Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TERRORYZM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TERRORYZM. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 stycznia 2010

Potrójny agent Al-Kaidy zadał CIA największy cios od 30 lat

Mustafa Abu al-Yazid, jeden z przywódców Al-Kaidy przyznał, że ataku dokonała jego grupa

Osama bin Laden znowu uderzył. Amerykański wywiad jest przekonany, że zamach z 30 grudnia ubiegłego roku, w którym zginęło siedmiu agentów CIA, w tym kilku najwyższych ekspertów od islamskiego terroryzmu, został zaplanowany i zlecony przez najbliższe otoczenie dowódcy Al-Kaidy.
To był największy cios zadany CIA od 1983 r. 30 grudnia Jordańczyk Humam Khalil Abu Mulal al-Balawi, z zawodu lekarz, a ostatnio potrójny agent: CIA, wywiadu Jordanii i Al-Kaidy, wszedł do jednej z baz amerykańskiego wywiadu położonej w afgańskiej prowincji Khost w pobliżu granicy z Pakistanem. Strażnicy nawet go nie przeszukali przy wejściu, tak wielkim zaufaniem cieszył się w kręgach agencji.

Miał również pozwolenie na przebywanie wśród więcej niż dziesięciu agentów CIA jednocześnie, co również świadczyło o zaufaniu, jakim się cieszył w amerykańskim wywiadzie. Tyle że tego dnia miał przyklejone do ciała pakunki z materiałami wybuchowymi.

Po przekroczeniu bramy al-Balawi udał się do siłowni, gdzie trenowali agenci CIA, i uruchomił zapalnik. W eksplozji oprócz niego zginęło 4 agentów CIA, trzech ochroniarzy agencji oraz agent wywiadu Jordanii.

To był potężny cios zadany amerykańskiemu wywiadowi. Jak powiedział gazecie "The Times" Michael Scheuer, były szef komórki CIA tropiącej Osamę bin Ladena, wśród zabitych oficerów tej agencji było kilku z pierwszej piątki najwyższych ekspertów ds. Al-Kaidy w Stanach Zjednoczonych. - Kiedy traci się tak ważnych ekspertów, niezwykle trudno jest ich zastąpić innymi. I jest to niemożliwe w krótkim czasie - powiedział Scheuer.

Dodatkowym ciosem dla amerykańskiego wywiadu jest fakt, że najprawdopodobniej atak był zaplanowany przez najbliższe otoczenie bin Ladena i wspierany przez klan Hakkanich, silną grupę talibów ochraniającą bin Ladena i kontrolującą duży obszar na pograniczu afgańsko-pakistańskim.

Jak powiedział "The Times" jeden z oficerów wywiadu, niemożliwe, by cała operacja al.-Balawiego została przeprowadzona bez wsparcia Hakkanich. - Oni kontrolują wszelką aktywność na swoim terenie - dodał Michael Scheuer. - Bez ich wiedzy w tym regionie nic się nie może wydarzyć, co dotyczy ich lub ich przyjaciół. A takimi są bin Laden i jego świta.

Klan Hakkanich, których założyciel Jalaluddin Hakkani był weteranem wojny sowiecko-afgańskiej, jest w dodatku otaczany ochroną przez rząd pakistański. Amerykanie podejrzewają, że członkowie klanu mogą być traktowani jako źródła informacji przez pakistański wywiad. Pakistańskie wojsko systematycznie odmawia Stanom Zjednoczonym przeprowadzenia ataków na pozycję grupy Hakkanich.

Zamach al-Balawiego na nowo wzbudził obawy, że Osama bin Laden nie tylko robi wszystko, by nie dać się złapać Amerykanom, ale że jego pozycja jest silna i ciągle jest on w stanie zadawać potężne ciosy. W mniemaniu bin Ladena zabicie siedmiu agentów CIA jest wielkim sukcesem. Bo dla takiej osoby jak on największym wrogiem jest właśnie CIA.

Zamachowiec-samobójca pozostawił po sobie list, w którym wyjaśnił, że zabicie agentów CIA jest zemstą Al-Kaidy za wcześniejsze amerykańskie uderzenia w pakistańskich liderów tej organizacji. Wśród nich był Baitullah Mehsud, organizator zamachu na pakistańską premier Benazir Bhutto, zabity przez amerykańską rakietę 5 sierpnia ubiegłego roku.

Amerykański wywiad przyznał, że al-Balawi był największą od lat nadzieją CIA na schwytanie osoby numer dwa w Al-Kaidzie Ajmana al-Zawahiriego, a może nawet samego bin Ladena. Agencja sądzi, że to niedaleko bazy, w której doszło do zamachu, ukrywa się bin Laden, tyle że po pakistańskiej stronie granicy.

Operacja al-Balawiego była planowana od dawna. Jordańczyk kilka miesięcy wcześniej zgłosił się do jordańskiego wywiadu z informacjami na temat mniejszych akcji planowanych przez Al-Kaidę. Jego informacje potwierdzały się i w ten sposób zdobył zaufanie jordańskiego wywiadu. Według gazety "New York Times" to właśnie jordański wywiad polecił al-Balawiego oficerom CIA jako człowieka, który może doprowadzić ich do Osamy bin Ladena.

Al-Balawi był jednak wciąż wiernym wyznawcą dżihadu i fanatykiem Al-Kaidy. Na stronach internetowych dżihadu pisał, że od dziecka jest zwolennikiem świętej wojny i że marzy o tym, by w przyszłości stać się męczennikiem w wojnie z Zachodem. W sierpniu ubiegłego roku wzywał do zakładania wybuchowych pasów i atakowania wrogów w zemście za krzywdę, jaką Izrael zadaje palestyńskim dzieciom w Gazie. Jordański wywiad takie jawne głoszenie ekstremalnych poglądów uważał za doskonałą przykrywkę dla jego "prawdziwej" działalności wywiadowczej.

Również CIA musiała niezwykle poważnie traktować al-Balawiego jako własnego agenta, skoro na spotkanie z nim w bazie w regionie Khost przybyło z Kabulu aż siedmiu agentów amerykańskiego wywiadu. Zdaniem byłych oficerów CIA, którzy wypowiadali się dla gazety "The Times", tak duża liczba wysłanych agentów świadczy o tym, jak desperacko CIA pragnie schwytać bin Ladena.

sobota, 2 stycznia 2010

Zamach na meczu siatkówki. Liczba ofiar wzrosła do 93

zsz, awe, PAP
2010-01-01, ostatnia aktualizacja 18 minut temu
Ofiary zamachy w Pakistanie
Ofiary zamachy w Pakistanie
Fot. AP

Do 93 wzrosła liczba ofiar śmiertelnych samobójczego zamachu, do którego doszło w piątek podczas meczu siatkówki w pobliżu miejscowości Lakki Marwat w Północno-Zachodniej Prowincji Pogranicznej w Pakistanie - poinformowała pakistańska policja. Zamachowiec zdetonował wyładowany materiałami wybuchowymi samochód na boisku, na którym odbywał się mecz.

Ofiary zamachy w Pakistanie
Fot. AP
Ofiary zamachy w Pakistanie
Ofiary zamachu na meczu siatkówki
Fot. Ghulam Akbar AP
Ofiary zamachu na meczu siatkówki
Poprzedni bilans mówił o co najmniej 88 zabitych. - Pięć osób zmarło w nocy w rządowym szpitalu Lakki Marwat - powiedział Mohammad Ayub, szef tamtejszej policji.

