czwartek, 31 grudnia 2009

7 agentów CIA zginęło w Afganistanie

21:04, 31.12.2009 /CNN

"Byli daleko od domu, blisko wroga"

"Byli daleko od domu, blisko wroga"
Fot. TVN24, CIATragiczny dzień dla USA i Kanady w Afganistanie
Szef CIA Leon Panetta potwierdził, że w zamachu w bazie wojskowej we wschodnim Afganistanie zginęło 7 agentów Centralnej Agencji Wywiadowczej, a 6 zostało rannych. Wcześniejsze doniesienia mówiły o 8 ofiarach wśród Amerykanów. Do przeprowadzenia zamachu przyznali się talibowie. Również w środę, w innym krwawym zamachu, zginęło czterech kanadyjskich żołnierzy i towarzysząca im dziennikarka.
CIA poinformowała, że nie ujawni ani nazwisk zabitych na terenie bazy Forward Operating Base Chapman agentów, ani nie poda szczegółów dotyczących ich pracy. Wiadomo jedynie, że wśród zabitych była szefowa w bazie CIA, matka trójki dzieci.
Straty wojsk USA i całej koalicji w Afganistanie będą rosły przez pewien... czytaj więcej »
Niemiecka Kanclerz Angela Merkel, minister obrony Karla-Theodora zu... czytaj więcej »


- Ci, którzy polegli wczoraj byli daleko od domu i blisko wroga, wykonując trudną pracę, która musiała być wykonana, by chronić nasz kraj przed terroryzmem - powiedział Panetta. - Jesteśmy im winni największą wdzięczność i obiecujemy im i ich rodzinom, że nie przestaniemy walczyć za sprawę, której oddali swoje życie, za bezpieczniejszą Amerykę - dodał.

Rzecznik talibów Zabiullah Mudżahid powiedział agencji AP, że talibski zamachowiec ubrany w mundur wojskowy i kamizelkę z materiałem wybuchowym wszedł na teren bazy w prowincji Khost, niedaleko granicy w Pakistanem i wysadził się w powietrze w siłowni.

Bomba zabiła Kanadyjczyków

W innym ataku - w wyniku eksplozji przydrożnej bomby - zginęło czterech kanadyjskich żołnierzy i dziennikarka. Kanadyjskie ministerstwo obrony poinformowało, że do zamachu doszło ok. 4 km na południe od Kandaharu, w południowym Afganistanie.

Jak powiedział generał brygady Daniel Menard, szef kanadyjskiego kontyngentu, żołnierze byli wtedy na patrolu. - Dziennikarz podróżował z nimi, by przedstawić to, co wojska kanadyjskie robią w Afganistanie - wyjaśnił dowódca.

Z ustaleń agencji Canadian Press wynika, że korespondentem wojennym była 34-letnia Michelle Lang z dziennika "Calgary Herald". Pracowała w takim charakterze od niespełna 3 tygodni.

W wyniku wybuchu rannych zostało jeszcze 5 osób - czterech żołnierzy i jeden cywil. W sumie Kanadyjczycy stracili już w Afganistanie 138 ludzi, w tym 32 w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

jak, mac//mat/k ram

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Od szoku do terapii

Grzegorz W. Kołodko 27-12-2009, ostatnia aktualizacja 27-12-2009 17:13

Plan Sachsa - Balcerowicza był wielkim niepowodzeniem, które dziś, po dwóch dekadach, usiłuje się w neoliberalnej propagandzie pokazywać jako sukces - pisze były wicepremier

autor zdjęcia: Miroslaw Owczarek
źródło: Rzeczpospolita
Grzegorz W. Kołodko
autor zdjęcia: Seweryn Sołtys
źródło: Fotorzepa
Grzegorz W. Kołodko

Polsce nie potrzeba kolejnych iluzji – a to neoliberalnych, a to populistycznych. Potrzeba nam ziszczalnej wizji długofalowego rozwoju – kompleksowej, dynamicznej i postępowej. Trzeba wypracować strategię gospodarczą na nadchodzącą dekadę i lata następne. Musi się ona oprzeć na czterech filarach: szybki wzrost, sprawiedliwy podział, skuteczne państwo, korzystna integracja. Jej konkretny kształt można wyprowadzić z przedstawionego w mojej eseistycznej książce "Wędrujący świat" nowego pragmatyzmu, w żadnym przypadku zaś z prób kontynuacji nurtu neoliberalnego, który znowu głośno daje o sobie znać, usiłując z jednej strony uchylić się od intelektualnej, politycznej i moralnej odpowiedzialności za obecny kryzys, z drugiej natomiast odwrócić kota ogonem i okrzyknąć własne niepowodzenia wielkim sukcesem…

Inspiracja Sorosa

Nic zatem dziwnego, że ostatnio głośno w mediach o doświadczonym przed 20 laty szoku bez terapii. We właściwym czasie też pisałem o tym sporo, proponując alternatywne, lepsze ścieżki reform. Nie ja jeden. Tak zwany plan Sachsa – Balcerowicza, inspirowany w dużej mierze przez George'a Sorosa, opierał się na neoliberalnym myśleniu typowym dla konsensusu waszyngtońskiego: radykalna liberalizacja, szybka prywatyzacja i twarda polityka finansowa. Był natomiast wyzuty z kulturowych i instytucjonalnych aspektów ustrojowych przemian oraz z dostatecznej troski o ich stronę społeczną.Co gorsza, sam "plan" liberalizacji i stabilizacji był nie tylko błędnie skonstruowany, ale również źle przeprowadzony. Wystarczy wspomnieć (o czym inni z okazji 20-lecia wolą zapominać) nadmierną skalę dewaluacji złotego; zbyt długie utrzymywanie sztywnego kursu 9500 złotych za dolara; prowadzące do recesji obłożenie przedsiębiorstw państwowych nadmiernie restrykcyjnym podatkiem od ponadnormatywnego wzrostu wynagrodzeń (tzw. popiwek); zastosowanie skokowo, wielokrotnie podniesionych stóp procentowych także do starych kredytów; za daleko posuniętą liberalizację handlu zagranicznego.

Pomijam tutaj inne kosztowne błędy, tak różne, jak likwidacja dobrze funkcjonującego Funduszu Rozwoju Kultury czy też celowe zniszczenie pegeerów, które przecież można było przekształcić w wielkotowarowe farmy kapitalistyczne.

Koszty takiej polityki były dużo większe niż nieuniknione, rezultaty zaś dużo mniejsze niż możliwe. PKB od połowy 1989 do połowy 1992 roku spadł o 20 proc., produkcja przemysłowa tylko w roku 1990 załamała się o jedną czwartą (!), wyłoniło się masowe bezrobocie rosnące aż do katastrofalnego poziomu ponad 3 mln osób. Deficyt budżetowy w roku 1992 przekraczał 6 proc. PKB. W kategoriach prakseologicznych to fatalny błąd, skoro można było uzyskać dużo więcej znacznie mniejszym kosztem (co zresztą zamierzały osiągnąć, choć nie potrafiły zrobić, rządy premierów Mazowieckiego i Bieleckiego).

Szokowa terapia to zatem wielkie niepowodzenie, które dziś – po dwu dekadach – usiłuje się w neoliberalnej propagandzie pokazywać jako sukces. A warto pamiętać, że w dużym stopniu wycofywały się z niej nawet solidarnościowe rządy premierów Olszewskiego i Suchockiej w latach 1992 – 1993.

Tracimy czas

Istotne, głębokie zmiany dokonane zostały wszakże dopiero w ramach "Strategii dla Polski" w latach 1994 – 1997, kiedy to PKB na mieszkańca skoczył w górę aż o 28 proc., bezrobocie spadło o jedną trzecią i inflacja o dwie trzecie, a reformy strukturalne zostały nagrodzone przyjęciem Polski do OECD. W rezultacie więcej osób do Polski wracało, niż z niej wyjeżdżało, w co dzisiaj wielu trudno uwierzyć.Można było uniknąć wielu ewidentnych błędów zawartych w pakiecie stabilizacyjnym sprzed 20 lat, wykorzystując tendencję do sukcesywnego obniżania się stopy inflacji w kolejnych miesiącach po uwolnieniu cen żywności w sierpniu 1989 roku (stopa inflacji od września do grudnia była coraz niższa). Należało natychmiast, z początkiem roku 1990, skomercjalizować przedsiębiorstwa państwowe i wyeksponować je na tzw. twarde ograniczenia budżetowe (podobnie jak firmy prywatne), zamiast dyskryminować (bez wątpienia z motywacji ideowo-politycznej, a nie ze względów praktycznych) wybiórczością polityki finansowej.

Należało zakotwiczyć kurs złotego na koszyku walut, a nie na dolarze amerykańskim, dewaluując złotego nie o około 50, lecz jakieś 30 – 35 proc. (co proponowaliśmy w Instytucie Finansów, którym kierowałem). Wiele i szczegółowo pisałem na ten temat już wówczas, gdyż już wtedy było wiele rozsądnych propozycji, alternatywnych wobec narzuconego społeczeństwu i nieudanego szoku bez terapii. Warto zajrzeć do analiz, ocen, argumentacji, propozycji z tamtego okresu, bo po czasie łatwo być mądrym, choć i to nie wszystkim się udaje…

Dalsze zadłużanie państwa miałoby sens, gdyby pozyskiwane w jego wyniku środki były inteligentnie wydatkowane na współfinansowanie celów rozwojowych. Niestety, tak nie jest

Minęło 20 lat, PKB na głowę jest wyższy o około 80 proc., acz mógłby być już większy o jakieś 180 proc., gdyby nie błędy początku lat 90. i ich końca cechującego się niepotrzebnym przechłodzeniem gospodarki. Teraz po raz trzeci pod wpływem tej samej szkodliwej neoliberalnej doktryny politycznej i ekonomicznej tracimy czas i nie wykorzystujemy szans wynikających z globalizacji, integracji i transformacji. Wprowadzenie Polski do wspólnego obszaru walutowego euro i, tym samym, euro do obiegu w Polsce zostało de facto odłożone na dalszy plan.

Nadwiślański liberalizm

Błędy polityki finansowej – zwłaszcza zaniechanie uruchomienia specjalnego pakietu fiskalnego ożywiającego koniunkturę w obliczu światowego kryzysu gospodarczego – zawęziły bazę podatkową. Stopniała ona do tego stopnia, że deficyt budżetowy – wbrew wcześniejszym z uporem głoszonym zapewnieniom rządu o jego zmniejszeniu – podwoił się i obecnie wynosi ponad 6 proc. PKB zamiast wymaganych przez kryteria z Maastricht 3 proc. Doprowadzić na przestrzeni dwu dekad po trzykroć do recesji lub stagnacji oraz załamania budżetu to nie lada sztuka. Nadwiślański neoliberalizm ją posiadł…Narastający dług publiczny jest istotnym i coraz większym obciążeniem dla gospodarki narodowej. Ze swej natury jest to duże obciążenie dla nas wszystkich. W jednym jedynym 2010 roku z budżetu państwa, kosztem podatnika, trzeba wydatkować około 35 miliardów złotych z tytułu już istniejącego zadłużenia. Innymi słowy, w 2010 roku na barkach każdego Polaka ciąży prawie tysiąc złotych obligatoryjnych wydatków tylko z tego powodu, że w przeszłości państwo wydawało więcej, niż było w stanie ściągnąć do wspólnej kasy.

Niekiedy – gdy służyło to współfinansowaniu wzrostu gospodarczego i kapitału społecznego – miało to ekonomiczny sens, kiedy indziej – gdy było to rezultatami nieudolnego sterowania procesami makroekonomicznymi – nie. Oczywiście są kraje z tego punktu widzenia w dużo gorszej sytuacji – na przykład Japonia czy Włochy – ale jest też wiele, również wśród krajów posocjalistycznej transformacji, w sytuacji lepszej.

Dalsze zadłużanie miałoby ekonomiczny sens, gdyby pozyskiwane w jego wyniku środki były inteligentnie wydatkowane na współfinansowanie celów rozwojowych, zwiększając w ten sposób bazę podatkową i zmniejszając skalę nierównowagi budżetowej w przyszłości. Niestety, tak w ostatnich latach nie jest, tak też i nie będzie podczas kilku następnych. Obecny, rosnący deficyt budżetowy nie służy finansowaniu rozwoju w przyszłości, lecz jest rezultatem błędów popełnionych w niedawnej przeszłości.

