) - Ruben De la Red (86).
Sędziował: Bertrand Layec (Francja).

Brann Bergen - Everton FC 0:2 (0:0)
Bramki: Leon Osman (59), Victor Anichebe (88).
Sędziował: Anton Genow (Bułgaria).

Werder Brema - Sporting Braga 3:0
Bramki: Naldo (5), Daniel Jensen (27), Hugo Almeida (90-karny).
Sędziował: Georgios Kasnaferis (Grecja).

PSV Eindhoven - Helsingborgs IF 2:0 (2:0)
Bramki: Timmy Simons (7), Danko Lazovic (33).
Sędziował: Kostas Kapitanis (Cypr).

Olympique Marsylia - Spartak Moskwa 3:0 (0:0)
Bramki: Benoit Cheyrou (62), Taye Taiwo (68), Mamadou Niang (79).
Sędziował: Pedro Proenca (Portugalia).

Anderlecht Bruksela - Girondins Bordeaux 2:1 (0:0)
Bramki: Jan Polak (79), Mbo Mpenza (90) - Jussie (69).
Sędziował: Paolo Tagliavento (Włochy).

Glasgow Rangers - Panathinaikos Ateny 0:0
Sędziował: Nicola Rizzoli (Włochy).

Sporting Lizbona - FC Basel 2:0 (1:0)
Bramki: Simon Vukcevic - dwie (8, 58).
Sędziował: Kevin Blom (Holandia).

W czwartek:

Aberdeen FC - Bayern Monachium (19:00)
FC Zurich - Hamburger SV (20:30)
Rosenborg Trondheim - AC Fiorentina (20:45)
Bolton Wanderers - Atletico Madryt (21:00)
Slavia Praga - Tottenham Hotspur (21:00)
Benfica Lizbona - FC Nuernberg (21:45).

Do Busha z przesiadką

2008-02-13 06:58
Premier Donald Tusk znów przesiada się do rejsowego samolotu LOT. Właśnie nim uda się 8 marca w pierwszą wizytę do USA. Politycy opozycji już ironizują z tego pomysłu - pisze "Dziennik".

Tym razem rezygnacja z rządowego samolotu jest skomplikowana. Warszawa nie ma bezpośredniego połączenia z Waszyngtonem, gdzie dojdzie do głównego spotkania tej podróży - z prezydentem USA George'em W. Bushem.

- Potwierdzam, że na 99 proc. premier poleci rejsowym samolotem. Od początku zapowiadaliśmy, że tam, gdzie to możliwe, będzie korzystał z rejsowych połączeń - mówi gazecie rzecznika rządu Agnieszka Liszka. Problem w tym, że do tej pory jedynym przykładem takich zagranicznych podróży była wizyta w Brukseli na początku grudnia.

W kancelarii premiera długo nie było przesądzone, czy rzeczywiście ten plan wyjdzie. Trzeba było bowiem upewnić się, czy da się dograć przeloty lokalne amerykańskich linii. Ostatecznie wychodzi na to, że ma się udać. Scenariusz jest taki: 8 marca wieczorem Tusk ma wylądować w Nowym Jorku, nazajutrz spędzi dzień na spotkaniach z tamtejszą Polonią, a następnego dnia wyleci do Waszyngtonu na spotkanie z Bushem i ewentualnie 2 - 3 spotkania z przedstawicielami amerykańskiego establishmentu.

Po co te lotnicze kombinacje? Kancelaria premiera podaje jeden powód: koszty. - W tym przypadku będzie taniej przynajmniej dwukrotnie - zapewnia Liszka. Rzeczywiście koszt przelotu rządowym Tu-154M mały nie jest: ponad 36 tys. za godzinę. Bilet w klasie biznesowej na przelot Warszawa - Nowy Jork - Waszyngton to koszt 5 - 10 tys. zł. Chęć oszczędności wymusza jednak równocześnie zmniejszenie liczby osób towarzyszących.

Jest jeszcze inny aspekt całej sprawy. Jak się dowiedział "Dziennik", znów jeden z dwóch rządowych Tu-154 M za 5 dni leci do Rosji na przegląd. - Jeżeli więc prezydent chciałby gdzieś polecieć w czasie, kiedy Tusk będzie za oceanem, to mógłby być z tym problem. - A premier nie chce dopuścić do żadnego zwarcia z Lechem Kaczyńskim - poinformowano w kancelarii Tuska.

ab, pap

Zginął dowódca Hezbollahu

2008-02-13 10:09
Jeden z ważnych dowódców Hezbollahu Imad Fayez Mugniyah, znajdujący się na amerykańskiej liście najbardziej poszukiwanych terrorystów, zginął przed północą w zamachu bombowym w stolicy Syrii, Damaszku.

Informację o śmierci dowódcy potwierdziły libańskie źródła w Bejrucie, a następnie stacja telewizyjna Hezbollahu. W oświadczeniu organizacji, opublikowanym w środę rano, w wiele godzin po wybuchu w Damaszku, oskarżono o zamach Izrael.

Jak podaja agencje do zamachu doszło przed północą w pobliżu irańskiej szkoły i komisariatu policji w dzielnicy mieszkaniowej Kafar Souseh; eksplodowała wówczas ukryta w samochodzie bomba. Po wybuchu informowano, że zginęła jedna osoba, a eksplozja zniszczyła kilka samochodów. Policja syryjska natychmiast zablokowała ulice, prowadzące do miejsca wybuchu, odholowała wrak samochodu i usunęła ciało ofiary. Władze odmówiły komentarzy.

Na miejscu pojawili się jednak przedstawiciele palestyńskiego Hamasu, co zrodziło spekulacje, że celem mógł być przebywający na uchodźstwie w Syrii główny przywódca Hamasu Chaled Meszal.

Poza Hamasem w Syrii znajdują schronienie czołowi przedstawiciele kilku innych ugrupowań palestyńskich odrzucających porozumienie pokojowe z Izraelem, w tym liderzy popieranego przez Damaszek, istniejącego od 1982 roku libańskiego Hezbollahu - Partii Boga.

Imad Mugniyah, za którego schwytanie rząd USA oferował nagrodę do pięciu milionów dolarów, uważany jest za jednego z twórców organizacji libańskich hezbollahów. Kierował m.in. sekcją ds. wywiadu i w latach 80. i 90. zeszłego wieku miał odpowiadać za serię krwawych zamachów i porwań, wymierzonych głównie przeciwko Amerykanom i Izraelczykom. Lista ta jest bardzo długa i obejmuje ataki w wielu państwach.

Przypisuje mu się m.in. udział w zorganizowaniu zamachu na ambasadę USA w Bejrucie w kwietniu 1983 r.; zginęło tam 63 osoby, w tym 17 Amerykanów. Obciąża się go też odpowiedzialnością za krwawe, zgrane w czasie ataki na francuskich i amerykańskich żołnierzy w październiku tego samego roku, także w Bejrucie; śmierć poniosło wówczas 58 francuskich i 241 amerykańskich żołnierzy.