W wybuchu zniszczono aż 20 okolicznych domów. Mecz obserwował tłum ludzi, w tym osoby starsze i dzieci. Wiele osób znalazło się pod gruzami. Ranni są przewożeni do szpitali prywatnymi samochodami.

Według policji zamachowiec podjechał w okolice boiska furgonetką wyładowana materiałami wybuchowymi. Wówczas zdetonował ładunek.

Do ataku doszło w wiosce, która stawiała opór rebeliantom powiązanym z talibami i Al-Kaidą. Według miejscowych władz jej mieszkańcy utworzyli zbrojną milicję do walki z rebeliantami.

Według świadków na miejscu zamachu miał też być drugi samochód, którego kierowca po eksplozji uciekł.

- Jeden wysadził się w powietrze tu, a drugi uciekł w nieznanym kierunku. Uważamy, że drugi samochód może być użyty do ataku w innym miejscu - przekonuje przedstawiciel policji.

Atakują miejsca, gdzie jest wielu cywilów

Dotychczas ataki podczas zawodów sportowych nie zdarzały się w Pakistanie zbyt często, jednak rebelianci zaczęli ostatnio atakować miejsca, w których przebywa jednocześnie wielu cywilów, aby zwiększyć liczbę ofiar.

W odpowiedzi na ofensywy pakistańskiej armii na terenach zajmowanych przez rebeliantów w całym Pakistanie miała miejsce seria ataków terrorystycznych, w której od października zginęły setki ludzi.

Miejscowość, w której doszło do piątkowego zamachu, znajduje się w regionie, w którym rebelianci mają swoje kryjówki.

W piątek na znak protestu zamknięte były również niemal wszystkie sklepy i instytucje w finansowej stolicy Pakistanu Karaczi. Po tym jak na początku tego tygodnia podczas procesji z okazji szyickiego święta Aszura zamachowiec-samobójca zabił tam 43 osoby, tamtejsi przywódcy religijni i polityczni wezwali do protestów przeciwko przemocy.

czwartek, 31 grudnia 2009

7 agentów CIA zginęło w Afganistanie

21:04, 31.12.2009 /CNN

"Byli daleko od domu, blisko wroga"

"Byli daleko od domu, blisko wroga"
Fot. TVN24, CIATragiczny dzień dla USA i Kanady w Afganistanie
Szef CIA Leon Panetta potwierdził, że w zamachu w bazie wojskowej we wschodnim Afganistanie zginęło 7 agentów Centralnej Agencji Wywiadowczej, a 6 zostało rannych. Wcześniejsze doniesienia mówiły o 8 ofiarach wśród Amerykanów. Do przeprowadzenia zamachu przyznali się talibowie. Również w środę, w innym krwawym zamachu, zginęło czterech kanadyjskich żołnierzy i towarzysząca im dziennikarka.
CIA poinformowała, że nie ujawni ani nazwisk zabitych na terenie bazy Forward Operating Base Chapman agentów, ani nie poda szczegółów dotyczących ich pracy. Wiadomo jedynie, że wśród zabitych była szefowa w bazie CIA, matka trójki dzieci.
Straty wojsk USA i całej koalicji w Afganistanie będą rosły przez pewien... czytaj więcej »
Niemiecka Kanclerz Angela Merkel, minister obrony Karla-Theodora zu... czytaj więcej »


- Ci, którzy polegli wczoraj byli daleko od domu i blisko wroga, wykonując trudną pracę, która musiała być wykonana, by chronić nasz kraj przed terroryzmem - powiedział Panetta. - Jesteśmy im winni największą wdzięczność i obiecujemy im i ich rodzinom, że nie przestaniemy walczyć za sprawę, której oddali swoje życie, za bezpieczniejszą Amerykę - dodał.

Rzecznik talibów Zabiullah Mudżahid powiedział agencji AP, że talibski zamachowiec ubrany w mundur wojskowy i kamizelkę z materiałem wybuchowym wszedł na teren bazy w prowincji Khost, niedaleko granicy w Pakistanem i wysadził się w powietrze w siłowni.

Bomba zabiła Kanadyjczyków

W innym ataku - w wyniku eksplozji przydrożnej bomby - zginęło czterech kanadyjskich żołnierzy i dziennikarka. Kanadyjskie ministerstwo obrony poinformowało, że do zamachu doszło ok. 4 km na południe od Kandaharu, w południowym Afganistanie.

Jak powiedział generał brygady Daniel Menard, szef kanadyjskiego kontyngentu, żołnierze byli wtedy na patrolu. - Dziennikarz podróżował z nimi, by przedstawić to, co wojska kanadyjskie robią w Afganistanie - wyjaśnił dowódca.

Z ustaleń agencji Canadian Press wynika, że korespondentem wojennym była 34-letnia Michelle Lang z dziennika "Calgary Herald". Pracowała w takim charakterze od niespełna 3 tygodni.

W wyniku wybuchu rannych zostało jeszcze 5 osób - czterech żołnierzy i jeden cywil. W sumie Kanadyjczycy stracili już w Afganistanie 138 ludzi, w tym 32 w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

jak, mac//mat/k ram

sobota, 28 listopada 2009

Katastrofa pociągu. Zamach terrorystyczny grupy Combat 18

2009-11-27, ostatnia aktualizacja 2009-11-28 17:36

Policja na miejscu katastrofy
Policja na miejscu katastrofy
Fot. Ivan Sekretarev AP

Wykolejenie pociągu "Newski Ekspres", w którym zginęło 39 osób nastąpiło na skutek zamachu terrorystycznego. Na miejscu zdarzenia znaleziono fragmenty bomby. Odpowiedzialność za akt terrorystyczny wzięła na siebie "Autonomiczna Grupa Bojowa Combat 18". Dziś po południu na trasie tego samego pociągu wybuchła druga bomba.

Pierwsze zdjęcie z katastrofy telewizji Vesti
Fot. Vesti.ru
Pierwsze zdjęcie z katastrofy telewizji Vesti
Pierwsza pomoc dla pasażerów wykolejonego pociagu
Fot. Dmitry Lovetsky AP
Pierwsza pomoc dla pasażerów wykolejonego pociagu
Galeria zdjęć z miejsca katastrofy

Do katastrofy doszło wczoraj na najważniejszej rosyjskiej linii kolejowej, łączącej Moskwę i Petersburg. Dziś na tej samej trasie wybuchła druga bomba. Do eksplozji doszło około południa. Nikt nie został w niej ranny.

Pierwotnie rosyjska komisja ds. wypadków transportowych informowała o 25 zabitych i 63 rannych wczorajszej katastrofy. - 25 (ofiar śmiertelnych) było od samego początku, 14 znaleziono wewnątrz wagonu - oświadczył w sobotę p.o. szef regionalnego biura Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych Aleksandr Basulin. Liczba śmiertelnych ofiar wzrosła więc do 39 (choć inne źródła ciągle mówią o 26 osobach).

