Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UNIA EUROPEJSKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UNIA EUROPEJSKA. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 grudnia 2009

Traktat lizboński nieopublikowany!

PAP, PH/01.12.2009 08:32

Donald Tusk, fot. PAP/Radek Pietruszka
PAP

Najpóźniej w ciągu kilku dni Traktat z Lizbony zostanie opublikowany w polskim Dzienniku Ustaw - zapowiedział w radiowej Trójce premier Donald Tusk. Nie wykluczył, że być może będzie to nawet kwestia godzin. Od 1 grudnia Traktat Lizboński obowiązuje w całej Unii Europejskiej.
Premier podkreślił, że mimo braku publikacji Traktatu w Dzienniku Ustaw dokument ten obowiązuje także w Polsce. - Traktat Lizboński obowiązuje w całej Unii Europejskiej. Czy jest do praktycznego zastosowania dzisiaj w Polsce, przed opublikowaniem - tak - powiedział Tusk. Przyznał, że niektórzy prawnicy mają co do tego wątpliwości.

- Proszę się nie obawiać, publikacja nastąpi w ciągu najbliższych kilku dni - zapewnił premier. Wyjaśnił, że MSZ przekazał mu wyjaśnienia, że "potrzeba była poprawienia kilku błędów o charakterze czysto formalnym w tekście, który został przesłany przez Włochów, którzy są gospodarzami traktatu".

Premier był też pytany, jak ocenia wybór nowego przewodniczącego Rady Europejskiej i szefowej unijnej dyplomacji (stanowiska te wprowadził Traktat Lizboński). Pod koniec listopada, decyzją przywódców krajów unijnych, nowym "prezydentem" UE został Belg Herman van Rompuy, a wysokim przedstawicielem ds. polityki zagranicznej Brytyjka Catherine Ashton. Media w całej Europie pisały potem, że wybrano szerzej nieznanych, "kompromisowych" kandydatów, bo kraje członkowskie nie potrafiły się porozumieć w sprawie silnego przywództwa.

Tusk ocenił, że krytyczny osąd, jaki pojawił się w mediach polskich i zagranicznych, był "trochę przesadzony".

- Wszyscy zgodzili się co do tego, że w tych pierwszych wyborach po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego Europa przechodzi egzamin. Dlatego wybrano raczej polityków do moderowania, do kompromisu, do szukania ciągłego porozumienia niż do politycznego dyktatu. (...) Szczególnie jeśli chodzi o szefa Rady Europejskiej uważam, że ten wybór był wyborem trafnym. Może nie spektakularnym, może nie imponującym. To nie jest gwiazda mediów, to nie jest postać szeroko znana, ale niezwykle rzetelny człowiek - mówił szef rządu.

Pytany, kim w takim razie będą realnie nowy prezydent UE i szefowa unijnej dyplomacji, odparł, że - tak jak w polityce krajowej - także w tej europejskiej dużo zależy "od osobowości, od chęci, od formatu polityków".

- UE jest tworem delikatnym. W UE integracja o charakterze politycznym, oddawanie władzy w ręce urzędników i polityków europejskich oznacza równocześnie uszczuplanie władzy polityków w państwach narodowych. Ten proces powinien być moim zdaniem ostrożny - ocenił szef rządu.

Pytany o zapowiedzi, jakie padały jeszcze przed listopadowym szczytem UE, że Polska poprze na szefa unijnej dyplomacji kandydata z naszej części Europy Tusk powiedział, że nie pojawił się żaden inny kandydat poza Ashton.

- Myśmy przepytywali rozmaite państwa, liderów nie tylko z regionu, jakie są możliwe aspiracje ze strony tych państw i pojawiały się nieformalnie nazwiska. W sumie na oba stanowiska pojawiło się chyba z trzydziestu kandydatów, ale kiedy przyszło do próby sił to kandydatka została jedna, formalnie zgłoszona. Trudno było oczekiwać od Polski, aby rozpoczęła bardzo ciężką - i bez większych szans na powodzenie - batalię w imieniu kandydatów spoza Polski, którzy w dodatku się nie zgłosili - zaznaczył szef rządu.

piątek, 27 listopada 2009

Poseł zaskarżył Traktat Lizboński; ma 63 podpisy

PAP, PH/27.11.2009 19:44

Antoni Macierewicz, fot. Bartłomiej Zborowski
PAP

Poseł PiS Antoni Macierewicz poinformował, że skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o orzeczenie niezgodności z ustawą zasadniczą Traktatu z Lizbony. Jak dodał, pod wnioskiem podpisało się 61 posłów PiS i dwóch niezrzeszonych.
Autorzy wniosku - jak napisano w jego uzasadnieniu - uważają, że zaskarżone przez nich "unormowania Traktatu z Lizbony oznaczają, że w tym kształcie jest on niezgodny zarówno z zasadą pierwszeństwa konstytucji przed każdym innym unormowaniem prawnym, jak i z zasadą suwerennego i demokratycznego stanowienia o losie RP".

Wnioskodawcy zaskarżają Traktat, uważając, że jego przepisy mogą doprowadzić do sytuacji, że Polska będzie musiała zaakceptować rozstrzygnięcia unijnych organów, nawet jeśli polskie władze nie będą ich akceptować. Taka sytuacja zaś - zdaniem wnioskodawców - godzi w zasadę suwerenności narodu, który bezpośrednio lub przez swoich przedstawicieli, czyli władze, decyduje o sprawach swego państwa. Według autorów wniosku, prawo unijne nie może być nadrzędne nad prawem krajowym.

Zgodnie z Traktatem Lizbońskim od 2014 r. w kwestiach, w których Rada UE podejmuje decyzje kwalifikowaną większością, obowiązywać zacznie system podwójnej większości państw (55 proc.) i obywateli (65 proc.) - jest on mniej korzystny z polskiego punktu widzenia niż obecny system nicejski. Odsunięcie w czasie obowiązywania tej zasady do roku 2014 odbyło się na wniosek Polski.

Do tego czasu będą obowiązywały dotychczasowe, korzystne dla Polski zasady głosowania w Radzie UE, które przewiduje Traktat z Nicei. Jednak - również na wniosek Polski - przez prawie trzy kolejne lata, od 1 listopada 2014 do 31 marca 2017 roku, każdy kraj będzie mógł zażądać powtórnego głosowania w systemie nicejskim i jeśli zbuduje mniejszość blokującą, decyzja nie zapadnie.

Ponadto Traktat znosi zasadę jednomyślności w Radzie (ministrów) UE - czyli jest to zniesienie prawa weta pojedynczych państw - w ponad 40 sprawach - głównie proceduralnych; weto utrzymano jednak w takich kwestiach, jak zmiany w traktatach, poszerzenie UE, polityka zagraniczna i obronna, zabezpieczenie socjalne, podatki i kultura.

- Traktat jest zaskarżony w całości, a w szczególności przepisy Traktatu, które zmieniają regulacje dotychczasowych traktatów pozwalające na głosowanie większością, co skutkuje tym, że Rzeczpospolita może znaleźć się w sytuacji, że nie akceptując danej zmiany ustawowej, będzie musiała ją przyjąć - powiedział Macierewicz.