Rząd Argentyny formalnie oskarżył go o zamach na ambasadę Izraela w Buenos Aires w 1992 r. i zamach na centrum kulturalne w tym mieście w 1994 r; w atakach zginęło odpowiednio 29 i 86 ludzi.

W ostatnim czasie Imad Mugniyah miał odpowiadać, w ramach Specjalnego Dowództwa Operacyjnego Hezbollahu, za sprawy wywiadu organizacji oraz kontakty wywiadów Hezbollahu i Iranu. Według zachodnich źródeł od 1993 r. utrzymywał kontakty z Al- Kaidą Osamy bin Ladena.

ab, pap

Szczygło przesłuchany ws. Nangar Khel

2008-02-13 15:21
Prokuratura wojskowa zajmująca się sprawą ostrzelania przez polskich żołnierzy wioski Nangar Khel w Afganistanie przesłuchała w środę byłego szefa MON Aleksandra Szczygłę.

Przesłuchanie Szczygły - w charakterze świadka - odbyło się w Warszawie, w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej; trwało ok. dwóch godzin.

Szczygło nie chciał wypowiadać się na temat jego przebiegu. "Udzieliłem wszelkich informacji, które znam" - powiedział PAP.

W sprawie przesłuchano dotąd kilkadziesiąt osób, wśród nich m.in. dowódcę I zmiany PKW w Afganistanie gen. Marka Tomaszyckiego (szef MON Bogdan Klich przeniósł go do rezerwy kadrowej do czasu wyjaśnienia sprawy) i dowódcę Wojsk Lądowych gen. Waldemara Skrzypczaka.

Nie wiadomo na razie kiedy przesłuchany zostanie płk Martin Schweitzer, amerykański dowódca 4. grupy bojowej w Afganistanie. Jego zdaniem, jak mówił Klichowi w czasie jego wizyty w bazie Sharana - akcja polskich żołnierzy w Nangar Khel była błędem, a nie "działaniem kryminalnym".

We wtorek Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował o przedłużeniu o trzy miesiące - do 13 maja - aresztu wszystkim siedmiu żołnierzom, podejrzanym w związku z ostrzelaniem afgańskiej wioski.

Powodem takiej decyzji - argumentował sąd - jest duże prawdopodobieństwo popełnienia zarzucanego czynu, obawa matactwa, grożąca surowa kara oraz obawa ucieczki jednego z żołnierzy. Zachodzi ponadto potrzeba wykonania kolejnych czynności procesowych. Zdaniem sądu, nie istnieją przesłanki przemawiające za uchyleniem aresztu i zamianą go na poręczenie - majątkowe lub osób godnych zaufania.

Obrońcy żołnierzy już zapowiedzieli złożenie zażaleń do Izby Wojskowej Sądu Najwyższego. Rozżalenia z rozstrzygnięcia nie kryli najbliżsi żołnierzy, obecni w sądzie.

Podejrzani to żołnierze z 18. bielskiego Batalionu Desantowo- Szturmowego - kpt. Olgierd C., ppor. Łukasz B., chor. Andrzej O., plut. Tomasz B. oraz starsi szeregowi Damian L., Robert B. i Jacek J. Sześciu z nich prokuratura zarzuciła zabójstwo ludności cywilnej, siódmemu - ataku na niebroniony obiekt cywilny.

Do ostrzału wioski Nangar Khel doszło 16 sierpnia ub. roku. Na miejscu zginęło kilkoro cywili, wśród nich kobiety i dzieci. Faktycznego przebiegu zajścia oficjalnie nikt nie potwierdził; sprawa jest utajniona.

Według relacji medialnych, zeznania żołnierzy i dowódcy bazy Wazi Khwa są sprzeczne; nawzajem próbują oni obarczać się odpowiedzialnością. Jedna z wersji zakłada, że żołnierze mieli informacje o współpracy mieszkańców Nangar Khel z talibami; inna kładzie nacisk na rzekomo wadliwe działanie moździerza i amunicji, z której ostrzelano wioskę.

Niektórzy wojskowi, o czym PAP pisała w styczniu, sugerowali, że mógł istnieć związek między zajściem i konfliktem, który w ocenie części żołnierzy pierwszej zmiany kontyngentu istniał pomiędzy dowódcą gen. Tomaszyckim, a szefem SKW w Afganistanie. pap, ss

PiS: 100 dni parlamentu bez żadnej znaczącej ustawy

2008-02-13 17:40
Według PiS, przez 100 dni działania Sejmu nie została uchwalona żadna znacząca ustawa. Posłowie PiS podkreślali w środę, że klub PO zgłosił w tym czasie jedynie 19 projektów ustaw, a PiS - 49.

Posłowie PiS apelowali także podczas konferencji prasowej do marszałka Sejmu o wprowadzenie pod obrady projektów autorstwa ich klubu. Na wcześniejszej konferencji szef klubu PO Zbigniew Chlebowski przekonywał, że liczba zgłaszanych projektów ustaw nie będzie miarą pracy polskiego Sejmu, bo Platforma nie chce uczestniczyć w takiej "ilościowej" licytacji.

Jednak według wiceszefowej klubu PiS Aleksandry Natalli-Świat, dorobek 100 dni Sejmu "wygląda niezbyt ciekawie". Przekonywała, że "nie chodzi o ilość, ale właśnie o jakość pracy - żadne znaczące ustawy nie tylko nie zostały przyjęte, ale nawet prace nad nimi nie zostały rozpoczęte, natomiast trwa festiwal powoływania kolejnych komisji śledczych".

Sekretarz klubu PiS Krzysztof Tchórzewski podkreślał, że w ciągu 100 dni prac Sejmu PiS przedstawił 49 projektów ustaw.

Poseł przyznał, że część z tych projektów zostało zgłoszonych do Sejmu ponownie, ze względu na zasadę dyskontynuacji. Powiedział, że niektóre z tych projektów "były przygotowane przez rząd Jarosława Kaczyńskiego, ale nie znalazły zrozumienia u następców", dlatego ze względu "na ciągłość programową", PiS zgłasza je ponownie.

Tchórzewski tłumaczył, że niektóre z tych projektów są bardzo proste, jak np. projekt zmiany prawa budowlanego, w którym przewiduje się, że pozwolenie na budowę będzie obowiązywać nie dwa lata, jak obecnie, a cztery. Poseł tłumaczył, że wprowadzenie takiego zapisu postulują samorządy.

Jako "bulwersujący" określił Tchórzewski fakt, że PO nie zgłasza ponownie projektów, które forsowała w minionej kadencji. Według niego, politycy PO "uznali, że te ustawy dzisiaj nie pasują już do programu Platformy, a przygotowywane były w celu utrudnienia pracy rządowi J. Kaczyńskiego".