Będzie gorzej

W latach 2010 – 2011 nie należy oczekiwać znaczącego postępu na ścieżce konsolidacji finansowej, a to ze względu na zbliżający się cykl wyborów (prezydenckie, samorządowe, parlamentarne) i towarzyszącą mu ogólną niewydolność polityki. Oddala się perspektywa wejścia do strefy euro. Z oczywistą szkodą dla naszej gospodarki, gdyż utrzymują się związane z tym relatywnie wyższe koszty transakcyjne i powodowane spekulacją, podnoszące ryzyko oraz zniechęcające do inwestycji wahania kursu złotego.NBP jeszcze sobie pożyje, a jego następna Rada Polityki Pieniężnej podziała przez całą nową kadencję, gdyż i ta skończy się jeszcze ze złotym w obiegu. A przecież już obecnie odchodząca RPP mogła zostawiać nas z euro. Cóż, za sześć lat też będziemy składać sobie życzenia świąteczne i noworoczne w otoczeniu waluty wciąż narodowej.

Teraz na twórcze posłużenie się deficytem budżetowym jest już za późno. Gospodarka w sferze realnej została wpędzona w stagnację, a w sferze finansowej w strukturalny kryzys, którego przezwyciężenie wymaga kompleksowego podejścia. Trzeba wdrożyć – ze stosownymi modyfikacjami wynikającymi z okoliczności, w tym z wymagań płynących z członkostwa w Unii Europejskiej – już wcześniej zaproponowany Program Naprawy Finansów Rzeczypospolitej (plik pdf).

Jest oczywiste, że zupełnie przerasta to możliwości obecnego rządu i jego ministra finansów. Skutki ich polityki są wręcz odwrotne niż pożądane, bo stan finansów publicznych ulega stałemu pogarszaniu. I będzie jeszcze gorzej. Niestety, rok 2010 będzie kontynuował tę tendencję i dług publiczny w sposób bezproduktywny jeszcze bardziej wzrośnie. Rok 2010 to rok na przeżycie.

Szczęśliw(sz)ego Nowego Roku!

Autor jest profesorem ekonomii, wykłada w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Opublikował m.in. książkę esej "Wędrujący świat". Był wicepremierem i ministrem finansów w rządach premierów Pawlaka, Cimoszewicza, Oleksego i Millera

Rzeczpospolita

wtorek, 22 grudnia 2009

Zaginiony szyfrant był chińskim agentem?

Tajemnica chorążego Zielonki

Zaginiony szyfrant był chińskim agentem?

Najpoważniejsza hipoteza dotycząca zniknięcia szyfranta chorążego Stefana Zielonki zakłada jego zdradę i wieloletnią współpracę z chińskim wywiadem – dowiedział się "Dziennik Gazeta Prawna". Co polski szyfrant mógł zaoferować Chińczykom? Bardzo wiele.

Doskonale znał metody komunikacji państw NATO. Z naszych informacji wynika, że brał udział w szkoleniach tzw. nielegałów, czyli agentów wysyłanych w świat bez dyplomatycznego statusu. Zielonka przez wiele lat szyfrował depesze wojskowego wywiadu.

Oficjalnie w Służbie Wywiadu Wojskowego usłyszeliśmy, że niczego nie może komentować. A wojskowa prokuratura przedłużyła niedawno o kolejne trzy miesiące śledztwo prowadzone pod kątem dezercji chorążego.

Zaginięcie szyfranta ze Służby Wywiadu Wojskowego "Dziennik" ujawnił w maju 2009 r. Wówczas służby bagatelizowały sytuację, przekonując, że najpewniej popełnił on samobójstwo. Potem jednak ujawniliśmy, że Zielonka musiał się przygotować do zniknięcia, bo zabrał ze sobą rzeczy osobiste. Ale nie pokaźne oszczędności, jakie miał na koncie.

– Pamiętam cyniczne wypowiedzi szefów naszych służb zapewniających, że szyfrant znajdzie się, gdy tylko spadną liście z drzew. W ten sposób sugerowali samobójstwo. Liści dawno nie ma i nadal brak odpowiedzi na zagadkę zniknięcia. Bardzo źle to świadczy o naszych służbach i wzmacnia hipotezę, że chorąży zdradził – mówi szef sejmowej komisji ds. służb specjalnych Konstanty Miodowicz.

Trop wiodący na Daleki Wschód jest dziś poważnie rozważany w polskich służbach. Choć od wpłynięcia pierwszego sygnału mówiącego o takiej możliwości minęło już kilka miesięcy, to nadal nie ma pewności, czy jest on prawdziwy. – Ale tylko dla osób niezorientowanych w świecie służb brzmi on jak żart – przyznaje jeden z naszych rozmówców związany z Agencją Wywiadu.

Chińczycy działają globalnie

W zgodnej opinii ekspertów chińskie służby już od kilku lat działają globalnie: od małych krajów w Afryce po szeroko zakrojoną działalność w USA. FBI, które zajmuje się kontrwywiadem, przyznaje, że najpoważniejszym wyzwaniem są chińscy szpiedzy. Poszukują oni informacji rządowych, a także starają się wykradać tajemnice przemysłowe. Rok temu FBI zatrzymało Gregga Bergersena, który zdradzał Chińczykom tajemnice Departamentu Obrony. Według australijskich służb specjalnych na stałe działa u nich tysiąc chińskich szpiegów. Także rosyjskiej FSB udało się już kilkakrotnie zdemaskować szpiegów.

Tymczasem szyfrant mógł im zaoferować wiele: doskonale znał metody komunikacji państw NATO. Z naszych informacji wynika, że brał też udział w szkoleniach tzw. nielegałów. Przez wiele lat szyfrował depesze wojskowego wywiadu. Dzięki temu może udzielić wskazówek, które pomogą trafić na ślad tajnych współpracowników. Po ponad 20-letniej karierze nasze wojskowe służby nie mają dla niego wielu tajemnic.

Cios w prestż armii

Spełnienie się takiego scenariusza w opinii naszych rozmówców oznacza poważne problemy dla wszystkich służb państw NATO. A zarazem jest to potężny cios zadany prestiżowi naszej armii. – Dla naszego wojska znacznie lepiej byłoby, gdyby popełnił on samobójstwo. To dlatego tak długo lansowano tę teorię zniknięcia Zielonki – wyjaśnia nasz rozmówca związany z wywiadem.

Szyfrant miał powody, by zerwać z dotychczasowym życiem. Jego małżeństwo się rozpadało, miał kłopoty w pracy. Jako żołnierz zlikwidowanych Wojskowych Służb Informacyjnych od dwóch lat czekał na zakończenie procesu weryfikacji. Ale sam moment zniknięcia wybrał ewidentnie, tak aby jak najpóźniej to zauważono. Przez kilka dni jego żona myślała, że jest w pracy, a przełożeni, że przedłużył zwolnienie lekarskie. To wzmacnia teorię o zdradzie.

Co na to służby i prokuratura? Oficjalnie w Służbie Wywiadu Wojskowego usłyszeliśmy jedynie: – Jesteśmy w trudnej sytuacji, gdyż śledztwo prowadzi prokuratura. Nie możemy więc niczego komentować.

ABW organizuje specgrupę

Podobnie oszczędnie wypowiada się wiceszef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie pułkownik Ireneusz Szeląg: – Przedłużyliśmy niedawno o trzy miesiące śledztwo prowadzone pod kątem dezercji chorążego. Niestety, sprawa jest istotna dla bezpieczeństwa państwa i nic więcej nie mogę powiedzieć.

Jak się dowiedział DGP, przypadek zaginięcia szyfranta poważnie potraktowano w cywilnych służbach. Kierownictwo ABW zdecydowało, że powoła do życia specjalną komórkę zajmującą się poszukiwaniami. Najpewniej powstanie ona w centrali Agencji, w departamencie postępowań karnych.

Zadaniem tej komórki ma być poszukiwanie osób ważnych dla bezpieczeństwa państwa. – Sprawa szyfranta pokazała, że brakuje takiego ogniwa. Dziś szukają go policjanci. Ale trudno od nich oczekiwać, że w świecie służb będą równie skuteczni jak w przypadku groźnych przestępców. Służby zawsze będą przed nimi ukrywać swoje tajemnice – uważa oficer z ABW

OPINIA

Dr Kerry Brown

Królewski Instytut Spraw Międzynarodowych

Chiński wywiad interesuje się właściwie każdym krajem na świecie, więc nie byłbym szczególnie zaskoczony, gdyby w jakiś sposób był też aktywny w Polsce.

Pekin nieustannie poluje na informacje, zwłaszcza dotyczące nowoczesnych technologii, ale też polityki i wojskowości. Chiński wywiad ma niemal nieograniczone zasoby kadrowe i finansowe, więc nawet zwerbowanie szyfranta – choć nie jest to spektakularny sukces – przynosi wymierne korzyści polegające na dostępie do kodów, a także systemu procedur obowiązujących w odpowiednich służbach.

Nie byłby to też pierwszy przypadek zwerbowania agenta w kraju należącym do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Słyszałem o co najmniej dwóch podobnych przypadkach w USA – choć dotyczyły one agentów znacznie wyżej postawionych w hierarchii niż szyfrant. W Europie podobna historia zdarzyła się najprawdopodobniej we Francji.

Nowe państwa członkowskie NATO wydają się niestety znacznie bardziej wystawione na cel Pekinu. Starzy członkowie mają z Chińczykami więcej doświadczeń. Warto więc poszukać tam odpowiednich wzorców kontrwywiadowczych

Kto się boi Joanny Senyszyn?

18.12.2009 08:47/Machina
ODSŁUCHAJ

Przezywana czarownicą, profesor Joanna Senyszyn zamierza rozruszać sztywny Parlament Europejski

Mówi o sobie: "inteligentna, zabawowa, niebanalna". Obrończyni praw zwierząt, gejów i feministek. Gdynianka, a ostatnio – dzięki mieszkaniu po cioci – także krakowianka. Jednak przez kilka najbliższych lat najwięcej czasu będzie spędzać w Brukseli.

Podczas kampanii europejskiej okrzyknięto Panią "Darem Pomorza" dla Małopolski i Świętokrzyskiego. Ucieszyła się Pani czy była zła?

Polityczni przeciwnicy próbowali nadawać temu uroczemu określeniu złośliwy wydźwięk, ale szybko uczyniłam go moim atutem. Wszak dar to coś miłego. Lubimy otrzymywać podarunki.

Fot. Onet.pl


Jak to Pani zrobiła?

Osobistym wdziękiem. Teraz, po sukcesie wyborczym pojawiło się już kolejne określenie "ORP Błyskawica".

Jednak zwolenników Zbigniewa Ziobry nie udało się Pani oczarować.

Nie miałam takiego zamiaru. Mój konkurent wciąż odmawiał wspólnej debaty. Poszłam więc – jako mieszkanka Krakowa – na jego spotkanie przedwyborcze, aby zadać kilka pytań.

Gdy weszłam na salę, wielbiciele PiS-u, uzbrojeni w laski i parasole, wymachiwali nimi, krzycząc: "Won czarownico! Albo cię stąd wyniesiemy!".

Takie zachowanie idealnie pasuje do członków sekty zwanej "moherowe berety".

Cóż, Ziobro ma taki elektorat, na jaki zasługuje. Nie tyle moherowy, ile rydzykowy. Rydzykowi udało się odczarować zły wydźwięk określenia "moherowe berety". Zastosował sprytny chwyt marketingowy. Poprosił swoich wyznawców, żeby zrobili na szydełkach małe, moherowe bereciki. Symbol Rodziny Radia Maryja. Podobnie było z Kaczorami. Na początku Bracia Mniejsi złościli się na każdego, kto na nich tak mówił, a potem pojawili się na konferencji prasowej z wielką kaczką u boku.

I w ten sposób sympatyczny i smaczny ptak stał się maskotką ilustrującą kaczyzm. Pani wymyśliła to pojęcie. Co ono oznacza?

To polska odmiana totalitaryzmu XXI wieku. Ograniczanie demokracji, swoisty zamordyzm, cenzura, aresztowania o 6 rano. Nazwa świetnie się przyjęła i dziś wielu przypisuje sobie jej ojcostwo. Na szczęście matka jest tylko jedna.

W dodatku kipi pomysłami. Ma Pani na swoim koncie wiele podobnych wynalazków.

Rzeczpospolita Obojga Kaczorów, rząd ziemniaczano-buraczany, Instytut Prześladowań Narodu, kaczoprawica, marketing palikotyczny, szarokaczenie się prezydenta, TMK, czyli Teraz My, Kaczyńscy...

A limerykami się Pani nie pochwali?

