Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KONSTYTUCJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KONSTYTUCJA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 listopada 2009

Nasza kiepska konstytucja, czyli jak bardzo Polacy nie lubią rządzić

Nasza kiepska konstytucja, czyli jak bardzo Polacy nie lubią rządzić

(© Wojciech Barczyński/POLSKA)

Polska Piotr Zaremba

2009-11-27 14:21:34, aktualizacja: 2009-11-28 15:20:50

Mamy dziś w polskim Sejmie cztery partie, które mogą łatwo tworzyć sensowne koalicje. Za to absurd sytuacji, gdy lider partii rządzącej jest premierem, a lider opozycji prezydentem, więc muszą rządzić wspólnie, bije po oczach - pisze Piotr Zaremba

Polacy mają wybierać. Między systemem kanclerskim, w którym cała władza koncentruje się w rękach premiera i pochodzi z siły większości parlamentarnej, a systemem dającym duże uprawnienia prezydentowi pochodzącemu z wyborów powszechnych.

Nawet teraz, kiedy Donald Tusk - przez ostatnie dwa lata chwiejący się hamletycznie między tymi dwoma biegunami - opowiedział się za systemem kanclerskim, ważny polityk jego partii Jarosław Gowin przypomniał od razu: Jeśli Polacy nie chcą wszechwładnego kanclerza, mogą chcieć prezydenta.
Ale Polacy jak na razie wybierać za bardzo nie chcą. Sondaż GfK Polonia ujawnił chaos w ich opiniach.

85 procent ankietowanych chce prezydenta z wyborów powszechnych, co zakłada z góry pewną jego siłę, na kontrze do parlamentarnego rządu. Dwie trzecie akceptuje prawo wetowania przez prezydenta ustaw, co jest z tym pierwszym poglądem spójne. Zarazem 57 procent chce ograniczenia prezydenckich uprawnień - "aby cała władza należała do rządu". Tu o konsekwencji nie ma mowy, raczej o grze skojarzeń i sympatii.

Można by się tym nie przejmować. Przy tak skomplikowanych tematach jak projekty konstytucji obywatele są raczej "wyborczym mięsem" potwierdzającym ewentualnie w referendum albo w następnych wyborach to, co wymyślą światli przywódcy. Jednak zwłaszcza obecna ekipa rządząca, tak mocno wczytująca się w społeczne nastroje, może te sprzeczne odczucia brać pod uwagę. Czy Polacy bardziej nie lubią Lecha Kaczyńskiego, czy bardziej lubią prezydenta jako symbol, a siebie jako jego wyborców? Oto dylemat.

Ta gmatwanina ocen może być dodatkowym czynnikiem zniechęcającym Tuska do zrobienia czegokolwiek poza zadekretowaniem kolejnej rwącej się debaty. Obok niepewności, czy da się to w ogóle zrobić w tak ciasnych terminach, i obok niejasności, czy obecnemu liderowi PO się to w ogóle opłaca.

Ta niepewność skłania komentatorów do uznania, że temat jako zasłona dymna dla PR-owskich interesów wart jest co najwyżej czysto politycznych, nieco cynicznych podsumowań. Ale nie da się wykluczyć, że któraś z kolei konstytucyjna debata będzie czymś więcej niż zbiorem pretekstów i politycznych sympatii oraz fobii. I że się odbędzie do końca.

Warto więc ustalić, o czym mówimy. I od razu zająć się pierwszym mitem. Alternatywa: rząd kanclerski albo system prezydencki, jest w dużej mierze pozorna, choć politycy od czasu do czasu do niej wracają.

Amerykański sen
System prezydencki w czystej postaci występuje w Stanach Zjednoczonych. Prezydent jest tam równocześnie głową państwa i szefem rządu, silnym i nieusuwalnym - poza skomplikowaną procedurą impeachmentu karzącą za naruszenie prawa. Warto jednak przypomnieć, że i amerykański parlament, Kongres, jest o wiele bardziej niezależny od władzy wykonawczej niż w krajach europejskich - nie można go na przykład w ogóle rozwiązać.

Obie strony - prezydent i Kongres - mają rozliczne możliwości blokowania się nawzajem. Prezydenckie weto (obalane większością 2/3) pozwala szefowi państwa blokować niechciane ustawodawstwo, ale też wiele kwestii, łącznie z nominacjami, zależy od Kongresu.

W teorii może więc dojść w każdej chwili do pata, zwłaszcza gdy prezydent reprezentuje inną partię niż kongresowa większość. Tak silny prezydent jak Ronald Reagan przez sześć z ośmiu lat swoich rządów musiał się borykać z demokratycznymi Senatem i Izbą Reprezentantów. Jeśli sobie poradził, to dzięki niespójnemu charakterowi amerykańskich partii. Pomijając prezydenckie wybory, gdy republikanie i demokraci stanowią jedność, nie ma tam dyscypliny, zawiera się doraźne sojusze. Reagan mógł przeforsować wiele swoich pomysłów, bo sprzyjała mu, choć nie w każdej sprawie, część opozycji.

Przenieśmy to teraz na chwilę na polski grunt. Wyobraźmy sobie prezydenta Lecha Kaczyńskiego postawionego wobec Sejmu zdominowanego przez Platformę Obywatelską. Albo prezydenta Donalda Tuska borykającego się z Sejmem PiS-owskim. Ten system po prostu by nie działał. Zablokowałby się. Tam gdzie partie stały się zwartymi armiami, trzeba szukać innych rozwiązań.

Francuski węzeł gordyjski
W Europie najbliżej systemu prezydenckiego znalazła się, choć nie w pełni, Francja. Jego geneza jest tam jednak inna. W USA istniał on od początku państwa. Nad Sekwaną został zainstalowany pod koniec lat 50. przez charyzmatycznego przywódcę Charles'a de Gaulle'a jako odpowiedź na słabości IV Republiki z rozdrobnionym parlamentem i niestabilnymi, często upadającymi rządami. We Francji nie zniesiono odpowiedzialności rządu przed parlamentem. Ale poddano rząd kurateli wybranego w powszechnych wyborach prezydenta. To on przewodniczy ministrom i podpisuje rządowe rozporządzenia.

Ten system działał dobrze, dopóki kolejni prezydenci - najpierw sam patriarchalny de Gaulle, potem bardzo długo gaulliści, wreszcie socjalista François Mitterrand - mieli wpływać na rządy o własnej barwie politycznej. W parlamencie dominowała bowiem ich partia. System zaciął się jednak w roku 1986, kiedy Mitterrandowi wybrano Izbę Deputowanych o centroprawicowej większości.