"Przyznanie, że te ustawy, gdyby się w tej chwili pojawiły, spowodowałyby zaśmiecenie pracy parlamentu, jest dla nas bardzo szokujące" - uważa Tchórzewski.

Natalli-Świat z kolei oceniła, że PO jest bardzo samokrytyczna skoro uważa, że złożenie ponownie w Sejmie swoich projektów z poprzedniej kadencji "oznaczałoby zaśmiecanie procesu legislacyjnego".

Wiceszef klubu PO Grzegorz Dolniak mówił na środowej konferencji prasowej, że Platforma nie chce zalewać Sejmu fragmentarycznymi, kilkuartykułowymi nowelami, "zaśmiecać procesu legislacyjnego", jak to robiła poprzednia koalicja.

Dolniak ocenił też, że składanie przez posłów PiS w Sejmie projektów ustaw, przygotowanych jeszcze przez rząd J.Kaczyńskiego, "należy traktować w pewnym sensie jako plagiat".

Natalli-Świat przekonywała, że na przykład "powtórzone" w tej kadencji przez PiS projekty dotyczące uproszczenia procesu inwestycyjnego nie "zaśmiecają procesu legislacyjnego" i powinny zostać uchwalone bardzo szybko.

"Nawet przewodniczący (Zbigniew) Chlebowski nie był w stanie wymienić żadnej znaczącej ustawy, która przez ten okres została przyjęta, bo przyjęcie budżetu to jest normalna procedura" - oceniła Natalli-Świat. Według niej, przez 100 dni pracy parlamentu nie została uchwalona żadna znacząca ustawa.

"Rząd tylko mówi o tym, że je przygotowuje, natomiast w dalszym ciągu ich nie widać" - oceniła posłanka. Z kolei, jak dodała, projekty zgłaszane przez opozycję leżą w szufladzie marszałka Sejmu.

"PO mówi, że zgłosiła 19 ustaw, nie zależy jej na ilości, ale 12 z nich zostało zgłoszonych 6-7 lutego, czyli rozumiem, że przed podsumowaniem (100 dni parlamentu) usiłowali poprawić nieco swoją ilość" - dodała wiceszefowa klubu PiS.

pap, ss

Olsztyn: ujawniono nazwiska ofiar "seksafery" w urzędzie miasta

2008-02-13 22:14
Prokuratura Okręgowa w Białymstoku, badająca "seksaferę" w olsztyńskim ratuszu, wysłała do Olsztyna pismo zawierające listę kobiet oskarżających prezydenta Czesława Małkowskiego. List, drogą służbową, trafił do prezydenta, co wywołało pretensje do prokuratury i kierowane do ministra Ćwiąkalskiego żądania interwencji.

Rzeczniczka urzędu miasta w Olsztynie Aneta Szpaderska poinformowała, że pismo białostockiej prokuratury nie było opatrzone klauzulą "tajne", ani nie zawierało adnotacji, że nie powinien go czytać prezydent. W piśmie znajdowała się prośba o przysłanie teczek personalnych urzędniczek, które miały składać zeznania obciążające Małkowskiego.

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski powiedział w środę w TVN24, że trudno w tym przypadku mówić o złamaniu prawa. "Od strony formalnej prokuratura nie może stosować technik operacyjnych, na przykład tajnie wynieść teczek" - dodał minister.

Ćwiąkalski zaznaczył, że dalszym działaniom prokuratury w tej sprawie "będzie towarzyszył kierunek ewentualnych kwestii związanych z zastraszaniem poszczególnych świadków i utrudnianiem śledztwa".

Środowa "Rzeczpospolita", która podała tę informację, określiła decyzję śledczych mianem skandalicznej.

"Pismo to było zaadresowane ogólnie, na urząd miasta, dlatego dotarło do kancelarii ogólnej. Tam je zeskanowano i przesłano prezydentowi do zadekretowania. Prezydent zajmuje się dekretowaniem pism, ponieważ stanowisko sekretarza miasta jest nieobsadzone. Prezydent przekazał list prokuratury do działu kadr, gdzie trwa wypełnianie treści prośby prokuratury" - podkreśliła Szpaderska.

Adam Kozub, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Białymstoku, powiedział, że koperta rzeczywiście adresowana była na urząd miasta i zgodnie z procedurą adresował ją pracownik biura podawczego prokuratury.

"Natomiast samą treść pisma przygotował prokurator i w nagłówku widniał zapis do sekretarza miasta" - zaznaczył Kozub. Podkreślił, że osobę sortującą korespondencję w magistracie obowiązuje tajemnica służbowa.

Prokurator Andrzej Tańcula, który sprawuje nadzór nad białostocką prokuraturą okręgową, wysłanie listu do urzędu miasta, który trafił do rąk prezydenta, nazwał w rozmowie z PAP "niezręcznością". Tańcula zastrzegł, że "prowadzący sprawę prokurator mógł wybrać inną drogę, np. przyjechać do Olsztyna, ale i tak nie zrobił nic złego".

Tańcula powiedział, że prowadzący sprawę prokurator sprawdził w internecie strukturę działania olsztyńskiego urzędu miasta i kierując się zamieszczonymi tam informacjami, wystosował pismo do sekretarza miasta. "Nie było tam informacji, że stanowisko jest nieobsadzone" - zaznaczył Tańcula. Podkreślił, że to, co się stało, nie dyskwalifikuje prowadzącego postępowanie prokuratora.

Rzeczniczka Prokuratora Generalnego Ewa Piotrowska powiedziała, że po wyjaśnieniach złożonych przez Prokuratora Apelacyjnego w Białymstoku, prokurator krajowy ocenił, iż nie zostały naruszone żadne przepisy procedury karnej.

Podkreśliła, że bez wiedzy kilku urzędników, którzy będą musieli te akta przygotować i odesłać tylko na pisemne żądanie prokuratury, utajnienie byłoby nieskuteczne. Przyznała, że charakter sprawy jest delikatny, ale prokurator nie miał innego sposobu niż oficjalne poproszenie na piśmie o te akta.

"Prezydent jako gospodarz urzędu ma prawo wiedzieć, niezależnie do kogo jest takie pismo kierowane, co się u niego w urzędzie dzieje. Wierzę w to głęboko, że nie dało by się bez tego skutecznie kierować taką jednostką" - powiedziała rzeczniczka Prokuratora Generalnego.

Konferencję w sprawie ujawnienia personaliów kobiet zeznających przeciwko Małkowskiemu zwołała w środę olsztyńska posłanka Lidia Staroń (PO). Poinformowała, że złożyła w tej sprawie skargę do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego "na metody stosowane przez Prokuraturę Okręgową w Białymstoku".