Pierwszy był o pośle Strąku: "Pewien poseł z miasta Słupska/O czerwonych marzy dupskach/Dobiera się chętnie/i nader namiętnie/Taka zeń niewyżyta Nadieżda Krupska". Podobno zrobił furorę w Słupsku.

Na swoim blogu ogłosiła Pani konkurs na limeryk polityczny. Autor jednej z nadesłanych prac nazwał Pani głos "spiczastym". Chyba przykro przeczytać coś takiego?

Przeciwnie. Cieszę się, że mam charakterystyczny głos. Dla polityka to atut. Gdy do kogoś telefonuję, nie muszę się przedstawiać. Aby zbytnio nie denerwować słuchaczy, nieco ociepliłam głos. Chciałam, aby słuchano tego, co mówię, a nie jak mówię. Nauczyłam się oddychać przeponą i mówić w niższych rejestrach. Dzięki temu moje wystąpienia coraz mniej przypominają zgrzyt kredy po szkle. Co prawda nie wszyscy tak myślą. Wielu nadal uważa, że skrzeczę. Ich problem.

To z pewnością ktoś z tej grupy przysłał Pani kiedyś sznur.

Wrogowie pewnie by chcieli, żebym się powiesiła, ale niedoczekanie. Trzymam sznur w biurze poselskim jako eksponat nienawiści i nietolerancji. Fotografia sznura i skan listu jest na moim blogu.

Nikt się pod tym nie podpisał?

Już nie pamiętam, czy to był "Życzliwy", czy "Prawdziwy katolik".


A czyta Pani wpisy w internecie? Znalazłam tam coś takiego: "Na Senyszyn Szatan rzucił klątwę i dlatego, gdy mówi coś złego o IV RP, strasznie piszczy".

Powstał nawet tekst modlitwy w intencji mojego nawrócenia.

Pewnie za to, że nazwała Pani finansowanie budowy Świątyni Opatrzności Bożej z budżetu krajowego "dojeniem państwa". Biskup Tadeusz Pieronek ciekawie to skomentował.

Poradził mi publicznie: "Skoro pani Senyszyn tak dobrze zna się na krowach, to powinna się nimi zająć na poważnie". Spodobała mi się ta riposta, ale nie skorzystam. Jestem specjalistką od świń. Doktorat zrobiłam z tuczu trzody chlewnej.

Nie lubi Pani księży i jest Pani ateistką. Zawsze tak było?

Skądże! Do ateizmu trzeba dojrzeć. U mnie poszło szybko. Wyleczyły mnie lekcje religii, które w tamtych czasach, tak jak i teraz, były w szkole. Wprawdzie przystąpiłam do Pierwszej Komunii, ale do bierzmowania już nie.

Mimo tak krótkiej edukacji religijnej zna Pani modlitwy śpiewane przez kapłana w trakcie nabożeństwa. Popisała się kiedyś Pani tą umiejętnością w radiu.

Nawet w komórce zainstalowałam dzwonek imitujący kościelne śpiewy. Zabawny kontrast z moimi poglądami.

Rozumiem, że Pani ślub był cywilny. Czy suknię uszyła mama?

Raczej jedna z jej krawcowych. Mama miała pracownię krawiecką. Organizowała jedne z pierwszych w Polce rewii mody, ale nie umiała szyć. Była wizjonerką i projektantką.

A Pani?

Odziedziczyłam po mamie zainteresowanie modą i umiejętność komponowania ubrań i dodatków. Po śmierci taty – miałam wtedy sześć lat – całymi dniami siedziałam w pracowni mamy i nawet nie wiem, kiedy nauczyłam się szyć. To przydatna umiejętność. Zdarza mi się coś skrócić albo zwęzić, ale nigdy niczego sama sobie nie szyłam.

Nawet wtedy gdy nie mogła Pani znaleźć w sklepach nic ciekawego dla swojej figury?

Do czterdziestki byłam bardzo zgrabna. Niestety, na początku lat 90., po śmierci mamy przytyłam 30 kilogramów, bo na stres reaguję jedzeniem i spaniem. Pewnego dnia musiałam zmienić całą garderobę. Okazało się, że w moim rozmiarze 46, a w porywach nawet 50, są wyłącznie modele, które nazywam "stara ciotka". Postanowiłam więc się odchudzić. Nie tyle dla zdrowia, ile dla urody.

Jak to wyglądało?

Akurat pisałam habilitację o konsumpcji żywności. Zastosowałam autorską dietę. Wzorem człowieka pierwotnego jadłam wtedy, gdy czułam głód. I to też nie od razu, ale po dwóch, trzech godzinach. Męczyłam się trzy lata. Nie jadłam słodyczy, pieczywa, zup, ziemniaków, tłuszczów. Ograniczyłam mięso. Miałam chwile słabości. Zdarzało mi się specjalnie jechać do delikatesów, by kupić 10 deko szynki i zjeść ją natychmiast, w samochodzie pod sklepem.

Udało się. Pewnie mąż był zadowolony.

Niespecjalnie. Bardzo mu się podobałam z nadwagą. Nawet dziś potrafi powiedzieć: "Jak ty wtedy pięknie wyglądałaś". Myślę, że mężczyźni lubią kobiety przy kości. Zwłaszcza w łóżku. Sam jednak też się zmobilizował i odchudził.

Nie narzeka, że Pani ciągle nie ma w domu?

Oczywiście, narzeka, ale sam też jest bardzo zajęty od rana do wieczora. Prowadzi kancelarię adwokacką, ma kilku aplikantów, wykłada na studiach podyplomowych. Jesteśmy marynarskim małżeństwem, tyle że to ja wypływam. Kiedyś do Warszawy, teraz do Brukseli, Krakowa, Kielc. Jest z nami, jak w tym dowcipie. Koleżanka pyta żonę marynarza: "Twój chłop wypływa na dziesięć miesięcy, a do domu wraca tylko na dwa, jak to znosisz?". "Bardzo dobrze. Dwa miesiące szybko mijają".

Widujecie się przeważnie w weekendy. Jak je spędzacie? Może zajmujecie się domem?

Spotykamy się z przyjaciółmi i cieszymy domem. Niestety, często nawet w weekendy pracuję w biurze poselskim, a mąż pracuje nad pismami procesowymi.

Czyli ogród zarósł chwastami?

Zarósł, ale nie widzę w tym nic złego. Chwasty są silne, zdrowe, bez podlewania i pielęgnacji wyrastają na dwa metry. Dziki ogród ma dużo uroku. Szkoda mi czasu na pielenie grządek, gotowanie i sprzątanie. Lepiej mi idzie robienie bałaganu. Moje biurko jest zawsze zawalone papierami i różnymi świstkami, na których zapisuję złote myśli. Kiedyś usiłowałam zaprowadzić ład w gabinecie. W połowie porządków znalazłam kartkę z uwagą: „Tylko idiota ma porządek, geniusz panuje nad chaosem”, i uznałam, że nie warto się dłużej męczyć. Zresztą pedanci zazwyczaj nie dochodzą na szczyt.

Nie łatwiej byłoby Pani zrezygnować z wykładania? Przecież naukowo osiągnęła już Pani chyba wszystko. Jest Pani profesorem belwederskim, napisała Pani kilka książek.

Lubię zajęcia dydaktyczne. Dzięki nim odrywam się od polityki i mam kontakt z rzeczywistością. Pracując w Sejmie, można było przez tydzień nie wychodzić na świeże powietrze i nie wiedzieć, jaka jest pogoda. Wszystkie budynki połączone są podziemnymi korytarzami. Żyje się jak na stacji kosmicznej.

A to powinno Pani odpowiadać. Interesuje się Pani wszechświatem. Była Pani przecież w parlamentarnym zespole do spraw kosmosu.

Bardzo wielu ciekawych rzeczy się dowiedziałam.

O kosmitach na przykład? Czy oni naprawdę istnieją?

Oczywiście. Nie jesteśmy jedyną cywilizacją we wszechświecie. Niestety inne są tak oddalone, że nie możemy się z nimi skontaktować.

Pewnie z chęcią poleciałaby Pani na inną planetę. Stanu nieważkości już Pani doświadczyła.

Fantastyczne przeżycie. Nieporównywalne z niczym i nie do opisania. To był lot dla VIP-ów z Unii Europejskiej, finansowany przez Francuską Agencję Kosmiczną w celach promocyjnych. Marszałek Komorowski nie chciał mi dać delegacji, bo uznał, że nie będzie z tej podróży żadnego pożytku dla Polski. Pojechałam bez jego zgody, na własny koszt do Bordeaux, gdzie wszystko się działo. Jestem dumna, że reprezentowałam nasz kraj w tak ważnym wydarzeniu. Marzę, żeby jeszcze raz polewitować.

Postawiła Pani na swoim. To do Pani pasuje. Jako wytrawny polityk ma Pani grubą skórę. A jako kobieta?

Lubię komplementy. Jak każda kobieta. Często ja też mówię komplementy, także mężczyznom. Zauważyłam, że są bardzo łasi na miłe słówka. Można powiedzieć, że jestem feministką wykorzystującą uroki bycia kobietą. Na Manifie krzyczałam, że chcę i kwiatka, i władzy. Wyższej pensji i przepuszczania w drzwiach. Nie widzę też powodu odmawiania mężczyznom przyjemności całowania mnie po rękach. Feministki nie powinny palić swoich staników, bo w pięknej bieliźnie atrakcyjniej się wygląda.

Jest Pani miłośniczką pięknej bielizny, ale podobno nie białej. Dlaczego?

Kojarzy mi się z barchanami, czyli majtkami z czasów mojej młodości. Białe, bawełniane, rozciągnięte. Absolutnie aseksualne. Wolę czarne, czerwone albo w panterkę.

Motywy zwierzęce to Pani specjalność. Nie tylko w kwestii ubierania się, ale też działania. Była Pani prezesem gdyńskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Wtedy przygarnęłam swojego pierwszego mastiffa. Słaniał się z nóg z głodu, był agresywny, ale nie jadł i nie pozwalał pracownikom schroniska sprzątać swojej klatki. Zaczęłam mu codziennie przywozić pyszne jedzenie. Początkowo traktował mnie jak powietrze. Wciągał jedzenie jak odkurzacz i chował się za budą. Nawet na mnie nie spojrzał. Po czterech dniach kierowniczka schroniska powiedziała, że po moim wyjściu godzinami rozpaczliwie wyje i czeka, aż znów się pojawię. Postanowiliśmy z mężem zabrać go do domu. Maks był wspaniały. To mój jedyny pies – a miałam ich dziesięć – który umarł śmiercią naturalną. Zasnął z otwartymi oczami. Leżał pod schodami i patrzył na furtkę. Akurat tego dnia miałam wrócić z Warszawy. Niestety, nie zdążyłam. Gdy w końcu dotarłam do domu, zamknęłam mu powieki.

Chciała też Pani napisać książkę o wykorzystywaniu zwierząt.

Tak, ale zbieranie materiałów było zbyt stresujące. Poza tym bałam się, że opisy pewnych bestialskich zachowań mogą zachęcić do ich powtórzenia. Przeczytałam XVIII-wieczny przepis na kaczkę pieczoną tak, by półżywa chodziła po stole. Biesiadnicy odcinali z niej upieczone kawałki. Przeraziło mnie to. Nie mogłam spać po nocach.

Straszne historie, zwłaszcza dla obrończyni praw zwierząt znanej ze spektakularnych wystąpień nie tylko w ich imieniu. Potępia też Pani dyskryminację. Na paradzie równości sparafrazowała Pani słowa Jana Pawła II, mówiąc: "Niech ta parada odmieni oblicze ziemi, tej ziemi".

Zrobiłam to świadomie. W Polsce wiele jeszcze trzeba zmienić, by skończyć z dyskryminacją. Kobiet, dzieci, gejów, niepełnosprawnych. Od jednego z uczestników parady dostałam wtedy pejcz, abym miała czym poskramiać nietolerancję. Został potem zlicytowany na aukcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy za ponad półtora tysiąca złotych.

Walczy też Pani o równouprawnienie. Przyłączyła się Pani do protestu chrześcijańskiego premiera Norwegii, który oprotestował ilustrowanie instrukcji montażu mebli Ikei wyłącznie figurkami męskimi. Coś mi się wydaje, że jednak sama nigdy nie wykonywała Pani żadnych prac budowlanych.

Przeciwnie, potrafię prawie wszystko. Malowałam, tynkowałam, przeprowadzałam przewody elektryczne, reperowałam lampowy telewizor. To było przed maturą. W naszym domu mieszkały wtedy same kobiety.