Powstał problem: jak socjalista ma przewodniczyć nie swojemu rządowi? Czy ma podpisywać rozporządzenia, z którymi się nie zgadza? Uzgadniać politykę zagraniczną z nieswoim premierem Jacques'em Chirakiem? Francuzi sobie z tym poradzili. Kultura polityczna wygrała z logiką. A jednak ta ich słynna cohabitation była politycznym i intelektualnym absurdem. Aktualne pozostaje do dzisiaj pytanie, po co obie strony są zmuszone wykonywać tyle zbędnych wygibasów? Zwłaszcza że główny kłopot francuskiej polityki, który stał u podstaw reformy de Gaulle'a - rozdrobnienie parlamentu - w tym czasie zniknął. Francuzi byli już wtedy i są dziś nadal podzieleni na dwa silne bloki. Które dzięki konstytucji musiały współrządzić.

I znów - wyobraźmy sobie taką cohabitation w Polsce - kraju homeryckich wojen o krzesło. Nie do wyobrażenia - wcale nie tylko, jak nam się powtarza, z powodu charakterów Kaczyńskiego i Tuska. Także natury coraz bardziej zabetonowanych partii.

Niemiecka instrukcja obsługi pralki
Niewiele innych w pełni demokratycznych krajów zaaplikowało sobie, zwłaszcza po drugiej wojnie światowej, który był czasem generalnej demokratyzacji, systemy prezydenckie. W krajach Trzeciego Świata były one najczęściej przykrywką dla dyktatur, nawet w Ameryce Łacińskiej, gdzie tylko formalnie stanowiły kopię tego, co wymyślono kiedyś w Waszyngtonie. W Europie, pomijając półautorytarne kraje takie jak Rosja czy Białoruś, najsilniejszego prezydenta poza Francją miała Finlandia. Ale przecież zafundowała sobie w latach 90. reformę, bardzo go osłabiając.

Wiele krajów europejskich nie miało i nie ma z tym problemów, bo symbolem i najwyższym reprezentantem państwa, kimś, kto przyjmuje ambasadorów, podpisuje traktaty jak notariusz i otwiera sesje parlamentu, jest u nich król. Sprowadzony do roli mistrza ceremonii, odczytujący orędzia, które pisze mu premier. Natomiast dla przewartościowań powojennych w państwach, gdzie nie ma dynastii, najbardziej charakterystyczny wydaje się przykład naszego zachodniego sąsiada.

Z jednej strony, konstytucja Republiki Federalnej Niemiec z roku 1949 to szczegółowy opis rozmaitych kontrolnych procedur, które mają zabezpieczać tej kraj przed recydywą dyktatorskich praktyk. Coś w rodzaju, jak powiedziałby współtwórca naszej ustawy zasadniczej poseł Jerzy Ciemniewski, instrukcji obsługi pralki. Po 12 latach fenomenu Hitlera było się przed czym zabezpieczać.

Z drugiej - sprowadzenie prezydenta do roli symbolicznego reprezentanta wybieranego przez parlament i skoncentrowanie władzy w rękach kanclerskiego rządu było reakcją na inne traumatyczne doświadczenie Niemców. W okresie międzywojennym przywiązani do tradycji cesarskiej podzielili oni władzę między rząd parlamentarny a silnego prezydenta. Stało się to powodem wewnętrznego zablokowania organów władzy i sprzyjało autorytarnym praktykom podminowującym Republikę Weimarską. Zanim Hitler zniszczył demokrację, popsuł ją prezydent Hindenburg.

Tak naprawdę dziś jednego z najsilniejszych prezydentów ma w Europie Polska. Nie tak silnego, jakim chciał go widzieć Lech Wałęsa, który popychał nasz kraj ku rozwiązaniom niedemokratycznym, próbując zmienić swoją kancelarię w drugi rząd wpływający poza parlamentarną kontrolą na wojsko czy służby specjalne (zapomniany dziś aspekt działalności tego patrona III RP). Ale dostatecznie silnego, aby używał swojej pozycji do zmiany kierunku polityki państwa w wielu dziedzinach. Dzięki mocnemu wetu, nie do końca jasnym przepisom pozwalającym się wtrącać w politykę zagraniczną i wielu innym większym i mniejszym gwarancjom. Jest to władza raczej burzenia niż budowania, ale władza realna.

W jaki sposób się tego dorobiliśmy? Wydaje się, że dla Polaków sama nazwa "prezydent" była symbolem nostalgii za własnym suwerennym państwem. Nieprzypadkowo w PRL marionetkowe Stronnictwo Demokratyczne, chcąc zyskać popularność, proponowało właśnie powrót do tej tradycji. A skoro chce się mieć koniecznie prezydenta rezydującego jak kiedyś w pałacu, trzeba mu też dać choćby skrawek uprawnień. Zwłaszcza że choć Józef Piłsudski nigdy urzędu prezydenckiego nie przyjął, konstytucja kwietniowa z 1935 roku powiązała prezydenturę z tradycją silnej, w istocie autorytarnej władzy.

Na dokładkę prezydent stał się na skutek splotów okoliczności istotnym czynnikiem transformacji. Najpierw był przez moment w osobie Jaruzelskiego gwarantem pozycji komunistów. To mogłoby się nawet stać później argumentem za gruntownym okrojeniem jego kompetencji. Ale z kolei Lech Wałęsa wykorzystał wybory prezydenckie z 1990 roku do stoczenia pierwszej wielkiej bitwy politycznej i sięgnięcia po władzę, która wydawała się realna. Na moment te wybory stały się też okazją do aktywizacji Polaków - starcie partii chyba by takiej roli nie odegrało. Po takim doświadczeniu trudniej już było sprowadzić polską prezydenturę do wymiaru symbolu.

Polska prezydentura, czyli alibi
Kolejną okolicznością był ton debaty w Komisji Konstytucyjnej między rokiem 1994 a 1996. Śledziłem ją od początku do końca. Większość jej członków była owładnięta obsesją poszukiwania władzy ograniczonej, budowania ustroju pełnego organów wzajemnie się blokujących. I o ile na przykład politycy Unii Wolności głosili ten pogląd z przekonania, o tyle lewica pisała ustrój pod konkretne sytuacje. Nieprzypadkowo, gdy Aleksander Kwaśniewski sięgnął w 1995 roku po władzę prezydencką, natychmiast znalazło się w projekcie miejsce dla silniejszego weta czy przepisów nierozdzielających precyzyjnie kompetencji w dziedzinie polityki zagranicznej.

Jednym z nielicznych oponentów takiego kierunku w komisji był Jan Rokita przestrzegający z uporem wyznawcy konserwatywnych stańczyków, że Polsce potrzebna jest władza silna i zdecydowana. Rokita wręcz zarzucał polskim elitom, że budując taki ustrój, boją się rządzenia. I coś w tym jest. Czy w innym przypadku - przechodząc do czasów dzisiejszych - lider rządzącej partii wyposażony w realną władzę premiera marzyłby o urzędzie, który poza reprezentowaniem daje głównie możliwość wkładania innym kija w szprychy? Czy opozycja korzystałaby z taką ochotą z własnego prezydenta do paraliżowania decyzji obdarzonej świeżym mandatem większości, nie bacząc, że jej samej przyjdzie może rządzić za kilka lat? A ugrupowanie przy sterze rządów przyjmowało to alibi dla własnej niemożności jak błogosławieństwo.

