poniedziałek, 29 września 2008

Po co Radwańskiej Turniej Mistrzyń?

Szymon Opryszek
2008-09-29, ostatnia aktualizacja 2008-09-29 13:29
Zobacz powiększenie
Fot. TOBY MELVILLE REUTERS

Agnieszka Radwańska spędzi końcówkę sezonu na walce o występ w Turnieju Mistrzyń, określanym jako nieoficjalne mistrzostwa świata. Być może nawet pojedzie do Dauhy w roli rezerwowej, ale historia pokazuje, że nie zawsze warto tam się pchać

ZOBACZ TAKŻE
Turneij w Tokio: Zwycięstwo Domachowskiej w I rundzie

Radwańska w bólach kończy najlepszy sezon w karierze, zarówno pod względem sportowym, jak i finansowym. W Australian Open i Wimbledonie dochodziła do ćwierćfinału, wygrała trzy turnieje z cyklu WTA Tour, wystąpiła w igrzyskach olimpijskich, awansowała do pierwszej dziesiątki światowego rankingu. Do tego debiut w reklamie, egzaminy na prawo jazdy, pierwszy samochód. Z samego kortu podniosła blisko milion dolarów.

Czy jest szczęśliwa? Nawet jeżeli się uśmiecha, na jej twarzy widać zmęczenie. Ostatni rok spędziła w samolocie: styczeń - antypody, luty - Azja, marzec - USA, potem Europa. Pod koniec sezonu kursowała między Azją i USA.

Na miesiąc przed końcem sezonu krakowianka ma na koncie 66 meczów singlowych, 27 w deblu i kilka mikstów. Teraz ambitna tenisistka i jej ojciec postawili ostatni cel - udział w prestiżowym Turnieju Mistrzyń. To oznacza jeszcze jeden lot do Azji, by uszczknąć coś z tortu nadziewanego petrodolarami.

- Agnieszka nienawidzi przegrywać, nawet w treningu. Możemy próbować ją zmieniać, kombinować ze startami, odpuszczać. Ale to już nie będzie ta sama Radwańska - odpowiada Wiktor Archutowski, menedżer najlepszej polskiej tenisistki.

Sam na miejscu podopiecznej spakowałby się i poleciał na tropikalną wyspę. Niekoniecznie na sztuczną, nieopodal Dauhy.

Zawodniczki, które w ubiegłym roku dały się skusić bogatym szejkom z Kataru, potrzebowały rozegrać średnio 76 meczów w sezonie, niektóre całkiem odpuszczały debla, inne grały go sporadycznie. Dziś na kortach królują wstrzemięźliwe pod tym względem Venus i Serena Williams, a uczestniczki ubiegłorocznego kończącego sezon katarskiego cyrku plują sobie w brodę.

Justine Henin zakończyła karierę sportową - była wykończona. Maria Szarapowa przypomina cień samej siebie, w tym sezonie zagrała tylko 36 meczów, z powodu kontuzji wypadła z gry do stycznia. Swietłana Kuzniecowa nawet nie wygrała w tym roku turnieju.

Reszta też nie zachwyca: Marion Bartoli zawiodła nawet przed własną publiką w wielkoszlemowym French Open, a Daniela Hantuchova w tym roku wyszła na kort tylko 32 razy. Najmłodsze w tym gronie Ana Ivanović i Anna Czakwetadze ochoczo uśmiechają się do obiektywów, ale na korcie już tylko podrygują. Radwańska jest od nich młodsza o dwa lata.

Wyjątkiem jest Jelena Janković. By wystąpić w ubiegłym roku w Turnieju Mistrzyń, rozegrała aż 97 spotkań, rekordową liczbę spośród ośmiu uczestniczek. Jej tegoroczne dokonania też nie rzucają na kolana: wygrała tylko jeden turniej, zresztą po tym, kiedy w półfinale wycofała się Szarapowa.

Radwańska chce zmieniać historię, walczy do końca, nawet gdy musi toczyć bój z zegarem biologicznym. - To nie mecze tak wykańczają tenisistki, ale ciągłe loty samolotami, zawroty głowy, zmiana czasu. Czasem budzisz się o 3 rano i nie wiesz, gdzie jesteś - wyjaśnia Archutowski.

Tymczasem do Turnieju Mistrzyń zostało pięć tygodni turniejowych. Strata do dziewiątej w rankingu Race Wiery Zwonariewej jest minimalna. Nawet jeśli nie wyprzedzi Rosjanki, pozostaje liczyć na Venus Williams, która co roku rezygnuje z udziału w tej imprezie. W ubiegłym sezonie Amerykanka tłumaczyła się m.in. zawrotami głowy. Dla starszej z sióstr Williams sezon kończy się po US Open.

Radwańska jest na tyle ambitna, że nie chce jechać do Dauhy w roli rezerwowej, która wskoczy na wolne miejsce. We wtorek zagra pierwszy mecz w prestiżowym turnieju w Stuttgarcie, gdzie wystąpi tylko 28 zawodniczek. Plan? Zdobyć więcej punktów niż Zwonariewa. Na początek krakowianka trafia na kwalifikantkę, podczas gdy Rosjanka będzie walczyła z Hantuchovą. Polka weźmie udział w rywalizacji deblistek, Zwonariewa zrezygnowała.

WTA Stuttgar: Dobre losowanie Radwańskiej



Ile grały

Liczba meczów rozegranych przez uczestniczki WTA Championships w 2007 roku

Justine Henin 67 meczów singlowych i 0 deblowych

Maria Szarapowa 61 i 0

Ana Ivanović 69 i 4

Swietłana Kuzniecowa 75 i 19

Daniela Hantuchova 80 i 22

Marion Bartoli 78 i 13

Jelena Janković 97 i 17

Anna Czakwetadze 79 i 19



Agnieszka Radwańska w tym roku: 66 meczów singlowych i 27 deblowych

Kukiz zaśpiewa Wałęsie "Mury"

Paweł Kukiz zaśpiewa Wałęsie Mury

To ma być wielkie, muzyczno-filmowe wspomnienie najważniejszych wydarzeń z lat 80. Lech Wałęsa dziś świętować będzie uroczyście 25. rocznicę przyznania mu pokojowego Nobla i swoje 65. urodziny. Galę z tej okazji poprowadzą Krystyna Janda i Jerzy Radziwiłowicz. Relację z imprezy obejrzymy dzień później w Polsacie. TVP koncertu nie pokaże, bo uroczystość ta "nie wchodzi w zakres misji TVP" - czytamy w DZIENNIKU.

Gala Pro Memoria w reżyserii Janusza Zaorskiego ma być wydarzeniem niezwykłym. Odbędzie się wieczorem w Teatrze Wielkim. Poprowadzą ją Krystyna Janda i Jerzy Radziwiłowicz, aktorzy ze słynnych filmów Wajdy - "Człowiek z marmuru” i "Człowiek z żelaza”.