Wśród ofiar jest Borys Jewstratikow, szef Federalnej Agencji Rezerw Państwowych i Siergiej Tarasow, dyrektor państwowej kompanii Rosyjskie Drogi. W wagonie który ucierpiał najbardziej w wyniku wykolejenia znaleziono torbę w której znajdowało się 1,5 kilograma heroiny.

Katastrofa wydarzyła się w lesie

Katastrofa miała miejsce wczoraj o godz. 19.34 naszego czasu. Na granicy Obwodu Nowogrodzkiego i Twerskiego, na 285 kilometrze drogi, w pobliżu miasta Bołogoje z torów wypadły cztery ostatnie wagony pociągu "Newski ekspres". W sumie skład zawierał trzynaście wagonów pasażerskich i wagon restauracyjny. Na ekspres sprzedano 653 bilety.

Szybko rozpoczęła się akcja ratunkowa. Jednak katastrofa wydarzyła się w lesie - dostęp do miejsca zdarzenia był utrudniony. Ranni zostali rozwiezieni do szpitali. Ewakuowani zostali pozostali pasażerowie. Na miejsce wypadku poleciały dwa specjalne samoloty Ministerstwa Spraw Nadzwyczajnych, na których pokładzie jest szpital polowy. Z Sankt Petersburga wyruszył też specjalny pociąg ze służbami medycznymi.

Zamach czy awaria?

W Rosji pojawiła się obawa, że doszło do zamachu. - Katastrofa mogła być wynikiem działań terrorystów - podała przed 23.00 agencja Interfax, powołując się na swoje źródła w resortach siłowych. Już wcześniej ratownicy mówili, że pod jednym z wagonów znajduje się metrowej średnicy wyrwa. Niewykluczone, że to ślad po eksplozji.

Świadkowie - cytowani w rosyjskich mediach - mówili też, że przed samą katastrofą słuchać było potężny wybuch. Z kolei, według innych mediów, przyczyną wykolejenia się wagonów mogło być nagłe przerwanie dopływu prądu. Mówiło się też o awarii zwrotnicy.

Dziś okazało się, że na miejscu znaleziono fragmenty detonatora. Dyrektor Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) Aleksandr Bortnikow poinformował z kolei prezydenta Dmitrija Miedwiewa, że na miejscu znaleziono pozostałości bomby o sile 7 kg trotylu.

"Combat 18": wojna dotknie każdego obywatela Rosji

Odpowiedzialność za akt terrorystyczny wzięła na siebie bliżej nieznana grupa rosyjskich nacjonalistów "Combat 18". Stosowne oświadczenie w swoim blogu w Internecie opublikował bloger o niku "headshotboy". Według rosyjskich mediów, jest on aktywistą skrajnie nacjonalistycznego Ruchu Przeciwko Nielegalnej Imigracji (ros. DPNI).

"Combat 18" zapowiedziała w swoim tekście, że wojna, którą prowadzą nacjonaliści, dotknie każdego obywatela Rosji. Bloger "headshotboy" przekazał, że oświadczenie otrzymał pocztą elektroniczną.

Przedstawiciele władz nie potwierdzają doniesień, że zamach na "Newskij Ekspress" jest dziełem któregoś z ugrupowań ekstremistycznych.

W miniony wtorek Combat 18 przyznała się do podłożenia bomby w jednym z wagonów metra w Petersburgu. Grupa utrzymywała, że ładunek został rozbrojony. Władze nie potwierdziły tych informacji.

Liczba "18" jest używana przez grupy neonazistowskie jako symbol inicjałów Adolfa Hitlera: A i H, to - odpowiednio - pierwsza i ósma litera alfabetu łacińskiego.

Rzeczniczka Prokuratury Generalnej Rosji Marina Gridniewa poinformowała w sobotę, że w związku z piątkową katastrofą wszczęto śledztwo w sprawie aktu terrorystycznego oraz nielegalnego obrotu ładunkami i materiałami wybuchowymi.

Rok 2007 atak na "Newski ekspres"

W sierpniu 2007 roku, również na trasie Moskwa - Petersburg doszło do pierwszego zamachu na "Newski ekspres". Podłożona pod torami bomba wyrzuciła skład z szyn. Nikt nie zginął ale rannych zostało około sześćdziesięciu osób. Straty finansowe były poważne: sięgały niemal trzystu milionów rubli. Winą za zamach początkowo obarczano ekstremistyczne ugrupowania nacjonalistyczne. Później śledczy stwierdzili jednak, że ślad prowadził do czeczeńskich partyzantów. Stała za tym prawdopodobnie grupa bojowników znanego czeczeńskiego separatysty Doku Umarowa.

W cztery i pół godziny do Petersburga

"Newski Ekspres" kursuje od ponad ośmiu lat. To jeden z szybszych składów rosyjskich kolei. Jeździ ze średnią prędkością 200 km/h. Trasę Moskwa-Petersburg pokonuje w 4,5 godziny.

Magistrala Moskwa-Petersburg - to jedno z najbardziej ruchliwych połączeń kolejowych w Rosji. Trasę tę w obu kierunkach pokonuje kilkadziesiąt składów pasażerskich na dobę. Pociągami tymi jeździ wielu urzędników państwowych, gdyż duża część obecnych elit rządzących - z premierem Władimirem Putinem na czele - wywodzi się z Petersburga.

Z powodu katastrofy, opóźnienia ma ponad 60 pociągów kursujących na trasie Moskwa-Sankt Petersburg.

Źródło: Gazeta.pl

środa, 11 listopada 2009

Co zgubiło waszyngtońskiego snajpera? (2002)

(Artykuł z 2002 roku)

Bartosz Węglarczyk
2009-10-11, ostatnia aktualizacja 2009-11-10 20:08

John Muhammad, snajper terroryzujący Waszyngton, wpadł dzięki swej arogancji, zamiłowaniu do muzyki reggae i metodycznej pracy tysięcy policjantów wspomaganych przez najnowszą technikę


Fot. STR Reuters Widok z wnętrza samochodu, z którego strzelał John Allen Muhammad
Fot. POOL REUTERS
Widok z wnętrza samochodu, z którego strzelał John Allen Muhammad
Chociaż wiele szczegółów śledztwa nadal jest tajemnicą, nie ma wątpliwości, że było to jedno z najbardziej niezwykłych dochodzeń w historii USA. - Jeszcze przez lat wiele studenci akademii FBI będą zdawać egzaminy ze znajomości tej sprawy - mówi jeden z pięciuset agentów Federalnego Biura Śledczego, który był zaangażowany w śledztwo.

Fałszywa furgonetka

42-letni Muhammad i jego przybrany 17-letni syn John Malvo byli niezwykle trudni do wykrycia - morderstwa dokonywane wokół Waszyngtonu nie miały wyraźnego motywu, a sprawcy nie mieszkali w stolicy. Przez pierwsze dwa tygodnie śledztwa sztab kierowany przez szeryfa Charlesa Moose'a z hrabstwa Montgomery pod Waszyngtonem ścigał wiele fałszywych tropów. Zawiedli przede wszystkim świadkowie, którzy składali nieprawdziwe oświadczenia.