W tym zablokowanym ustroju wyraża się po trosze wiara Polaków (ujawniana w sondażach) w system, w którym wszyscy rządzą razem - koalicja z opozycją. Kwaśniewski nadał nawet temu rojeniu kształt instytucjonalny, żądając od premiera Buzka, aby dopuścił jego przedstawicieli do posiedzeń swego rządu.

Ten model ma zresztą swoich obrońców, czasem kierujących się szczerym przekonaniem. Jacek Żakowski zauważył niedawno, że silne prezydenckie weto nie pozwala większości zapanować nad mniejszością. Przywołał nawet sensowne weta nielubianego przez siebie Kaczyńskiego - na przykład w sprawie ustawy medialnej. Dodałbym takich wet więcej, tyle że co z tego? Jeśli rząd cieszący się zaufaniem ponad połowy posłów nie może realizować swojego programu, choćby błędnego, po co w ogóle wybierać parlament?

Lek na patologie dwupartyjności
W tym czasie znikła zresztą większość przesłanek za silną prezydenturą - choćby obawa przed politycznym rozdrobnieniem, które uczyni z głowy państwa ostatnia deskę ratunku, strażnika stabilności. Dziś mamy w parlamencie cztery partie, które mogą tworzyć łatwo koalicje. Absurd sytuacji, gdy lider jednego ugrupowania jest premierem, a lider opozycji prezydentem, i mają się dogadywać, bije za to po oczach.

Aktualny pozostał właściwie jeden argument za tym, aby prezydenta nie redukować do roli przecinacza wstęg i notariusza. System kanclerski symbolizuje demokratyczną zasadę pełnej kontroli parlamentu nad rządem, ale powstaje pytanie, kto skontroluje kontrolera. Zwłaszcza w kraju, gdzie partie są tworami oligarchicznymi i mocno zamkniętymi.

Można by odpowiedzieć, że skontrolują sądy czy media, ale w Polsce mamy z tym niejaki kłopot. Jest więc trochę racji w uwadze konstytucjonalisty Bartłomieja Nowotarskiego wygłoszonej na seminarium poświęconym 10-leciu konstytucji, że prezydent może być lekiem na patologie systemu dwupartyjnego. Mam tu świadomość paradoksu, bo przez lata modliliśmy się o taki system jako gwarantujący stabilne rządzenie.

Jeśli prezydent ma być kimś obdarzonym autorytetem, kto miałby nie przeszkadzać parlamentarnej większości w rządzeniu, ale patrzeć jej na ręce, może należy pozbawić go silnego weta czy kompetencji zagranicznych, ale pozostawić mu parę uprawnień "praworządnościowych", jak kierowanie ustaw do Trybunału Konstytucyjnego, weto, ale łatwe do odrzucenia, jedynie odraczające decyzję, czy możliwość alarmowania opinii publicznej przez orędzia. W tej sytuacji musiałby być nadal wybierany przez ogół obywateli. Wątpliwe bowiem, aby większość parlamentarna wybrała kogoś, kto miałby choćby w teorii ambicję wpływania na cokolwiek.

Nie jest to propozycja bezsensowna - jak rozumiem, to są zresztą postulaty takich ludzi jak Andrzej Zoll czy Jerzy Stępień. Wiele krajów europejskich mających słabszego prezydenta niż Polska wybiera go jednak w powszechnych wyborach. Są to między innymi: Austria, Portugalia, Irlandia, Islandia, Rumunia, Bułgaria, Słowenia czy Litwa. Bylibyśmy więc w niezłym towarzystwie.

Argument, że polityków wyłanianych w ten sposób skazujemy na debatę o wszystkim - od budownictwa po Unię - więc i na wszechstronne obietnice wyborcze, jest sensowny, ale ta kwadratura koła wydaje mi się mimo wszystko najmniej ryzykowna. Możliwe przecież, że osłabienie prezydenckich uprawnień zmieniłoby charakter kampanii. Możliwe, że ludzie o ambicjach liderów po prostu by do nich nie stawali. Prezydent wybrany w takim trybie miałby siłę niezbędną do występowania w roli arbitra w chwilach kryzysu, ale nie miałby narzędzi, aby szkodzić rządowi.

Zwłaszcza że utrzymanie powszechnych wyborów prezydenckich miałoby jeszcze jedną zaletę. Piotr Skwieciński zwrócił uwagę w "Rzeczpospolitej", że przy zabetonowaniu systemu partyjnego te wybory to ostatnia, skądinąd także wątła, szansa na zaistnienie nowych politycznych podmiotów i środowisk. Warto więc na nią chuchać i dmuchać.

Wszystko to oczywiście kwestia teorii. Po kilku dniach od ogłoszenia konstytucyjnej debaty premier czeka na swój klub parlamentarny, a klub na premiera, aby zrobić pierwszy krok. Obrońcy obecnego ustroju jako idealnego mogą spać spokojnie, a Polacy - równie spokojnie udzielać nielogicznych odpowiedzi na pytania o wymarzoną konstytucję.
Piotr Zaremba

wtorek, 24 listopada 2009

Stępień: Dwa ośrodki władzy to ciągła wojna domowa

Rozmawiała Katarzyna Kolenda-Zaleska
2009-11-24, ostatnia aktualizacja 2009-11-24 09:53
Prof. Jerzy Stępień
Prof. Jerzy Stępień
Fot. MARTYNA JAROSZ/ AGENCJA GAZE

Gościem Katarzyny Kolendy-Zaleskiej w "Poranku Radia TOK FM" był Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego

Katarzyna Kolenda-Zaleska: Polacy nie chcą oddawać władzy w jedne ręce, bojąc się, biorąc pod uwagę historyczne doświadczenia, że to może grozić dyktaturą. Zresztą opozycja użyła tego argumentu.

Jerzy Stępień: Polacy się zawsze bali dyktatury i słusznie. W pierwszej RP baliśmy się absolutum dominium, bo obserwowaliśmy Iwana Groźnego czy jakieś rządy absolutystyczne we Francji czy w Niemczech. Natomiast nie możemy zapomnieć, że od 17 października 1999 roku w pełni działa Trybunał Konstytucyjny. I to jest autentyczny, bardzo silny tzw. weto-aktor, którego weta nie można odrzucić, który stoi na straży naszych wolności i praw. A to jest najważniejsze dla obywateli. Trybunał Konstytucyjny jest znakomitym obrońcą tej sfery. To jest doświadczenie nie tylko polskie, ale całej Europy Zachodniej i tej, która weszła na drogę demokratycznych przemian. Ci, którzy pisali tę konstytucję nie mogli sobie wyobrazić wcześniej jak silnym weto-aktorem będzie Trybunał. Więc spokojnie, żadna dyktatura nam nie grozi. Władza jest w Polsce podzielona, nie tylko na trzy podstawowe elementy, ale także na wiele innych, mamy inne zabezpieczenia instytucjonalne praw i wolności obywatelskich. Natomiast powinniśmy stworzyć warunki, żeby ktoś nareszcie zaczął tutaj rządzić. Bo jak są dwa ośrodki władzy, to jest dwuwładza. A jak jest dwuwładza, to nic dobrego dla państwa z tego nie może wyniknąć. Jak jest dwuwładza, to jest ciągła wojna domowa. Teraz toczona środkami pokojowymi. Ale po co nam wojna domowa? Nam potrzebna jest sytuacja, gdzie szybko podejmujemy decyzje i wyrównujemy te różne deficyty, które w Polsce mamy.