>>>Przeczytaj, dlaczego TVP nie pokaże świętującego Wałęsy

Podczas spektaklu będzie można zobaczyć archiwalne materiały z uroczystości wręczenia Nobla 10 grudnia 1983 r., pielgrzymek ojca świętego Jana Pawła II do ojczyzny czy podpisania porozumień sierpniowych. Filmy przeplatane będą muzycznie motywani Chopina, przebojami Republiki, protestsongami Kaczmarskiego w wykonaniu Pawła Kukiza, utworami Dżemu, T. Love, Edyty Geppert i Krystyny Prońko.

Na scenie pojawią się także Danuta Wałęsa z najstarszym synem Bogdanem. Przed 25 laty to właśnie oni odebrali w Oslo nagrodę w imieniu Lecha Wałęsy. Przemówi także sam laureat.

>>>Zobacz, kto będzie na fecie Wałęsy

Koncert będzie można obejrzeć następnego dnia, czyli we wtorek o g. 22.05 w Polsacie. Telewizja publiczna nie chce bowiem pokazać Wałęsy. Jak twierdzą organizatorzy gali, władze TVP oświadczyły, że ta uroczystość "nie wchodzi w zakres misji TVP”.

We wczorajszym programie Moniki Olejnik w Radiu Zet "Siódmy dzień tygodnia”, politycy byli zgodni, co do tego, że brak relacji na żywo z tych uroczystości to błąd. Nawet Piotr Kownacki, szef Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przyznał: "Ja myślę, że jakieś informacje na ten temat będą w telewizji publicznej. Na stwierdzenie, że to nie jest misja, w pierwszym odruchu raczej bym się nie zgodził" - przyznał.

"To jest absolutny skandal i ta sytuacja pokazuje, że władze telewizji publicznej powinny odejść jak najszybciej" - odpowiedział Zbigniew Chlebowski z PO. A Wojciech Olejniczak z SLD powiedział wprost: "Jeśli nie będzie transmisji z tych uroczystości, to jest to dowód na to, że w TVP konieczne są zmiany".

Relacji jednak nie będzie. "Na tym etapie już nie ma takich możliwości technicznych" - mówi Piotr Gulczyński z Instytutu Lecha Wałęsy. I przypomina, że telewizja oficjalnej odpowiedzi na propozycję transmisji nie dała do tej pory.

Koncert nie jest jedynym elementem obchodów 25-lecia Nobla Wałęsy. Jutro w południe na Zamku Królewskim przewidziano konferencję naukową. Wśród gości będą m.in. Bronisław Komorowski, Hanna Gronkiewicz-Waltz, abp Tadeusz Gocłowski, prof. Norman Davis.

Druga część uroczystości będzie miała miejsce w grudniu w Gdańsku (czyli w 25. rocznicę gali w Oslo). Spodziewani są inni nobliści i wybitni przywódcy z całego świata.

Łączny koszt obchodów wraz z publikacjami wynosi to ok. 6 mln zł. Są to pieniądze pozyskane przez Instytut Lecha Wałęsy i Europejskie Centrum Solidarności głównie od prywatnych sponsorów i z ministerialnych grantów.

"Lech Wałęsa zuch, starczy na tych dwóch..."

Lech Wałęsa zuch, starczy na tych dwóch...

Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, przypominając zasługi byłego prezydenta, zadedykował dziś mu wierszyk: "Lech Wałęsa zuch, starczy na tych dwóch". Rozbawieni do łez uczestnicy spotkania z okazji 25. rocznicy wręczenia Wałęsie Nobla nagrodzili go gromkimi brawami. Podobnie zareagowali na przemówienie Normana Daviesa, brytyjskiego historyka, który porównywał Wałęsę do Napoleona.

czytaj dalej...
REKLAMA

Na spotkaniu w Zamku Królewskim, zorganizowanym z okazji 25-lecia przyznania Lechowi Wałęsie Nobla, było bardzo wesoło. Byłego prezydenta wraz z małżonką przywitano gromkimi brawami i chóralnym odśpiewaniem "Stu lat..."

>>>Więcej o uroczystościach na cześć byłego prezydenta

Potem swoje recytatorskie talenty ujawnił marszałek Komorowski. Nawiązując do oskarżeń, jakie rzuca się na Wałęsę, marszałek Sejmu wspomniał krytyka literackiego, który pod pseudonimem Jaszcz na łamach "Trybuny Ludu" "chłostał wybitnych ludzi kultury".

"Pod jego adresem powstał dwuwiersz: " - recytował Komorowski. "Po upływie dużej ilości czasu i tak się okazuje, kto jest wielki, kto jest dzielny, a kto nikczemny i mało wart. Niejeden taki Jaszcz znajdzie się w Polsce na co dzień" - stwierdził Komorowski.

>>>Przeczytaj, co napisali o Wałęsie historycy IPN

Także Norman Davies pozwolił sobie na garść anegdotek i żartów. Przyrównał plotki o agenturalności Napoleona na rzecz Anglików, rozsiewane przez jego rodaków, do informacji o współpracy Lecha Wałęsy z SB.

Przypomniał też, że w jego czasach rozpowszechniano nieprawdziwe informacje na temat wzrostu cesarza. "W rzeczywistości mierzył on 1,68 metra. Tyle co prezydent Lech Wałęsa... i prof. Norman Davies" - opowiadał, wzbudzając śmiech i oklaski.

"Lech Wałęsa jest jedynym w naszych czasach Polakiem, który poszedł tak wysoko i jest przy takich nazwiskach jak Nelson Mandela czy Matka Teresa" - ocenił byłego prezydenta Davies.

>>>Przeczytaj, dlaczego Davies nie napisze książki o Wałęsie

"Wiedzieliśmy, że choć przegramy bitwę, wygramy wojnę. Pan był generałem, choć często żartował, że jest tylko kapralem" - mówiła Hanna Gronkiewicz-Waltz, prezydent Warszawy, oceniając znaczenie przyznania Wałęsie Nagrody Nobla.

Prezydent Warszawy długo wyliczała zasługi byłego prezydenta. Ale i ona nie mogła nie nawiązać do zarzutów, jakie stawia się byłemu prezydentowi. "Pana nazwisko jest znane w najdalszych zakątkach globu. Pana dokonań nie zmienią żadne manipulacje" - stwierdziła.

Zastrzelili porywaczy, ocalili turystów

Odbito porwanych w Egipcie turystów

Skończył się koszmar europejskich turystów i ich przewodników porwanych w Egipcie. Po dziesięciu dniach odbiły ich służby specjalne. W trakcie akcji zlikwidowano połowę bandytów. Wolni już turyści na pokładzie wojskowego helikoptera odlecieli do Kairu.