Wnioskodawcy zaskarżyli art. 1 i 2 Traktatu Lizbońskiego "w tym zakresie, w jakim zmienione przez niego artykuły Traktatu o UE dopuszczają stanowienie przez Radę Unii Europejskiej wbrew stanowisku RP aktów prawnych obowiązujących na terytorium RP lub wiążących ją w stosunkach zewnętrznych".

Według wnioskodawców przepisy te są niezgodne z art. 90 ust 1 i 3 konstytucji. Przewiduje on, że RP może na podstawie umowy międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach oraz, że wyrażenie zgody na ratyfikację takiej umowy może być uchwalone w referendum ogólnokrajowym.

Ponadto, jak podkreślono, przepisy art. 1 i 2 Traktatu są niezgodne z przepisem ustawy zasadniczej, stanowiącym, że konstytucja jest najwyższym prawem RP. "Co w szczególności oznacza niezgodność z wyrażoną w preambule Konstytucji RP zasadą suwerennego i demokratycznego stanowienia Rzeczypospolitej Polskiej o losie Ojczyzny oraz zasadą nadrzędności Konstytucji RP nad wszelkim prawem obowiązującym w RP" - czytamy w uzasadnieniu wniosku.

Posłowie wnoszą także o orzeczenie przez Trybunał, że Deklaracja nr 17 dołączona do aktu końcowego konferencji międzyrządowej, która przyjęła Traktat z Lizbony, jest niezgodna z polską ustawą zasadniczą, gdyż - jak uzasadniał Macierewicz - "stanowi ona o wyższości prawa unijnego nad konstytucją".

Równocześnie wnioskodawcy - na wypadek gdyby TK nie orzekł o niezgodności z konstytucją zaskarżonych przez nich postanowień Traktatu - zwracają się do Trybunału o orzeczenie niezgodności z ustawą zasadniczą art. 1 ustawy o ratyfikacji Traktatu z Lizbony.

- Ustawa zezwoliła na ratyfikację, nie wskazując na konieczność dołączenia do Traktatu ustaw okołotraktatowych, które pozwoliłyby na akceptację (unijnego) ustawodawstwa podejmowanego większością głosów poprzez uprzednie przyjmowanie ustaw sejmowych - powiedział Macierewicz.

W jego opinii, "aby Traktat mógł być uznany za zgodny z konstytucją, musiałyby istnieć ustawy okołotraktatowe, które mówiłyby, że przed rozważaniem przez przedstawiciela Polski wniosku, który jest głosowany większością w Unii Europejskiej, każdorazowo musiałaby być ustawa Sejmu, Senatu lub referendum, dokładnie tak jak jest w Niemczech i Czechach".

W Niemczech w związku z Traktatem Lizbońskim parlament przyjął ustawy kompetencyjne. W myśl ustaw stanowisko parlamentu powinno być podstawą dla działań rządu, ale ten będzie miał możliwość odstąpienia od wytycznych parlamentu w przypadku zaistnienia istotnych powodów.

Bundestag będzie też m.in. wyrażał zgodę w przypadku przeniesienia kompetencji na UE w takich dziedzinach jak prawo karne, polityka obronna, ochrona środowiska, prawo rodzinne w aspekcie transgranicznym czy prawo pracy i sprawy socjalne, a także w przypadku zastosowania tzw. klauzuli elastyczności, która daje UE możliwość podejmowania działań w sferach nieprzewidzianych traktatem.

Macierewicz przyznał, że miał wątpliwości, czy można złożyć wniosek do Trybunału, w sytuacji gdy - jak to jest obecnie - Traktat Z Lizbony nie jest jeszcze opublikowany w polskim Dzienniku Ustaw. - Brałem to pod uwagę. Po opublikowaniu w Dzienniku Ustaw UE takie wątpliwości powinny ustąpić. Czekanie w nieskończoność byłoby nieracjonalne - podkreślił.

Macierewicz zaznaczył, że gdyby wniosek był zakwestionowany ze względów formalnych, złoży go ponownie, po publikacji Traktatu w polskim Dzienniku Ustaw.

W ocenie posła PiS, jeżeli Trybunał nie przychyli się do wniosku, to "popełni samobójstwo", bo pozbawi się kompetencji do orzekania o zgodności unijnego prawa z konstytucją i przyjmie jego wyższość nad polskim ustawodawstwem.

Podobny wniosek do TK ma przygotowany grupa senatorów PiS. Jak powiedział PAP senator Piotr Andrzejewski ze złożeniem wniosku czekają do czasu opublikowania Traktatu z Lizbony w polskim Dzienniku Ustaw.

czwartek, 19 listopada 2009

Nieznani politycy na czele UE

Anna Słojewska 19-11-2009, ostatnia aktualizacja 20-11-2009 03:01

Belg Herman Van Rompuy będzie prezydentem Unii Europejskiej, a Brytyjka Catherine Ashton – ministrem spraw zagranicznych

Od lewej: prezydent UE Herman Van Rompuy, przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso i szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton. Taką „kostkę Rubika” zaprezentował wczoraj na zakończenie spotkania jego gospodarz, premier Szwecji Fredrik Reinfeldt
autor zdjęcia: Yves Herman
źródło: Reuters
Od lewej: prezydent UE Herman Van Rompuy, przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso i szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton. Taką „kostkę Rubika” zaprezentował wczoraj na zakończenie spotkania jego gospodarz, premier Szwecji Fredrik Reinfeldt
Herman Van Rompuy
źródło: AFP
Herman Van Rompuy
Catherine Ashton
źródło: AFP
Catherine Ashton

– Historyczny moment. Europa ma nowe przywództwo – powiedział Fredrik Reinfeldt, szwedzki premier, który przewodzi w tym półroczu UE i prowadził kadrowe negocjacje.

Na najwyższe stanowiska w Unii przywódcy 27 państw wybrali wczoraj mało znanych i mało kontrowersyjnych polityków. Przewodniczącym Rady Europejskiej na dwuipółletnią, odnawialną, kadencję został 62-letni belgijski premier, który stoi na czele rządu zaledwie od roku. Kompletnie nieznany poza granicami, jego nazwisko w światowych mediach pojawiło się dopiero dwa tygodnie temu, gdy stał się nieoczekiwanym kandydatem niemiecko-francuskim.

Jeszcze bardziej zaskakująca jest nominacja Catherine Ashton na stanowisko wysokiego przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej i obronnej, będącego równocześnie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej i kierującego nowo tworzonym korpusem unijnej dyplomacji. Ashton nigdy nie sprawowała urzędu pochodzącego z wyboru i nie ma żadnego doświadczenia w polityce zagranicznej. Przez ostatni rok była unijnym komisarzem ds. handlu. Bronił jej wczoraj Gordon Brown, określając jej osiągnięcia na stanowisku komisarza jako „znakomite”. Również Angela Merkel przekonywała, że Ashton nadaje się do nowej roli.