Katarzyna Kolenda-Zaleska: Sytuacja jest taka, że premier rzucił jakąś propozycję, o której marszałek mówi, że "to jest idea", zaprosił nas do debaty, my debatujemy, ale projektu nie ma. Czy pana zdaniem nie powinno być tak, że premier składa te propozycje i jednocześnie projekt ustawy, który znajduje się w komisji konstytucyjnej. A komisji nie ma.

Jerzy Stępień: To się czasami tak robi. Rządy zapowiadają pewne zmiany ustawodawcze i patrzą jaka jest reakcja społeczna, po czym zgłaszają projekt.

Katarzyna Kolenda-Zaleska: Taki bardziej rozmiękczony?

Jerzy Stępień: Bardziej rozmiękczony, bardziej realistyczny. I myślę, że tak będzie. Ale chcę zwrócić uwagę, że istnieje gotowy projekt, pisany przez ekspertów, czyli konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość. Myśmy ten projekt pisali przez wiele miesięcy z udziałem ekspertów z różnych dziedzin - psychologii, socjologii, zarządzania. Kiedy pokazałem na czym polega mechanizm rządzenia w Polsce pewnemu specjaliście od zarządzania, to on powiedział: "No przecież to nie może działać". Ale w latach 90' przy pisaniu konstytucji nikt nie pytał specjalistów od zarządzania. A myśmy pytali.

Prezydent to urzędnik, który "rozdziela medale". Zmiana konstytucji konieczna


as Radio TOK FM
2009-11-24, ostatnia aktualizacja 2009-11-24 13:15

Jerzy Stępień
Jerzy Stępień
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta

- Wybieranie za kilkaset milionów urzędnika, który na dobrą sprawę nic nie może i rozdaje medale, to chyba za duży wydatek. Mamy więcej posłów i senatorów niż w Stanach Zjednoczonych, a kraj trochę mniejszy - argumentował zwolennik zmiany konstytucji Jerzy Stępień. B. prezes TK wierzy, że ustawę zasadniczą uda się szybko zmienić.

Zagłosuj w sondażuCzy jesteś za zmianami?

- Sytuacja jest doskonała, żeby dokonać zmian. Jeszcze przed wyborami - uważa gość Poranka Radia TOK FM. - Wierzę i wiem, że politycy w pewnych sytuacjach potrafią bardzo szybko iść po rozum do głowy i zmienić konstytucję. Tak jak w 1989 roku. Bo jak długo można żyć w krainie absurdu? - mówił były prezes Trybunału Konstytucyjnego.



Stępień razem z profesorami Zollem i Safianem już na początku września zgłosił projekt zmian konstytucji.

Mniej prezydenta w polityce

W przygotowanym przez trzech byłych prezesów TK projekcie, tak jak w propozycjach premiera Tuska, nie ma powszechnych wyborów prezydenta. Dlaczego? - Wybieranie za kilkaset milionów złotych urzędnika który nic nie może i rozdziela medale, to chyba za duży wydatek. Ale ogół tego nie rozumie - tłumaczył Stępień. Ale nie kryje, że wybory prezydenckie szybko nie znikną. - Najprawdopodobniej taki model zostanie, bo do ludzi chyba nie dociera że bezpośredni wybór nie ma związku z kompetencjami - mówił. Według b. prezesa TK konieczne jest tez ograniczenie możliwości wetowania przez prezydenta ustaw przyjętych przez parlament.



Gość Poranka Radia TOK FM - w przeszłości senator - jest zwolennikiem ograniczenie liczby parlamentarzystów. - Mamy więcej posłów i senatorów niż w Stanach Zjednoczonych a kraj trochę mniejszy - argumentował.

"Dwuwładza to właściwie ciągła wojna domowa"

Zdaniem Jerzego Stępnia nie ma nic dziwnego w tym, że premier proponuje zmiany konstytucji, ale nie pokazuje gotowego projektu. - Czasami tak się robi. Rządy zapowiadają zmiany, patrzą jakie są reakcję i dopiero potem zgłaszają złagodzony projekt - wyjaśnił. Krytykom zmian b. prezes TK odpowiada. - Żadna dyktatura nam nie grozi. Władza jest w Polsce podzielona nie tylko na ustawodawczą, wykonawczą, sądowniczą, ale mamy też inne gwarancje instytucjonalne praw i wolności jednostki.



Dlatego według Stępnia zmian nie należy się bać. - Musimy stworzyć warunki żeby ktoś w końcu zaczął tu rządzić. Jak jest dwuwładza to właściwie jest ciągła wojna domowa prowadzona środkami pokojowymi - argumentował.

środa, 7 maja 2008

Prezydenta powinno wybierać Zgromadzenie Narodowe

WYWIAD. Powrót do wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe może okazać się rozwiązaniem bardziej racjonalnym i zrozumiałym dla społeczeństw.

• Czy zniesienie immunitetu, który chroni parlamentarzystów przed odpowiedzialnością karną, to dobry pomysł?

- Immunitet nie powinien być tak szeroko ujęty jak w obowiązującej konstytucji. Powinien być ograniczony wyłącznie do nietykalności za działalność wykonywaną w ramach mandatu poselskiego czy senatorskiego. Te same zasady zresztą stosować należałoby do sędziów. Nawet jeśli osoby chronione immunitetem popełniły błędy, nie powinny za nie odpowiadać, bo wykonywały swoją funkcję.

• Czy zatem nie powinno się ograniczyć kandydowania do parlamentu osobom skazanym prawomocnymi wyrokami?

- Tak, z całą pewnością. Z tym że dotyczyć to powinno przestępstw ściganych z oskarżenia publicznego. Natomiast pytaniem do dyskusji jest, czy zakaz ten powinien dotyczyć tylko przestępstw umyślnych.

• Spory kompetencyjne między prezydentem a rządem są coraz częstsze. Czy nie warto w konstytucji precyzyjniej określić kompetencji prezydenta i premiera?