Cała uprowadzona dziewiętnastka - pięcioro Niemców, pięcioro Włochów, Rumun i ośmiu Egipcjan - jest cała i zdrowa. Szczegóły akcji, w której ich uwolniono, są owiane tajemnicą. Na razie wiadomo, że zginęła połowa porywaczy. Szef włoskiej dyplomacji Franco Frattini zdradził także, że główną rolę w akcji odegrał włoski wywiad.

Uprowadzonych odbito siłą. Minister Obrony Egiptu Muhammad Husain Tantawi powiedział, że w trakcie akcji "zlikwidowano" połowę porywaczy. Według anonimowych źródeł w egipskich służbach bezpieczeństwa to właśnie te siły przeprowadziły akcję. Jak powiedział agencji AFP, do odbicia doszło na terytorium Czadu blisko granicy z Sudanem.

Wcześniej próbowano wynegocjować układ w sprawie okupu. Negocjacje prowadzili Niemcy. To właśnie od rządu tego kraju porywacze zażądali 6 milionów euro. Potem jednak sudańscy żołnierze dostrzegli porywaczy na pograniczu z Czadem i przeprowadzili atak. Zabili szóstkę z nich, dwóch aresztowali. Zatrzymani wyznali wtedy, że uprowadzeni turyści są przetrzymywani w Czadzie przez 35 uzbrojonych ludzi.

Porywacze należeli do odłamu Armii Wyzwolenia Sudanu. To grupa, która działa w Darfurze. Jej rzecznik co prawda zaprzeczył porwaniu, ale jednocześnie zastrzegł, że w przypadku użycia siły przeciwko porywaczom zachodni turyści mogą "odnieść rany".

Grupa turystów z przewodnikami została porwana 19 września na odległych terenach południowego Egiptu. Są one praktycznie poza kontrolą państwa. Przyciągają jednak turystów, bo w pustynnych skałach mieszkańcy Sahary sprzed 10 tysięcy lat zostawili wiele wspaniałych rysunków naskalnych.

Według sudańskich służb bezpieczeństwa cała dziewiętnastka została od razu po porwaniu wywieziona z Egiptu. Porywacze poruszali się po płaskowyżu Uweinat rozciągającym się od Libii po Egipt i Sudan. Potem uciekli do Czadu.

Kurator w Polskim Związku Piłki Nożnej

Zarząd PZPN został zawieszony

To prawdziwa sensacja. Minister sportu miał już dość władz PZPN i zamieszania im towarzyszącego. Mirosław Drzewiecki złożył wniosek o zawieszenie w czynnościach wszystkich władz związku do Trybunału Arbitrażowego przy Polskim Komitecie Olimpijskim, a ten wyznaczył kuratora. Został nim Robert Zawłocki, były wiceprzewodniczący Wydziału Dyscypliny. W tej sytuacji nie wiadomo, kiedy odbędą się wybory nowego prezesa.

czytaj dalej...
REKLAMA

Czy to już koniec zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej? Minister Drzewiecki najwyraźniej ma już dość, bo złożył wniosek o zawieszenie władz do Trybunału Arbitrażowego przy Polskim Komitecie Olimpijskim.

>>>PZPN znów się skompromitował

Sekretarz trybunału przyznał, że taki wniosek wpłynął, a decyzja już została podjęta. Kuratorem PZPN został Robert Zawłocki, były wiceprzewodniczący Wydziału Dyscypliny.

Zawłocki wyjaśnił, że na decyzję o zawieszeniu członków zarządu wpłynął fakt, iż nie nie wykonywali oni decyzji walnego zgromadzenia delegatów.

"Przykładem może być wykonywanie uchwały antykorupcyjnej, która została podjęta w maju, a zdecydowana większość punktów do tej pory nie została zrealizowana. Ponadto zarząd funkcjonował w niestatutowym składzie, a działania w oparciu o nieważny regulamin z mocy prawa są nieważne. Dokument, który wymienia wszystkie uchybienia w PZPN liczy 40 stron" - mówił Zawłocki.

Z szefa departamentu prawnego został odwołany Andrzej Wach - zastąpi go Michał Tomczak, z funkcji rzecznika ochrony prawa związkowego odwołano Hilarego Nowaka - powołano Grzegorza Radwańskiego, a Zbigniew Koźmiński przestał być rzecznikiem prasowym.

W tej sytuacji nie wiadomo też, kiedy odbędą się wybory nowego prezesa związku. "Decyzja zapadła na dzień przed zamknięciem listy kandydatów na nowego prezesa. Według mnie to oznacza, że wyborów 30 października nie będzie. Realizowany jest jakiś cel wyborczy" - twierdzi rzecznik PZPN Zbigniew Koźmiński na antenie TVN24.

Wśród kandydatów na nowego prezesa wymieniano między innymi Zbigniewa Bońka, Tomasza Jagodzińskiego, Zdzisława Kręcinę i Grzegorza Lato.

TK przepisy dotyczące autoryzacji zgodne z konstytucją

cheko, jas, Gazeta.pl, PAP
2008-09-29, ostatnia aktualizacja 31 minut temu
Zobacz powiększenie
Trybunał Konstytucyjny
Fot. CZAREK SOKOLOWSKI ASSOCIATED PRESS

Redaktor "Gazety Kościańskiej" nie miał racji publikując wywiad z posłem SLD Tadeuszem Mylerem. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy prawa prasowego, przewidujące karę za publikacje wypowiedzi bez autoryzacji są zgodne z konstytucją. Według TK autoryzacja gwarantuje "precyzję i prawdziwość debaty publicznej". - Jestem zdziwiony - mówi redaktor.

Opinie do wyrkou TK: prof. Piotr Kruszyński, dr Michał Zaremba



- To przepis z czasów stanu wojennego i niczemu dobremu nie służy, a już z pewnością nie wolności słowa ani wolności prasy - powiedział w rozmowie z Gazeta.pl redaktor naczelny "Gazety Kościańskiej" Jerzy Wizerkaniuk. - W zachodnich państwach nie ma tego przepisu, a demokracja ma się dobrze - dodaje.

Votum separatum od wyroku zgłosił sędzia Andrzej Rzepliński. Uznał on, że przepisy dotyczące autoryzacji są niezgodne z konstytucją i podkreślił, że gdyby istniał wymóg autoryzacji nigdy nie ukazałyby się wywiady Oriany Fallaci z Chomeinim czy Jaserem Arafatem. - Jako obywatel chcę mieć pewność, że polityk podejmuje mądre decyzje w trudnych sytuacjach, jeżeli polityk nie jest pewny tego, co mówi, to jaką możemy mieć pewność, że podejmie dobre decyzje w trudnych sytuacjach - powiedział Rzepliński.