Policja szukała białej furgonetki i przygotowała szczegółowe opisy auta, którym miał jeździć snajper. Wiemy, że pierwsi świadkowie opisali auto, które znalazło się przypadkiem w pobliżu miejsca zabójstwa. Białe furgonetki są niezwykle popularne, więc niemal zawsze w pobliżu miejsca kolejnego ataku świadkowie widzieli takie pojazdy. Zmieniały się tylko szczegóły - furgonetka raz miała okna z boku, raz nie, raz miała napis, a innym razem drabinę na dachu. Świadkowie opisywali coraz to inne tablice rejestracyjne - do wczoraj policja rozmawiała z właścicielami niemal wszystkich kursujących w tej części USA białych furgonetek.

Prawdziwa Jamajka

Pierwszym przełomem był kontakt snajpera. Muhammad i Malvo byli tak pewni siebie, że postanowili zagrać policji na nosie. Gdy Malvo - który pełnił rolę "rzecznika" obu morderców - kilka razy nie mógł dodzwonić się na policję, jego irytacja sięgnęła zenitu.

FBI ma jeden z najlepszych na świecie systemów komputerowych do identyfikacji i analizy ludzkiego głosu. Po przesłuchaniu nagrania pierwszej rozmowy Malvo z szeryfem Moose'em jego ludzie wiedzieli bardzo wiele. Rozmówca zniekształcał głos, ale nie uniknął użycia podczas rozmowy wyrażeń typowych dla Jamajczyków; eksperci językowi rozpoznali też akcent z tej wyspy.

Od tego momentu Moose wiedział, że ściga nie tylko imigranta, lecz prawdopodobnie też czarnego. Podejrzenie potwierdziło się, gdy na miejscu ostatniego ataku snajpera na gościa restauracji w Ashland w zeszłą sobotę policjanci znaleźli trzystronicowy list. W nim też były liczne wyrażenia typowe dla Jamajczyków.

Co więcej, eksperci rozpoznali tam nazwę znanego zespołu reggae z Jamajki oraz fragmenty jednego z przebojów zespołu. Znawca jamajskiego folkloru powiedział detektywom, że tarot jest w tej części świata niezwykle popularny. Ale morderca, który w pobliżu miejsca jednego z zabójstw pozostawił kartę tarota przedstawiającą śmierć, musiał mieć o tarocie słabe pojęcie - śmierć nie jest tu niczym złym, bo symbolizuje jedynie życiową transformację.

Gdy wielu ekspertów gromiło Moose'a za uległość wobec snajpera, policjant prowadził wykalkulowaną grę. Prosząc za pośrednictwem mediów snajpera o kontakt, Moose starał się osłabić jego czujność, stwarzając wrażenie, że policja nie ma żadnych śladów.

I tak też się stało - w niedzielę rano snajper zadzwonił po raz kolejny, ostrzegając policję, żeby traktowała go poważnie. - A jeśli nie wierzycie, sprawdźcie, co stało się w Montgomery - chwalił się Malvo. I to był jego najpoważniejszy błąd.

Ślad w Montgomery

J.H. Watson, szef policji w Montgomery w Alabamie, jadł w niedzielę wieczorem stek, gdy dostał telefon od detektywa z Waszyngtonu. Pytanie brzmiało: czy w Montgomery nie zdarzyło się ostatnio jakieś niewyjaśnione dotąd morderstwo? Watson od razu wiedział, że chodzi o zabójstwo w sklepie z alkoholem.

Sześć tygodni wcześniej młody czarny mężczyzna napadł na dwie kobiety zamykające sklep, by odnieść utarg do banku. Mężczyzna kazał im się położyć na ziemi, po czym obu strzelił z pistoletu w tył głowy. Jedna z kobiet zmarła na miejscu, druga cudem przeżyła i dziś kuruje się w szpitalu.

Strzały usłyszeli dwaj policjanci, którzy jedli kolację w pobliskiej restauracji. Młody sierżant, który w policji służył zaledwie rok, puścił się w pościg za mężczyzną, którego zobaczył nad ciałami kobiet. Morderca uciekł, ale po drodze spod kurtki wypadł mu egzemplarz znanego w USA magazynu "Broń i Amunicja".

Z tego pisma policjanci zdjęli odcisk palca, którego jednak nie było w stanowej bazie danych. Gdy Watson wysłuchał waszyngtońskiego detektywa, natychmiast powiedział mu o odcisku. Podekscytowany policjant nie spał całą noc, bo instynkt mówił mu, że oto rozgryzł nie tylko sprawę zabójstwa z Montgomery, ale być może także głośną w całej Ameryce sprawę snajpera z Waszyngtonu.

To jest palec Malvo

W poniedziałek rano snajper zabił 37-letniego kierowcę autobusu Conrada Johnsona. Miała to być ostatnia ofiara. Dwie godziny po tym zabójstwie na waszyngtońskim lotnisku wylądował jeden z policjantów Watsona z aktami sprawy napadu na sklep monopolowy.

Baza odcisków palców FBI jest największą tego typu bazą danych na świecie. Już po kilku minutach agenci wiedzieli, że jest przełom - odcisk palca z Alabamy należał bowiem do 17-letniego Jamajczyka Johna Malvo, który rok wcześniej został zatrzymany, przesłuchany i następnie zwolniony przez służbę imigracyjną w Tacomie pod Seattle.

W tym momencie szeryf Moose wiedział, że znalazł mordercę. Przez kolejne dwa dni tysiące policjantów w Waszyngtonie, Seattle i Alabamie prowadziło jednak szczegółowe badania, by powiązać Malvo i jego przybranego ojca, który - jak ustaliła policja w Tacomie - opiekował się nim od co najmniej dwóch lat, z atakami snajpera. Przybrany ojciec Malvo nazywał się John Muhammad, był weteranem wojny w Zatoce Perskiej i podczas służby wyróżnił się doskonałymi wynikami strzelania snajperskiego. W trakcie swej służby Muhammad mieszkał w Tacomie, gdzie jego sąsiedzi skarżyli się policji, iż strzela w ogródku swego domu.

Potrzebny był dowód, że Muhammad był teraz w Waszyngtonie. Jego nazwiska nie było na liście gości tysięcy hoteli i moteli, które odwiedzili w ciągu kilkunastu dni detektywi.

Chevrolet Muhammada

I znowu zadziałał system komputerowy FBI. Po wprowadzeniu nazwiska Muhammada policjanci zorientowali się, że kilka tygodni wcześniej w stanie New Jersey zarejestrował on pod swym nazwiskiem niebieskiego chevroleta. Taki sam samochód widział jeden ze świadków ataku snajpera.

Co więcej, policjant drogówki spisał Muhammada za złe parkowanie w Baltimore, które położone jest zaledwie o godzinę drogi od Waszyngtonu. Policja wiedziała więc, że Muhammad rzeczywiście jest w okolicach stolicy. Policjant, który go spisał, w raporcie zaznaczył, że wraz z młodszym od siebie mężczyzną najprawdopodobniej śpi on w aucie. Stało się jasne, dlaczego Muhammada i Malvo nie ma na liście gości hotelowych.

W środę o 23.30 czasu miejscowego Moose podał dziennikarzom oba nazwiska i numer rejestracyjny chevroleta. Muhammad wiedział już wówczas z telewizji, że FBI przeszukało jego dawny dom w Tacomie i wzięło do ekspertyzy pień drzewa, którego używał do ćwiczeń z karabinem.