Podkreśliła, że "należy zastanowić się nad prawidłowością postępowania prokuratorów w tej sprawie". "W sytuacji gdy osoby pokrzywdzone zostaną ujawnione przed opinią publiczną, w tym przed ich przełożonymi, rodzinami i znajomymi, mogą w następstwie stać się ofiarami szykan i dalszej dyskryminacji" - napisała posłanka.

Natychmiastowej interwencji ministra sprawiedliwości w sprawie działań prokuratury w tej sprawie żądają posłanki PiS Jolanta Szczypińska i Iwona Arent. Wystosowały w tej sprawie list do Ćwiąkalskiego, w którym piszą: "Jeśli dopuścimy, by winni przekazania listy do magistratu pozostali bezkarni, pozwolimy tym samym, by poszkodowane kobiety zostały uznane za obywateli drugiej kategorii, którym nie należą się prawa".

Posłanki PiS żądają od ministra sprawiedliwości "konkretnych działań i konkretnej pracy". "Najwyższy czas, aby zaczął pan orientować się w tym, co się dzieje w prokuraturze i wymiarze sprawiedliwości. Pan odpowiada za to, że te kobiety przeżywają osobisty dramat" - oświadczyła na konferencji Szczypińska.

Zdaniem Arent, fakt że prokuratura prosi o dostarczenie akt osobowych osób, które składają zeznania, z ich imionami i nazwiskami, które później trafiły w ręce prezydenta Olsztyna, to "skandal". "W ten sposób te kobiety zniechęci się do tego, aby dalej mówiły" - argumentowała Arent.

Przewodniczący rady miasta w Olsztynie Zbigniew Dąbkowski powiedział, że sprawa ujawnienia personaliów zeznających przeciwko prezydentowi kobiet "nie mieści się w głowie". "Myślałem, że żyję w państwie prawa i państwo chroni ofiary a jest inaczej" - podkreślił.

Zaznaczył, że po pierwszej publikacji "Rz" w sprawie molestowania w urzędzie miejskim sugerował Małkowskiemu pójście na urlop. Wysłał do prezydenta pismo, w którym informuje go o liczbie dni zaległego urlopu. Przyznał, że do dziś nie otrzymał na nie odpowiedzi.

W styczniu "Rzeczpospolita" napisała, że prezydent Olsztyna molestował urzędniczki i zgwałcił jedną z nich, będącą w zaawansowanej ciąży.

Śledztwo w tej sprawie w styczniu wszczęła olsztyńska prokuratura. Tydzień temu akta przejęła Prokuratura Okręgowa w Białymstoku, aby wykluczyć wątpliwości co do bezstronności śledczych w prowadzeniu sprawy. Ale zanim akta trafiły na Podlasie, prokuratura w Olsztynie zapewniła kobiety, oskarżające Małkowskiego, że będzie chciała im przyznać status świadka incognito.

Małkowski po ujawnieniu całej sprawy, wbrew zapowiedziom, nie poszedł na urlop, nie złożył też pozwu przeciw autorowi publikacji w "Rz".

Jedyną konsekwencją tak zwanej seksafery jest zerwanie przez struktury miejskie PO koalicji z prezydentem Małkowskim. Jednak wiceprezydenci z PO nadal pracują w ratuszu, a radni podkreślają, że nie zerwali koalicji z klubem radnych prezydenta "Po prostu Olsztyn".pap, ss, ab

Spielberg wycofuje się ze współpracy przy organizacji olimpiady w Pekinie

awe
2008-02-13, ostatnia aktualizacja 34 minuty temu
Zobacz powiększenie
Robotnik na stadionie olimpijskim w Tianjin. Odbędą się na nim wstepne rozgrywki piłkarskie olimpiady w 2008 roku.
Fot. STRINGER/CHINA REUTERS

Steven Spielberg zrezygnował ze współpracy z organizatorami igrzysk olimpijskich w Pekinie w proteście przeciwko polityce Chin wobec Darfuru - informuje brytyjski dziennik Guardian. Władze chińskie nie potępiły ludobójstwa i łamania praw człowieka w Darfurze.

Zobacz powiekszenie
Fot. MATT SAYLES AP
Steven Spielberg
Reżyser od ponad roku doradzał organizatorom w przygotowaniu ceremonii otwarcia olimpiady. Zapowiedział jednak władzom w Pekinie, że zrezygnuje ze współpracy jeśli nie zmienią swojej polityki wobec Darfuru i nie potępią dokonywanych tam zbrodni. - Obawiam się, że moje sumienie nie pozwoli mi kontynuować pracy przy tym projekcie. Zdecydowałem, że nie będę przeznaczał mojego czasu i energii na organizowanie olimpijskich ceremonii. Zamierzam wykorzystać go, aby pomóc położyć kres zbrodniom przeciwko ludzkości, które wciąż są popełniane w Darfurze - napisał w opublikowanym wczoraj oświadczeniu.

"Spielberg współczesną Riefenstahl"

Wiele hollywoodzkich gwiazd stanęło na czele międzynarodowej kampanii potępiającej Chiny. Kampania ma na celu wskazanie odpowiedzialności Chin za eskalacje konfliktu w Darfurze. Chiny są jednym z głównych dostarczycieli broni do tej części Sudanu. Wojna w afrykańskim kraju pochłonęła już 200 tys. ofiar. 2,5 mln zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów.

Laureat Oscara za "Listę Schindlera" jest fundatorem programu edukacyjnego przeznaczonego dla młodzieży. Program ma uczyć o ludobójstwie popełnionym przez nazistów w czasie II Wojny Światowej. Jego współpraca z przedstawicielami Chin była krytykowana przez działaczy na rzecz zakończenia konfliktu w Darfurze. Oskarżono go wówczas o kierowanie się podwójnymi standardami.

W zeszłym roku aktorka Mia Farrow, która aktywnie uczestniczy w kampanii na rzecz Darfuru opublikowała artykuł w "Wall Street Journal". W ostrych słowach skrytykowała w nim zachowanie Spielberga, nazywając go "współczesną Leni Riefenstahl". Riefenstahl była niemiecką reżyser filmowa i czołową propagandzistką nazistowskiego reżimu.

Chiny - czołowy partner Sudanu

W kwietniu Spielberg napisał list do chińskiego prezydenta Hu Jintao, apelując o zdecydowane kroki w kierunku zatrzymania przemocy w Sudanie. Apel pozostał jednak bez odzewu ze strony władz Chin.

Chiny są największym importerem sudańskiej ropy naftowej. Władzom Chin udało się zablokować w Radzie Bezpieczeństwa ONZ rezolucje potępiającą Sudan. Według Amnesty International Chiny wyeksportowały do Sudanu tysiące ton broni.

Laureaci pokojowej nagrody Nobla, m.in. biskup Desmond Tutu, Elie Wiesel oraz Jody Williams zaapelowali do Hu Jintao o respektowanie idei olimpijskich i skierowanie presji na Sudan w celu zakończenia konfliktu.