Skargę Wizerkaniuka poparł również przedstawiciele Sejmu i Rzecznika praw obywatelskich. Jednak Trybunał uznał, że autoryzacja jest przejawem prawa do rzetelnej, jasnej, konkretnej, nie wprowadzającej w błąd informacji. - Odbiorca ma przekonanie, że autor wypowiedzi utożsamia się z nią - orzekł Trybunał.

- Ten przepis rzekomo ma chronić czytelnika przed manipulacją i gwarantować prawdziwość informacji. Ale czym innym jest autoryzacja jak nie manipulowaniem tekstem? - Pyta retorycznie Wizerkaniuk.

Wywiad z Mylerem

W całej sprawie chodzi o skargę redaktora naczelnego "Gazety Kościańskiej" Jerzego Wizerkaniuka. Dziennikarki gazety przeprowadziły w lutym 2003 roku wywiad z posłem Tadeuszem Mylerem (SLD) na jego wyraźne zaproszenie. Wywiad dotyczył stosunku posła do protestów rolnych oraz kwestii biopaliw; dziennikarki starały się też wyjaśnić oskarżenia dotyczące rzekomego wyłudzenia przez posła kredytów na działalność gospodarczą.

Kiedy dziennikarki, po skróceniu wywiadu z 40 do trzech stron, przesłały mu tekst, w maju 2003 roku poseł skierował do redakcji list, w którym napisał że rezygnuje z autoryzacji. Wówczas redaktor naczelny zdecydował o publikacji nie tylko części wywiadu, przesłanej do autoryzacji, ale całego wywiadu, zaczerpniętego ze stenogramu.

Sprawa trafiła do sądu, gdyż Myler skierował do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa - wywiad został opublikowany bez jego zgody i bez autoryzacji. Wizerkaniuk został uznany w 2004 roku przez Sąd Rejonowy w Poznaniu za winnego naruszenia dóbr osobistych Mylera. Postępowanie warunkowo umorzono na rok, a Wizerkaniuk musiał zapłacić 1 tys. zł na cel społeczny.

Redaktor złożył skargę do TK

Wizerkaniuk w 2005 roku złożył skargę do TK, przystąpił do niej Rzecznik Praw Obywatelskich. Zdaniem skarżącego kwestionowane przepisy prawa prasowego przewidujšc karę grzywny lub ograniczenia wolności są niezgodne z konstytucją. W ocenie Rzecznika nie sposób odmówić słuszności argumentacji Wizerkaniuka, który dowodzi, że zapisy prawa prasowego, przewidujące karę grzywny lub pozbawienia wolności za publikację wywiadu bez autoryzacji są niezgodne z konstytucją.

Zgodnie z art. 14 Prawa prasowego z 1984 roku "publikowanie lub rozpowszechnianie w inny sposób informacji utrwalonych za pomocą zapisów fonicznych i wizualnych wymaga zgody osób udzielających informacji. Dziennikarz nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była ona uprzednio publikowana". Za naruszenie tych przepisów grozi - zgodnie z art. 49 Prawa prasowego "grzywna lub kara ograniczenia wolności".

Skarga w Strasburgu

Wizerkaniuk podkreśla, że dla niego to jeszcze nie koniec. - Złożyłem jakiś czas temu skargę do Trybunału w Strasburgu, została przyjęta i mam nadzieję, że niedługo zostanie rozpatrzona - powiedział w rozmowie z Gazeta.pl. Redaktor zaznacza, że robi to w interesie środowiska dziennikarskiego. - Okazuje się, że w Polsce pisząc prawdę, samą prawdę i tylko prawdę można zostać ukaranym.

Piraci okrążeni przez okręty wojenne

alx, Gazeta.pl
2008-09-29, ostatnia aktualizacja 2008-09-29 17:12
Zobacz powiększenie
Małe pirackie łodzie podpływają do transportowca Faina (Kenia, 25.09.2008)
Fot. HO Reuters

Somalijscy piraci, którzy uprowadzili ukraiński statek, potwierdzają, że zostali otoczeni przez trzy okręty wojenne. Na pokładzie uprowadzonego transportowca "Faina" znajduje się ładunek broni, w tym 33 czołgi.

Zobacz powiekszenie
Fot. HO Reuters
Transportowiec Faina widziany z pokładu amerykańskiego niszczyciela USS Howard (Kenia, 25.09.2008)
Zobacz powiekszenie
Fot. HO Reuters
Somalijscy piraci wchodzą na pokład transportowca Faina (Kenia, 25.09.2008)
Jedną z blokujących piratów jednostek jest amerykański niszczyciel USS Howard. Druga pływa pod rosyjską banderą, najprawdopodobniej jest to wysłana w rejon zdarzenia fregata "Nieustraszony". Nie wiadomo do którego kraju należy trzeci okręt.

Świadkowie twierdzą także, że wojskowy śmigłowiec krąży nad pirackimi łodziami dowożącymi zaopatrzenie na pokład porwanego, ukraińskiego statku. Prawdopodobnie ma to na celu zastraszenie piratów.

- Nie boimy się, ich obecność nie sprawi, że opuścimy statek lub zrezygnujemy z okupu - powiedział ''rzecznik'' piratów Sugule Ali w rozmowie z reporterem AFP prowadzonej przez telefon satelitarny.

Sugule Ali poinformował także, że jego ludzie nie są zainteresowani ładunkiem ''Fainy'', ale żądają 20 milionów dolarów okupu. Wcześniej piraci mówili o 35 milionach.

Tymczasem eksperci ostrzegają przed bezpośrednim atakiem na zajętą przez piratów jednostkę. Na jej pokładzie znajdują się prawdopodobnie niebezpiecznie substancje chemiczne. Ostrzał nie tylko naraziłby na śmierć zakładników, mógłby także doprowadzić do skażenia.

Porwanie transportowca ''Faina''



Transportowiec "Faina" pływający pod banderą Belize został uprowadzony, gdy zmierzał do kenijskiego portu w Mombasie.

Załoga "Fainy" składała się z 17 Ukraińców, trzech Rosjan i Litwina - poinformował właściciel jednostki. - Kapitan poinformował o trzech motorówkach z uzbrojoną załogą, które zbliżają się do "Fainy". Potem przerwano kontakt - dodała firma Tomax Team.

Piraci poinformowali o śmierci jednego z członków załogi ''Fainy'' utrzymują jednak, że zmarł on z przyczyn naturalnych.

Tajemniczy ładunek

Z doniesień ukraińskiego wydania agencji Interfax wynika, że na pokładzie było mnóstwo sprzętu wojskowego, w tym czołgi T-72. Ukraiński MSZ potwierdził, że na pokładzie statku znajdują się 33 czołgi.