Półtorej godziny później kierowca ciężarówki zorientował się, że stojący obok niego na parkingu przy autostradzie samochód to właśnie niebieski chevrolet z New Jersey. Muhammad i Malvo spali w samochodzie zaledwie o godzinę jazdy od Waszyngtonu. Kierowca zadzwonił na policję, która kazała mu zamknąć się w aucie i czekać. Pięć minut później policjant drogówki przez lornetkę ustalił, że to rzeczywiście poszukiwany samochód.

Auta policyjne po cichu zastawiły wyjazdy z parkingu. W tym czasie komandosi jeden po drugim w kompletnej ciszy okrążyli parking i powoli zaczęli podchodzić do auta. Gdy kierujący akcją komandos zastukał w szybę chevroleta, Muhammad i Malvo obudzili się, widząc wycelowane w siebie lufy.

W bagażniku chevroleta policjanci znaleźli karabin M-16 Bushmaster z trójnogiem i lunetą snajperską. Okazało się również, że tylne siedzenie chevroleta i klapa bagażnika zostały przerobione tak, by snajper mógł strzelić poprzez tył samochodu, tłumiąc w ten sposób huk wystrzału. Świadkowie nie widzieli dzięki temu również błysku z lufy.

W czwartek o trzeciej nad ranem szeryf Moose, który przez ostatnie tygodnie zdobył sobie olbrzymią popularność, po raz pierwszy uśmiechnął się - badania balistyczne potwierdziły, że karabin z chevroleta to ta sama broń, z której strzelał snajper.

Raczej stryczek

Nie ma wątpliwości, że Muhammad i Malvo nie odzyskają już nigdy wolności. W wielu sprawach grożą im kary śmierci. Mało kto w USA wierzy, że Muhammad i Malvo jej unikną.

Właściciel mojej stacji benzynowej zdjął w czwartek wieczorem olbrzymią płachtę, która zasłaniała stację od strony pobliskiego lasu. Wczoraj po raz pierwszy od trzech tygodni dzieci w szkołach wokół Waszyngtonu wyszły na przerwę na świeże powietrze. Dziś wznowione zostaną także mecze szkolnych lig futbolu, koszykówki, odbędzie się wiele innych odwołanych imprez.

wtorek, 10 listopada 2009

Ceremonia żałobna w Fort Hood. "Morderca odpowie za swoje czyny"

ga IAR, PAP
2009-11-10, ostatnia aktualizacja 2009-11-11 09:40
Barack Obama z żoną Michelle na ceremonii
Barack Obama z żoną Michelle na ceremonii
Fot. Donna McWilliam AP

Prezydent Stanów Zjednoczonych oddał hołd ofiarom masakry w bazie wojskowej Fort Hood w Teksasie. - Morderca odpowie za swoje czyny i w tym świecie i w następnym - mówił Barack Obama.

Przed trybuną z której przemawiał prezydent USA i amerykańscy dowódcy stały zdjęcia 13 ofiar masakry. Obok nich wojskowe buty, w które wetknięto karabiny z żołnierskimi hełmami
Fot. Pablo Martinez Monsivais AP
Przed trybuną z której przemawiał prezydent USA i amerykańscy dowódcy stały...
W ceremonii żałobnej wzięły udział rodziny zabitych, amerykańscy politycy, dowódcy sił zbrojnych i zwykli żołnierze
Fot. JESSICA RINALDI Reuters
W ceremonii żałobnej wzięły udział rodziny zabitych, amerykańscy politycy...
15 tysięcy osób uczestniczyło w uroczystościach w Fort Hood, jednej z największych baz wojskowych amerykańskiej armii. Przed ceremonią Barack Obama spotkał się z rodzinami ofiar tragedii.

Pojąć logikę sprawcy

W wygłoszonym później przemówieniu prezydent USA powiedział, że trudno jest pojąć logikę jaką kierował się sprawca masakry major Nidal Hasan. - Żadna wiara nie usprawiedliwia tego morderczego aktu. Żaden miłujący bóg nie spojrzy na niego przychylnie. Morderca odpowie za swoje czyny i w tym świecie i w następnym - mówił Barack Obama.

Zdjęcia trzynastu ofiar

Przed trybuną z której przemawiał prezydent USA i amerykańscy dowódcy stały zdjęcia 13 ofiar masakry. Obok nich wojskowe buty, w które wetknięto karabiny z żołnierskimi hełmami. Barack Obama oddał hołd każdemu z zabitych. Potem odbyła się tradycyjna ceremonia odczytywania nazwisk. Gdy wyczytywano stojącego w szeregu żołnierza ten meldował się oficerowi. Gdy padały nazwiska zabitych odpowiedzią była cisza.

W ceremonii żałobnej wzięły udział rodziny zabitych, amerykańscy politycy, dowódcy sił zbrojnych i zwykli żołnierze.

Morderca przeżył. Może mówić

Major Nidal Malik Hasan, który otworzył w miniony czwartek ogień do żołnierzy w bazie Fort Hood w Teksasie i zabił 13 osób jest ciężko ranny. W poniedziałek odzyskał przytomność w szpitalu.

W toku śledztwa w sprawie masakry ustalono m.in., że Hasan chodził do meczetu na przedmieściach Waszyngtonu, w którym imamem był Anwar al-Aulaqi, podejrzewany o sympatie i kontakty z ekstremistami islamskimi.

Imam wyjechał potem do Jemenu, ale Hasan korespondował z nim przez internet. Wywiad amerykański przechwycił kilkanaście e-maili wysłanych przez majora do al-Aulaqiego. Nie wzbudziły one jednak większych podejrzeń i nie skłoniły władz do wszczęcia dochodzenia przeciw Hasanowi.

Wielu komentatorów i członków Kongresu, zwłaszcza republikańskich, ma pretensje do władz wojskowych, że zlekceważyły sygnały, iż Hasan może stanowić poważne zagrożenie.

niedziela, 25 października 2009

Masakra w Bagdadzie

Piotr Zychowicz , ika 25-10-2009, ostatnia aktualizacja 26-10-2009 03:03

Najkrwawszy zamach w irackiej stolicy od 2007 roku. Jest ponad 147 zabitych

źródło: AFP
źródło: AFP
źródło: AFP

Bomby zostały zdetonowane niemal jednocześnie. Bagdadem wstrząsnęły dwie potężne eksplozje. W centrum wyleciały szyby z okien, a fala uderzeniowa zniszczyła wszystko w promieniu kilkuset metrów.

Kilkutonowe ciężarówki fruwały w powietrzu jak zabawki, a spalone ludzkie zwłoki jak szmaciane lalki. Nad miastem przez wiele godzin unosiły się gęste kłęby szarego dymu.

– To cud, że żyję. To było jak trzęsienie ziemi. Nic już nie stoi na swoim miejscu – relacjonował właściciel pobliskiego sklepu. Zniszczenia rzeczywiście są olbrzymie. Ulice zamieniły się w pogorzeliska. Spomiędzy gruzów i wraków spalonych samochodów służby ratunkowe wydobywały zwęglone ciała.

Bilans ataków to co najmniej 147 osoby zabite i około 700 rannych (liczby te mogą wzrosnąć, bo w chwili zamykania tego wydania „Rz” akcja ratunkowa trwała). Ofiar było tak dużo, bo bomby zostały odpalone o godzinie 9.30, gdy do pracy udawali się iraccy urzędnicy. Celem zamachów były Ministerstwo Sprawiedliwości i budynek lokalnej administracji. Właśnie przed tymi gmachami postawiono samochody-pułapki.