– Wybór mało ambitny, ale dla Polski bezpieczny – ocenił po szczycie premier Donald Tusk. Ujawnił, że polskim faworytem na nowego prezydenta UE był premier Luksemburga Jean-Claude Juncker, weteran unijnej polityki. Ale, zdaniem Tuska, UE nie jest jeszcze gotowa na mianowanie polityków tego formatu. – Szuka się wariantów, które nie skonfliktują ze sobą państw europejskich. Chyba wszyscy czujemy, że traktat lizboński daje pewną szansę, ale Unia Europejska nie jest jeszcze gotowa, żeby tę szansę wykorzystać – powiedział polski premier.

Unia docenia kobiety

Wybór Ashton to spełnienie postulatu przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka, który jeszcze wczoraj rano apelował o mianowanie kobiety na jedno z wysokich stanowisk. – Byłoby dobrze, gdyby na telefon do Europy odpowiadał kobiecy głos – powiedział Jerzy Buzek, nawiązując do słynnego, przypisywanego Henry Kissingerowi, pytania o numer telefonu do Europy. Teraz na telefon Hillary Clinton odpowie Catherine Ashton. Pytana, czy nie boi się krytyki, że kryterium płci w jej przypadku przesądziło o nominacji, odpowiedziała: – Przez lata fakt bycia mężczyzną odgrywał rolę w polityce. Cieszę się, że zaczyna się doceniać kobiety.

Belgijski premier na czele UE to świadomy wybór przywódców państw. Nowy przewodniczący Rady Europejskiej ma budować konsensus i być raczej koordynatorem niż liderem. Van Rompuy, doświadczony w szukaniu kompromisów na bardzo podzielonej belgijskiej scenie politycznej, jest z tego punktu widzenia idealnym wyborem. Pytany był wczoraj o swoje poglądy na ważne dla Europy sprawy, w tym na przykład rozszerzenie o Turcję, czemu się kilka lat temu wyraźnie sprzeciwiał, argumentując, że muzułmański charakter tego kraju stoi w sprzeczności z chrześcijańską spuścizną Europy. – Mam swoje poglądy, ale to nie ma żadnego znaczenia. Moim zadaniem będzie znalezienie kompromisu między 27 państwami członkowskimi. Jestem zwolennikiem takich negocjacji, w których nie ma przegranych, są tylko zwycięzcy – powiedział Van Rompuy, swobodnie przechodząc między angielskim, francuskim i niderlandzkim. Obiecał, że pozostanie politykiem dyskretnym.

Błyskawiczna decyzja

Wyboru dokonano jednomyślnie i w rekordowo szybkim czasie, na przekór zapowiedziom wielogodzinnego posiedzenia, które miało trwać nawet do piątkowego poranka. Gdy tylko rozpoczęła się kolacja przywódców, do dziennikarzy dotarły nieoficjalne informacje o porozumieniu. Kluczowa była postawa Wielkiej Brytanii, która wcześniej forsowała Tony’ego Blaira na unijnego prezydenta.

Tuż przed rozpoczęciem szczytu w austriackiej ambasadzie spotkali się socjaldemokratyczni premierzy: Austrii, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Portugalii, Węgier, Grecji oraz Słowenii i uzgodnili, że Catherine Ashton jest ich kandydatką na wysokiego przedstawiciela. A to oznaczało wolną drogę do mianowania chadeka Van Rompuya na prezydenta Unii. Według niepisanej zasady na tych dwóch stanowiskach miała być zachowana równowaga między lewicą i prawicą. Dodatkowo udało się uzyskać równowagę między dużymi i małymi krajami.

Sylwetki

Herman Van Rompuy, Przewodniczący Rady Europejskiej

W ojczystej Belgii uchodzi za polityka mało wyrazistego, pozbawionego charyzmy, ale za to skutecznego. Od końca lat 70. aktywnie działał we flamandzkiej partii chadeckiej CD&V. Jako wicepremier i minister finansów wprowadzał Belgię do strefy euro. Został premierem w 2008 roku, po wielu miesiącach bezskutecznych prób sformowania rządu. Dzięki umiejętności znajdowania kompromisu pomógł załagodzić ostry spór między politykami francuskojęzycznej Walonii i niderlandzkojęzycznej Flandrii grożący rozpadem kraju. Belgom imponuje spokojem i filozoficznym podejściem do życia. Jak stwierdził jeden z belgijskich komentatorów, „otwiera usta tylko kiedy musi wziąć oddech”. W wolnych chwilach oddaje się medytacji zen i tworzy poezję haiku. Jest także aktywnym bloggerem.

Van Rompuy urodził się w 1947 roku w Etterbeek. Studiował filozofię i ekonomię na Katolickim Uniwersytecie w Leuven.

Catherine Ashton, Szefowa unijnej dyplomacji

Do wielkiej polityki weszła dopiero w 1999 roku, kiedy została nominowana przez laburzystów do Izby Lordów i otrzymała dożywotni tytuł baronessy Upholland. Została członkiem Tajnej Rady Królewskiej i pełniła różne funkcje w rządzie, ale nigdy nie kierowała żadnym ministerstwem. Musiała być jednak skuteczna, bo premier Gordon Brown mianował ją przewodniczącą Izby Lordów, gdzie miała pilotować rządowe ustawy. Jej zasługą było m.in. przeforsowanie traktatu lizbońskiego. W 2008 roku zastąpiła na stanowisku unijnego komisarza ds. handlu Petera Mandelsona. Błyskawicznie zdobyła sobie uznanie w Brukseli, negocjując trudne umowy handlowe z Chinami, USA, Ameryką Łacińską i Koreą Południową.

Catherine Ashton urodziła się w 1956 roku. Studiowała ekonomię na Uniwersytecie Londyńskim. W młodości aktywnie angażowała się w kampanie antynuklearne.

—lor

-Anna Słojewska z Brukseli

Rzeczpospolita

Herman Van Rompuy został pierwszym prezydentem UE

m, PAP, IAR, AFP, Gazeta.pl
2009-11-19, ostatnia aktualizacja 2009-11-20 00:09
Herman Van Rompuy gratuluje Catherine Ashton
Herman Van Rompuy gratuluje Catherine Ashton
Fot. SEBASTIEN PIRLET REUTERS

Przywódcy Unii Europejskiej bardzo szybko osiągnęli porozumienie. Premier Belgii Herman Van Rompuy został pierwszym stałym przewodniczącym Rady Europejskiej. Natomiast Catherine Ashton - szefową unijnej dyplomacji. - To sukces konsensusu - ocenia Angela Merkel. Z kolei zdaniem Donalda Tuska to wybór mało ambitny, lecz bezpieczny.

Herman Van Rompuy i Catherine Ashton gratulują sobie wyboru na nowe funkcje
Fot. YVES HERMAN REUTERS
Herman Van Rompuy i Catherine Ashton gratulują sobie wyboru na nowe funkcje
Catherine Ashton odbiera gratulacje od Angeli Merkel
Fot. THIERRY ROGE REUTERS
Catherine Ashton odbiera gratulacje od Angeli Merkel
Radość prezydentów - UE i Francji
Fot. THIERRY ROGE REUTERS
Radość prezydentów - UE i Francji
Kompromis na szczycie - ZDJĘCIA>>

- Przeprowadziłem konsultacje z wszystkimi pozostałymi 26 krajami. To jednomyślny wybór - powiedział premier przewodniczącej UE Szwecji Fredrik Reinfeldt. Dziennikarze powitali parę oklaskami. Gratulacje złożył także szef Komisji Europejskiej Jose Barroso.