Władze Kenii poinformowały, że znajdująca się na pokładzie statku broń została zakupiona na potrzeby ich sił zbrojnych.

Wielu ekspertów podejrzewa, że ładunek w rzeczywistości był przeznaczony dla autonomicznego rządu Południowego Sudanu. Oznaczałoby to kolejną próbę obejścia embargo nałożonego przez ONZ na pogrążony w wojnie domowej Sudan.

Bezkarni piraci

Według Andrew Mwangury, który prowadził kenijski oddział Programu Ochrony Żeglugi, od jakiegoś czasu odnotowuje się wzrost pirackiej aktywności, która uderza także w statki płynące z Europy wschodniej.

Wody w pobliżu wybrzeża Somalii są uważane za jedne z najbardziej niebezpiecznych na świecie. Piraci czuję się na nich zupełnie bezkarni.

Celem ich ataków stają się między innymi statki wiozące żywność i pomoc humanitarną. Jest to prawdziwy cios dla kraju w którym trzy miliony osób nie mają środków do życia.

Władze częściowo autonomicznego regionu Puntland przyznają się do całkowitej bezsilności. Piraci regularnie porywają statki do znajdującego się w tym regionie portu Eyl, w którym czekają następnie na okup.

Wałęsa: Nie mogę wskazać najważniejszych dni z mojego życia

Rozmawiała Janina Paradowska
2008-09-29, ostatnia aktualizacja 2008-09-29 12:16

- Uczestniczyłem w łańcuchu wydarzeń i jeśli wyjmę jedno ważne ogniwo, nie będzie łańcucha. Czasem małe elementy w całości znaczyły bardzo dużo - powiedział w "Poranku Radia TOK FM" prezydent Lech Wałęsa

Zobacz powiekszenie
Lech Wałęsa
Janina Paradowska: Panie prezydencie, przed panem piękny tort, na nim słowa "my naród", a nasza pani szefowa powitała pana bukietem sześćdziesięciu pięciu róż.

Lech Wałęsa: Wolałbym, żeby było dwadzieścia.

Janina Paradowska: Każdy by chciał. Jak wczorajszy mecz? Czy tylko raz kopnął pan piłkę?

Lech Wałęsa: Tak. Spieszyłem się na samolot.

Janina Paradowska: Przypomniał się panu tamten mecz Juwentusu z Lechią? Jak pan wszedł na ten mecz?

Lech Wałęsa: To było piękne zorganizowanie opozycji. Bezpieka raczej by mnie nie wpuściła. Piękna kombinacja. Ale ja nie brałem w niej udziału, byłem tylko doprowadzony. Znalazłem się w centrum kibicowania, fantastycznie przyjęty. Bez przerwy słyszałem - "Nie ma wolności bez Solidarności."- To były piękne rzeczy.

Janina Paradowska: Gdyby miał pan wybrać najważniejsze dni ze swojego życia, na które by pan wskazał?

Lech Wałęsa: Każdy może wskazać, ale nie ja. Uczestniczyłem w łańcuchu wydarzeń i jeśli wyjmę jedno ważne ogniwo, nie będzie łańcucha. Czasem małe elementy w całości znaczyły bardzo dużo. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem i wybranie jest raczej niemożliwe. Robiłem różne rzeczy, które składały się na całość.

Janina Paradowska: W jakich okolicznościach dowiedział się pan, że dostał nagrodę Nobla?

Lech Wałęsa: Chociaż ludzie tego nie lubią, muszę to powiedzieć. Nasz ruch był tak piękny, a zwycięstwo tak wielkie, że musiały doczekać się Nobla. Spodziewaliśmy się rok wcześniej. Ale, jak wiemy, władza ludowa zrobiła wszystko, abym go nie dostał.

Janina Paradowska: Mówi pan o tych fałszywkach, które na pan wysyłano.

Lech Wałęsa: Nie wiedziałem, że władza ludowa zrobiła coś takiego. Słyszałem propagandę, ale nic nie wskazywało, że posuną się tak daleko - do fabrykowania. Spodziewaliśmy się, świat się spodziewał, że dostaniemy Nobla w 83 r. W tamtym okresie nacisk był już tak duży, że mój dom- żona i dzieci- nie wytrzymywał. Żeby ich odciążyć wyciągnąłem wszystkich na ryby, gdzieś na Kaszuby. Tam doszła do nas wiadomość.

Janina Paradowska: A jakąś rybę, oprócz Nobla, złapał pan wtedy?

Lech Wałęsa: Muszę powiedzieć, że nie. Na Kaszubach mają piękne jeziora, ale trzeba je znać. Wybraliśmy takie z niezłym widokiem, ale rybę trudno było złowić.

Janina Paradowska: Kiedy tak naprawdę uwierzył pan, że wygrał? Często mówi pan, że wierzył w zwycięstwo. Ale czy był taki moment, że powiedział pan: No tak, to ja już na pewno wiem, że wygraliśmy.

Lech Wałęsa: Jeżeli "pierwszy" nie wierzy, to nie ma mowy o sukcesie. Nie mogło być żadnego zwątpienia. Zastanawiam się dzisiaj: dlaczego wierzyłem? Nie było podstaw, a ja naprawdę wierzyłem. Mało tego, ponieważ bardzo się przejmowałem, starałem się wyprzedzać wydarzenia. Na moim wystąpieniu na bramie mówiłem: Cieszycie się, ale teraz dopiero się zacznie. Ci co przynieśli mnie na ramionach, później mogą rzucać we mnie kamieniami. Wiedziałem, że jeżeli zostaniemy tylko przy Okrągłym Stole, przegramy. Dlatego po cichu starałem się zdjąć generała, który nie mógł wyjść z Układu Warszawskiego i iść do NATO. Nie wypadało mu.

Janina Paradowska: Nigdy nie miał pan myśli: "Ze względów politycznych powinienem zostać prezydentem. A może jednak nie powinienem. Jestem niewykształcony, jestem działaczem."

Lech Wałęsa: Naprawdę nie chciałem. Mój dramat w tamtych czasach polegał na tym, że nie mogłem tego powiedzieć. Próbowałem zachęcić kolegów do zmiany generała. Obawiałem się, że Rosja podniesie się, zacznie przeszkadzać i nie zdążymy. W ostatnim momencie zrobiłem to co zrobiłem. Coś mnie prowadziło. Głęboko wierzyłem, że muszę to zrobić.

Janina Paradowska: Niektórzy powiedzieli, że prowadzili pana bracia Kaczyńscy, Jarosław Kaczyński i jego ambicje.

Lech Wałęsa: Oczywiście, coś tam kombinowali. Ludzie myślą, że zależało mi na stanowisku i wycinałem mądrzejszych, żeby mi nie zagrażali. Nic z tych rzeczy. Byłem fanatykiem koncepcji, a wszyscy rozpatrują mnie jakby mi zależało na stanowisku.