Esperanto czeka na Nobla

Monika Kosz-Koszewska
2008-02-04, ostatnia aktualizacja 2008-02-04 19:04

Choć lista nominowanych do Pokojowej Nagrody Nobla może być oficjalnie ujawniona dopiero po 50 latach, białostoccy esperantyści dowiedzieli się, że w tym roku pod uwagę brany jest Światowy Związek Esperanto. Liczą, że nagrodę w imieniu związku będzie mógł odebrać honorowy obywatel Białegostoku, wnuk twórcy uniwersalnego języka.
Zobacz powiekszenie
SERWISY

* Zamenhof

Propagatorzy języka i idei Zamenhofa, którzy należą do Światowego Związku Esperantystów, mają ogromną nadzieję na otrzymanie tej prestiżowej nagrody, tym bardziej że w tym roku przypada setna rocznica utworzenia organizacji. Universala Esperanto-Asocio, które za rok organizuje w Białymstoku swój kongres, w tej chwili zrzesza tysiące ludzi i organizacje, takie jak Białostockie Towarzystwo Esperantystów. Ruch esperancki działa obecnie w 119 krajach. Organizacja powstała jeszcze za życia Ludwika Zamenhofa w Szwajcarii i to właśnie stąd pojawił się "przeciek".

Z Białegostoku do Norwegii

- Dowiedzieliśmy się o tym od pań Gisele Ory i Francine John-Calme, posłanek Szwajcarskiej Rady Kantoralnej. To właśnie one zgłosiły tę kandydaturę. Domyślaliśmy się też tego z wypowiedzi przewodniczącego Norweskiego Komitetu Noblowskiego. W ubiegłym tygodniu na konferencji prasowej rzucił hasło "esperanto" - zdradza Elżbieta Karczewska, prezes Białostockiego Towarzystwa Esperantystów.

Termin zgłaszania kandydatów upłynął 31 stycznia; w październiku Komitet Noblowski ogłosi listę nagrodzonych w poszczególnych kategoriach. Konkurentami do nagrody są między innymi przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso oraz były kanclerz Niemiec Helmut Kohl.

- Esperanto to język, który łączy ludzi, dlatego wierzymy, że jest godny Nobla. Wiemy, że jest to kolejna już nominacja dla związku, ale mamy nadzieję, że tym razem będzie skuteczna. Do Pokojowej Nagrody Nobla był również nominowany sam Ludwik Zamenhof, ale niestety nie uhonorowano go tą nagrodą za życia. Dlatego mamy nadzieję, że 10 grudnia honorowy obywatel Białegostoku, Ludwik Krzysztof Zaleski-Zamenhof, wnuk twórcy języka esperanto, będzie w składzie delegacji odbierającej nagrodę - mówi Karczewska.

Jak na razie jedynym Polakiem nagrodzonym Pokojową Nagrodą Nobla jest były prezydent RP Lech Wałęsa. Przyznano mu ją w 1983 roku. Do Sztokholmu pojechała po nagrodę Danuta Wałęsowa, bo przywódcy "Solidarności" rząd PRL nie pozwolił wyjechać z kraju.

Esperantyści otwierają drzwi

A już w sobotę białostoczanie mają szansę dowiedzieć się czegoś więcej o międzynarodowym języku. Od godz. 10 do 18 w klubie przy ul. Pięknej 3 organizowany jest dzień otwartych drzwi. Szczególnie oczekiwani są młodzi ludzie, którzy mogą się spotkać ze swoimi rówieśnikami z koła Babelturo. W planie jest także pokazowa lekcja języka. Esperantyści przygotowali też upominki.

- Czekają na tych, którzy rozpoznają się na zdjęciu z białostockiego amfiteatru. Zostało zrobione w lipcu 1987 roku podczas spotkania uczestników 72. Światowego Kongresu Esperanta w Warszawie z kilkoma tysiącami białostoczan - zachęca prezes Białostockiego Towarzystwa Esperanto.



Ostatnio Pokojową Nagrodę Nobla otrzymali:

2007 r. - były wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Al Gore i Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu

2006 r. - Grameen Bank i jego założyciel Muhammad Yunus z Bangladeszu

2005 r. - Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej i kierujący nią Mohamed ElBaradei (Egipt)

2004 r. - Wangari Maathai, kenijska działaczka ekologiczna

2003 r. - Szirin Ebadi z Iranu, działaczka na rzecz demokracji i przestrzegania praw człowieka

2002 r. - były prezydent Stanów Zjednoczonych Jimmy Carter

2001 r. - ONZ i sekretarz generalny Kofi Annan za pracę na rzecz lepiej zorganizowanego i bardziej pokojowego świata

Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok

Obama pokonał Clinton nad Potomakiem

alx, PAP
2008-02-13, ostatnia aktualizacja 34 minuty temu

Senator z Illinois Barack Obama wygrał we wtorek wszystkie trzy demokratyczne prawybory: w Wirginii, Maryland oraz stołecznym dystrykcie Columbia (DC) i ma teraz większą liczbę delegatów na przedwyborczą konwencję partyjną niż senator Hillary Clinton.

Zobacz powiekszenie
Fot. CARLOS BARRIA REUTERS
Obama przemawia w sobotę na spotkaniu Demokratów w Richmond w Wirginii
ZOBACZ TAKŻE
Tryumf Obamy - zobacz wideo

W Wirginii Obama zwyciężył w stosunku 63 do 36 procent głosów, w DC wygrał jeszcze bardziej zdecydowanie: 76 do 24 procent głosów, a w Maryland, gdzie przedłużono głosowanie z powodu złej pogody i obliczono dopiero część głosów, jego przewaga też jest przytłaczająca.

Wtorkowe zwycięstwo, oczekiwane na podstawie wcześniejszych sondaży, stawia charyzmatycznego, czarnoskórego polityka na pozycji faworyta w wyścigu do nominacji prezydenckiej, o której decyduje liczba zdobytych delegatów na konwencję. Według prowizorycznych na razie obliczeń, po wtorkowym głosowaniu Obama ma 1195 delegatów, a pani Clinton - 1178.

Obama wygrał już także 21 stanów, czyli ponad dwa razy więcej niż była Pierwsza Dama, która odniosła zwycięstwo w 10.

Walka trwa

Po wygranej nad Potomakiem (rzeka, nad którą leży Washington DC i która dzieli Maryland i Wirginię) Obama udał się tego samego wieczora do Wisconsin, gdzie odbędą się następne prawybory, i wygłosił tam przemówienie. Obiecywał w nim zmianę status quo w kraju i zakończenie wojny w Irakiem.