Nowy prezydent UE zadeklarował, że najpilniejsze problemy, z jakimi musi zmierzyć się teraz UE to zatrudnienie i ochrona środowiska. - Całe moje życie polityczne opierało się na szacunku dla drugiego i zrozumieniu argumentów przeciwnika. Będą tak dalej postępował - zapewnił.

- Europa jest unią wartości i ciąży na niej odpowiedzialność, by odgrywać ważną rolę na świecie - powiedział. Opowiedział się też za kontynuowaniem rozszerzenia UE "w przyszłych latach" o inne kraje, pod warunkiem, że spełnią wymagane kryteria.

Porozumienie zostało osiągnięte zaskakująco szybko. Wcześniej spekulowano, że dziś przywódcom nie uda się osiągnąć konsensusu.

"Przyjazny Polsce", "Bezpieczny"

- To sukces konsensusu - tak wybór prezydenta UE oceniła kanclerz Angela Merkel. - Herman Van Rompuy nie został wybrany na przewodniczącego Rady Europejskiej z braku kandydatów - podkreślił prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Jak przyznał, "były inne rozwiązania, jak np. Tony Blair". Jednak on popierał Van Rompuya, którego określił jako polityka "głęboko europejskiego". - To jest człowiek wyjątkowo zdecydowany, który wie gdzie podąża. Jest doskonałym znawcą polityki europejskiej, człowiekiem wielkich zalet, którego stanowisko zawsze doceniałem - dodał francuski prezydent.

Z kolei premier Donald Tusk ocenił, że wybór belgijskiego premiera Hermana Van Rompuya na przewodniczącego Rady Europejskiej i Brytyjki, unijnej komisarz ds. handlu Catherine Ashton na nową szefową unijnej dyplomacji to wybór mało ambitny, ale dla Polski bezpieczny. Czytaj więcej>>

- Premier Belgii Herman Van Rompuy to polityk życzliwy Polsce - powiedział minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. - Jestem przekonany, że Herman Van Rompuy będzie dobrym prezydentem Unii Europejskiej - powiedział Jerzy Buzek. - Jest on nastawiony na współpracę, potrafi uzgadniać stanowiska. Zadbał o to, by Belgia się nie rozpadła - ocenił w TVN24. Czytaj więcej>>

Był faworytem

Wybór nie jest zaskoczeniem. Już wcześniej mówiło się, że jest on jednym z najpoważniejszych kandydatów>>

Kim jest Herman Van Rompuy? Sylwetka>>

62-letni Van Rompuy to centroprawicowy polityk. Jako szef rządu dał się poznać jako dobry negocjator. Choć kierował rządem zaledwie 10 miesięcy, "metoda Van Rompuya", by znaleźć porozumienie miedzy pięcioma partnerami federalnej koalicji, stała się już słynna.

Dzięki niej Van Rompuy zażegnał trwający od wyborów w 2007 roku permanentny kryzys polityczny, doprowadził do przyjęcia budżetu i porozumienia w niezwykle delikatnej sprawie imigracji i azylu. Metoda Van Rompuya, jak ujawniają bliscy mu ludzie, polega na słuchaniu innych i rozmowach dwustronnych.

Belgijski premier jest znany ze swojej niechęci do włączenia Turcji w skład Unii Europejskiej. Pięć lat temu miał powiedzieć, że "Turcja nigdy nie była i nigdy nie będzie częścią Europy".

Nowa szefowa dyplomacji

Kim jest Catherine Ashton? Sylwetka>>

53-letnia laburzystka baronessa Catherine Ashton jest politykiem słabo znanym brytyjskiej opinii publicznej, a nawet w szeregach swojej Partii Pracy. Nigdy nie była deputowaną, a choć przez ok. 1,5 roku była członkiem gabinetu premiera Gordona Browna, nie odpowiadała za żaden resort.

Baronessie Ashton przypisuje się ważną rolę w przyjęciu Traktatu Reformującego UE w Izbie Lordów. Od października 2008 r. jest ona unijnym komisarzem ds. handlu. Jest zwolenniczką wolnego handlu i sukces tzw. rundy z Dauhy uważa za kluczową sprawę dla UE. Nie ma jednak żadnego doświadczenia w dyplomacji.

Prezydent UE: Herman Van Rompuy

Wyrównaj z obu stron

2009-11-19, ostatnia aktualizacja 2009-11-19 20:52

Mało znany, urzędujący niespełna rok premier Belgii Herman Van Rompuy został wybrany na pierwszego stałego przewodniczącego Rady Europejskiej. Krytycy belgijskiego szefa rządu twierdzą, że został wybrany właśnie dlatego, że nie zdążył przysporzyć sobie w UE wrogów.

Herman Van Rompuy  po przybyciu na szczyt
Fot. YVES HERMAN REUTERS
Herman Van Rompuy po przybyciu na szczyt
Herman Van Rompuy, dotychczas premier Belgii, chadek
Fot. Reuters REUTERS
Herman Van Rompuy, dotychczas premier Belgii, chadek
Porozumienie na szczycie - czytaj>>

Jego pragmatyzm, znajomość języków obcych i przede wszystkim zdolności mediacyjne, sprawdzone w skonfliktowanej wewnętrzne Belgii, dają mu wszelkie szanse, by sprawnie koordynować liczącą 27 państw UE.

Żartowano: Najmniej przychylna była Belgia

W Brukseli żartowano, że najmniej przychylnym nominacji Van Rompuya krajem była... Belgia. Van Rompuy nie zakończył bowiem powierzonej mu w grudniu ubiegłego roku misji pojednania skłóconych regionów belgijskich. Porzucił urząd premiera dla Europy. Jego pierwsze niełatwe zadanie polega na tym, by sprawić, że jego nazwisko będzie prawidłowo wymawiane od Lizbony po Tallin.

Mało kto nawet wśród Belgów wie, że człowiek, który stanął na czele Rady Europejskiej, jest miłośnikiem wyścigów kolarskich oraz uwielbia obserwować ptaki w naturze, zwłaszcza egzotyczne. Dużo bardziej znane są zamiłowania literackie Van Rompuya, który codziennie choć na moment oddaje się lekturze książek lub pisaniu słynnych już haiku, czyli wywodzącej się z Japonii krótkiej formy poezji. Jeden ze swych wierszy Belg wyrecytował nawet na konferencji prasowej przy okazji ostatniego szczytu UE 29 października. Wiersz mówił o wpływających do portu Europy "trzech falach" rozszerzenia UE. Jednocześnie 62-letni Van Rompuy jest czynnym kibicem drużyny piłkarskiej Anderlecht i amatorem belgijskiego piwa.

"Metoda Van Rompuya"

Z wykształcenia ekonomista i filozof, Van Rompuy może o literaturze bez problemu rozmawiać nie tylko w rodzimym języku flamandzkim, lecz także po francusku, niemiecku i angielsku. Te językowe zdolności z pewnością przydadzą mu się, by szukać kompromisu między 27 krajami UE na szczytach UE.