Zatem jest Pani wszechstronna. Powinno się to przydać w Brukseli. Nie boi się Pani, że znudzi Panią to urzędnicze miasto?

Daję sobie pół roku na polityczną aklimatyzację. Potem może uda mi się trochę rozruszać to miejsce. Jestem w trzech komisjach. Praw Kobiet, Wolności Obywatelskich oraz Kultury i Edukacji.

Zamierza Pani nadal starać się o to, by już w pierwszej klasie podstawówki uczono o seksie?

To absolutnie konieczne. Oczywiście nauka musi być dostosowana do wieku i możliwości percepcji ucznia. Skutki braku edukacji seksualnej są porażające. Rocznie kilkadziesiąt dziewczynek poniżej 14. roku życia rodzi w Polsce dzieci. Wierzą w mit, że podczas pierwszego stosunku nie można zajść w ciążę. Teraz także w to, że nie można się zarazić AIDS lub chorobami wenerycznymi. Zajęcia, które są tu i ówdzie prowadzone przez księży, robią więcej szkody niż pożytku. Młodzi ludzie dowiadują się na nich m.in., że stosowanie prezerwatyw grozi śmiercią, bo zdarza się uczulenie na lateks. Dorzucić można historyjki o tym, jak to plemniki przechodzą przez pory w gumie. W dodatku – w obawie przed nazwaniem rzeczy po imieniu – zakonnicy używają tak zabawnych określeń, jak: "Źródło życia u mężczyzny znajduje się w dole tułowia, na zewnątrz, z przodu".

Myśli Pani o edukacji dzieci, a sama ich przecież nie ma.

Mam tysiące studentów, którymi się opiekuję. Nie martwię się, że kiedy będę na łożu śmierci, nie będzie miał mi kto podać szklanki wody, bo wielu umierającym wcale się nie chce pić.

A jednak przyjdzie czas, kiedy trzeba będzie przestać pracować. Jak sobie Pani wyobraża swoją emeryturę?

Kiedyś zażartowałam, że mogłabym wtedy reklamować bieliznę, bo akurat spodobały mi się zdjęcia Sophii Loren w kalendarzu Pirelli. A mówiąc poważnie, w ogóle nie planuję emerytury. Zamierzam pracować do końca.

czwartek, 17 grudnia 2009

Pobicie Grzegorza Przemyka przedawnione?

Bogdan Wróblewski
2009-06-17, ostatnia aktualizacja 2009-06-17 12:52

Sprawa byłego ZOMO-wca skazanego za pobicie na śmierć Grzegorza Przemyka przedawniona? Sąd Apelacyjny ma wątpliwości. Prosi Sąd Najwyższy o odpowiedź na pytanie prawne, by to rozstrzygnąć.

Leopold Przemyk, ojciec Grzegorza, oraz pełnomocnik Ewa Milewska-Celińska
Fot. Jacek Łagowski / AG
Leopold Przemyk, ojciec Grzegorza, oraz pełnomocnik Ewa Milewska-Celińska
Igor Bieliński, kolega Przemyka ze szkoły, i Leopold Przemyk, ojciec Grzegorza
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Igor Bieliński, kolega Przemyka ze szkoły, i Leopold Przemyk, ojciec Grzegorza
26 lat, jeden miesiąc i tydzień czekamy na ostateczną, prawną ocenę pobicia w warszawskim komisariacie przy Jezuickiej Grzegorza Przemyka, syna opozycyjnej poetki Barbary Sadowskiej. I przyjdzie nam jeszcze poczekać.

W maju ubiegłego roku przyjaciele Grzegorza, jego najbliżsi, obserwatorzy tej sprawy odetchnęli: "nareszcie". Warszawski sąd okręgowy skazał Ireneusza K., dziś 46-letniego byłego ZOMO-owca, który bił Grzegorza "tak żeby nie było śladów" na cztery lata więzienia. Wcześniej cztery razy K. był uniewinniany. W PRL po sterowanym przez SB procesie, w którym skazani mieli zostać, i zostali, sanitariusze którzy maturzystę zabrali z komisariatu na pogotowie. W wolnej Polsce wyroki uniewinnia zapadały z braku dowodów winy. ZOMO-wca ratował brak pewnego rozpoznania, wątpliwości, które tłumaczyć trzeba na korzyść oskarżonego. Funkcjonariusze, którzy wiedzą co stało się 12 maja 1983 r. na komisariacie przy Jezuickiej - nie pamiętali. Nie chcieli pamiętać.

Dopiero w maju 2008 r. sędziowie na podstawie zeznań głównego świadka oskarżenia, strzępów zeznań funkcjonariuszy i zdjęć z wizji lokalnej w komisariacie (cudem odnalezionych po latach) uznali, że bił Ireneusz K., ten "którego Grzegorz złapał za pałkę". Bili też inni, ale nigdy o to nie zostali oskarżeni.

Kwestia przedawnienia wracała w tej sprawie już kilka razy (patrz ramka). W ostatnim , skazującym wyroku sąd uznał, że mimo upływu lat nie ma o tym mowy. W środę - czego się można było spodziewać - problem wrócił w apelacjach obrony. Adwokaci Ireneusza K. - Jan Brzykcy i Grzegorz Majewski - dowodzili, że sprawa powinna zostać zamknięta orzeczeniem Sądu Najwyższego z 2001 r. Uznał on wówczas, że po 1 stycznia 2005 r. ścigać ZOMO-owca już nie można było.

Pełnomocnicy Leopolda Przemyka, ojca Grzegorza, oskarżyciela posiłkowego mec. Ewa Milewska-Celińska i Andrzej Zalewski przeciwnie: uważają, że są przepisy według których nie przedawni się ona nigdy, albo - jeśli uznać pobicie Grzegorza za zbrodnię komunistyczną zgodnie z ustawą o IPN - to w 2020 roku.

Sędziowie sądu apelacyjnego pod przewodnictwem Rafała Kanioka dostrzegli w sporach wokół przedawnienia istotną, prawną kwestię - wymagającą rozstrzygnięcia przez Sąd Najwyższy. Chodzi - w skrócie - o to, że przepis na podstawie którego Ireneusz K. został skazany - pobicie ze skutkiem śmiertelnym, nie jest wprost wymieniony w katalogu tych przestępstw funkcjonariuszy komunistycznego aparatu władzy, które się nie przedawniają. Kodeks te "nieprzedawniane" przestępstwa opisuje jako "umyślne przestępstwo zabójstwa, ciężkiego uszkodzenia ciała, ciężkiego uszczerbku na zdrowiu lub pozbawinia wolnosci łaczonego ze szczególnym udręczeniem".

Ireneusz K. został uznany winnym (zacytujmy wyrok) tego, że: „wziął udział w pobiciu Grzegorza Przemyka polegającym na zadawaniu mu silnych uderzeń łokciami w okolice brzucha (...) w wyniku czego Grzegorz Przemyk doznał ciężkich, rozległych obrażeń jamy brzusznej, co doprowadziło do rozlanego zapalenia otrzewnej ze wstrząsem urazowym i septycznym, a w konsekwencji (...) do jego śmierci.”Z opisu widać, że funkcjonariusz winny jest umyślnego pobicia, ale winy umyślnej za śmierć Grzegorza sąd mu nie przypisuje. Czy to „kombinowane” w ocenie winy przestępstwo mieści się w katalogu najcięższych przestępstw przedstawicieli komunistycznego aparatu represji, które wolą ustawodawcy III RP, nigdy nie powinny być objęte przedawnieniem? Oto szczegółowa kwestia do ostatecznego rozstrzygnięcia przez SN.

Przedawnienie sprawy Przemyka

• Po raz pierwszy sprawę pobicia Grzegorza Przemyka za przedawnioną uznał warszawski sąd apelacyjny (w 2001 r.). Według sądu apelacyjnego przestępstwo zarzucone Ireneuszowi K. - pobicie, którego skutkiem jest śmierć - przedawnia się po 10 latach, a bieg tego przedawnienia liczy się od stycznia 1990. Po 1 stycznia 2000 r. Ireneusza K. nie można już było skazać.

• Jednak Sąd Najwyższy (też w 2001 r.) po kasacji ministra sprawiedliwości uznał, że sąd apelacyjny popełnił błąd. Nie uwzględnił, że tę sprawę można uznać za zbrodnię komunistyczną według przepisów ustawy o IPN, a wówczas przedawnienie upływa w 2005 r. Tak też uważała obrona Ireneusza K. Ale w 2007 r. te terminy wydłużono i według obecnych przepisów tą datą dla tzw. zbrodni komunistycznego aparatu władzy jest rok 2020 (tak chce prokurator).

• Z kolei pełnomocnik rodziny - mec. Ewa Milewska-Celińska - uważała, że w tej sprawie ma zastosowanie przepis według którego umyślne przestępstwo pobicia popełnione „przez funkcjonariusza publicznego w związku z pełnieniem obowiązków służbowych” w ogóle nie ulega przedawnieniu. Tak też uznał sąd w maju 2008 r.

Kalendarium sprawy Przemyka

• 12 maja 1983 r. 19-letni maturzysta Grzegorz Przemyk został zatrzymany przez ZOMO na warszawskim pl. Zamkowym, pobity w komisariacie przy ul. Jezuickiej, skąd zabrało go pogotowie, jedynym świadkiem był przyjaciel Grzegorza i jego matki Cezary F.;

• 14 maja Przemyk, syn opozycyjnej poetki, działaczki Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności Barbary Sadowskiej, zmarł, przyczyną śmierci były wewnętrzne obrażenia od ciosów łokciami w brzuch;

• 17 maja kilkudziesięciotysieczny pogrzeb Przemyka na Cmentarzu Powązkowskim był manifestacją sprzeciwu wobec komunistycznego apartu władzy, tego dnia wszczęto śledztwo;

• śledztwem kierowała grupa w Biurze Dochodzeniowo-Śledczym KG MO, ale nad nią był jeszcze specjalny zespół w Biurze Politycznym KC PZPR pod kierownictwem b. szefa MSW gen. Mirosława Milewskiego, głównego świadka oskarżenia Cezarego F. inwigilowano i próbowano skompromitować, złamano sanitariuszy pogotowia by ich oskarżyć, a chronić milicję

• Czerwiec 1984 po w sterowanym przez SB procesie - specjalny plan przygotowania i zabezpieczenia rozprawy przewidywał m.in. przygotowanie milicjantów do zeznań - oskarżeni dyżurny komisariatu Arkadiusz Denkiewicz (zagrzewał by „bić tak, żeby nie było śladów”), oraz Ireneusz K., który miał bić - zostali uniewinnieni, dwaj sanitariusze za pobicie Przemyka w karetcce zostali sakazani, lekarzy oskarżonych o nie udzielenie pomocy objęła amnestia. Gen. Czesław Kiszaczak, szef MSW nagrodził 13 funkcjonariuszy od zastępcy komendant głównego MO Jerzego Gruby poczynając.

W rozkazie nagrodowym Kiszczaka czytamy: „W wyniku długotrwałej, żmudnej pracy, prowdzonej przez wielu funkcjonariuszy MO i SB zgromadzono materiał procesowy obrazujacy faktyczny przebieg zdarzenia i rolę jego uczestników, stanowiący zarazem podstawę do uniewinnienia funkcjonariuszy MO i skazania rzeczywistych sprawców śmierci G. Przemyka. (...) Wyrok sądu był nie tylko moralną satysfakcją oskarżonych funkcjonariuszy MO, ale stanowił jednocześnie zadośćuczynienie dla wszystkich, przez szereg miesięcy atakowanych w niewybredny sposób, funkcjonariuszy naszego resortu (...)”.

• 1991 - peerelowskie wyroki uchylono, a śledztwo zostało wznowione

• 1997 r. - ówczesny Sąd Wojewódzki w Warszawie po raz drugi uniewinnił Ireneusza K., a Arkadiusza Denkiewicza skazał na 2 lata więzienia (nie odsiedział ani dnia); Kazimierz Otłowski, b. zastępca dyrektora Biura Dochodzeniowo Śledczego KG MO został skazany na półtora roku w zawieszeniu, ale tylko za próbę zniszczenia akt sprawy w 1989 r. (po apelacji uniewinniony).

• 1997 - prokuratura wszczyna śledztwo w sprawie „bezprawnych działań resortu MSW na szkodę wymiaru sprawiedliwości w związku ze śledztwem dotyczacym śmierci Grzegorza Przemyka”, czyli matactw w tej sprawie za PRL, od 2000 śledztwo to prowadzi pion śledczy IPN;

• 2000, 2004 - Ireneusz K. kolejne dwa razy został uniewinniony z braku dowodów winy, wyroki uchylały sądy wyższej instancji.