Senator Clinton poleciała do Teksasu, gdzie prawybory odbędą się dopiero 4 marca, ale gdzie stawką jest aż ponad 190 delegatów i gdzie wygrana uważana jest za konieczną dla przechylenia szali na swoją korzyść. Do nominacji Partii Demokratycznej potrzeba minimum 2026 delegatów (połowa plus 1).

Zwraca się uwagę, że przewaga Obamy może być nawet większa niż wskazują na to przytaczane liczby zdobytych delegatów. Uwzględniono w nich bowiem również tzw. super-delegatów, czyli prominentnych polityków partii: gubernatorów, członków Kongresu, członków centralnych władz itd., którzy nie są "przydzielani" poszczególnym kandydatom według wyników prawyborów, lecz sami mogą wybierać kogo poprą jako nominata stronnictwa.

Dotychczas większość super-delegatów deklarowało poparcie dla sen. Clinton i dlatego zostali oni policzeni jako jej delegaci. Przewiduje się jednak, że w razie utrzymania przez Obamę przewagi do końca prawyborów - a głosowania muszą się odbyć jeszcze w kilkunastu stanach - mogą oni przejść na jego stronę, aby nie sprzeciwiać się woli większości.

W komentarzach podkreśla się też, że Obama wydaje się stopniowo poszerzać swój elektorat. Dotychczas popierali go głównie Demokraci z wielkich miast, młodsi, lepiej wykształceni i zamożniejsi; cieszył się też większym poparciem mężczyzn. W Wirginii jednak zdobył większość głosów także w regionach wiejskich i wśród mniej zamożnych Demokratów.

Republikanie też głosowali

We wtorek w tych samych stanach odbyły się także prawybory republikańskie. We wszystkich, zgodnie z przewidywania, zwyciężył John McCain, który tym samym już niemal na pewno otrzyma nominację partyjną - mimo, że ani Mike Huckabee ani Ron Paul nie zdecydowali się wciąż wycofać z wyścigu.

W Alexandrii (na przedmieściach stołecznego Waszyngtonu) senator McCain wygłosił wieczorem długie przemówienie, w którym podkreślił i wypunktował różnice dzielące go od obu kandydatów Demokratów.

Wypisali się z Kościoła

Dorota Wodecka-Lasota
2008-01-23, ostatnia aktualizacja 2008-01-24 15:06

Kiedyś za wiarę krew przelewano, a teraz ludziom żal 500 euro rocznie

Zobacz powiekszenie
Fot. Rafal Mielnik / AG
Irek Warmowski długo nie przyznawał się matce, że się wypisał z Kościoła
SERWISY
Irek Warmowski z żoną na niepłaceniu podatku kościelnego w Niemczech mogli oszczędzić 500 euro. I kupić wymarzony profesjonalny aparat fotograficzny Canona.

Z powodu tych oszczędności zostali wykreśleni w Polsce z ksiąg chrzcielnych i uznani za apostatów. Czyli tych, którzy wyrzekli się wiary chrześcijańskiej. Nie mają prawa do katolickiego pochówku. Nie mogą iść do komunii, ich dzieci nie zostaną ochrzczone.

Kościół jest za drogi

Irek Warmowski ma 34 lata. Z Lęborka przeprowadził się do Kolonii. Jest doradcą podatkowym.

Zatrudniając się do pracy, w jednej z rubryk wypełnianego kwestionariusza musiał podać swoje wyznanie. To automatyczna deklaracja, która oznacza, że będzie płacił podatek na Kościół.

W Niemczech, w zależności od landu, to 8-9 proc. od podatku dochodowego.

Irek płacił cztery lata. Rok przed ślubem uznali z przyszłą żoną, że nie stać ich na płacenie po 250 euro.

W sądzie okręgowym (Amtsgericht) podpisał urzędowo sformułowane orzeczenie po łacinie: A fide catholica defecit die coram magistratu civili (od wiary katolickiej odstąpił dnia... w obliczu urzędnika stanu cywilnego). - Do tego mój podpis i żadnych pytań ze strony urzędnika - dodaje.

Ewa jest po pięćdziesiątce. Mieszka w Bonn, ma dom w małej wiosce pod Opolem. Oburzało ją, że nie może wejść do kościoła, by się pomodlić, albo wyciszyć, bo jest zamknięty. Za wykreślenie Z kościoła katolickiego zapłaciła 30 euro. To cena zaświadczenia sądu okręgowego, które trzeba złożyć w urzędzie podatkowym.

Deklaracja złożona w sądzie trafia również do parafii w Polsce, w której została ochrzczona osoba występująca. Skutkuje ekskomuniką. Proboszcz, który otrzymuje taki dokument, wykreśla wiernego z księgi chrztu. Nie może go pochować na katolickim cmentarzu, zgodzić się na ochrzczenie jego dzieci ani na to, by byli świadkami na ślubie lub rodzicami chrzestnymi.

Dobry i zły glina

- Trudno ocenić liczbowo skalę tych wystąpień, bo dane nie trafiają do kurii, tylko do parafii. Ale logiczne, że na Śląsku i na Opolszczyźnie, gdzie mnóstwo osób pracuje w Niemczech, jest ona największa - mówi ks. dr Krzysztof Matysek z kurii diecezjalnej w Opolu.

Nie uważa, że objęcie ekskomuniką osób, które wystąpiły z Kościoła tylko po to, by oszczędzić kilkaset euro, jest karą zbyt surową. - To wcale nie chodzi o pieniądze! - twierdzi. - Powiedzenie przed urzędnikiem, że jest się osobą niewierzącą, to publiczny akt wyzbycia się wiary. Oni widzą tylko srebrniki, a nie to, że się zapierają Boga. Kiedyś za wiarę krew przelewano, a teraz żal ludziom 500 euro - przekonuje.

Jezuita Wojciech Ziółek, proboszcz parafii pw. św. Klemensa Dworzaka we Wrocławiu, wykreślił w ostatnich dwóch latach kilku parafian. - W każdej organizacji jest tak, że jeśli nie płacisz składek, to zostajesz skreślony. Ja rozumiem, że tym ludziom chodzi o oszczędzenie pieniędzy, ale przecież Kościół nie jest tylko duchem, ale i ciałem. Ważne, co to ciało podpisuje, a nie tylko, co myśli duch - ucina. - I nie przekonuje mnie ich argumentacja, że to chodzi o pieniądze, a nie o wiarę. Tak jak prof. Władysław Bartoszewski uważam, że warto być przyzwoitym. Tu dla pieniędzy została przekroczona granica przyzwoitości - uważa. Ale rozumie wątpliwości, czy takie osoby należy uznać rzeczywiście za apostatów. Bo ci odchodzą z Kościoła w sposób świadomy, z uwagi na swój światopogląd.

W parafii, gdzie mieszka Ewa, ksiądz musiał mieć wątpliwości tej natury. Bo żadnego wystąpienia nie odnotował, co ze zdziwieniem spostrzegł obecny proboszcz ks. Piotr.