W UE przydatne będą jednak przede wszystkim zdolności mediacyjne Van Rompuya. Choć kierował rządem zaledwie 10 miesięcy, "metoda Van Rompuya", by znaleźć porozumienie miedzy pięcioma partnerami federalnej koalicji, stała się już słynna. Dzięki niej Van Rompuy zażegnał trwający od wyborów w 2007 roku permanentny kryzys polityczny, doprowadził do przyjęcia budżetu i porozumienia w niezwykle delikatnej sprawie imigracji i azylu. Metoda Van Rompuya, jak ujawniają bliscy mu ludzie, polega na słuchaniu innych i rozmowach dwustronnych.

- Testuje reakcje, następnie proponuje rozwiązanie możliwe do przyjęcia dla wszystkich. Nie przychodzi więc już na początku z gotową formułą - powiedział przewodniczący federacji belgijskiego biznesu (FEB) Pieter Timmermans. Van Rompuy jest ponadto bardzo cierpliwy, w przeciwieństwie do takich polityków, jak francuski prezydent Nicolas Sarkozy czy były belgijski premier Guy Verhofstadt, wymieniany wcześniej jako kandydat na "prezydenta UE".

"Nowa twarz UE, nie ma jeszcze wrogów"

W porównaniu z Verhofstadtem na korzyść Van Rompuya gra też fakt, że nie jest postrzegany w UE jako federalista. "Financial Times" określił go jako mało kontrowersyjnego "atlantyckiego tradycjonalistę" z głęboko proeuropejskiego kraju. - Jest nową twarzą i nie zdążył stworzyć sobie wrogów - tłumaczył jeden z unijnych dyplomatów.

Pracował w Banku Narodowym, wykładał w szkole handlowej w Atwerpii i Brukseli, doradzał w gabinetach premierów Belgii Leo Tindemansa i Gastona Geensa. W latach 1988-1995 był senatorem z ramienia Chrześcijańskiej Partii Ludowej CVP, na której czele stał od 1988 do 1993 roku. Od września 1993 do lipca 1999 roku zajmował stanowisko wicepremiera i ministra budżetu w gabinecie premiera Jeana-Luca Dehaene. 12 lipca 2007 Herman Van Rompuy został wybrany na przewodniczącego Izby Reprezentantów, którym pozostał do czasu objęcia teki premiera.

Nieprawdą jest - przekonuje dziennik "Le Soir" - że Van Rompuy nie zna się zbytnio na Europie. - Zacząłem interesować się problemami europejskimi znacznie wcześniej, niż objąłem stanowisko premiera (grudzień 2008). W 1964 roku, w wieku 16 lat zorganizowałem pierwsze seminarium europejskie w moim liceum - przyznał w jednym z wywiadów sprzed miesięcy. Ponadto Van Rompuy zawsze podkreśla, że w UE nie ma silniejszych i słabszych krajów, co dotyczy także krajów założycielskich, wśród nich Belgii. - Ich rola będzie zapisana w książkach historycznych i powinniśmy być z niej dumni. Ale nie powinno to dziś im dawać dodatkowej przewagi - powiedział.

"Rodzinny, pracowity"

Jest przyjazny ludziom i bardzo rodzinny, pracowity, ale regularnie bierze urlopy i dużo podróżuje. Jest przekonany, że najlepszych decyzji nie podejmuje się wcale, pracując bez przerwy. - Można być oddanym sprawie publicznej, pozostając panem własnego życia - powiedział w jednym z wywiadów.

Żonaty, ojciec Petera, Laury, Elke i Thomasa oraz dziadek jednorocznego Landera. W ostatnim tygodniu, kiedy cała Europa mówiła tylko o nim, zaszył się ze swym wnukiem w domu na belgijskim wybrzeżu, by odpocząć.

Van Rompuy i Ashton wybrani na prezydenta i szefa dyplomacji UE

PAP
2009-11-20, ostatnia aktualizacja 2009-11-20 00:05

Zadziwiająco zgodnie i szybko przywódcy państw Unii Europejskiej wybrali w czwartek na szczycie mało znane osoby: belgijskiego premiera Hermana Van Rompuya - na pierwszego stałego przewodniczącego Rady Europejskiej i brytyjską baronessę Catherine Ashton - na szefową unijnej dyplomacji.

"To historyczny moment. Po latach negocjacji mamy wreszcie Traktat z Lizbony i dziś zdecydowaliśmy o ludziach, którzy będą przyszłością Europy" - powiedział premier szwedzkiego przewodnictwa Fredrik Reinfeldt na konferencji prasowej po szczycie w Brukseli. Podkreślił, że decyzja o wyborze obu polityków zapadła jednomyślnie.

Ale wyboru belgijsko-brytyjskiej pary tak naprawdę dokonali przywódcy trzech państw: Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii, którzy spotkali się jeszcze przed szczytem.

Choć Van Rompuy i Ashton mają być nowymi twarzami UE w relacjach z partnerami na świecie, takimi jak prezydenci USA, Rosji czy Chin, to oboje są osobami dość mało znanymi szerokiej opinii publicznej nawet w Unii Europejskiej. Van Rompuy jest premierem Belgii niespełna rok, a Ashton zasiada w Komisji Europejskiej jako komisarz ds. handlu niewiele dłużej i nie ma w dyplomacji żadnego doświadczenia.

Czy to do nich zadzwoni prezydent Barack Obama, kiedy będzie chciał porozmawiać z Europą? Takie były intencje autorów eurokonstytucji, kiedy wymyślano w 2002 roku reformę instytucjonalną i nowe stanowiska UE. Pytani o to na konferencji prasowej politycy wpadli w konsternację. Żaden: ani Van Rompuy, ani Ashton, ani nawet Reinfeldt i szef KE Barroso nie palili się do odpowiedzi.

"Z obawą czekam na pierwszy telefon" - przerwał ciszę Van Rompuy. Pani Ashton się nie odezwała, ale wyręczył ją jej szef, przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Barroso, zapewniając, że to ona, zasiadając w KE jako wiceprzewodnicząca, będzie odpowiedzialna za unijną dyplomację.

Ashton nie kryła zresztą zaskoczenia wyborem jej na wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej, jak oficjalnie zwie się jej funkcję. "Nie mam nawet napisanego przemówienia. Czuję się uhonorowana. Będę pracować jak najlepiej potrafię dla Europy" - powiedziała Ashton.

Tymczasem to porozumienie w sprawie Ashton w czwartek jeszcze przed szczytem wśród liderów europejskiej socjaldemokracji, w tym premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna, przełamało impas w negocjacjach prowadzonych przez szwedzkie przewodnictwo od tygodni. Jako kobieta, reprezentantka socjaldemokracji i dużego kraju spełniała wszystkie warunki stawiane poszukiwanemu następcy Javiera Solany. Brown musiał uznać brak szans byłego premiera Tony'ego Blaira na przewodniczącego Rady Europejskiej, ale wyjechał z Brukseli z niebagatelną nagrodą pocieszenia.