- W konstytucji są rozwiązania, które można uregulować precyzyjniej. Z drugiej jednak strony, gdyby była dobra wola obu stron, to również w ramach obowiązujących przepisów konfliktów tych można by uniknąć.W polskim systemie parlamentarno-gabinetowym większa władza wykonawcza spoczywa na premierze. Z kolei prezydent jest wybierany przez cały naród, a więc otrzymuje wyjątkowo silną legitymację do sprawowania władzy. Dlatego uważam, że powrót do wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe może być w przyszłości rozwiązaniem bardziej racjonalnym i zrozumiałym dla społeczeństwa. Powszechne wybory prezydenta bezpośrednio przez naród są rozbudzaniem niepotrzebnych emocji. A przecież w trakcie kampanii prezydenckich nie powstają żadne programy, tak jak przy wyborach parlamentarnych.

• Czy przy okazji nie można rozszerzyć podstaw wnoszenia skargi konstytucyjnej, tak aby Trybunał Konstytucyjny mógł badać wyroki sądowe, a nie tylko akty prawne?

- Istotnie. Skarga konstytucyjna została w ustawie zasadniczej ujęta zbyt wąsko. Brak w polskim systemie prawnym instrumentu służącego usunięciu z porządku prawnego prawomocnej decyzji lub prawomocnego orzeczenia sądu, w tym także orzeczenia Sądu Najwyższego, naruszającego wolności i prawa chronione konstytucją. Skarga konstytucyjna może być skierowana jedynie przeciwko normie prawnej mającej naruszać wolności i prawa chronione konstytucją. Nie może być skierowana przeciwko samemu aktowi stosowania prawa. Można wskazać niejedno prawomocne rozstrzygnięcie władz administracyjnych lub sądowych naruszające wolności i prawa obywatela chronione konstytucją. Skarga konstytucyjna, w obecnym ujęciu, stanowi instrument służący zabezpieczeniu zgodności aktów normatywnych z konstytucją, a nie bezpośrednio ochronie wolności i praw skarżących.

• ANDRZEJ ZOLL

były prezes Trybunału Konstytucyjnego

Rozmawiała Katarzyna Żaczkiewicz-Zborska

Źródło: GP

Artykuł z dnia: 2008-05-07

PO szykuje zmianę konstytucji

Platforma Obywatelska chce rozpocząć dyskusję o przyszłości konstytucji. Jednym z pomysłów, jaki w ostatnim czasie pojawił się w prasie, jest zwiększenie władzy premiera. Część kompetencji miałby natomiast stracić prezydent.

Premier Donald Tusk

Jednym z pomysłów PO, jaki w ostatnim czasie pojawił się w prasie, jest zwiększenie władzy premiera. Foto: PAP

Rano w radiowej Trójce wicepremier i minister spraw wewnętrznych Grzegorz Schetyna mówił, że prace nad zmianami w ustawie zasadniczej będą trwać, gdyż nie powinno powstawać złe prawo. Jego zdaniem, ewentualne zmiany w konstytucji powinny pozwolić efektywnie rządzić partii, która wygrywa wybory. Dodał, że przy obecnym stanie prawnym trudno jest egzekwować skuteczność od rządu.

Pomysł krytykuje szef SLD Wojciech Olejniczak

Jego zdaniem, jest to temat zastępczy. Wojciech Olejniczak powiedział, że zmiana konstytucji ograniczająca kompetencje prezydenta jest niemożliwa do przeprowadzenia w obecnym parlamencie. Szef SLD uważa, że Platforma Obywatelska powinna szukać współpracy z prezydentem. Ustawy trzeba przygotowywać, przesyłać do Sejmu i kierować do prezydenta - podkreślił Olejniczak.

Według posła PiS Andrzeja Dery, dziś rozmawiamy o hasłach, a nie o konkretnym projekcie zmian w ustawie zasadniczej. Polityk przypomniał, że Prawo i Sprawiedliwość ma gotowy projekt zmian w konstytucji, zwiększający uprawnienia prezydenta.

Andrzej Dera dodał, że najpierw trzeba ocenić obecnie obowiązujący w Polsce system i wówczas rozpocząć debatę o zmianach. Poseł Prawa i Sprawiedliwości uważa, że premier powinien skoncentrować się na tym jak poprawić sytuację Polaków.

W ocenie marszałka Sejmu, obecnie obowiązujący system w Polsce nie jest doskonały, ponieważ tworzy sytuację dwuwładzy

Bronisław Komorowski przypomniał, że podczas prac nad obecnie obowiązującą konstytucją, ze względu na perspektywę wygrania wyborów prezydenckich przez ówczesnego szefa komisji konstytucyjnej Aleksandra Kwaśniewskiego, dodano - jak to określił marszałek - daleko idące uprawnienia prezydentowi.

Zdaniem Komorowskiego, nie jest to dobre, ponieważ prezydent ma stosunkowo dużą władzę, a zerową odpowiedzialność. W opinii Marszałka Sejmu, sytuacja ta powinna być wyjaśniona poprzez- jak się wyraził - "rzetelną refleksję natury prawnej, historycznej i politycznej."

Marszałek dodał, że dziś nie ma realnej możliwości zmiany konstytucji. Do zmiany ustawy zasadniczej potrzeba 307 głosów. Bronisław Komorowskie podkreślił, że można zastanowić się nad tym, co można w niej zmienić. Jak zaznaczył, można na przykład ograniczyć osobom prawomocnie skazanym za przestępstwa umyślne drogę do zasiadania w parlamencie.

Propozycje takich zmian przygotowała Platforma Obywatelska. Sejm zajmie się nimi podczas rozpoczynającego się jutro (7.05) posiedzenia

Źródło: IAR

Artykuł z dnia: 2008-05-06

środa, 5 marca 2008

Konstytucyjna puszka Pandory

Wojciech Sadurski 04-03-2008, ostatnia aktualizacja 04-03-2008 02:45

W polskim prawie jest wiele ustaw lub pojedynczych przepisów, które są niezgodne z konstytucją. Takich choćby, jak przepis o karaniu za lżenie narodu polskiego – pisze Wojciech Sadurski, prawnik i publicysta

W Polsce otwarta została de facto debata konstytucyjna. Na razie tylko „de facto”, bo sama konstytucja wymaga spełnienia pewnych warunków formalnych dla zainicjowania poprawek konstytucyjnych. Ale coraz więcej wypowiedzi polityków (w tym premiera) i publicystów składa się ponad wszelką wątpliwość na klimat „konstytucjogenny”.

To dobrze: konstytucja obumiera, gdy jest przemilczana, a odżywa, gdy jest dyskutowana, nawet z intencją jej zmiany, a nawet całkowitego zastąpienia nową. Nie zamierzam więc zżymać się nad faktycznym wstawieniem kwestii konstytucji do porządku dziennego debaty publicznej.