Nie wiadomo jeszcze, czy umieszczone w nich ładunki zostały zdetonowane drogą radiową czy też zamach był dziełem terrorystów- samobójców. Będzie to trudne do ustalenia, ponieważ z samochodów – według różnych źródeł były to dwa mikrobusy lub samochód osobowy i ciężarówka – zostało niewiele. Nie wiadomo również, która z organizacji terrorystycznych działających w Iraku dokonała ataku. Władze w Bagdadzie uważają, że to sprawka al Kaidy i zwolenników obalonej w 2003 roku dyktatury Saddama Husajna.

– Ci tchórzliwi terroryści nie zastraszą narodu irackiego! Oni chcą zaprowadzić w naszym kraju chaos, storpedować proces polityczny i nie dopuścić do (styczniowych – red.) wyborów parlamentarnych – powiedział przybyły na miejsce eksplozji premier Nouri Maliki.

Dostało się również „pewnym krajom regionu”. Zdaniem ekspertów to aluzja do polityki Syrii, w której azyl znaleźli działacze byłego reżimu, oraz innych sunnickich państw Bliskiego Wschodu, które mają wspierać irackich rebeliantów i terrorystów. W Iraku de facto władzę sprawują bowiem szyici, którzy są największą społecznością w tym kraju. A uprzywilejowana za czasów Saddama Husajna sunnicka mniejszość stanowi teraz rdzeń rebelii.

Mimo to w ostatnich latach sytuacja w Iraku uległa poprawie. Do zamachów dochodzi rzadziej. Niedzielny atak był najpoważniejszym tego rodzaju zdarzeniem od ponad trzech lat.

Eksperci uważają, że terroryści korzystają z tego, iż trzy miesiące temu z ulic irackich miast zniknęli Amerykanie. Miał to być pierwszy krok na drodze do całkowitego wycofania sił USA, co – według planu – ma nastąpić w roku 2011.

Rzeczpospolita

sobota, 2 maja 2009

Zobacz talibski podręcznik zabijania

Tak szkolą się mordercy żołnierzy

Zobacz podręcznik walki partyzanckiej talibów

DZIENNIK dotarł do książki, z której afgańscy talibowie uczą się sztuki wojennej. To popularna i bardzo profesjonalna publikacja, przypominająca podręcznik polowy Marines. Są tam na przykład szkice pojazdów bojowych i instrukcje, jak konstruować ładunki wybuchowe do ich niszczenia.

"Błogosławieństwem bożym jest, gdy muzułmanin walczy za Allaha i jego religię. Błogosławieństwem jest, gdy trenuje innych w tym samym celu. Szczególnie w naszych czasach, które pełne są niesprawiedliwości, ciemności i braku wiary w Boga. Ci muzułmanie, którzy już wiedzą, że żyją w złych czasach, powinni podwoić swoje wysiłki dla świętej sprawy. (...) Jak mówi Prorok: wojna to przede wszystkim taktyka. Zaplanuj taktykę, mapę walki, która poprowadzi cię do zwycięstwa" - Mukhtar Khurasani ze wstępu do podręcznika "Szkolenie wojskowe dla przygotowania mudżahedina".

Medresa na górzystym pograniczu afgańsko-pakistańskim. W kiepsko oświetlonej sali na wełnianych pledach koloru khaki siedzi grupa od 10 do 15 mężczyzn w wieku około 20-25 lat. Każdy z nich cieszy się "dobrym zdrowiem psychicznym i fizycznym, jest dojrzały i wie wystarczająco dużo o islamie". Każdy był w sekrecie wybrany przez talibskiego "oficera" odpowiadającego za werbunek. Każdy z nich ma fałszywe dane, fałszywe dokumenty i fałszywy adres. Żaden nie pyta nauczyciela (maksymalnie powinno być ich dwóch) o to, jak się naprawdę nazywa i skąd pochodzi. Jego zadaniem jest, w duchu dyscypliny, kształcić się na świętego wojownika - mudżahedina.

Jak wyszkolić mudżahedina

Według wydanego już w 2006 r., lecz radykalnie zaktualizowanego przed kilkoma miesiącami - na zbliżającą się ofensywę zagranicznych wojsk - podręcznika właśnie tak wygląda lekcja, na której afgańscy rebelianci uczą się prowadzenia świętej wojny przeciw okupantowi. W chrześcijańskim roku 2009, który może rozstrzygnąć losy wojny o Afganistan, publikacja cieszy się ogromną popularnością.

Dotarliśmy do podręcznika, z którego nasi przeciwnicy uczą się sztuki wojennej. Zapytaliśmy walczących w Afganistanie Polaków, czy pobierane w tym duchu lekcje mogą być dla naszych wojsk zagrożeniem.

Lekcja pierwsza - prawa dżihadu

"Kto przystępuje do dżihadu, a jest zadłużony, może liczyć na anulowanie długu, kto chce walczyć, nie pytając o zgodę swojej rodziny, ma do tego prawo. Bo świętym obowiązkiem jest walka z niewiernymi do czasu, aż zło nie zostanie pokonane i nie będzie rządził islam (...) Specjalny status mają najbardziej wartościowi wojownicy - zamachowcy-samobójcy, męczennicy. Oni są »pełnej wiary« i znajdują się pod specjalną opieką Allaha".

Pierwsza podręcznikowa lekcja to poważna dawka religijnej propagandy. "Takie stawianie sprawy to ich największa przewaga nad nami. Słowa o Allahu brzmią dla nas śmiesznie. Talibów i ich sojuszników wzmacniają" - mówi nam Marek, który właśnie skończył sześciomiesięczny pobyt w górskiej bazie Giro w Afganistanie. "Talibowie wiedzą, o co się biją. Mają swoją sprawę. Czują, że my tu jesteśmy na chwilę, by zarobić pieniądze. A oni wierzą w Allaha, wierzą, że kiedyś znów przejmą władzę" - dodaje.

Talibska rebelia nie ogranicza się jednak tylko do religijnych pogawędek o zbawieniu i hurysach, które czekają na bojownika po jego męczeńskiej śmierci. Kolejne lekcje są już bardziej prozaiczne. Od podstaw opisują posługiwanie się bronią, materiałami wybuchowymi, środkami łączności, tak by nie zostać namierzonym, czy organizowanie zasadzek na oddziały obcych wojsk.

Jeden z naszych rozmówców, który widział wydaną w języku paszto publikację, przekonuje również, że jej adresatem jest nie tylko mieszkaniec pogranicza afgańsko-pakistańskiego. Podręcznik ma zachęcić również przybywających na świętą wojnę z dalekiego świata. "Pasztun z Darra Adam Khel czy z Ghazni właściwie rodzi się z wiedzą, jak posługiwać się AK-47. On nie potrzebuje czytać, jak należy trzymać karabin. Strzelać uczy go starszy brat. Najprawdopodobniej podręcznik przeznaczony jest dla emigrantów" - mówi DZIENNIKOWI Piotr Krawczyk, szef Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, do niedawna polski konsul w Kabulu.