Janina Paradowska: Sam pan mówił, że ma naturę wodza.

Lech Wałęsa: Zawsze ją miałem. Przewodziłem w domu, wojsku, szkole. Trafiono na określone warunki, określone predyspozycje, w określonym czasie. Zdarzyło się to mnie.

Janina Paradowska: Miał pan szczęście.

Lech Wałęsa: Przypadek, zrządzenie losu.

Janina Paradowska: Niektórzy powiedzieliby, patrząc jak pan dziś jest atakowany, że pech.

Lech Wałęsa: Często zarzucają mi, że spóźniłem się na strajk. Proszę wziąć UB-eckie papiery. To co planowaliśmy, było nie do wykonania. Miałem obstawę SB-ecką. Nie było żadnych szans iść na strajk do stoczni.

Janina Paradowska: Czy uważa pan, że powinno się obniżyć emeryturę gen. Jaruzelskiemu?

Lech Wałęsa: Mam sprzeczne uczucia. Ojciec Św. na każdym naszym spotkaniu pytał o generała. Czasami byłem nawet z tego niezadowolony.

Janina Paradowska: Miał jakiś szczególny stosunek do generała?

Lech Wałęsa: Coś musiało być. Ale to ludzie z zasadami a pewne rzeczy nie są do wiadomości. Co do innych generałów to naprawdę wierzyli, że nie mamy żadnych szans. Każdemu pokazywano makietę świata, gdzie w każde miasto Polski wycelowana była rakieta. Widzieli, że nie mamy szans. Jako polityk nie biorę się za żadne rozliczania. Wolny kraj niech się oczyszcza, rozlicza, zabezpiecza. Politykom nic do tego.

Janina Paradowska: Mówią, że to przez pana nie ma rozliczeń.

Lech Wałęsa: Gdym miał w tamtym czasie ludzi, prawo i struktury, żeby rozliczyć, to bym to zrobił. Nic więcej, nic szybciej w tamtych warunkach nie mogłem. Nie mieliśmy nic. Trzeba było improwizować.

Janina Paradowska: Ale dobrze poszło. Czy wierzy pan w demokratyczne zmiany na Białorusi? Czy Polska postępuje dobrze próbując nawiązać kontakty z Białorusią taką jaka jest.

Lech Wałęsa: Jako praktyk demokrata chcę powiedzieć, że demokracja jest po to by zwyciężali najmądrzejsi ludzie i najlepsze programy. Czy rzeczywiście wygrywają i czy idzie to ku lepszemu? Często rozmawiam z Białorusinami:- "Słuchajcie. Dzisiaj Europa jednoczy się i wam nie pomoże, a jesteście tak uzależnieni od Rosji, że jak będziecie niegrzeczni to wam przykręcą i sami na kolanach pójdziecie prosić i przepraszać. Róbcie demokracje, ale w sposób mądry"

Janina Paradowska: W takim razie co powinna zrobić białoruska opozycja?

Lech Wałęsa: Musi mieć mądrzejsze programy, rozwiązania i zaangażowanie ludzi.

Janina Paradowska: Czy polityka wyciągania ręki przez Polskę i Unię jest dobra?

Lech Wałęsa: Tak jak w naszej walce powinny być dwie drogi. Jedni powinni być za, a drudzy przeciw. Gdybyśmy mieli zbyt duże poparcie, Sowieci na pewno by się nie zgodzili. Za mało, upadlibyśmy i też byłoby źle.

Janina Paradowska: Czyli ostrożność i pragmatyzm Lecha Wałęsy. Trudne dni przed panem.

Lech Wałęsa: Co zrobić. Jestem od trudnych dni.

Janina Paradowska: Mówię o obchodach. Czy to miłe?.

Lech Wałęsa: Bardzo miłe. Ale zdaje sobie sprawę, że dzisiaj jako elektryk przechodzę na rentę. Jednocześnie myślę o wielkim dziele mojego pokolenia, że Polacy słuchali, dali sobie przewodzić. Szczególnie dzisiaj zastanawiam się czy można było inaczej. Nie szliśmy budować monopolu, ale demokrację i pluralizm.

Janina Paradowska: W sobotę powstała nowa partia z prezydentem Wrocławia i panem Ujazdowskim. Wróży im pan powodzenie?

Lech Wałęsa: Nie bardzo. Mniej afiszowania a więcej mądrości programowej.

Janina Paradowska: Z okazji urodzin i jubileuszu życzymy wszystkiego dobrego

Źródło: TOK FM

Pogrom na GPW, KGHM w dół o ponad 11 proc.

tm, ISB, PAP
2008-09-29, ostatnia aktualizacja 2008-09-29 18:48

Początek tygodnia na warszawskiej giełdzie rozpoczął się przeceną wszystkich spółek z WIG20. Giełdy europejskie negatywnie zareagowały na spadki kontraktów na amerykańskie indeksy, a słabe otwarcie w Stanach mocniej w dół pchnęło indeks największych spółek GPW.

Zobacz powiekszenie
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Siedziba warszawskiej giełdy
ZOBACZ TAKŻE
Dzisiejsza sesję WIG20 rozpoczął od spadku o 0,42% z poziomu 2.447,4 pkt, a WIG stracił 0.25% wobec poprzedniego zamknięcia i osiągnął poziom 38365.49 pkt

"Niestety zniżkujące kontrakty na amerykańskie indeksy nie pozostawiły graczom europejskim zbytnio pola manewru. Niemiecki DAX oraz francuski CAC40 zaczęły znacząco tracić na wartości opadając na sesyjne minima tuż po otwarciu. Ich los podzielił również WIG20 notując w tym czasie spadek o 2,84%, który doprowadził go do poziomu 2377,8pkt"- ocenił Marcin Stebakow, analityk Beskidzkiego Domu Maklerskiego.

W trakcie sesji indeks największych spółek warszawskiego parkietu pozostawał w dolnych granicach wskazań. Wsparciem dla większych spadków okazały się poziomy się wyznaczone podczas zeszłotygodniowej (wtorkowo-środowej) konsolidacji. Względny spokój na europejskich parkietach utrzymywał się do godz. 15.30 kiedy to rozpoczęto handel za Oceanem.

"W ciągu paru chwil indeksy na Wall Street zostały gwałtownie przecenione, reakcja europejskich inwestorów mogła być tylko jedna. Zeszłotygodniowe wsparcia nie były w stanie stawić czoła przecenie. Warszawski parkiet zapikował na południe podobnie jak francuski CAC40 wyznaczając nowe minima sesji, które ukształtowało się na poziomie2341pkt"- dodał analityk.