Warto jednak zdać sobie sprawę – nawet abstrahując od oceny tych czy innych propozycji zmian, o czym za chwilę – z jednej przynajmniej, nieuchronnej negatywnej konsekwencji: debata nad zmianami obecnej konstytucji odwraca uwagę opinii publicznej od niepełnego jej stosowania. Akcentowanie słabości obecnej konstytucji (co jest oczywistą przesłanką debaty nad jej zmianami) uwalnia władze publiczne od tłumaczenia się z niepełnego jej przestrzegania.

Tymczasem naczelny „problem konstytucyjny” w Polsce nie polega na domniemanych wadach konstytucji z 1997 roku, ale na niewłaściwej praktyce (zwłaszcza w zakresie prawotwórstwa) w oparciu o tę konstytucję. Rozmaite ustawy przyjmowane w ostatnich latach, z których niektóre zostały szczęśliwie odrzucone przez Trybunał Konstytucyjny, ale niektóre czekają jeszcze na egzekucję (np. ustawa o stanach wyjątkowych), stanowiły konstytucyjną aberrację.

Mamy w naszym prawie wiele ustaw lub pojedynczych przepisów, które w moim przekonaniu są niezgodne z konstytucją – choćby przepis o karaniu za lżenie narodu polskiego, niezgodne z wolnością prasy regulacje zniesławienia i znieważenia, i wiele innych – nie miejsce tu na pełny katalog.

„Problem” z naszą konstytucją zatem nie polega przede wszystkim na jej treści, ale na niezgodnej z konstytucją praktyce. Zdaję sobie sprawę z tego, że pogląd ten może być uznany za nierozsądny, zwłaszcza w nowej sytuacji tzw. kohabitacji między rządem a prezydentem. Nie da się ukryć, że ostatnie miesiące, a zwłaszcza ostatnie wybory i perspektywa wyborów prezydenckich w 2010 roku, radykalnie wyostrzyły antagonizm między dwoma największymi partiami politycznymi w Polsce – i że antagonizm ten ogniskuje się m.in. wokół konstytucyjnego uregulowania stosunków między prezydentem a rządem. Czy właśnie dlatego nie należy tych regulacji zmienić?

Jaki system?

Na odwrót – to właśnie ze względu na sytuację kohabitacji, jaka ukształtowała się po wyborach 2007 roku, zmiana konstytucji jest szczególnie niewskazana. Jako główną dysfunkcjonalność obecnej konstytucji wskazuje się niejasność w rozgraniczeniu władzy prezydenta i rządu (a w szczególności premiera), zwłaszcza w odniesieniu do spraw zagranicznych (choć nie tylko). To prawda, że demarkacja ta nie jest precyzyjna, choć trzeba zauważyć, że taki brak precyzji wpisany jest immanentnie w samą koncepcję ustroju mieszanego, parlamentarno-prezydenckiego, jaka została przyjęta w RP.

Dyskusja nad ewentualnymi zmianami rozgraniczenia kompetencji prezydenta i premiera musiałaby zatem być wtórna wobec bardziej zasadniczej dyskusji ustrojowej: o tym, czy Polska powinna przejść w kierunku systemu w pełni parlamentarno-gabinetowego czy w pełni prezydenckiego. Wydaje się, że nie ma obecnie warunków do takiej transformacji ustrojowej, a nawet do takiej rzeczowej debaty.

Groźba dalszej polaryzacji

Przede wszystkim dlatego, że wszelkie zmiany obecnej „równowagi” (czy, jak kto woli, nierównowagi) między dwoma konstytucyjnymi ośrodkami władzy nieuchronnie zaostrzą i tak dość dramatyczną polaryzację polityczną w Polsce. Wyniki ostatnich wyborów pokazały, że elektorat obu najważniejszych partii politycznych jest ilościowo dość zbliżony do siebie, a jednocześnie poczucie lojalności sympatyków obu tych partii jest stosunkowo wysokie. Jakiekolwiek zmiany konstytucyjne potraktowane zostaną przez dużą grupę ludzi jako polityczna porażka i jako wykorzystywanie zwycięstwa wyborczego ich rywali do radykalnej zmiany reguł gry.

Debata nad zmianą konstytucji uwalnia władze od tłumaczenia się z niepełnego przestrzegania obecnej ustawy zasadniczej

Jest to zresztą rozumowanie o tyle akademickie, że w obecnej arytmetyce sejmowej nie ma szans na przeprowadzenie jakichkolwiek zmian konstytucyjnych bez współdziałania PO i PiS: żadna z dwóch głównych partii nie jest w stanie osiągnąć wymaganej większości konstytucyjnej 2/3 nawet w połączeniu ze wszystkimi mniejszymi ugrupowaniami, ale przy opozycji ze strony drugiej wielkiej partii.

W tej sytuacji formalne otwarcie debaty konstytucyjnej (zgodnie z art. 235 ust. 1 konstytucji) przez zgłoszenie projektu zmiany przez minimum 1/5 posłów stanowić może tylko operację typu PR, gdyż jest z góry skazane na niepowodzenie. Może jednak stworzyć wrażenie, że obie główne partie (jedna mająca umocowanie w rządzie, druga – w urzędzie prezydenckim) nie widzą możliwości działania bez fundamentalnej zmiany reguł gry i dalej zaostrzyć polaryzację polityczną. Wydaje się, że politycznie jest o wiele bardziej wskazane, by osoby piastujące dwa najwyższe stanowiska w Polsce nauczyły się ze sobą współpracować, nawet jeśli nieuchronnie będzie dochodziło do tarć i napięć, niż zmieniać konstytucyjne zasady ustrojowe.

Efekt lawiny

Otwieranie debaty o zmianach konstytucyjnych jest niewskazane ze względu na efekt lawiny: zmiany konstytucyjne nie dadzą się łatwo zlokalizować i ograniczyć do kilku wybranych przejawów domniemanej dysfunkcjonalności obecnej konstytucji, lecz mogą rozprzestrzenić się także na te obszary konstytucji, które są w pełni zadowalające, a w szczególności w sferze praw i wolności obywatelskich. Te prawa i wolności mogą się stać ofiarą tego, że najwyżsi politycy nie potrafią się stosować do istniejących reguł gry i współpracować ze sobą, bez przesadnego dbania o własne ambicje.

Nie należy bowiem zapominać, że główna partia opozycyjna, czyli PiS, dysponuje własnym projektem nowej polskiej konstytucji zawierającym propozycje silnego wzmocnienia władzy prezydenckiej (prawo do wydawania rozporządzeń z mocą ustawy, kompetencja do powoływania jednej trzeciej Trybunału Konstytucyjnego itp.), ale przede wszystkim wiele niepokojących rozwiązań jeśli chodzi o prawa i wolności obywatelskie. Na przykład projekt PiS pomija zasadę (obecną w dzisiejszej konstytucji, a także w większości współczesnych konstytucji), że nikt nie może być zmuszony do uczestniczenia w praktykach religijnych ani do ujawniania swych poglądów religijnych lub wyznania.