Szkolenie muzułmańskiego Jamesa Bonda

Poważna część podręcznika to opis tego, jak wyszkolić talibskiego Jamesa Bonda. Autorzy uczą, jak chronić swoje szeregi przed szpiegami pracującymi dla okupanta. Przyszły mudżahedin otrzymuje wiele wskazówek, jak nie stać się mimowolnym źródłem informacji dla "niewiernych". "Po bitwie nie dziel się wrażeniami z ludźmi spoza grupy. Niech te tajemnice nie opuszczą waszego kręgu. Mudżahedini nie powinni nawzajem znać swoich adresów, a w trakcie działania niech używają tylko fałszywych imion i nazwisk" - czytamy.

By nie wpaść w pułapki zastawione przez obce wojska i służby specjalne, talibowie wymagają od podkomendnych porzucenia nałogów. Rebeliant musi również stać się osobą, która "nie wyróżnia się z tłumu" i ma wrodzoną ostrożność w kontaktach z nieznajomymi. Posłańcy przenoszący rozkazy muszą znać ich treść na pamięć. W razie zagrożenia niszczyć wiadomość zapisaną na papierze.

Talibski bojownik szkolony na szpiega w podręczniku znajdzie wskazówki, jak odgrywać swoją rolę ulicznego sprzedawcy, studenta czy kierowcy. Wywiadowca musi zdobyć wiedzę na temat przybranego zajęcia, by swobodnie móc porozmawiać o swojej branży. Jeśli chce się przedstawiać jako student, powinien zdobyć dokumenty studenta. Jeśli ma być nauczycielem, powinien mieć ze sobą religijne książki.

W kręgu zainteresowań wywiadowcy powinni znaleźć się ludzie, którzy wyszli właśnie z niewoli i mogą podzielić się informacjami na temat tego, o co wypytywał wróg. Uważać powinien na pracowników zagranicznych organizacji pomocowych, mediów i firm zajmujących się odbudową kraju. Dlaczego? Jak czytamy w podręczniku, to grupy zawodowe, w których znajduje się najwięcej zagranicznych szpiegów.

Muzułmanin w czasie swojej pracy wywiadowczej musi również przestrzegać kluczowej zasady: "Nie zbierać niepotrzebnych informacji". Nie może jednak unikać białego wywiadu. Podręcznik zaleca śledzenie serwisów BBC czy Voice of America.

Ci, którzy nie zajmują się szpiegowaniem, mają do dyspozycji cały rozdział poświęcony ładunkom wybuchowym i uzbrojeniu. Znajdują się w nim opisy największej zmory polskich wojsk w Afganistanie - czyli tzw. ajdików - improwizowanych ładunków wybuchowych. W tej części rebeliant uczy się, jak wykorzystać akumulator, baterie, krótkofalówki i telefon komórkowy, by skonstruować śmiercionośny ładunek, i dowiaduje, jakie są najbardziej wrażliwe punkty okupanckiego pojazdu wojskowego.

Na koniec uwagę zwracają zapisy poświęcone sojuszom, jakie można w trakcie wojny z niewiernymi zawierać. Okazuje się, że doraźne układy można zawrzeć z każdym, nawet ateistą, który wcześniej był w... partii komunistycznej. Wszystko dla zwycięstwa i Allaha.

Jak podręcznik dla Marines

Talibowie nie są prekursorami w wydawaniu podręczników wojskowych. O dobrych kilka lat wyprzedził ich czeczeński watażka Szamil Basajew, publikując - z pomocą swoich "sekretarzy" "Książkę mudżahedina". Opasły skrypt poświęcony temu, jak walczyć z rebelią, wydał również największy wróg talibów amerykański generał David Petraeus, który rozpoczął właśnie swoją operację antypowstańczą pod Hindukuszem. Podręcznik ma również amerykańska piechota morska. Jak na ironię ze wszystkich podręczników "Szkoleniu..." najbliżej właśnie do podręcznika polowego amerykańskich Marines.

niedziela, 26 kwietnia 2009

Odzyskano szczątki polskiego zakładnika

rik, PAP
2009-04-26, ostatnia aktualizacja 2009-04-26 16:52

- Władze pakistańskie poinformowały polską ambasadę w Islamabadzie o odzyskaniu ciała polskiego geologa - powiedział rzecznik MSZ Piotr Paszkowski.

Kadr z nagrania przekazanego przez talibów
youtube.com
Kadr z nagrania przekazanego przez talibów
- Władze pakistańskie przekazały dzisiaj naszej placówce w Islamabadzie informację, że odzyskały ciało, które - według przekazanej informacji - jest w tej chwili w drodze do Islamabadu - poinformował rzecznik.

- Ponieważ gospodarzem sprawy w tej chwili jest prokuratura, która prowadzi postępowanie, rozumiem, że z chwilą uzyskania dostępu do ciała, prokuratura podejmie odpowiednie kroki mające na celu identyfikację zwłok - powiedział Paszkowski.

Minister spraw wewnętrznych Pakistanu Rehman Malik powiedział, że ciało polskiego geologa zostanie przekazane polskiej ambasadzie w poniedziałek - poinformowała agencja AP. Przedstawiciele pakistańskiej policji poinformowali, że trumna z ciałem Polaka została przywieziona do obozu paramilitarnego w regionie plemiennym dziś w południe.

Pracownik Geofizyki Kraków Piotr Stańczak został porwany przez talibów jesienią ubiegłego roku. W zamian za jego uwolnienie terroryści domagali się zwolnienia z więzień swoich towarzyszy. Wobec niespełnienia tych żądań przez pakistańskie władze, 7 lutego ogłosili, że Polak został zabity.

Na początku lutego śledztwo w sprawie uprowadzenia i zabójstwa Polaka zostało przeniesione z krakowskiej prokuratury do warszawskiego wydziału biura ds. przestępczości zorganizowanej Prokuratury Krajowej

środa, 15 kwietnia 2009

Marynarze udaremnili napad, złapali 11 piratów

19:21, 15.04.2009 /PAP

UDANA AKCJA FRANCUSKIEJ MARYNARKI

Marynarze udaremnili napad, złapali 11 piratów
Fot. TVN24Załoga francuskiego statku wojennego zatrzymała 11 piartów
Załoga francuskiego okrętu wojennego wcześnie rano zaatakowała u wybrzeży Kenii 10-metrową łódź piratów. W ręce żołnierzy wpadło 11 morskich rabusiów, którzy właśnie szykowali się do następnego napadu.
Operację przeprowadzono w odległości 500 mil morskich (900 km) na wschód od kenijskiego portu Mombasa. Na statku piratów, obserwowanym przez całą noc ze śmigłowca, znajdowało się 17 beczek z 200 litrami oleju opałowego każda i dwie szybkie łodzie.
Kolejny incydent u wybrzeży Somalii. Tym razem piraci przypuścili atak na... czytaj więcej »
Przetrzymywany przez somalijskich piratów kapitan kontenerowca "Maersk... czytaj więcej »


Zatrzymani piraci na pokładzie francuskiego statku

- Francuska fregata dostrzegła piratów 14 kwietnia wieczorem i przy użyciu swojego śmigłowca udaremniła atak na frachtowiec "Safmarine Asia" - wyjaśniło francuskie ministerstwo. Piraci przebywają obecnie na pokładzie fregaty i oczekują na decyzje co do dalszego losu.