• 2007 - IPN postawił pierwsze zarzuty za matactwa sprawie Przemyka, dotyczą zastraszania i bezprawnej inwigilacji Cezarego F. i jego rodziony, zarzuty do dziś postawiono ok. 20 funkcjonariuszom, ale wciąż nie ma aktu oskarżenia w ich sprawie.

• Maj 2008 - w 25 rocznicę śmierci Grzegorza Przemyka oskarżony o jego pobicie Ireneusz K. po raz pierwszy został skazany.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Służebność przesyłu. Za kable na działce trzeba płacić

Marek Domagalski 16-12-2009, ostatnia aktualizacja 16-12-2009 07:10

Właściciele posesji chcą pieniędzy za instalacje. Firmy energetyczne szukają sposobów, aby nie płacić. W sądach coraz więcej spraw o służebność przesyłu


autor zdjęcia: Rafał Guz
źródło: Fotorzepa
+zobacz więcej

Wprowadzone 3 sierpnia zeszłego roku przepisy o tzw. służebności przesyłu dały właścicielom gruntów wyraźną podstawę do żądania zapłaty za utrzymywanie na swoim terenie instalacji zakładów energetycznych czy wodociągowych, a tym z kolei do występowania o służebność przesyłu.

Efekty obowiązywania przepisów są coraz bardziej widoczne. Liczba sporów i roszczeń rośnie.

Nowe i stare instalacje

– Już teraz mamy ich na Podkarpaciu dziesiątki, a liczba narasta – powiedział „Rz” mec. Stanisław Dziedzic reprezentujący w takich sprawach PGE Obrót SA w Rzeszowie. – Większość składa zakład energetyczny (ok. 80 proc.) i większość rozwiązywana jest polubownie, jednak część trafia do sądu.

Zmiany w kodeksie cywilnym dały właścicielom nieruchomości, ale też instalacji przesyłowych, możliwość ustanawiania służebności pozwalającej na korzystanie z takich urządzeń. Za takie ograniczenie gruntu należy się właścicielowi wynagrodzenie. Po drugie, osoby, firmy, które wbudowały takie urządzenia, mogą żądać, by właściciel sieci, który je przyłączył, nabył je na własność za wynagrodzeniem (art. 49 § 2 k.c.).

Kilka dni temu warszawski sąd apelacyjny rozpatrywał właśnie takie żądanie: Wojskowej Agencji Mieszkaniowej przeciwko zakładowi energetycznemu z Płocka, by wykupił linię ciepłowniczą wybudowaną kiedyś dla wtedy wojskowego osiedla. Sąd okręgowy uwzględnił argumentację pełnomocnika ZE mec. Jerzego Trochimczyka, że owszem, można tego żądać, ale tylko w odniesieniu do instalacji wybudowanych po wejściu w życie nowych przepisów. SA nie podzielił tej argumentacji: z uprawnienia tego można korzystać od 3 sierpnia 2008 r. i to także w stosunku do starych instalacji – powiedziała sędzia Teresa Mróz (sygn. VI ACa 629/09).

Chodzi o rekompensatę

Nie ma tych wątpliwości przy ustanowieniu służebności. Ale są inne problemy. Do właściciela posesji pod Warszawą zgłosili się pracownicy miejscowej firmy energetycznej, by zgodził się przepuścić podziemny kabel (ustanowienie służebności przesyłu) wzdłuż granicy działki dla budowanych dalej od ulicy segmentów. Wręczyli mu formularz, który nie przewidywał dla niego żadnego wynagrodzenia, i – co go najbardziej zbulwersowało – sam miał znaleźć notariusza, by sporządził umowę. Zaproponował firmie cenę odpowiadającą czynszowi dzierżawnemu w okolicy, ale się nie zgodziła. Ostatecznie dogadał się bezpośrednio z owym inwestorem.

– Nie dziwię się zbytnio tej taktyce. Nikt nie chce wydawać pieniędzy, licząc na zasiedzenie. Ale to nie jest takie proste, gdyż trzeba wykazać 30 lat od posadowienia instalacji, a z lat 70., 60. często nie ma żadnej dokumentacji, jest to zatem gra na zwłokę – wskazuje adwokat Roberto Privitera, który prowadził kilka tego rodzaju spraw.

– Wiemy, jaka jest cena służebności, większość się na zaproponowaną cenę godzi. Kluczowa jest cena ziemi – im wyższa, tym odpowiednio wyższa jest cena służebności – wskazuje mec. Dziedzic.

Praktyka nie jest jednak tak różowa. Wszyscy nasi rozmówcy zgodni są co do jednego: po zmianie przepisów łatwiej rozwiązywać te spory. Obie strony: i właściciel gruntu, i instalacji, mają pewne roszczenia. Pozostaje jednak najważniejszy problem: pieniądze.

Opinia: Marcin Łochowski, sędzia cywilista Sąd Okręgowy Warszawa-Praga

Po wprowadzeniu nowych przepisów pojawiła się może nie fala, ale spora liczba wniosków zakładów energetycznych o ustanowienie na ich rzecz służebności przesyłu. Fakt, że wiele starych instalacji było kiedyś posadowionych nielegalnie, teraz podczas ustanawiania służebności nie ma większego znaczenia. Nie jest to oczywiście automat i nieraz dopiero biegły musi wskazać najmniej uciążliwy dla właściciela nieruchomości przebieg, a czasem niezbędne jest wezwanie do sprawy sąsiadów. Nowe przepisy ułatwiły rozwiązywanie tych sporów, wcześniej bowiem sądy musiały uciekać się do wyszukanych kombinacji prawnych.

niedziela, 13 grudnia 2009

Niedziela, 13 grudnia 1981

zebrali Tomasz Urzykowski i Jerzy S. Majewski
2006-12-13, ostatnia aktualizacja 2006-12-13 00:00

Północ. Stan Wojenny zastaje studentów w gmachu Głównym Politechniki Warszawskiej. Prowadzą rotacyjny strajk solidarnościowy

Zaczął się on kilka dni po tym jak MO spacyfikowała 2 grudnia inny strajk - w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarnictwa na Żoliborzu. (WOSP) Milicja użyła wówczas nawet helikopterów. Studenci wszystkich uczelni warszawskich stanęli w ten sposób w obronie wyrzuconych słuchaczy szkoły pożarniczej. - Na Politechnice po 2 grudnia strajkowało ponad dwustu studentów z rozwiązanego WOSP-u - opowiada Zbigniew Szablewski ówczesny przewodniczący komitetu strajkowego w szkole pożarnictwa. Tylko garstka studentów WOSP znajdowała się w gmachu Głównym Politechniki nocą z 12 na 13 grudnia. Większość z nich była rozlokowana "na waleta" po warszawskich akademikach. - Mieszkałem w akademiku na Placu Narutowicza - przypomina sobie Szablewski. - Już późnym wieczorem 12 grudnia milicja zaczęła szukać podchorążych. Z okna widziałem samochody milicyjne stojące na Uniwersyteckiej. Poszliśmy prosto pod Politechnikę, ale drzwi do gmachu były już zamknięte, i nie udało się nam wejść do środka.

00.01

W mieszkaniu Andrzeja Celińskiego, sekretarza Lecha Wałęsy, esbecy wyłamują drzwi. Do wszystkich opozycjonistów milicjanci i esbecy przychodzą czwórkami, wyposażeni w masywny, żelazny łom. Celiński wybiega na balkon i krzycząc na cały głos, zaczyna alarmować sąsiadów. W pobliżu, w blokach na Stegnach mieszka wielu działaczy "Solidarności" związanych jeszcze z opozycją sprzed 1980 r. Jego krzyki słyszą sąsiedzi. Ostrzegają innych.

00.02

300 funkcjonariuszy ZOMO i Wydziału Zabezpieczenia Komendy Stołecznej MO wdziera się do gmachu Regionu Mazowsze "Solidarności". Błyskawicznie opanowują cały budynek.

- Widzimy ich przez okno od strony Mokotowskiej. Było ich mnóstwo. W budynku w tym czasie znajdowało się kilkanaście osób, głównie kobiet. Milicjanci wszystkich ich zabrali ze sobą. Ja z Witkiem Łuczywo - zdołaliśmy ukryć się i wyszliśmy tylnymi drzwiami przez boisko od strony ulicy Natolińskiej i podwórka Latawca - wspomina Helena Łuczywo, dziś naczelna "Gazety Wyborczej".

Zanim milicjanci wdarli się do budynku na Mokotowskiej, pracownicy regionu Mazowsze zwołali szybkie zebranie. - Teleksy nie działały od kilkunastu minut. Wiedzieliśmy, że to już stan wojenny. Ale prawie wszyscy wierzyli, że zaraz przyjdzie odsiecz robotników z Ursusa i że nas odbiją. Tylko ja z Heleną postanowiliśmy uciekać. Gdy ZOMO-wcy wybijali toporami drzwi frontowe, wymknęliśmy się tylnymi od podwórka. Wykorzystaliśmy brak koordynacji ich akcji. Przy bramie od Natolińskiej spotkaliśmy jakiegoś człowieka. Pytam go - czy pan jest z SB? On na to: - Nie, jestem dozorcą sąsiedniego domu. Na kilka godzin ukrył nas u siebie - wspomina Witold Łuczywo.


0.10

W opuszczonym budynku Regionu Mazowsze funkcjonariusze Wydziału Zabezpieczenia dokonują rewizji.

- To było dość powierzchowne przeszukanie - opowiada Tadeusz Ruzikowski z IPN, autor pracy doktorskiej o stanie wojennym. Funkcjonariusze zarekwirowali 125 tys. 477 zł, zabrali worki dokumentacji, zdemolowali część pomieszczeń i wyszli. Nie zabrali jednak wszystkich urządzeń i w ciągu dnia działacze "Solidarności" zdążyli je wywieźć z budynku i ukryć. Służyły one później m.in. "Tygodnikowi Mazowsze".

0.15

- Wpadła do mnie sąsiadka Andrzeja Celińskiego, pani Ogrodzińska. Słyszała go, jak krzyczał z balkonu, była zdezorientowana - opowiada Tomasz Jastrun, który do 13 grudnia pracował w regionie Mazowsze i był szefem Informatora Kulturalnego Solidarności. Mieszkał na Sadybie przy Urlej 5. - W pobliżu znajdowało się mieszkanie Heleny i Witolda Łuczywo. Drzwi do nich były już wyłamane, ale milicja nikogo tam nie zastała. Telefony nie działały. - Uznałem, że się zaczęło. Byłem przekonany, że to początek inwazji radzieckiej poprzedzonej akcją naszej bezpieki. Pożegnałem się z żoną, wsiadłem w malucha i postanowiłem ostrzec przed aresztowaniami innych. Po raz pierwszy tej nocy minąłem się z esbekami. Przyszli kilka minut po moim wyjeździe. Schowali łom w pokoju dziecka, usiedli, przepraszająco puszczali oko do żony i czekali, aż wrócę - opowiada.

0.45

Milicjanci wyciągają z mieszkań kolejnych działaczy opozycji. Adama Michnika łapią na ulicy przed domem. Michnik się broni. Milicjanci dotkliwie go biją. Zakrwawionego przewożą do komisariatu przy ul. Wilczej.

0.46

Tomasz Jastrun dociera do domu swego przyjaciela i działacza "Solidarności" - Japończyka Joshiho Umeda, męża japonistki Agnieszki Żuławskiej. Umeda pracował w komisji zagranicznej regionu Mazowsze. W mieszkaniu w najlepsze trwała prywatka urodzinowa. Moc ludzi. Wszyscy zawiani. - Krzyczę, że zaczęła się inwazja. Patrzą na mnie jak nieprzytomni. Mam wrażenie, że uczestniczę w scenie "Wesela" Wyspiańskiego. Udało mi się nieco dobudzić Joshiho. Odnalazł notes. Potrzebowałem adresów, by ostrzegać innych. Nic z tego, w notesie były tylko numery telefonów - teraz nieprzydatne. - relacjonuje Tomasz Jastrun. Pojechał do Wiktora Woroszylskiego, ale on został już wcześniej ostrzeżony. Internowano go dzień później. Potem Jastrun zamierzał pobudzić księży. - Myślałem tak: Ja pobudzę księży, księża prymasa, a prymas Pana Boga. Pierwszy był ksiądz Wiesław Niewęgłowski, który mieszkał w wieży przy kościele św. Anny. - Wyszedł zaspany. Spytał, co się dzieje i czy ma założyć sutannę? Powiedziałem, że tak. Zadzwoniliśmy do ówczesnego proboszcza. Był zły, że znowu go budzimy. Powiedział, że już wcześniej byli u niego jacyś młodzi ludzie i powiadomili go o aresztowaniu profesora Szaniawskiego - opowiada Jastrun.