Prawo do wolności sumienia ujęte zostało w sposób całkowicie jednostronny, nieuwzględniający w żaden sposób praw osób niewierzących albo niepragnących ujawniać publicznie swej religii. Z innych pominięć, w porównaniu z obecną konstytucją, zasygnalizować można brak gwarancji służby zastępczej dla tych, którym „przekonania religijne lub wyznawane zasady moralne nie pozwalają na odbywanie służby wojskowej” – by zacytować obecną konstytucję.

Jeśli chodzi o instytucje ochrony praw człowieka, to najważniejszym posunięciem byłaby całkowita zmiana modelu ombudsmana: na miejsce rzecznika praw obywatelskich PiS proponuje ustanowić Urząd Pomocy Ofiarom Bezprawia z radykalnie obciętymi uprawnieniami. W szczególności prezes nowego urzędu byłby pozbawiony najważniejszego narzędzia, jakim dysponuje obecnie RPO, a mianowicie prawa do inicjowania abstrakcyjnej kontroli konstytucyjności ustaw przyjętych przez parlament. Obecny RPO przekształciłby się w coś w rodzaju urzędowego pomocnika w konkretnych interwencjach.

PO musi być świadome, że w odpowiedzi na propozycję rozmowy o zmianach konstytucji PiS po prostu wyjmie z szuflady (lub wydrukuje z Internetu) swój oficjalny projekt; politycy PiS już to otwarcie zapowiedzieli. Jeśli więc politycy partii rządzącej chcą poważnie rozmawiać z politykami PiS o konstytucyjnych reformach, których bez głosów PiS nie uda się przeprowadzić, czy są gotowi na jakieś kompromisy i układy akceptujące pewne elementy PiS-owskiego projektu, ważne dla jego autorów? A jeśli nie, to czy warto otwierać tę puszkę Pandory?

Autor jest publicystą i prawnikiem, profesorem Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji i Centrum Europejskiego na Uniwersytecie Warszawskim

Źródło : Rzeczpospolita

sobota, 23 lutego 2008

Tusk: Trzeba na nowo wybrać model ustroju państwa

mig, PAP
2008-02-23, ostatnia aktualizacja 2008-02-23 08:43

Premier Donald Tusk mówi w wywiadzie "Dziennikowi" o potrzebie zmian w ustroju państwa. Jego zdaniem trzeba na nowo wybrać model ustroju Polski - prezydencki lub kanclerski. Premier chce też zniesienia immunitetu parlamentarnego, zlikwidowania Senatu, zmniejszenia Sejmu i wprowadzenia okręgów jednomandatowych. Tusk mówi tez o tym, że warto byłoby przetestować gotowość prezydenta do weta.

Zobacz powiekszenie
Fot. Bartosz Makowczyński / AG
Donald Tusk
O konstytucji

"Dz.": Zapowiedział pan debatę o zmianie konstytucji. I ani nie powiedział pan, w którym kierunku, ani nie opisał scenariusza tych zmian.

D.T.: Chcę uniknąć wrażenia, że zabiegam o większą władzę dla siebie. Polacy poszli liczniej niż zwykle do wyborów i mają prawo oczekiwać, że ten, kto dzięki ich głosom wygrał, dokona teraz obiecywanych zmian. A zamiast tego będą się dowiadywali, że prezydent blokuje, bo taka jest konstytucja.

"Dz.": Ale jaka jest pana recepta? Więcej władzy dla prezydenta czy dla premiera?

D.T.: To wymaga debaty. Na razie chcę uzyskać od głównych sił politycznych zgodę na podjęcie tematu. Nie chcę więc z góry przesądzać: silniejsza władza prezydencka czy rządowa.

"Dz.": Ale my pytamy o technologię zmian. To najsilniejsza partia, czyli Platforma powinna się wykazać inicjatywą. Jeśli to ma być poważna propozycja, to np. powinna powstać w parlamencie odpowiednia komisja pracująca nad rozwiązaniami.

D.T.: Zaproponujemy jak najszybciej powołanie sejmowej Komisji Konstytucyjnej. Pewne zmiany, które w niej zaproponujemy, są dla wszystkich oczywiste: na przykład zniesienie immunitetu parlamentarnego. Wrócimy też do naszych dawniejszych pomysłów ustrojowych: likwidacji Senatu, wprowadzenie okręgów jednomandatowych, zmniejszenia Sejmu. Ale kluczową zmianą będzie wskazanie ośrodka władzy, który weźmie pełną odpowiedzialność za państwo. Będziemy wolni od podejrzeń, że piszemy ustrój pod przyszłe wybory, bo ich wyniki są nie do przewidzenia. W praktyce to niech opozycja dokona wyboru: model prezydencki czy kanclerski.

"Dz.": A jak za rok Komisja Konstytucyjna postawi na silnego prezydenta? Zgodzi się pan na uszczuplenie swojej władzy?

D.T.: Nowy ustrój wszedłby w życie w następnej kadencji parlamentu. A może inaczej: po przyjęciu nowej konstytucji powinny nastąpić nowe wybory.

"Dz.": Opowiada się pan za zmianami w obecnej konstytucji czy za przyjęciem nowej?

D.T.: To oczywiste, że tak zasadnicze zmiany wymagają całkiem nowego tekstu. Za dużo przepisów zależy od siebie nawzajem. Będę też przekonywał, aby nowa konstytucja nie przesądzała kształtu ordynacji wyborczej. Łatwiej będzie zdecydować: wybory proporcjonalne czy większościowe.

O wecie prezydenta

"Dz.": A jest pan pewien, że prezydent zawetuje wasze projekty?

D.T.: Zgadzam się z poglądem Piotra Zaremby, wedle którego warto byłoby przetestować gotowość prezydenta do weta. Ale w rozmowie ze mną Lech Kaczyński wyraźnie zapowiedział, że będzie blokował wszystkie reformy kwestionowane przez związki zawodowe, że zawsze stanie po stronie rozmaitych grup zawodowych czy branż. Zresztą już dwa lata temu, gdy nie było wiadomo, że dojdzie do wyborów, obiecał mi: "Nawet jeśli wygracie, nie myślcie, że przeprowadzicie jakąkolwiek ustawę". Nie ma spotkania z prezydentem, niezależnie, czy mówimy sobie na "pan" czy na "ty", czy mamy miny ponure, czy przyjazne, żeby Lech Kaczyński nie demonstrował wielkiej pretensji i poczucia krzywdy, że nie rządzi jego brat.

O Karcie Nauczyciela

D. Tusk: Mówię już dziś związkowcom, także członkom mojej rodziny, którzy są nauczycielami: ta Karta to dla was zguba. Trzeba zbudować system umożliwiający płacenie więcej za cięższą pracę. Część nauczycieli woli mniej zarabiać, gdyż woli mało pracować. To po części dotyczy zresztą i lekarzy.

"Dziennik": Za miesiąc premier Tusk pojawi się w parlamencie z projektem zmian w Karcie nauczyciela?