Francja i Niemcy nie miały wyjścia - musiały zgodzić się na pozbawioną doświadczenia w dyplomacji Ashton, skoro Londyn poparł ich kandydata, Van Rompuya, na drugie stanowisko. Francja dostała trzecie stanowisko, które obsadzili na szczycie szefowie państw i rządów, a mianowicie sekretarza generalnego Rady UE, którym został na najbliższe dwa i pół roku Pierre de Boissieu.

Także nowo wybrany stały przewodniczący Rady Europejskiej Van Rompuy nie ukrywał, że nie jest człowiekiem wielkiej charyzmy, i potwierdził, że będzie przewodniczącym "dyskretnym", nie wybiegającym poza kompetencje traktatowe swej funkcji, dbającym o to, by decyzje zapadały w duchu kompromisu wszystkich 27 państw UE.

"Moje poglądy będą całkowicie poddane poglądowi Rady Europejskiej. To, co ja osobiście myślę, jest bez znaczenia" - odpowiedział na pytanie, czy jest za przyjęciem Turcji do UE. "Mam nadzieję, że w tej sprawie i wszystkich innych osiągnę w Radzie Europejskiej tak szeroki konsensus, jaki jest możliwy" - dodał.

Premier Donald Tusk powiedział, że UE nie jest jeszcze gotowa na ambitniejszy wybór niż Van Rompuya i Ashton. "Chyba wszyscy czujemy, że Traktat Lizboński daje pewną szansę, ale Unia Europejska nie jest jeszcze gotowa, żeby tę szansę wykorzystać" - podsumował premier wyniki szczytu. "Czy marzy mi się ambitne silne przywództwo UE, które w tej grze globalnej będzie mogło odegrać rolę większą, niż do tej pory? Oczywiście tak. Czy było to możliwe? Nie. Czy będzie możliwe w przyszłości? Myślę, że Polakom akurat tej ambicji nie zabraknie" - dodał premier.

Van Rompuy i Ashton przejmą nowe obowiązki 1 grudnia wraz z wejściem w życie Traktatu z Lizbony. Mandat pierwszego trwa 2,5 roku z możliwością odnowienia, a Ashton pięć lat.

Inga Czerny i Michał Kot

To już pewne. Unią rządzi premier Belgii

Brytyjska baronessa szefową dyplomacji UE

Herman van Rompuy wybrany prezydentem Unii

Poszło szybko, choć spodziewano się, że negocjacje potrwają nawet całą noc. Premier Belgii Herman Van Rompuy został wybrany na pierwszego stałego przewodniczącego Rady Europejskiej. Szefową unijnej dyplomacji została zaś Brytyjka - baronessa Catherine Ashton.

"Czy będziemy mieć wieczorem nową twarz Europy? Prawdę mówiąc, nie wiem. To może potrwać kilka godzin albo całą noc" - mówił jeszcze przed szczytem w Brukseli premier szwedzkiego przewodnictwa Fredrik Reinfeldt.

Już wczesnym wieczorem francuska gazeta "Le Monde" podała jednak nieoficjalnie, że z giełdy nazwisk wybrano to najważniejsze - Hermana Van Rompuya, szefa belgijskiego rządu. Przegrał więc Londyn, który ostro lobbował na rzecz byłego premiera Tony'ego Blaira. Nie udało się kobietom, które chciały, by prezydentem UE została była prezydent Łotwy Vaira Vike-Freiberga.

Van Rompuya od samego początku popierały mocno Niemcy i Francja. Kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Nicolas Sarkozy mieli do niego wspólnie zadzwonić już przed poprzednim szczytem 29-30 października z pytaniem, czy przyjąłby posadę.

Krytycy urzędującego dopiero rok belgijskiego szefa rządu twierdzą, że został wybrany właśnie dlatego, że... nie zdążył przysporzyć sobie w UE wrogów. Jednak jego pragmatyzm, znajomość języków obcych i przede wszystkim zdolności mediacyjne, sprawdzone w skonfliktowanej wewnętrzne Belgii, dają mu wszelkie szanse, by sprawnie koordynować liczącą 27 państw UE.

Mało kto, nawet wśród Belgów, wie, że człowiek, który stanął na czele Rady Europejskiej, jest miłośnikiem wyścigów kolarskich oraz uwielbia obserwować ptaki w naturze, zwłaszcza egzotyczne. Dużo bardziej znane są zamiłowania literackie Van Rompuya, który codziennie choć na moment oddaje się lekturze książek lub pisaniu słynnych już haiku, czyli wywodzącej się z Japonii krótkiej formy poezji.

Jeden ze swych wierszy Belg wyrecytował nawet na konferencji prasowej przy okazji ostatniego szczytu UE 29 października. Wiersz mówił o wpływających do portu Europy "trzech falach" rozszerzenia UE. Jednocześnie 62-letni Van Rompuy jest czynnym kibicem drużyny piłkarskiej Anderlecht i amatorem belgijskiego piwa.

Z wykształcenia ekonomista i filozof, Van Rompuy może o literaturze bez problemu rozmawiać nie tylko w rodzimym języku flamandzkim, lecz także po francusku, niemiecku i angielsku. Te językowe zdolności z pewnością przydadzą mu się, by szukać kompromisu między 27 krajami UE na szczytach UE.

Polscy dyplomaci milczeli i nie podawali faworytów Warszawy. Do ostatniej chwili Warszawa zabiegała o jawną i merytoryczną procedurę wyboru wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej, który zasiądzie w Komisji Europejskiej w randze wiceszefa.

Minister Radosław Sikorski podkreślał, że Polska liczy, iż szefem unijnej dyplomacji zostanie ktoś ambitny, z silną osobowością, kto będzie godnie reprezentować Europę na świecie i "skutecznie zabiegać o nasze wspólne interesy".

Van Rompuy będzie pierwszym stałym przewodniczącym Rady Europejskiej na najbliższe dwa i pół roku, z możliwością reelekcji. Stanowisko to zostało utworzone w wchodzącym w życie 1 grudnia Traktacie z Lizbony.

Brytyjska baronessa Catherine Ashton z Partii Pracy, która jest obecnie komisarzem ds. handlu międzynarodowego, zostanie szefową unijnej dyplomacji na pięć lat w randze wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej i będzie nadzorować kilkutysięczny korpus dyplomatyczny UE.

Van Rompuy - faworyt na prezydenta UE

PAP
2009-11-09, ostatnia aktualizacja 2009-11-09 14:05

Złośliwcy mówią, że urzędujący niespełna rok, mało znany premier Belgii Herman Van Rompuy, ma największe szanse, by zostać pierwszym stałym przewodniczący Rady Europejskiej tylko dlatego, że nie zdążył przysporzyć sobie w UE wrogów.

Jednak jego pragmatyzm, znajomość języków obcych i przede wszystkim zdolności mediacyjne, sprawdzone w skonfliktowanej wewnętrzne Belgii, dają mu wszelkie szanse, być sprawnie koordynować liczącą 27 państw UE.

Belgia, choć niechętnie, powoli przyzwyczaja się do myśli, że Van Rompuy może porzucić niezakończoną misję pojednania skłóconych regionów belgijskich, by od 1 grudnia zostać przewodniczącym Rady Europejskiej. Niewykluczone, że przywódcy państw UE już w najbliższych dniach powierzą mu misję pierwszego prezydenta UE, jak na wyrost nazywa się się to utworzone w Traktacie z Lizbony stanowisko.