1.00

W Belwederze na nadzwyczajnym posiedzeniu zbiera się Rada Państwa (kolegialny odpowiednik dzisiejszego Prezydenta RP) z Henrykiem Jabłońskim na czele. Gospodarzami są tu jednak oficerowie z powołanej właśnie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON). Domagają się od Rady Państwa podpisania dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego. Podpisy składają wszyscy poza Ryszardem Reiffem, przewodniczącym prorządowego katolickiego stowarzyszenia PAX. Za odmowę zostanie on potem usunięty z Rady Państwa.

2.00

Do mieszkania prezydenta Warszawy Jerzego Majewskiego przy ul. Madalińskiego dzwoni linią rządową dyżurny z ratusza. Informuje, że w mieście nie działają telefony. - Co mi pan zawraca głowę - mówi Majewski i każe dzwonić w tej sprawie do komendy milicji. - Dzwoniłem i tam powiedzieli, że tak właśnie ma być! - słyszy w słuchawce. - Wtedy kazałem natychmiast przysłać samochód i pojechałem do urzędu na placu Dzierżyńskiego. Czekałem na dalszy rozwój wypadków - opowiada były prezydent miasta.

2.30

Witold i Helena Łuczywo, w chwili gdy na Mokotowskiej zmieniały się patrole milicyjne, opuścili mieszkanie dozorcy domu na osiedlu Latawiec i dotarli na plac Zbawiciela. Tam zebrało się już wielu ludzi. - W tłumie wypatrzyliśmy m.in. matkę Darka Kupieckiego, która nam powiedziała o internowaniach i Pawła Śpiewaka. Paweł nas ukrył, zawożąc do mieszkania znajomego - wspomina Witold Łuczywo. - Intensywnie szukaliśmy dla nich jakiegoś schronienia. Miałem kolegę przy placu Unii Lubelskiej. Ale on akurat tę noc spędzał z dziewczyną i nie bardzo chciał otworzyć drzwi. W końcu pogodził się z tym, że stan wojenny wkroczył mu wprost do łóżka - śmieje się Paweł Śpiewak, socjolog.

3.00

Około 3 Kalina Zielińska wraz z żoną Zbigniewa Bujaka docierają do fabryki w Ursusie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Regionu Mazowsze, gdy zaczęło się coś dziać, docierają do najbliższego wielkiego zakładu, w którym istnieją silne struktury "Solidarności". Zakład jest otoczony przez milicję i ZOMO, ale można wejść do środka. Jest sobota, tak więc w środku znajduje się stosunkowo niewiele osób.

3.50

Po wyjściu z kościoła św. Anny Tomasz Jastrun na Placu Zamkowym przy kolumnie Zygmunta widzi kłębiącą się kolejkę oczekujących na taksówkę. Zamierza przemówić do ludu. Ostrzec go przez inwazją. Podjeżdza pod kolumnę, wysiada z malucha i zaczyna mówić. - Patrzy na mnie pijany tłum. Sądzą, że wożę ludzi na łebka. Przepychają się w moją stronę. Nikt nie słucha tego, co mówię. Każdy chce jechać. Wsiadam do samochodu i uciekam. Ktoś się czepia jadącego auta - opowiada Jastrun.

4.00

Pierwsi internowani przywożeni są do więzienia w Białołęce. Czeka tu na nich pusty blok. - Do Białołęki wieźli nas budą. Z nami w samochodzie siedzieli uczestnicy Kongresu Kultury Polskiej - wspomina Konrad Bieliński. W więzieniu czekało już na internowanych całe piętro kilkukondygnacyjnego budynku. Zamykali ich w kilkuosobowych celach. Piętro niżej siedzieli więźniowie kryminalni. - Ci z dołu krzyczeli do nas przez okna, skąd jesteśmy. Mówimy, że z "Solidarności". - OK, to i was zamknęli? - wołają kryminalni ze zrozumieniem i zdradzają, że puste cele czekały już od lata - opowiada Bieliński. Po kilkudziesięciu godzinach więźniowie przeniesieni zostali do parterowych baraków w drugiej części więzienia. - Przeprowadzali nas nocą w świetle reflektorów w szpalerze między uzbrojonymi zomowcami. Mieli hełmy, tarcze i trzymali ujadające psy. Starsi byli poważnie przestraszeni. Sądzili, że idą na śmierć - mówi Bieliński.

5.00

W mieście ruszają tramwaje. Jedynie pociągi odchodzące z Dworca Centralnego mają ogromne opóźnienia.

5.50

- W fabryce w Ursusie (otoczonej przez ZOMO) podejmujemy decyzję o konieczności powiadomienia o sytuacji działaczy "Solidarności". Mam kartoniki z ich adresami - opowiada Kalina Zielińska. Jest w fabryce razem z ojcem. Poucza ją, by wychodząc, udawała zwykłą robotnicę kończącą nocną zmianę. - Nie wolno mi się oglądać. Idę z kolega dziarskim krokiem, ale za sobą słyszę, że zatrzymują mojego ojca, który wyglądem nie pasował im na robotnika. Odwracam się i milicja natychmiast rzuca się na nas. Kolega ucieka, mnie się nie udaje. Wsadzają nas do budy. Tam już było kilka osób. Później przyprowadzono do niej grupę młodych ludzi - działaczy NZS-u. Byli wśród nich Marcin Geremek i Piotr Niemczycki - wspomina. Geremek krzyczy do milicjantów, że ich zatrzymanie jest bezprawne, bo stanu wojennego nie ma w konstytucji. Kapitan milicji ucina rozmowę: - Jak nie ma, to będzie! - Siedząc w samochodzie, myślałam, jak pozbyć się kartoników z adresami, które schowałam w majtki. Po piętnastu minutach dyskusji wyprowadzono mnie pod pepeszą na portiernię. Milicjant chce wejść za mną do toalety. Krzyczę na niego i wypycham go. Zamykam drzwi. Drę kartoniki na kawałki i spuszczam z wodą. - opowiada Kalina Zielińska.

6.00

W radiu słychać głos spikera: "Tu Polskie Radio Warszawa. Mamy dziś niedzielę, 13 grudnia 1981 r. Rozpoczyna się szczególny dzień w historii naszego państwa i naszego narodu. Za chwilę przed mikrofonami Polskiego Radia przemówi generał armii Wojciech Jaruzelski". Rozlega się hymn państwowy, po nim następuje przemówienie generała informujące o wprowadzeniu stanu wojennego: "Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Zwracam się do was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego. Zwracam się do was w sprawach wagi najwyższej. Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią...". Przemówienie to zostało nagrane jeszcze w nocy w specjalnie w tym celu urządzonym studiu w koszarach w al. Żwirki i Wigury.

6.00

Do gabinetu prezydenta miasta Jerzego Majewskiego wkracza generał Władysław Mróz główny inspektor inspekcji wojskowej. - Oświadcza mi, że jest komisarzem wojskowym Warszawy i kazał przygotować sobie jakiś pokój w urzędzie. Szybko mu go daliśmy - wspomina Majewski. - Nie wiem, jakie wydawał decyzje. Ja normalnie urzędowałem do końca dnia. Był mróz, miasto było zasypane śniegiem. Podlegały mi wszystkie służby miejskie i wydawałem im dyspozycje - opowiada.

6.01

W Warszawie ląduje samolot z internowanym w Gdańsku Lechem Wałęsą. Kilka godzin wcześniej przewodniczący "Solidarności" został wyprowadzony przez milicjantów ze swojego mieszkania w Gdańsku. W Warszawie przetrzymywany jest początkowo w sztabie generalnym. Potem pierwszym miejscem internowania Wałęsy będzie rządowa willa w podwarszawskich Chylicach, skąd 11 maja 1982 r. przewieziony zostanie do Arłamowa.

6.05

Stefan Bratkowski, od sierpnia 1980 r. prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, przebywał w szpitalu rehabilitacyjnym w Konstancinie przy ul Gąsiorowskiego 8. O świcie budzi go żona Roma Bratkowska, która omijając patrole milicyjne, dotarła samochodem z Warszawy. - Mówi, że ogłoszono stan wojenny i muszę się szybko zbierać. Ilekroć leżałem w tym szpitalu, umieszczano mnie w dwuosobowej salce z tym samym pacjentem. Nawet się zaprzyjaźniliśmy. Gdy już schodziłem ubrany, on natychmiast pobiegł do telefonu. Nie wiedział, że połączenia telefoniczne wyłączyli - opowiada Bratkowski.

Powrót do Warszawy nie był łatwy. Bratkowscy jechali dwoma samochodami. Na przedzie lekarka pogotowia Aniela Zmysłowska w białym kitlu. Za nią maluchem Bratkowscy. - Samochód prowadziła żona. Ja byłem okutany w koc i udawałem babinę ze wsi. Tak dotarli na Wawrzyszew do mieszkania sekretarz podstawowej organizacji partyjnej (POP) Pogotowia Ratunkowego. - Właścicielka mieszkania, póki się u niej ukrywałem, nie mogła oddać legitymacji partyjnej. Zrobiła to po moim wyprowadzeniu się. Potem przez pół roku ukrywałem się jeszcze w siedmiu innych mieszkaniach - wspomina Bratkowski.

6.30

W centrum Warszawy na narożnikach ulic stają wojskowe transportery opancerzone. Na Nowym Świecie w sąsiedztwie Domu Partii zmarznięci żołnierze tupią nogami z zimna, chowają się początkowo w bramach kamienic. Jakiś czas później zajmują pozycje na rogach ulic i dowożą im koksowniki.

7.45

O ósmej rano w kościele na Kamionku przy Grochowskiej ma się odbyć uroczysta msza w dniu święta Barw Szczepu 22 Warszawskiej Drużyny Harcerzy. Pod kościołem zebrało się kilkadziesiąt harcerzy i harcerek w pełnym umundurowaniu. - Mszę miał jak co roku celebrować nasz ulubiony biskup Zbigniew Kraszewski - opowiada Agnieszka Jurczak, dziś redaktorka "Gazety". - Kiedy się tam pojawiłam, pod kościołem stała już ciężarówka z zomowcami, którzy próbowali ustalić, co się dzieje. A my byliśmy kompletnie nieświadomi wprowadzenia stanu wojennego, przyszliśmy po prostu na uroczystą mszę. Miałam wtedy 11 lat i muszę przyznać, byłam przerażona. Po negocjacjach msza się w końcu odbyła, ale ZOMO nie pozwoliło nam utworzyć galowych szpalerów. Kazali nam rozproszyć się po kościele, a po mszy szybko się rozejść - opowiada.

8.50

Pod Teatr Dramatyczny zaczęli się schodzić uczestnicy obradującego tu od dwóch dni Kongresu Kultury. W niedzielę 13 grudnia obrady transmitowane przez telewizję o godz. 9.30 otwierać miał Gustaw Holoubek. Niektórzy uczestnicy kongresu pod socrealistyczną kolumnadą teatru dowiadywali się o ogłoszeniu stanu wojennego. Drzwi były zamknięte. Nikt niczego nie potrafił powiedzieć, a na szybie wisiała niepozorna kartka zapisana niebieskim flamastrem. "Na mocy decyzji prezydenta m.st. Warszawy Kongres Kultury Polskiej został rozwiązany". - To nie ja podejmowałem tę decyzję. Takimi sprawami zajmowali się inni - broni się ówczesny prezydent Jerzy Majewski. Po jakimś czasie przed wejściem pojawia się wybitny historyk sztuki profesor Jan Białostocki. Przynosi zapewnienie ministra kultury Józefa Tejchmy, że kongres nie został rozwiązany, a jedynie zawieszony. Do kartki podchodzi wówczas reżyser, krytyk teatralny i dramaturg Andrzej Jarecki. Przekreśla słowo "rozwiązany" i pisze "zawieszony"

9.00

Do kościoła Wszystkich Świętych, kilkaset metrów od Teatru Dramatycznego, na mszę dla uczestników Kongresu przyszły żony internowanych nocą intelektualistów: Zofia Bartoszewska, Hanna Jedlicka, Anna Szaniawska, Ewa Szczypiorska. Spod zamkniętego teatru dotarł tu także Artur Międzyrzecki, prezes Pen Clubu. Nabożeństwo celebrowali księża Zenon Modzelewski i prof. Janusz Pasierb.