- Mój poprzednik był tu kilkadziesiąt lat, znał doskonale tutejszych ludzi i spodziewam się, że wolał z nimi wpierw porozmawiać, niż od razu skreślać. Jestem przekonany, że takie sytuacje musiały mieć w naszej parafii miejsce, ale przejrzałem księgi i nie potrafię znaleźć żadnej - twierdzi ks. Piotr.

Ks. Marcin, proboszcz w podopolskiej wsi zamieszkiwanej przede wszystkim przez mniejszość niemiecką, też miał takie przypadki. Ale tylko raz jeden się zawahał. - Przyszedł dokument, że mój dawny uczeń wystąpił. Ręka mi drżała, nie mogłem tego wpisać. Chciałem dotrzeć do niego, dowiedzieć się, jaki błąd popełnił, co się stało, że podjął taką decyzję, ale zupełnie nie potrafię. Jego rodzina wyjechała z Polski. Więc kartkę, co z tym zrobić, zostawiłem swojemu następcy - wyznaje.

Ks. Matysek się irytuje, że księża zachowują się, jak dobry i zły glina.

- Bo powinni skreślać. Dokument trzeba odnotować. To obowiązek, a nie dowolność - ucina.

Nie mogą mnie wyrzucić!

Do wykreślonych z Kościoła trudno dotrzeć. Bo nie przyznają się do swych decyzji nawet przed bliskimi. Obawiają się, że ludzie wezmą ich na języki. Tak jak Dietera spod Opola. W kościelnych ławkach spoglądali po sobie, kiedy przyjeżdżający z Niemiec na urlop siadał obok nich. Między sobą mówili, że nie powinien do kościoła przychodzić, bo skoro dla 30 euro miesięcznie się wypisał, to na amen.

- Dopiero menele pod sklepem odważyli się powiedzieć to, co myśli cała wieś. Po dwóch piwach i nalewce zapytali go, czy przeszedł na islam. Zagotował się ze złości. Wykrzyczał, że to skandal, że ksiądz wygadał - relacjonuje pan Roman, świadek rozmowy pod sklepem. Irek nie obawiał się przyznać znajomym, bo zna wiele takich jak on młodych Polaków, którzy wypisali się z Kościoła z powodów finansowych. Ale miał opory, by powiedzieć o tym mieszkającej w Niemczech mamie. Przełamał je przed kilkoma dniami.

- Okazało się, że ona wystąpiła również z powodów finansowych. Nie spodziewałem się, bo chodzi do kościoła, zresztą jak wiele osób, które tego podatku nie płacą - opowiada.

Polacy niepłacący podatku kościelnego w Niemczech zwykle nie wiedzą, że pociąga to za sobą konsekwencje w Polsce. Czyli, że wyklucza się ich także z polskiego Kościoła.

- Bo przecież, jak ktoś się wypisał, to przecież wcale nie znaczy, że nie wierzy w Boga! - zauważa Ewa, która planuje powrót do Polski. Podobnie jak Irek, który mówi, że wyrzucić się nie da. - Kościół nie ma monopolu na Boga. Jeśli mam ochotę pójść do kościoła i pomodlić się lub spotkać z innymi wiernymi, to będę to robił, przynajmniej dopóki nie wprowadzą płatnych biletów do świątyni. A skoro Kościół uważa, że nasze pieniądze są dla niego ważniejsze niż nasza wiara, to to jest dopiero niemoralne! - denerwuje się. I nie chce słyszeć, że się sprzedał za garść srebrników. - Bo to przecież z powodu tych srebrników, których im nie daję, oni mnie wykreślają!

Ks. prof. Piotr Morciniec, specjalista od teologii moralnej i etyk, odpiera: - Problem jest bardziej złożony. To nie Kościół odmawia komuś przynależności do niego, tylko ktoś sam z niego świadomie występuje. To jakaś schizofrenia. Ktoś wypisuje się z Kościoła i równocześnie upiera się, że do niego należy. Ale to pokłosie 45 lat socjalizmu: członek partii ateistycznej i katolik równocześnie. Tylko że wtedy był totalitaryzm - w demokracji to nie przejdzie, trzeba formować ludzkie sumienia. Wybór kosztował zawsze, wystarczy przypomnieć męczenników. Samo "chodzenie do kościoła" nie wystarczy. Jeśli ktoś nie ze skrajnej biedy, ale z wyboru wymienia Kościół np. na telewizor, to deklaruje, co ma dla niego wartość.

Uspokajanie sumienia

Irek zapewnia, że gdyby mógł nie płacić podatku kościelnego i nie wypisywać się z Kościoła, to na pewno by się nie wypisał.

Tak jak Paweł z Opola, mieszkaniec Hesji, który rocznie płaci na Kościół ok. 2 tys. euro. - Nie podoba mi się to, tym bardziej, że moje pieniądze nie idą na moją parafię, tylko są centralnie dzielone. Ale płacę, bo boję się restrykcji. I tego, że mnie nie pochowają po katolicku, i tego, że moje dziecko nie będzie mogło pójść do komunii. Wracamy niedługo do Polski, nie chcę komplikować sobie życia - twierdzi.

2 tys. euro rocznie to dla niego kwota, która pozwala mu również uciszyć swoje sumienie. I jak są zbiórki na bezdomnych albo na ofiary kataklizmów, to zwykle nie daje centa, bo myśli w duchu: ja już się nadawałem.

Na tacę co tydzień też nie rzuca. Chyba że jest w Polsce, wtedy daje dychę albo dwie. Bo w parafii jego żony właśnie wymieniają dach na kościelnej wieży i każdy grosz się przyda.

Ewa też wspomaga Kościół w Polsce. - Bo jest biedny, w przeciwieństwie do niemieckiego - ucina.

Episkopat wyda instrukcję

Przez Niemcy przewinęła się już debata na temat uznawania za apostatów osób, które nie chcą płacić podatku kościelnego (tzw. Kirchensteuer) i jednocześnie nie chcą zrywać więzi z Kościołem. - Sprawa trafiła do Watykanu. Stanowisko Stolicy Apostolskiej jest jasne: zaprzestanie płacenia podatku nie jest jednoznaczne z wystąpieniem z Kościoła - mówi ks. dr Józef Kloch, rzecznik Konferencji Episkopatu Polski.

I dodaje, iż nie ma danych dotyczących liczby Polaków uznawanych za apostatów z powodu niepłacenia Kirchensteuer i wykreślonych z ksiąg chrzcielnych. Rektorat Polskiej Misji Katolickiej w Niemczech również ich nie ma. Dostaje bowiem dane ogólne, bez podania przyczyn wystąpienia.

Ale mimo że Kościół niemiecki dostał zgodę Watykanu na utrzymanie istniejącego 200 lat systemu, to Episkopat Polski planuje zgodnie z instrukcją watykańską uporządkować te sprawy.