Antypiracka operacja

Francuska jednostka "Nivose" uczestniczy wraz z siedmioma innymi okrętami wojennymi oraz samolotami zwiadowczymi z Niemiec, Hiszpanii i Włoch w unijnej operacji antypirackiej "Atalanta".

Jednostki te towarzyszą frachtowcom w charakterze ochrony w Zatoce Adeńskiej, gdzie bezbronne statki handlowe są szczególnie narażone na akty piractwa. Jednostki eskortują także frachtowce wiozące pomoc humanitarną Światowego Programu Żywnościowego dla Somalii.

Statek-baza to zazwyczaj porwana wcześniej jednostka, którą piraci wykorzystują do transportu szybkich łodzi służących do ataku na statki handlowe.

Uwolnili grecki statek

W środę somalijscy piraci uwolnili porwany 19 marca grecki statek "Titan", pływający pod banderą karaibskiego państewka Saint Vincent. - Cała 24-osobowa załoga jest zdrowa. Zwolniony statek płynie w kierunku przeznaczenia, do Korei Południowej - poinformowało w środę greckie ministerstwo handlu morskiego. Większość załogi statku to Filipińczycy, ale są wśród nich także Grecy, Rumuni i Ukrainiec. Nie ma informacji czy za uwolnienie statku zapłacono okup.

eko//kwj

czwartek, 9 kwietnia 2009

Piraci wciąż przetrzymują kapitana, amerykański niszczyciel jest w pobliżu

mm, AP, AFP, Reuters, Gazeta.pl
2009-04-09, ostatnia aktualizacja 2009-04-09 17:20

Richard Phillips, kapitan porwanego wczoraj duńskiego kontenerowca, wciąż jest w rękach piratów. Phillips nie jest ranny - poinformował przedstawiciel firmy Maersk Line, armatora statku. Dotychczasowe negocjacje nie przyniosły skutków. Marynarka USA poprosiła o pomoc negocjatorów FBI. Na miejscu jest także amerykański niszczyciel USS "Bainbridge".

Kapitan porwanego statku Richard Phillips
Fot. Anonymous AP
Kapitan porwanego statku Richard Phillips
Statek Maersk Alabama, jeszcze pływający pod starą nazwą
Fot. AP
Statek Maersk Alabama, jeszcze pływający pod starą nazwą
Żona kapitana porwanego statku ze zdjęciem męża
Fot. Toby Talbot AP
Żona kapitana porwanego statku ze zdjęciem męża
Negocjacje bez efektów

- Bezpieczny powrót kapitana jednostki jest teraz naszym priorytetem. Jesteśmy w stałym kontakcie ze statkiem Maersk Alabama. Z ostatnich informacji wynika, że kapitan Phillips nie jest ranny - powiedział rzecznik Kevin Speers z Maersk Line. Jak zapewnił, kontenerowiec "płynie właśnie na bezpieczne wody".

Kapitan Richard Phillips od wczoraj przetrzymywany jest na szalupie ratunkowej. Nie widać postępu w negocjacjach. Z piratami rozmawiać mają negocjatorzy FBI, specjalizujący się w uwalnianiu zakładników. Amerykańska marynarka zwróciła się dziś do władz FBI z prośbą o pomoc w uwolnieniu kapitana.

Od rana w okolicy przetrzymywania obywatela USA jest amerykański niszczyciel USS "Bainbridge".

Amerykańska załoga w rękach piratów | wideo


Odbicie statku

Wczoraj rano duński kontenerowiec Maersk Alabama, pływający pod amerykańską banderą, został uprowadzony u wybrzeży Somalii. Na pokładzie było 20 Amerykanów. Wieczorem załoga odbiła statek i uwięziła jednego z piratów.

Pozostali porywacze uciekli na szalupy ratunkowe wraz z uprowadzonym kapitanem statku. Od razu rozpoczęto negocjacje. Jaj informowali wieczorem członkowie załogi, oferowali piratom m.in. jedzenie. Wypuścili też schwytanego pirata. Bez skutku. - Przetrzymują naszego kapitana dla okupu - w rozmowie telefonicznej z CNN Ken Quinn z załogi.

Rodzina czeka na wieści

Tymczasem rodzina kapitana Phillipsa w napięciu śledzi najnowsze doniesienia mediów. - Pozostali członkowie załogi kontaktowali się już ze swoimi rodzinami. Mamy nadzieję, że już niedługo dostaniemy wiadomość od Richarda - mówi siostra żony porwanego.

sobota, 28 marca 2009

Piraci z kozami na zdjęciach z Sirius Stara

rik
2009-03-27, ostatnia aktualizacja 2009-03-27 19:46
Kapsuła z milionami jest już na pokładzie. Podniecenie piratów rośnie
Kapsuła z milionami jest już na pokładzie. Podniecenie piratów rośnie
Fot. za RMF FM

Piraci wiedzieli, że na pokładzie porwanego w połowie listopada 2008 r. tankowca "Sirius Star" czeka ich dłuższy pobyt - wzięli ze sobą nawet dwie kozy. Dokumentują to sensacyjne zdjęcia zdobyte przez RMF FM. Na jednym z nich widać też moment przekazania okupu.

Somalijczycy tradycyjnie zabierają ze sobą w nieznane kozy-żywicielki. Nie inaczej było i tym razem
Fot. za RMF FM
Somalijczycy tradycyjnie zabierają ze sobą w nieznane kozy-żywicielki. Nie inaczej było i tym razem
Piraci w pospiechu oddalają się od statku. Przeciążona łódka nie wszystkich dowiezie do brzegu
Fot. za RMF FM
Piraci w pospiechu oddalają się od statku. Przeciążona łódka nie wszystkich dowiezie do brzegu
Na zdjęciach opublikowanych przez portal radia RMF FM widać również splądrowane przez piratów kajuty załogi statku, łódź wciągniętą na pokład, a także moment przekazania i odpłynięcia piratów w stronę Somalii.

Tankowiec Sirius Star długości 330 m wiozący 300 tys. ton ropy wartości 100 mln dolarów został porwany 15 listopada ponad 800 km od wybrzeży Kenii, czyli daleko poza zasięgiem wzmożonych patroli okrętów wojennych międzynarodowej misji antypirackiej.

Wśród 25 członków załogi było dwóch Polaków, w tym kapitan. Początkowo porywacze domagali się 25 mln dolarów okupu. Saudyjski tankowiec został uwolniony w styczniu za 3 miliony dolarów okupu.

5 z 12 piratów, którzy brali udział w oddaniu statku, utonęło w drodze powrotnej, gdy ich mała łódka przewróciła się na wysokiej fali. Wraz z nimi w morskiej toni zniknęło 300 tys. dolarów. Ciało jednego z piratów wyłowiono z morza. Miał przy sobie 150 tys. dolarów.

Do kolejnego porwania statku doszło wczoraj. Norweski statek Bow Asir przewożący chemikalia z Zatoki Perskiej został zaatakowany przez 16-18 piratów uzbrojonych w karabiny maszynowe. Przybili oni na dwóch małych łodziach. Międzynarodową załogę Bow Asir stanowi 27 marynarzy, wśród których jest pięciu Polaków. Na razie nie ma kontaktu ze statkiem.