"Ta niema scena w zimowym świetle ma w sobie coś z atmosfery Grottgera - zanotował później w dzienniku Międzyrzecki. - Nieruchomy dwuszereg kleryków w głębi, na prawo żony aresztowanych obrócone ku widocznemu przez drzwi ołtarzowi, pośrodku zamyślony [Andrzej] Łapicki, na lewo nad pulpitem kościelnej ławki siedzący na niej [Aleksander] Gieysztor pisze komunikat o zawieszeniu kongresu i zatrzymaniu czterech pisarzy" (13 grudnia 1981)." - czytamy w książce "Lawina i kamienie" Anny Bikont i Joanny Szczęsnej

9.15

Od rana przed siedzibą Regionu Mazowsze "Solidarności" na Mokotowskiej gromadzi się tłum. Widać dziennikarzy i kamery kilku zachodnich stacji telewizyjnych. Ludzie podają sobie z rąk do rąk ulotki informujące o nocnym wkroczeniu sił ZOMO do budynku i zatrzymaniu działaczy "Solidarności" oraz wzywające do rozpoczęcia strajku generalnego. - Wraz z córeczką powróciłem pod siedzibę Mazowsza. Ludzie wynosili to wszystko, czego nie zniszczyli i nie zarekwirowali milicjanci. Papier, urządzenia drukarskie - wspomina Paweł Śpiewak. - Udało się wówczas wynieść składopis, który potem służył wydawcom podziemnego tygodnika "Mazowsze" - mówi Tadeusz Ruzikowski.

9.15

Kazimierz Kaczor stał przed bramą telewizji od strony ul. Samochodowej. Za chwilę miał się rozpocząć kolejny dzień zdjęciowy do serialu "Alternatywy 4". Ale zdjęcia były odwołane.

- To wtedy usłyszałem o stanie wojennym. Zaraz też postanowiłem jechać na Mokotowską do siedziby "Solidarności" regionu Mazowsze, by zobaczyć, co się dzieje z kolegami - wspomina aktor.

9.30

- Na Mokotowskiej znalazłem się przed dziesiątą. To był piękny, słoneczny dzień. Cała zachodnia pierzeja ulicy zalana była światłem. Odbijało się ono od dużych pryzm śniegu - opowiada Tomasz Gutry, który tego dnia nie rozstawał się z aparatem fotograficznym. Na jego zdjęciach widzimy tłum przed budynkiem "Solidarności". Kobiety ubrane w modne kożuchy i kozaczki. W oddali widoczne siły milicyjne.

- Gdy robiłem zdjęcia, na Mokotowską pojechało ZOMO. Stanęli w pewnej odległości. Zablokowali wylot Mokotowskiej od placu Zbawiciela. Około trzydziestu milicjantów z tarczami. Za nimi stały dwie szaro-niebieskie nyski milicyjne nazywane popularnie "sukami"- wspomina. W ciągu dnia zomowcy trzykrotnie rozpraszają tłum na Mokotowskiej. Znikają, by po jakimś czasie pojawić się ponownie.

9.45

Spod telewizji Kazimierz Kaczor pojechał pod siedzibę regionu Mazowsze na Mokotowską. - W środku zastałem Stanisława Rusinka, nieinternowanego dotąd członka zarządu regionu Mazowsze. Pod jego wodzą postanowiliśmy powielić ulotkę z Ursusa, która do nas dotarła. Informowała o wydarzeniach w kraju. W budynku wciąż stały powielacze. Milicjanci plądrujący i rewidujący budynek nie dali rady ich wywieźć. Próbowali je jednak zdewastować - opowiada Kazimierz Kaczor. Ulotki nie udało się jednak wydrukować.

Około 10 na Mokotowską wróciło ZOMO. Stali szpalerem u wylotu ulicy przy placu Zbawiciela. - Zdołaliśmy jedynie odczytać treść ulotki ludziom gromadzącym się na ulicy i natychmiast zabraliśmy się za demontowanie i wynoszenie powielaczy, maszyn poligraficznych i wszystkiego, co mogłoby się przydać. Zabieraliśmy je tylnym wejściem od Natolińskiej i dalej bocznymi uliczkami do kościoła Zbawiciela - wspomina aktor. Gdy dźwigał jakieś urządzenie, natknął się na dwuosobowy patrol milicji.

- Milicjant uniósł pałkę do góry. Krzyknąłem: "Co? Kurasia bijesz?". On nawet nie patrzył na mnie. Od niechcenia, dla zasady uderzył mnie pałką - wspomina aktor i mówi, że historia urosła do rozmiarów anegdoty. - Koledzy opowiadali że na okrzyk "Kurasia bijesz" zomowiec mi zasalutował - śmieje się aktor. Dodajmy jeszcze, że w postać Leona Kurasia Kazimierz Kaczor wcielił się w popularnym serialu "Polskie drogi". Akcja wynoszenia sprzętu powiodła się.

10.00

Do biura Associated Press przy Koszykowej 68 dotarł pracujący dla agencji fotograf Czarek Sokołowski. Zachodnie agencje skupione były w budynku Agromy tuż przy rogu Emilii Plater. - Zabrałem aparat i wraz z fotografem "New York Timesa" Josefem Czarneckim ruszyliśmy na miasto. Fotografowaliśmy to, co działo się na ulicy przez szybę samochodu - opowiada i dodaje, że nie czuł wtedy jakiegoś wielkiego strachu. - To, że jest stan wojenny, w gruncie rzeczy jeszcze do mnie nie docierało.

Następnego dnia, w poniedziałek, o 8 rano musiał oddać sprzęt fotograficzny. - Nasz szef Tom Neter zabrał mi aparat i zamknął go do metalowej szafy. Powiedział, że dostanę go z powrotem, gdy agencja otrzyma oficjalne zezwolenie na pracę. Chodziło o bezpieczeństwo, nasze i dziennikarzy. Sama Agencja nadal działała, a aparat otrzymałem dopiero 11 stycznia 1982 r. - mówi Sokołowski

11.45

Przed katedrą św. Jana zbiera się coraz więcej ludzi. Przychodzą na południową mszę. Przed kościołem przechodniom wręczane są ulotki nawołujące do strajku.

12.00

Telewizja Polska po raz pierwszy nadaje przemówienie Jaruzelskiego. Potem Miron Białoszewski w rozmowie z Tadeuszem Sobolewskim będzie zastanawiał się, czy generał nie jest aby sztuczny: "Ta sztywność korpusu i rąk".

13.00

Na Żoliborzu tłum wiernych przed kościołem św. Stanisława Kostki. Po mszy św. spod świątyni do sąsiedniego kościoła Dzieciątka Jezus przy ul. Czarnieckiego wyrusza (wcześniej już przygotowana) procesja z kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, który nawiedzał warszawskie parafie. W procesji idą m.in. ks. proboszcz Teofil Bogucki i ks. Jerzy Popiełuszko.

- Do końca nie było wiadomo, czy procesja w ogóle się odbędzie. Był przecież pierwszy dzień stanu wojennego. Ale ksiądz Bogucki zdecydował, że planów nie zmieniali. Za to sąsiednia parafia, do której odprowadzaliśmy obraz, widocznie się przestraszyła, bo zrezygnowała z przystrojenia placu Inwalidów - przypomina sobie ks. Czesław Banaszkiewicz, uczestnik tamtej procesji. To przejście z obrazem utrwalił na zdjęciach Chris Niedenthal.

16.00

Delegacja intelektualistów - Aleksander Gieysztor, Jan Józef Szczepański, Andrzej Wajda i Jerzy Puciata - udaje się do gmachu KC PZPR, by upomnieć się o aresztowanych ludzi kultury. Spotykają się z ministrem Kultury Józefem Tejchmą.

19.25

Oddział ZOMO przystępuje do ostatecznego ataku na siedzibę Regionu "Solidarności" przy Mokotowskiej. Przerywają blokadę i ponownie zajmują budynek. Wyprowadzają z niego osiem osób, które się tam zabarykadowały. Wydarzenie to w charakterystyczny sposób relacjonuje nazajutrz "Trybuna Ludu", obok "Żołnierza wolności" jedyna gazeta, jaka ukazuje się w pierwszych dniach stanu wojennego: "200-osobowe grupy agresywnie zachowującej się młodzieży pod adresem blokującego ulicę oddziału ZOMO rzucały obraźliwe okrzyki. Zachowując dużą powściągliwość, po kilkakrotnych wezwaniach - w imieniu prawa - do rozejścia się siły porządkowe kilkakrotnie rozproszyły zbiegowisko."

19.30

Kościół jezuitów przy Świętojańskiej na Starym Mieście nie jest stanie pomieścić wszystkich, którzy chcą wysłuchać kazania prymasa ks. Józefa Glempa, który wrócił ze spotkania z młodzieżą w Częstochowie. Ludzie stoją na ulicy. (...) "Władza przestaje być władzą dialogu z obywatelem, a przynajmniej w większości przestaje być taką władzą, a staje się władzą wyposażoną w środki doraźnego przymusu i wymaga posłuszeństwa. Sprzeciwianie się postanowieniom władzy w stanie wojennym może wywołać gwałtowne wymuszenie posłuszeństwa aż do rozlewu krwi włącznie, ponieważ władza dysponuje siłą zbrojną. Możemy się oburzać, krzyczeć na niesprawiedliwość takiego stanu, protestować przeciw naruszaniu praw obywatelskich, praw człowieka i tak dalej. Może to jednak nie przynieść spodziewanego rezultatu" (...) - mówi prymas, apelując o spokój, by nie doszło do rozlewu krwi. Słowa głowy polskiego Kościoła dla wielu osób są druzgocące. Oznaczają pogodzenie się prymasa ze stanem wojennym. Niektórzy wychodzą z nabożeństwa. Wierni śpiewają chorał: "Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny." Władze homilię kilkakrotnie nadają przez radio.

Ostatnia misja Kalksteina

Adam Zadworny
2009-12-12, ostatnia aktualizacja 2009-12-11 19:49

Bohater wywiadu AK, agent gestapo, pisarz, esesman, pijak i mitoman, uwodziciel, kapuś bezpieki. Ludwik Kalkstein nie umarł - jak sądzono - w latach 80. w Paryżu. Jeszcze w latach 90. prowadził bibliotekę w Monachium

Ludwik Kalkstein
Fot. ARCHIWUM PRYWATNE
Ludwik Kalkstein
Ludwik Kalkstein jako Edward Ciesielski w Wigilię 1986 r. w Monachium z żoną Teresą
Ludwik Kalkstein jako Edward Ciesielski w Wigilię 1986 r. w Monachium z żoną...
18-letni Ludwik Kalkstein w 1938 r. w Rabce z kuzynką Hanną Bylińską, późniejszą
Fot. Sebastian Wołosz/ AG
18-letni Ludwik Kalkstein w 1938 r. w Rabce z kuzynką Hanną Bylińską...
ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
Losy Kalksteina od lat próbują odtworzyć historycy, dziennikarze i służby specjalne. Trop urywa się w listopadzie 1981 r., kiedy to - jako Ludwik Ciesielski, to jego 16. nazwisko - wyjeżdża z PRL.

Prywatne śledztwo Kiszczaka
Umarł w Paryżu w latach 80. - taka wiadomość dotarła do jego warszawskiej rodziny. Nikt jednak nie odnalazł grobu. Szczeciński IPN, który w 2007 r. umorzył pięcioletnie śledztwo w sprawie śmierci Grota, ustalił tylko przedostatni polski adres Kalksteina. IPN liczył, że Kalkstein mógł znać niewyjaśnione do dzisiaj okoliczności śmierci gen. Grota straconego w 1944 r. w Sachsenchausen.

Z akt IPN wynika, że w 1986 r. poszukiwała go SB na zlecenie samego gen. Czesława Kiszczaka.

- To było moje prywatne śledztwo - mówił mi w ub.r. Kiszczak, który zawsze interesował się wpadką Grota. - Nie odnaleźliśmy go.

Dwa tygodnie temu historyk Andrzej Kunert ujawnił, że w połowie lat 90. Kiszczak przekazał mu dokumenty w sprawie aresztowania Grota otrzymane w latach 80. od Stasi.

O tym, że Kalkstein miał wtedy nowe życie, dowiedziałem się od Witolda Pronobisa, byłego dziennikarza Radia Wolna Europa mieszkającego dziś w Berlinie. Pronobis jest krewnym Grota ze strony matki i od lat interesował się losami zdrajców.