- Jak należy traktować człowieka, który jest zameldowany w Polsce, a pracuje w Niemczech? Co zrobić z tymi, których już za niepłacenie wykreślono? Ja nie wiem, poddaję się. Ale ujednolicenie tych kwestii przyniesie instrukcja przygotowywana przez Radę Prawną Episkopatu. Nie wiem, kiedy będzie gotowa. Może w marcu - zapowiada ks. Kloch.

Biskupi w instrukcji powiedzą też księżom, jak mają traktować ochrzczonych chrześcijan dobrowolnie i całkowicie porzucających wiarę. A tych jest coraz więcej. Przed dwoma laty Jarosław Milewczyk założył stronę internetową Apostazja pl., na której podaje wzory dokumentów potrzebnych do wypisania się z Kościoła. Ściągnęło je kilkadziesiąt tysięcy osób.

Czekamy na Wasze listy: listydogazety@gazeta.pl

Źródło: Gazeta Wyborcza

Prezydent dla kotów zrobi wszystko

Iwona Szpala
2008-02-13, ostatnia aktualizacja 2008-02-13 08:34

Czytelnicy magazynu "Kot" nominowali prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego do tytułu Kociarza Roku 2007 r. Wszystko rozstrzygnie się na niedzielnej gali w Pałacu Kultury i Nauki, której patronuje Hanna Gronkiewicz-Waltz

Zobacz powiekszenie
Fot. AGENCJA SE/EAST NEWS/MACIEJ NABRDALIK
ZOBACZ TAKŻE
Jak mówi naczelny miesięcznika Albert Kurkowski, współorganizator imprezy, to już trzecia nominacja dla Lecha Kaczyńskiego. - To za jego stołeczne czasy. Ludzie pamiętają, że utworzył stanowisko pełnomocnika ds. zwierząt i ile zrobił dla warszawskich kotów. Jest szczególnie popularny wśród karmicielek ulicznych kotów, które dzięki niemu dostają puszki karmy od miasta - tłumaczy.

Werdykt w najbliższą niedzielę podczas warszawskiej gali z okazji Światowego Dnia Kota. Zapowiedziała się już prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz, galą zainteresowała się też Kancelaria Prezydenta. Kurkowski: - Wymieniliśmy ze 20 e-maili. Prowadzimy dyplomatyczną konwersację, np. dostałem uwagę, że pan prezydent nie zauważył zdjęć swoich kotów w naszym magazynie. Zabiegamy więc o wywiad do "Kota". Nie wykluczam, że Lech Kaczyński przybędzie na uroczystość.

- Z kotami kojarzony jest raczej prezes PiS - mówię red. Kurkowskiemu.

- Były premier je po prostu ma i lubi. Ale prezydent zrobił dla kotów o wiele więcej - odpowiada.

To prawda, jesienią 2003 r. opisaliśmy w "Gazecie" niecodzienny apel Lecha Kaczyńskiego do administratorów, dozorców i warszawiaków, by otwierali okienka piwniczne, gdy złapią mrozy. Proponował też budowę specjalnego schroniska dla kotów, bo "potrzebują hektarów terenu z drzewami, krzakami, miejscem do spania i specyficznym ogrodzeniem".

Jako jedyny polityk nominowany do Kociarza Roku prezydent zmierzy się z szefową Stowarzyszenia Miłośników Kotów "Jedynka", dyrektorką schroniska dla zwierząt w Łodzi i założycielką katowickiej fundacji For Animals.

W konkursie głosowało kilkanaście tysięcy czytelników, Albert Kurkowski zapewnia, że redakcja nie sugerowała nominacji, choć na stronach internetowych magazynu "Kot" przypomina, że "w zeszłym roku [prezydent] był bardzo blisko zwycięstwa".

Rozmawiamy z Elżbietą Jakubiak, byłą szefową stołecznego biura prezydenta, dziś posłanką PiS.

Elżbieta Jakubiak: Prezydent zrobił masę dobrego dla kotów, np. w ogródku ratusza stanęły dla nich domki. Wcześniej grasowały po piwnicach, zakamarkach, chowały się i rozmnażały pod iglakami na dziedzińcu.

Domki polecił stawiać prezydent?

- Za radą pani Katarzyny Kępińskiej, która dziś odpowiada za wystrój kancelarii, a była wiceszefową biura kultury, dokarmiała bezdomne koty ratusza, doradzając prezydentowi w ich sprawach. Pamiętam, jak przy 29 stopniach mrozu prezydent poszedł do wojewody Leszka Mizielińskiego [SLD] prosić, by jako właściciel budynku, gdzie obaj urzędowali, otworzył okienka piwniczne. To była zresztą jego pierwsza wizyta u wojewody.

Wojewoda zrobił to?

- Oczywiście. Przy okazji otworzył olbrzymią szafę z kolekcją figurek słoni, pan prezydent powiedział, że woli żywe zwierzęta, a szczególnie koty. I tak nawiązali kontakt. Gdy pani Kasia wyjechała na urlop, w damskiej toalecie ratusza zawisła skrzyneczka z prośbą o grosik na koty. Pan prezydent nadzorował osobiście remont schroniska na Paluchu, angażował się w naszą akcję "kto kradnie paszę".

Czyli?

- Budżet na karmę dla zwierząt był ogromny. Podejrzewaliśmy, że kierownictwo Palucha, z którym się szybko rozstaliśmy, wynosi ją i sprzedaje. Inspekcje przeprowadzała właśnie pani Kasia z jeszcze jedną miłośniczką kotów. Ta pani potrafiła przebierać się kilka razy dziennie, by wizytować schronisko incognito.

Przebierać się?

- Tak, zmieniała peruki, kapelusze. Wykryła, że wyrzucają karmę przez płot, zaalarmowała pana prezydenta. Potem wydał polecenie: "Ta pani może zawsze do mnie przychodzić". Dla pana prezydenta koty to mniejsi bracia, którzy prowadzą różne życie, często pieskie. Dlatego uważał, że trzeba im pomagać. Zresztą nie tylko im, ale wszystkim zwierzętom, nawet kaczuszkom, które wykluły się w lewym gazonie przy Pałacu Prezydenckim i pewnego dnia tuż przed oficjalną wizytą przemaszerowały po czerwonym dywanie.

Chyba większym kociarzem jest Jarosław Kaczyński, ale naczelny "Kota" twierdzi, że Lech Kaczyński ma większe zasługi.

- To nie tak. Pan premier dla kota potrafi zatrzymać samochód na środku ulicy, zdjąć zwierzę z płotu i się nim zaopiekować, nie mówiąc o tym, że nawet gdy biedował, potrafił oddać na koty połowę pensji.

Źródło: Gazeta Wyborcza