D.T.: Nie, gdyż najpierw muszę przyjść z tym projektem do Pałacu Prezydenckiego, a także do klubu PiS i do lewicy. Dwa kluby opozycyjne postanowiły w każdej sprawie popierać związki zawodowe. Prezydent przyjął podobną postawę.

"Dz." Brzmi to jak wymówka.

D.T.: To nie sztuka złożyć ustawę i przegrać.

"Dz.": Na pewno? Projekt ustawy oznacza debatę. Jak pan przyjdzie z argumentami i z konkretnym pomysłem, może pan wygrać poparcie społeczne dla reform.

D.T.: I dlatego na przykład w dużo drażliwszej sprawie służby zdrowia złożyliśmy już siedem projektów ustaw. W tym tę kluczową pozwalającą na uszczelnienie systemu zdrowotnego, zanim jeszcze zaczniemy rozmawiać o podwyżce składki zdrowotnej.

O reformie oświaty

D.T.: Kalendarz rządowych przedsięwzięć różni się od notesu eksperta. Strajk celników czy zażegnywanie kłopotów w służbie zdrowia nas po prostu dopadły. Ale na przykład w tym roku pojawi się pakiet propozycji reformujących edukację. To będzie jeden z naszych sztandarów, choć nie ukrywam, że do paru pomysłów Katarzyny Hall, skądinąd dobrze przygotowanego i zorganizowanego ministra, mam zastrzeżenia.

"Dz.": Minister Hall stawia m.in. na jak najszybsze posyłanie dzieci do szkół i na jak najwcześniejszą specjalizację uczniów.

D.T.: I tu mam wątpliwości. Żeby posyłać sześciolatki do szkół, trzeba najpierw szkołę odpowiednio przygotować. Patrzę też z powątpiewaniem na pomysł radykalnej specjalizacji na poziomie liceów.

"Dz.": Magister historii Donald Tusk zgadza się, że historii warto by uczyć do matury?

D.T.: Tak jak matematyki, bo oba przedmioty uczą różnego typu myślenia. Wczesna specjalizacja ma swoje zalety - ułatwia szybszą karierę zawodową. Ale ona może też pozbawić pewnych sprawności potrzebnych przy bardzo elastycznym rynku pracy, bo ludzie zmieniają nieraz profesje wiele razy.

"Dz.": Będzie pan tego pilnował jako premier?

D.T.: Pani minister Hall ma własne poglądy, ale jest bardzo lojalna. Pochwalam kreatywność ministrów, ale w razie sporu rację ma premier.

O reformie nauki

"Dz.": Z kolei rektorzy uczelni publicznych przyszli niedawno do pana zaniepokojeni pomysłem minister Barbary Kudryckiej wspierania prywatnych szkół wyższych przez państwo. W dobie niżu demograficznego to kurs na sztuczne podtrzymywanie ich bytu.

D.T.: A może spojrzycie panowie na to inaczej? Może warto, aby podstawą finansowania był poziom nauczania. By zasady były takie same dla wszystkich? Jestem przeciwny dyskryminacji sektora prywatnego edukacji. Zarazem mam nadzieję, że uspokoiłem lęki rektorów, których zresztą ja zaprosiłem do siebie, by o tym porozmawiać. Bo dobre, flagowe uczelnie publiczne nie mają się czego obawiać. Ale ogólny poziom innowacyjności na polskich uniwersytetach jest przecież niski. Mogą go wzmocnić nie tylko większe nakłady. ale i większa konkurencja o pieniądze, także europejskie.

O służbach specjalnych

D.T.: Kompromis z osobami pokroju Macierewicza i Olszewskiego jest niemożliwy. Ja chcę po prostu zbudować nową służbę wywiadu i kontrwywiadu. Obstrukcja Olszewskiego sprawi, że weryfikacja WSI nie zostanie dokończona w terminie. Więc my ją dokończymy sami. Dla ponurych postaci z minionej epoki nie będzie w nowej służbie miejsca.

"Dz.": Mówi pan tym samym: WSI nie wróci.

D.T.: Ci, którzy uważają, że zakończenie rządów PiS to szansa na odbudowę ich uprzywilejowanej pozycji, mocno się zdziwią. Pierwszy przykład z brzegu: zapowiadam, że znajdę źródła przecieku raportu pułkownika Reszki do "Dziennika". Winni staną przed prokuratorem.

"Dz.": Potwierdza pan tym samym autentyczność raportu o wywiadzie i kontrwywiadzie opisanego w "Dzienniku".

D.T.: Potwierdzam, że informacje opublikowane przez "Dziennik" nie powinny ujrzeć światła dziennego.

"Dz.": Raport zawiera druzgocącą ocenę postępowania Antoniego Macierewicza podczas przekształcania wojskowych służb specjalnych. Pan się z tymi ocenami identyfikuje?

D.T. Macierewicz jest nieodpowiedzialny, ale to nie oznacza sympatii do atakujących go byłych oficerów WSI.

"Dz.": Mówi pan o nowej służbie wywiadu i kontrwywiadu. To, jak rozumiemy, nie będzie SKW tworzona już przez Macierewicza?

D.T.: Moją intencją jest powołanie pod skrzydłami ministra Jacka Cichockiego zespołu przygotowującego powołanie nowych służb. Powrotu do dawnego WSI nie będzie. Tak jak nie będzie powrotu do niekompetentnych działań ludzi typu Macierewicz. Bo w ostateczności chodzi o bezpieczeństwo naszych żołnierzy w Iraku, Afganistanie czy Czadzie.

O wypoczynku

"Dz.": Nie zrezygnuje pan z weekendów w Gdańsku, z meczów piłki nożnej? Bo bywa pan coraz głośniej oskarżany o brak pracowitości.

D.T.: Jestem nowoczesnym konserwatystą. Cały tydzień bardzo dużo pracuję. A w każdą niedzielą o 19 rozgrywam z przyjaciółmi mecz piłki nożnej i zamierzam to robić nadal. Normalny człowiek w niedzielę o tej porze wypoczywa. A rządzić dobrze może tylko ten, kto jest zdrowy i wypoczęty. Polityk z poszarzałą twarzą, który śpi po trzy godziny, jest niebezpieczny dla ojczyzny. Narzekacie na weekendy w Gdańsku. Czasy średniowiecza dawno się skończyły. Dziś nie rządzi się z ponurego zamczyska. Z telefonem komórkowym, z laptopem można rządzić nawet z pokładu samolotu.

"dz.": Czyli nic pan nie zmieni w swoich zwyczajach?

D.T. Zmienię. W ten weekend będę w Warszawie podsumowując 100 dni. Jednocześnie do Warszawy przyjeżdża moja żona. Będzie mieszkała ze mną w stolicy, w rządowej willi Parkowa. Zdecydowały względy uczuciowo-emocjonalne, czyli po prostu wielka tęsknota. I mówię to panom jako pierwszym.

Źródło: "Dz"