- Zainteresowałem się bibliotekarzem Ciesielskim, bo doszły do mnie słuchy, że ma kompromitującą wiedzę na temat PPR z czasów okupacji - wspomina Pronobis. - Opowiadał, że dlatego był w PRL prześladowany. Pojechałem do niego do domu. Nie zapomnę tego spotkania. Rozmawiał ze mną z zamkniętymi oczami. Gdy powiedziałem, że pracuję dla RWE, odrzekł, że "nie będzie mówił do tej szczekaczki", i otworzył oczy - wtedy rozpoznałem Kalksteina. Nakłaniałem go do zwierzeń. Ale on mówił tylko o Petzelcie [zwerbowany przez wywiad AK szef kancelarii niemieckiej II Floty Powietrznej], że podstawiali mu dziewczynki. Powiedział, że ma wszystko spisane, wskazując teczkę. Dodał, że nas [Wolną Europę] też rozgryzł. Znów zamknął oczy, zaczął miarowo oddychać i zasnął. Wtedy zabrałem mu zdjęcie i teczkę. Niedługo potem dowiedziałem się, że zmarł, więc przestałem się nim interesować.

Ciesielski jednak nie umarł. Po rozpoznaniu przez Pronobisa nie wychodził z domu. Jego żona Teresa Ciesielska mówiła, że nie żyje.

Urodzony 13 marca 1920 r. w Warszawie Ludwik Kalkstein-Stoliński nie pierwszy raz sfingował swoją śmierć. Jako porucznik "Hanka" w Armii Krajowej kierował znaną z brawurowych akcji grupą wywiadowczą "H", która wykradła z kasy pancernej na Okęciu plan sytuacyjny lądowisk w okupowanej Europie - m.in. za to dostał Krzyż Walecznych.

Razem z nim odznaczona została Blanka Kaczorowska "Sroka" - piękna dziewczyna, która dzięki służbowemu romansowi wykradła plany mobilizacyjne Hamburga. Zostali kochankami.

Kalkstein wpadł w kocioł gestapo w Warszawie w kwietniu 1942 r. Załamał się po kilku miesiącach śledztwa, kiedy Niemcy aresztowali jego rodziców. Wtedy gestapo rozpuściło plotkę o jego rozstrzelaniu. Jako Paul Henchel, agent gestapo 97, wciągnął do zdrady Blankę, mówiąc jej, że w gestapo jest Wallenrodem (wzięli ślub), a także szwagra - b. oficera kontrwywiadu Eugeniusza Świerczewskiego "Gensa" (jego żona, siostra Kalksteina, była zakładnikiem gestapo). Razem wsypali wielu pracowników wywiadu AK, których czekały tortury i śmierć.

Ich głównym zadaniem było dotarcie do gen. Stefana Grota-Roweckiego. Według ustaleń kontrwywiadu AK i historyków to Świerczewski 30 czerwca 1943 r. rozpoznał generała na ulicy. 25 marca 1944 r. podziemny sąd skazał trójkę zdrajców na karę śmierci. Blanka miała zginąć na ulicy, ale żołnierze AK schowali broń, widząc jej ciężarny brzuch. W czerwcu 1944 r. Świerczewski został powieszony przez AK w piwnicy przy ul. Krochmalnej.

Ścigany przez AK Kalkstein ukrywał się, w końcu został esesmanem jako Konrad Stark. Chodził w mundurze, ale nie brał udziału w żadnych działaniach zbrojnych. Po wojnie uciekł na Ziemie Odzyskane.

W 1991 r. Pronobis głęboko schował ukradzioną Kalksteinowi teczkę, w której były nazwiska 60 członków polskiego wywiadu, którzy - według Kalksteina - współpracowali z gestapo. Bo w to nie wierzy.

Ciesielski pieścił książki

3 czerwca 1945 r. władze amerykańskie przeniosły 5 tys. Polaków z obozu koncentracyjnego w Dachau do dawnych koszar wojskowych na Freimannie w Monachium. Wśród nich było 450 księży. Tak zaczyna się historia Polskiej Misji Katolickiej, która w pierwszej połowie lat 80. stała się prężnym ośrodkiem polonijnym i punktem kontaktowym dla solidarnościowych uciekinierów zaczynających nowe życie na Zachodzie.

Właśnie wtedy do Misji zgłosił się Ciesielski. Dziś w Misji nie ma już osób, które go pamiętają. Ale w jej biurze przy Hessstrasse dostaję namiary na ojca Galińskiego, który pracował w Misji w latach 80.

- Ujął mnie miłością do książek - wspomina o. Galiński mieszkający dziś w górskim miasteczku Marktschellenberg. - Pieścił je, znał się na literaturze. Nie chciał za swoją pracę pieniędzy, co nie było typowe.

Kalkstein po wojnie i rozstaniu z Blanką, zmieniając nazwiska, został nauczycielem historii w szkole podstawowej i kierownikiem spółdzielni rybackiej na Wybrzeżu. W 1946 r. przyjechał do Szczecina, gdzie jako Wojciech Świerkiewicz zrobił karierę dziennikarza i pisarza marynisty. Jego powieść "Kapitan Sydney, jeden z wielu" wydana przez Czytelnika uchodziła za autobiograficzną. Świerkiewicz opowiadał, że w czasie wojny pływał w alianckich konwojach, a także że prawa do jego autobiograficznego scenariusza kupił Hollywood. Do ZLP przyjął go Jerzy Andrzejewski.

W 1953 r. były żołnierz AK rozpoznał Kalksteina na szczecińskiej ulicy. 20 sierpnia 1953 r. zatrzymało go UB. W jego domu ubecy znaleźli podpisaną umowę na scenariusz filmowy o walce wywiadów. Warszawski sąd skazał Kalksteina na karę śmierci, którą kolejne amnestie zamieniły na 15 lat więzienia (aresztowana osiem miesięcy wcześniej w Warszawie Blanka dostała 12 lat, ale sąd zwolnił ją warunkowo w 1958 r.). Kalkstein siedział w Strzelcach Opolskich, gdzie prowadził radiowęzeł i pracował w introligatorni.

Ze strony internetowej Polskiej Misji Katolickiej: "Edward Ciesielski służył czytelnikom nie tylko poradą w wyborze lektury, lecz również nauczył się introligatorstwa i ratował wartościowe wydania".

Inteligencja świń

O. Galiński opowiedział mi o nietypowym hobby Ciesielskiego. - Pasjonował się inteligencją świń - wspomina zakonnik. - Przeprowadzał jakieś naukowe badania, prowadził zapiski.

Kalkstein hodował świnie w latach 70. Po przedterminowym zwolnieniu z więzienia w 1965 r. zaczął używać drugiego członu swojego nazwiska - Stoliński (z akt bezpieki wynika, że zarówno on, jak i Blanka Kaczorowska współpracowali z SB w więzieniu; ona także później). Chciał pisać, ale środowisko literackie odwróciło się od niego. Szukał bezpiecznej przystani, w czym pomagało mu powodzenie u kobiet. W latach 70. związał się z zamożną córką badylarza Teresą Ciesielską. Prowadzili najpierw kurzą fermę w Mysiadle, ale po rozpoznaniu przez dawnego żołnierza NSZ sprzedali majątek i przenieśli się do wsi Utrata pod Jarocinem. Założyli fermę świń. Tam odnalazł go żołnierz z grupy "H" Marian Karczewski, autor książki "Czy można zapomnieć" wydanej w latach 60. przez PAX. Namawiał do zwierzeń, bezskutecznie. W 1979 r. Kalkstein wziął ślub z Ciesielską i przyjął jej nazwisko. W listopadzie 1981 r. samotnie wyjechał do Francji. Tam ślad się urywa.

W Misji dowiedziałem się, że Teresa Ciesielska żyje w Monachium. Odnalazłem jej nazwisko w książce telefonicznej. Odebrała po siódmym dzwonku.

- Chciałbym się z panią spotkać i porozmawiać o pani mężu.

- O którym?

- O Ludwiku Kalksteinie.

- Nie spotkam się z panem. A on nazywał się Edward Ciesielski. Zmarł w 1994 r.

- Niektórzy myśleli, że w latach 80., a później w 1991 r.

- W 1994 r. zmarł naprawdę. Na raka. Nie chcę już wracać do przeszłości, zbyt wiele przeszłam. Mam już 85 lat.

- Proszę mi chociaż powiedzieć, jak to było z waszym wyjazdem na Zachód.

- Mąż chciał wyjechać z PRL, ale z jego prawdziwym nazwiskiem nie miał szans na paszport. Dlatego przyjął moje [pani Teresa z przyzwyczajenia zwracała się do Ludwika imieniem poprzedniego męża; Kalkstein zmienił więc również imię i stał się Edwardem]. Tak ich zmylił. Pojechał sam.

- Dlaczego wyjechał do Monachium?

- Nie wiem. Ja przyjechałam do niego dopiero w 1985 r. Mąż zajmował się książkami. Początkowo były w workach, a on zrobił z tego bibliotekę. Cierpiał, męczyły go wspomnienia. Mnie ta rozmowa też męczy.

- Pozostawił jakieś dokumenty, zapiski?

- Nic.

Wolałaby nie mówić

Kiedy ujawniłem o. Galińskiemu, że Ciesielski to Kalkstein, był zdziwiony, ale tylko trochę. - Czuło się, że skrywa tajemnicę - mówi. - Jeśli skierowała go do nas SB, to ma sens: wiele osób z Misji współpracowało z RWE, inni wspierali podziemie w Polsce. Ale może on, pracując za darmo, chciał odkupić grzechy?

Pronobis jest pewien, że Kalkstein w Monachium pracował dla SB: - We Francji żyje jego syn, a on jedzie do Monachium i oferując darmową pracę, wkręca się do "ośrodka dywersyjnego". Kto więc mu płaci? Ciekawe, że nigdy nie wystąpił o obywatelstwo RFN. Jako były folksdojcz i esesman dostałby je od ręki. No, ale wtedy wydałoby się, kim jest.

Dzwonię do Kiszczaka.

- Kalkstein w Monachium?! - dziwi się generał. - Nic o tym nie wiedziałem.

- Może był tam wtyczką bezpieki?

- To mógłby zrobić tylko nasz wywiad - mówi generał po chwili milczenia. - Ale ja na pewno bym o tym wiedział. A nic nie wiem.

Kiszczak przekonuje, że Kalkstein był agentem SB tylko w więzieniu, czyli do 1965 r. "Później był nieprzydatny". Jednak w aktach IPN odnalazłem dokument szczecińskiej SB z 18 lutego 1968 r. Porucznik SB Baran w tajnym raporcie do MSW opisuje odwiedziny byłego agenta gestapo: "Ponieważ nazwisko Kalkstein uniemożliwia mu normalne życie, chce wystąpić o zmianę i prosi o pomoc w tym względzie SB. Daje przy tym do zrozumienia, że chętnie dyskutowałby z nami na interesujące nas tematy z jego działalności".

Jeszcze raz dzwonię do Ciesielskiej. Gdy mówię o domniemanej współpracy jej męża z SB, zaczyna się śmiać. Kiedy wspominam, że Kiszczak twierdzi, iż w 1986 r. ich nie odnalazł, pani Teresa śmieje się jeszcze głośniej.

- Z czego żył w Monachium pani mąż?

- Wolałabym o tym nie mówić.

Nie ma grobu

Edward Ciesielski został pochowany 29 października 1994 r. w Monachium. Na pogrzebie był jego syn, który wiosną 1944 r. "uratował" życie swojej matce Blance Kaczorowskiej. Od lat mieszka na Zachodzie, we Francji został architektem.

Blanka Kaczorowska w PRL pracowała m.in. w centrali handlu zagranicznego. W 1975 r. wyjechała do Francji, ale z esbeckiej ewidencji znika dopiero w 1978 r. Wtedy właśnie, półnagą znaleźli ją na ulicy francuscy żandarmi. W 1979 r. na skutek "chronicznych stanów depresyjnych" umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym w La Quene en Briet (od 1942 r. męczyły ją nocne koszmary). Była w kilku szpitalach i domach opieki. W 1999 r. syn zabrał ją ze szpitala. Twierdzi, że zmarła w 2004 r., ale nie wyjawi, gdzie jest pochowana.

Według administracji monachijskiego cmentarza w 2005 r. grób Edwarda Ciesielskiego został zlikwidowany, bo nikt za niego nie zapłacił (Ciesielska żyje z pomocy społecznej). Urnę z prochami umieszczono w zbiorowej mogile.

Przed śmiercią Edward Ciesielski zwrócił się do monachijskiego sądu o przywrócenie nazwiska Kalkstein, którego nie używał od 1940 r., kiedy to został wywiadowcą.

Źródło: Gazeta Wyborcza