Unijni dyplomaci w Brukseli przyznają, że póki co żaden z krajów UE nie sprzeciwił się jego kandydaturze (wybór będzie dokonany drogą konsensusu); belgijska prasa i politycy od kilku dni szukają już nawet następcy Van Rompuya.

"W czwartek (nieoficjalnie planuje się w tym dniu szczyt UE - PAP) Europa może powierzyć mu nowe niebezpieczne wyzwanie: Van Rompuy musi sprawić, by jego nazwisko było wymawiane od Lizbony po Tallin. Zadanie nieproste, bo mało kto nawet wśród Belgów wie, że człowiek, który kieruje ich rządem, jest miłośnikiem wyścigów kolarskich oraz uwielbia kontemplować ptaki w naturze, zwłaszcza egzotyczne" - pisał w weekend dziennik "Le Soir". Dużo bardziej znane są zamiłowania literackie Van Rompuya, który nie traci żadnego dnia, by choć na moment oddać lekturze książek lub pisaniu słynnych już haiku, czyli wywodzącej się z Japonii krótkiej formy poezji. Jeden ze swych wierszy Belg wyrecytował nawet podczas konferencji prasowej przy okazji ostatniego szczytu UE 29 października. Wiersz mówił o wpływających do portu Europy "trzech falach" rozszerzenia UE... Jednocześnie 62-letni Van Rompuy jest czynnym fanem drużyny piłkarskiej Anderlecht i amatorem belgijskiego piwa.

Z wykształcenia ekonomista i filozof, Van Rompuy może o literaturze bez problemu rozmawiać nie tylko w rodzimym języku flamandzkim, ale także po francusku, niemiecku i angielsku. Jeśli zostanie przewodniczącym Rady Europejskiej te językowe zdolności z pewnością przydadzą mu się, by szukać kompromisu między 27 krajami UE.

W UE przydatne będą jednak przede wszystkim zdolności mediacyjne Van Rompuya. Choć kieruje rządem zaledwie 10 miesięcy, "metoda Van Rompuy'a", by znaleźć porozumienie miedzy pięcioma partnerami federalnej koalicji, stała się już słynna. Dzięki niej Van Rompuy zażegnał trwający od wyborów w 2007 roku permanentny kryzys polityczny, doprowadził do przyjęcia budżetu i porozumienia w niezwykłej delikatnej sprawie imigracji i azylu. Metoda Van Rompuya, jak ujawniają bliscy mu ludzie, polega na słuchaniu innych i rozmowach bilateralnych. "Testuje reakcje, następnie proponuje rozwiązanie do zaakceptowania dla wszystkich. Nie przychodzi więc już na początku z gotową formułą" - powiedział przewodniczący federacji belgijskiego biznesu (FEB) Pieter Timmermans. Van Rompuy jest ponadto bardzo cierpliwy, w przeciwieństwie do takich polityków jak francuski prezydent Nicolas Sarkozy, czy były belgijski premier Guy Verhofstadt, wymieniany wcześniej jako kandydat na "prezydenta UE".

W porównaniu z Verhofstadtem, na korzyść Van Rompuya gra też fakt, że nie jest postrzegany w UE jako federalista. "Financial Times" określił go nawet jako "atlantyckiego tradycjonalistę". Flamandzki chrześcijański demokrata "ma wielkie szanse, bo jest lubianą, mało kontrowersyjną postacią z małego, głęboko proeuropejskiego kraju" - ocenił "FT". Jest nową twarzą i nie zdążył stworzyć sobie wrogów - mówi jeden z unijnych dyplomatów.

Nieprawdą jest - przekonuje "Le Soir" - że Van Rompuy nie zna się zbytnio na Europie. "Zacząłem interesować się problemami europejskimi znacznie wcześniej niż objąłem stanowisko premiera (grudzień 2008). W 1964 roku, w wieku 16 lat zorganizowałem pierwsze seminarium europejskie w moim liceum" - przyznał w jednym z wywiadów sprzed miesięcy. Ponadto Van Rompuy zawsze podkreśla, że w UE nie ma silniejszych i słabszych krajów, co dotyczy także krajów założycielskich, wśród nich - Belgii. "Ich rola będzie zapisana w książkach historycznych i powinniśmy być z niej dumni. Ale nie powinno to dziś im dawać dodatkowej przewagi" - powiedział.

Przyjazny ludziom i bardzo rodzinny, pracowity, ale regularnie bierze urlopy i dużo podróżuje. Jest przekonany, że najlepsze decyzje nie podejmuje się wcale, pracując bez przerwy. "Można być oddanym sprawie publicznej, pozostając panem własnego życia" - powiedział w jednym z wywiadów. W ostatnim tygodniu, kiedy cała Europa mówiła tylko o nim, zaszył się ze swym wnukiem w domu na belgijskim wybrzeżu, by odpocząć.

W Brukseli oczekuje się, że szwedzkie przewodnictwo nawet już w poniedziałek, bądź we wtorek, wyznaczy datę nadzwyczajnego szczytu UE w Brukseli, najpewniej na czwartek lub piątek, w sprawie nominacji przewodniczącego Rady Europejskiej i nowego Wysokiego Przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej.

Niewykluczone, że do kompromisu może dojść już podczas poniedziałkowych rozmów w Berlinie, gdzie przywódcy państw UE zjadą się, by obchodzić 20. rocznicę obalenia muru berlińskiego.

czwartek, 22 października 2009

Oświadczenia majątkowe europosłów


2009-07-28 18:17



Lidia Geringer de Oedenberg (SLD-UP) i Ryszard Czarnecki (PiS) - to rekordziści wśród europosłów, jeśli chodzi o liczbę posiadanych mieszkań. Deputowani do Parlamentu Europejskiego w oświadczeniach majątkowych zamieszczonych już na stronie internetowej Sejmu informują też o posiadanych przez siebie lasach, łąkach, działkach i maszynach rolniczych.



Niektórzy europosłowie mają także spore zobowiązania do spłaty.



Rekordzistką, jeśli chodzi o liczbę posiadanych nieruchomości jest Lidia Geringer de Oedenberg. Ma ona: 140-metrowy dom o wartości 250 tys. zł; 100-metrowe mieszkanie, o wartości 120 tys. zł; grunty rolne o wartości 240 tys. i 190 tys. zł; 130-metrowy dom, wart 400 tys. zł; 100-metrowe mieszkanie, o wartości 365 tys. zł; 83-metrowe mieszkanie, warte 500 tys. zł oraz mieszkanie w Brukseli o wartości 130 tys. euro. Europosłanka Sojuszu wpisała ponadto 300 tys. złotych i 10 tys. euro oszczędności.



Liczne nieruchomości posiada także Ryszard Czarnecki, który jest właścicielem czterech mieszkań: 80-metrowego, wartego 300 tysięcy zł, 47-metrowego, wartego 280 tys. zł oraz dwóch kawalerek: 29-metrowej o wartości 150 tys. zł oraz 20-metrowej o wartości 20 tys. zł.