Wszystkie spółki z WIG20 zanotowały dziś straty, najwięcej - KGHM, który spadł o 11,69%, Bioton (-10,20%) oraz Polimex (-9,77%). Najmniejszy spadek zanotowała TP S.A. (-0,71%).

WIG20 sesję zakończył ze stratą 5,03% na poziomie 2334,2pkt, a WIG stracił 4,18% i wyniósł 36.854,78 pkt. Obroty na rynku akcji wyniosły 1,15 mld zł.

Spadki indeksów w Europie i w USA

Na europejskich parkietach spadły podstawowe indeksy giełdowe. Niższe były na otwarciu giełdy w Nowym Jorku w poniedziałek indeksy - Dow Jones i Nasdaq. Silne spadki notowań akcji odczuły rosyjskie giełdy - RTS i MICEX.

Na zamknięciu giełdy w poniedziałek: DAX spadł o 4,23 proc., do 5.807,08 pkt. Brytyjski - FTSE 100 na spadł o 4,97 proc., do 4.835,45 pkt. Francuski indeks CAC 40 obniżył się o 5,04 proc., do

3.953,48 pkt.

Węgierski indeks BUX na zamknięciu spadł o 3,55 proc. do 18.713,79 pkt. Polski WIG 20 na poniedziałkowej sesji spadł aż o 5.03 proc. i osiągnął poziom 2.334,21 pkt.

Silnymi spadkami akcji zakończyły poniedziałkowe sesje na dwóch największych giełdach w Rosji - RTS i MICEX. Indeks RTS stracił 7,11 proc. i wyniósł na zamknięciu 1.194,11 pkt. Z kolei indeks MICEX zjechał o 5,5 proc. - do poziomu 1.095,51 pkt.

Na otwarciu nowojorskiej giełdy - Dow Jones Industrial spadł o 0,32 proc. do 11.102,99 pkt, Nasdaq Comp. spadł o 1,66 proc. do 2.147,16 pkt. S&P 500 spadł o 0,35 proc. do 1.209,07 pkt.

Indeks Nikkei 225 spadł na zamknięciu o 1,26 proc. i wyniósł 11.743,61 pkt.

Poniżej kilka najważniejszych dziś dla giełd informacji o sytuacji w europejskim sektorze bankowym:

Niemcy

I tak, dziś rano w Niemczech podano, że kilka tamtejszych banków otworzyło opiewającą na miliardy euro linię kredytową dla monachijskiego konsorcjum bankowego Hypo Real Estate.

Hypo, specjalizujący się w komercyjnych kredytach hipotecznych, jest pierwszą niemiecką instytucją finansową, która popadła w poważne tarapaty w związku z kryzysem na rynkach.

Jak poinformowała w poniedziałek agencja dpa, także niemiecki rząd jest gotów udzielić gwarancji grupie Hypo. Nie ujawniono liczby ani nazw banków, które udzieliły wsparcia dla Hypo, jak również wysokości kredytu ratunkowego.

Wielka Brytania

Znajdujący się w tarapatach bank hipoteczny Bradford & Bingley (B&B) został rozparcelowany; jego oddziały i operacje przejmie hiszpański Santander, zaś udzielone przez niego kredyty hipoteczne i pożyczki zostaną znacjonalizowane - potwierdził w poniedziałek brytyjski rząd.

Suma 41,3 mld funtów, na którą oceniana jest łączna wysokość kredytu hipotecznego udzielonego przez B&B, zostanie dodana do brytyjskiego narodowego długu, zaś ryzyko niewypłacalności tej sumy bierze na siebie podatnik. Uprzednio rząd brytyjski przejął inny bank hipoteczny - Northern Rock.

Belgia, Holandia, Luksemburg

Z kolei Belgia, Holandia i Luksemburg przejęły w niedzielę wartą ponad 11 mld euro część aktywów obecnego także w Polsce banku Fortis, który znalazł się w tarapatach, gdy jego akcje w minionym tygodniu dramatycznie poszybowały w dół z powodu obaw o płynność finansową.

Każdy z krajów Beneluksu przejął część aktywów banku na swoim terytorium. W pierwszych komentarzach podkreśla się, że interwencja ta wskazuje, iż także w Unii Europejskiej, podobnie

jak w USA, panuje przekonanie o konieczności udziału państw w ratowaniu instytucji finansowych, by zapobiec rozszerzeniu się skutków trwającego kryzysu.

Irlandia

Również rząd Irlandii może wesprzeć największe irlandzkie banki, gdyby okazało się to konieczne z powodu kryzysu kredytowego na świecie - pisze "The Irish Independent".

Minister finansów Brian Lenihan już przeprowadzał rozmowy z przedstawicielami irlandzkiego sektora finansowego.

Według źródeł rządowych w irlandzkim sektorze bankowym są "obciążone aktywa", szczególnie tam, gdzie banki koncentrowały swoje działania na kredytowaniu deweloperów i młodych ludzi -

klientów nabywających domy.

Pod uwagę brane są różne sposoby pomocy sektorowi finansowemu, w tym możliwość utworzenia funduszu dla ratowania spółek w trudnej sytuacji finansowej.

Niebieskie oczy Hollywood

Barbara Hollender 28-09-2008, ostatnia aktualizacja 28-09-2008 21:14

Zagrał w ponad 60 filmach, zdobył dziewięć nominacji do Oskara i jedną statuetkę. Przystojny, miał talent, poczucie humoru i niezwykłe niebieskie oczy

Paul Newman jako agent Joseph Rearden w thrillerze
źródło: warner bros/reuters
Paul Newman jako agent Joseph Rearden w thrillerze "Człowiek Mackintosha" (1973) w rezyserii Johna Hustona
źródło: AFP
"Kotka na gorącym, blaszanym dachu" (1958) z Taylor
źródło: AP
"Butch Cassidy i Sundance Kid" (1969) z Redfordem

– Codziennie rano patrzę w lustro z zachwytem i zdziwieniem, myśląc: "Chryste Panie, żyję!". To rzeczywiście cud, że przetrwałem cały ten życiowy harmider, wyścigi samochodowe, nałogowe palenie papierosów, stresy związane z karierą – powiedział w wywiadzie kilka lat temu, kończąc 80 lat. Ale niedługo potem zaczął chorować. Miał raka płuc. Niedawno przeszedł chemioterapię, która nie przyniosła oczekiwanych skutków. Wyszedł ze szpitala na własne życzenie, bo chciał umrzeć w domu.

Paul Newman był wielką gwiazdą kina XX wieku. Dokonał rzeczy dla artysty najtrudniejszej: zaistniał w wyobraźni kilku pokoleń.

Od klęski do Oscara

Urodził się 26 stycznia 1925 r. w Cleveland. Studiował aktorstwo w słynnym Actor's Studio w Nowym Jorku, ale w pierwszych latach grywał głównie w filmach i serialach telewizyjnych. Na dużym ekranie zadebiutował jako 30-latek. I w kostiumowym filmie "The Silver Chalice" poniósł taką klęskę, że chciał się wycofać z zawodu. Nie pozwolili mu szefowie Warnera, którzy podpisali z nim pięcioletni kontrakt i zaczęli go lansować jako "drugiego Brando" i "nowego Deana". Po tym ostatnim odziedziczył nawet pisany dla "buntownika bez powodu" scenariusz – "Somebody up There Likes Me". No i zaskoczyło. W 1958 roku za rolę w "Długim gorącym lecie"dostał nagrodę w Cannes, a rok później, za kreację w "Kotce na gorącym blaszanym dachu" – nominację do Oscara.

W ciągu całej kariery Paul Newman grał w westernach (m.in. w "Buffalo Bill i Indianie"), w filmach sensacyjnych (m.in. u Hitchcocka w "Thorn Curtain"), w dramatach obyczajowych ("Kotka na gorącym blaszanym dachu", "Długie gorące lato", "Bilardzista", "Werdykt", "Pan i pani Bridges", "Naiwniak"). Jego popularność osiągnęła apogeum w latach 60. i 70., gdy wystąpił, razem z Robertem Redfordem, w filmach "Butch Cassidy i Sundance Kid" i "Żądło". Razem stworzyli fantastyczny duet.

W 1986 roku Akademia uhonorowała Newmana Oscarem "w uznaniu wielu znakomitych, pozostających w pamięci ról oraz za oddanie, z jakim uprawia swój zawód". Po roku odebrał Oscara dla najlepszego aktora za rolę starego bilardzisty w "Kolorze pieniędzy".

Lubił swoje postacie

Nie chciał być na ekranie herosem. Często grywał antybo-haterów, ludzi zgorzkniałych, zniszczonych przez życie. Wcielał się w drobnych przestępców, łobuzów. Ale nie w bandziorów. Bo lubił swoje postacie i tą sympatią zarażał widzów.

Spotkał się na planie z Pennem, Hitchcockiem, Rittem, Hustonem, Lumetem, Scorsesem. Sam też stanął za kamerą. Zadebiutował jako reżyser w 1986 roku filmem "Rachel, Rachel" (nominowanym do Oscara), potem zrealizował m.in. "Bezbronne nagietki", "Szklaną menażerię", "Sometimes a Great Notion", "Harry'ego i syna". We wszystkich stworzył wnikliwe studia psychologiczne kobiet. We wszystkich też zagrała Joanne Woodward.

Z Woodward – swoją drugą żoną – Newman przeżył ponad 50 lat. W wywiadach powtarzał: "Mam w domu fantastyczny stek, po co mam szukać na mieście hamburgerów?". Mieli trzy córki. Aktor miał też dwie córki z poprzedniego związku. Jego pierworodny syn Scott zmarł w 1978 roku, w wieku 28 lat, na skutek przedawkowania narkotyków. Może dlatego przykładał wielką wagę do działalności społecznej. Cały dochód (dziś już przekraczający 200 mln dolarów) z firmy Newman's Own produkującej sosy, dressingi, lemoniadę i popcorn, przeznaczył na leczenie dzieci chorych na raka i narkomanów.

Newman nie był nigdy uzależniony od Hollywood. Mieszkał z żoną w Connecticut, a jego wielką pasją były wyścigi samochodowe. Jeszcze jako 70-latek brał udział w wyścigach w Daytona.

Ostatni raz widzieliśmy go na ekranie w "Drodze do zatracenia", potem jeszcze udzielił głosu jednemu z bohaterów animacji "Cars".

Kochał Connecticut. Wkładał czapkę z daszkiem i włóczył się po ulicach Westport, będąc dla mieszkańców miasteczka nie gwiazdą, lecz lubianym sąsiadem. Umarł na swojej farmie, świadomie i godnie, w otoczeniu najbliższej rodziny.

I do końca pozostał młody. Nawet gdy był już bardzo wyniszczony przez chorobę, w niebieskich oczach zachował iskierkę buntu.

Sidney Poitier, aktor

Jego życie było ważne, bo pokazał, czym są najpiękniejsze ludzkie odruchy. Był zawsze nastawiony na dawanie, a nie branie.

Julia Roberts, aktorka

Był moim bohaterem.

Martin Scorsese, reżyser

To wielka strata. Historia kina bez Paula Newmana? To nie do pomyślenia. Jego osobowość, piękno, jego emocjonalna złożoność, które potrafił oddać poprzez swoje aktorstwo w tylu filmach... Gdzie bylibyśmy bez niego? W "Widoku z tarasu", "Bilardziście", "Butch Cassidy i Sundance Kid", "Werdykcie" czy w "Naiwniaku" stał się czymś więcej niż ikoną. W tych filmach, podobnie jak w wielu innych, stworzył bohaterów, którzy będą trwać. Jest wyrazistość, jego perfekcyjne wyczucie aktorskiego rzemiosła stworzyły w kinie nowe standardy. Okres naszej współpracy podczas kręcenia "Koloru pieniędzy" został mi w pamięci jako czas niezwykle cenny i pełen radości. Ale Newman był nie tylko wielkim aktorem, lecz również wspaniałym człowiekiem. Będzie mi go bardzo brakowało.

Tim Robbins, aktor

Świat stracił anioła. Filantropa, humanistę, człowieka pełnego współczucia i odwagi. Inteligenta ciekawego świata, z otwartym umysłem, pięknym sercem i wielkim poczuciem humoru.

Fantastycznie było z nim grać, śmiać się i siedzieć w fotelu pasażera, gdy prowadził samochód 100 mil na godzinę.

Susan Sarandon, aktorka

Paul był wielkim aktorem, ale też kimś, kogo rzadko się dzisiaj spotyka: dobrym człowiekiem. Nauczył mnie lubić wyhodowane w domu pomidory, mistrzostwa w badmintonie i muzykę kameralną.

Mario Andretti, kierowca wyścigowy

To wielka strata. Był moim przyjacielem przez wiele lat. Spotkaliśmy się w 1967 roku, gdy zakładał team Newman/Haas. Przez 12 lat jeździłem dla niego i Carla Haasa, mam same dobre wspomnienia.

Robert Redford, aktor

Są takie chwile, kiedy człowiekowi nie starcza słów. Straciłem prawdziwego wielkiego przyjaciela. Moje życie i ten kraj stały się lepsze dzięki temu, że on był.

George Clooney, aktor

Ustawił poprzeczkę nieosiągalnie wysoko. Nie tylko dla nas, aktorów, dla wszystkich.

"USA Today"