Polityk PiS ma też 120-metrowe mieszkanie w Brukseli, na które wziął kredyt w jednym z belgijskich banków; jest także właścicielem znacznych oszczędności - 86,5 tys. zł; 1,5 tys. USD i 131 tys. euro.



Spory majątek posiadają także europosłowie PO: Róża Thun, Danuta Huebner, Jacek Saryusz-Wolski, Janusz Lewandowski i Rafał Trzaskowski. Thun do swego oświadczenia wpisała m.in. wart milion złotych segment o powierzchni ok. 340 m kw., 98-metrowe, warte prawie 900 tys. zł mieszkanie. Ma też dwa grunty rolne - pierwszy o powierzchni 0,42 ha i wartości prawie 17 tys. zł, i drugi o powierzchni ok. 2 ha, wart 100 tys. zł.



Świeżo upieczona europosłanka Platformy ma ponadto - jako współwłasność z mężem - 160-metrowe mieszkanie o wartości 800 tys. zł. Jej oszczędności to 27,5 tys. zł i ponad 3 tys. euro.



Była europejska komisarz, obecnie europosłanka PO Danuta Huebner jest właścicielką połowy domu o powierzchni 340 m kw., wartego 700 tys. zł, 150-metrowego mieszkania, o wartości 400 tys. zł i 60-metrowego mieszkania, wartego 400 tys. zł. Ma również 30 tys. złotych i 260 tys. euro oszczędności.



Huebner - jak deklaruje - w tym roku nie miała żadnych dochodów w Polsce. Jej zarobki w Komisji Europejskiej wyniosły zaś w pierwszej połowie 2009 roku 86,9 tys. euro.



Saryusz-Wolski to właściciel (wraz z żoną) wartego 600 tys. zł domu o powierzchni 183 m kw., ponad 5,5-hektarowego gruntu rolnego o wartości 350 tys. zł, a także w jednej czwartej właściciel dwóch kamienic o wartości 200 tys. i 50 tys. zł.



Europoseł PO zaoszczędził, wraz z żoną, 140 tys. zł i 70 tys. euro. Posiada papiery wartościowe Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych Opera warte 129,5 tys. zł oraz warte ponad 500 tys. zł akcje, które oddał w zarząd banku BRE Wealth Managment Dom Inwestycyjny, z tytułu których w ubiegłym roku zarobił ponad 4,5 tysięcy złotych. Ma też dwa samochody o łącznej wartości 58 tys. złotych.



Lewandowski wymienił w swym oświadczeniu majątkowym trzy mieszkania: 107-metrowe za 800 tys. zł; 112-metrowe za 400 tys. złotych; 43-metrowe za 250 tys. zł. Posiada także 5-hektarową, kupioną za 25 tys. zł działkę rolną. Lewandowski ma ponadto 200 tys. zł i 120 tys. euro oszczędności, a jego małżonka 580 tys. zł.



Dwa mieszkania, z których jedno warte jest ponad milion złotych (75 m kw.), a drugie ponad pół miliona (72 m kw.) posiada Rafał Trzaskowski. Europoseł ma także 10 tysięcy zł oszczędności oraz czteroletnią Mazdę 6.



15-hektarowe gospodarstwo rolne, warte 600 tys. złotych to z kolei własność b. wicemarszałka Sejmu, europosła PSL Jarosława Kalinowskiego. Według jego oświadczenia majątkowego, gospodarstwo przyniosło 30 tys. zł dochodu. Polityk jest ponadto właścicielem działki rekreacyjnej i działki budowlanej (550 tys. zł), 230-metrowego domu (250 tys. zł) i mieszkania o wartości 200 tys. zł.



Kalinowski wpisał do oświadczenia także liczne maszyny rolnicze, o wartości powyżej 10 tysięcy złotych.



Posiadaczem wartego 50 tys. złotych, 1,5-hektarowego gospodarstwa rolnego jest również Paweł Kowal z PiS. Oprócz tego, w swym oświadczeniu uwzględnił 90-metrowe mieszkanie o wartości 800 tys. zł.



Marek Siwiec (SLD-UP) i Bogdan Marcinkiewicz (PO) to posiadacze łąk i lasów. Jeden z takich gruntów - jak podaje w oświadczeniu europoseł Sojuszu - o powierzchni 9 tys. m kw. to wartość około 25 tys. zł. Drugi (5,5 tys. m kw.) Siwiec nabył w 1998 roku, w drodze przetargu w Suchej Beskidzkiej.



Poseł jest ponadto właścicielem wartego 800 tys. zł domu o powierzchni 290 m kw. i 100-metrowego mieszkania o wartości 600 tys. zł, na wynajmie którego - jak podaje - zarobił w zeszłym roku 66 tys. złotych.



Marcinkiewicz posiada łąkę o powierzchni jednego hektara i wartości 100 tys. zł. Ma też wart 720 tys. złotych dom oraz 442-metrowy budynek użytkowy, którego cena - jak podaje w oświadczeniu - wynosi ponad milion złotych.



Polscy europosłowie to często również posiadacze działek rekreacyjnych. Dwie tego typu nieruchomości posiada Lena Kolarska-Bobińska (PO); oprócz tego ma wart 835 tys. zł dom i mieszkanie za 290 tys. złotych.



Była szefowa Instytutu Spraw Publicznych ma ponadto 280 tys. zł oszczędności. Jak członek rady nadzorczej Państwowej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych Kolarska-Bobińska zarobiła w pierwszej połowie 2009 r. blisko 16 tys. zł, a jako kierownik ISP - 144 tys. złotych. Otrzymywała ponadto wynagrodzenie jako wykładowca jednej z prywatnych uczelni wyższych i honoraria autorskie.



Działkę rekreacyjną (610 m kw.), wraz z domkiem, wartą 75 tys. złotych, posiada Janusz Zemke (SLD-UP). Ma również 170-metrowy dom, którego wartość oszacował na 650 tys. zł, lokatę terminową w BRE Banku (300 tys. zł) oraz dwa samochody.



Inny polityk SLD Wojciech Olejniczak to właściciel 135-metrowego, wartego prawie milion zł mieszkania, 62 tys. zł oszczędności, a także... dwóch miejsc postojowych, których wartość oszacował na 48,8 tys. zł.



Nie mniej majętni są europarlamentarzyści PiS. Adam Bielan posiada, wraz z małżonką, 127 tys. zł i 105 tys. euro oszczędności. Jest ponadto właścicielem dwóch mieszkań - o powierzchni 68 i 161 m kw. - wartych: 250 tys. zł i 855 tys. zł.



Jako majątek odrębny żony Bielan wpisał grunt rolny o wartości 20 tys. zł i udziały w spółce cywilnej, z których dochód w 2008 roku wyniósł nieco ponad 2 tys. zł.



Drugi z tzw. "spin-doktorów" PiS, były sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Michał Kamiński jest, do spółki z żoną, właścicielem ponad 100-metrowego domu o wartości 440 tys. zł. Dom kupiony był na kredyt - 160 tys. zł, podobnie jak samochód - za 137 tys. zł. Kamiński ma również 44 tys. euro oszczędności.



Inny, do niedawna bliski współpracownik Lecha Kaczyńskiego prof. Ryszard Legutko (PiS), ma 55 tys. złotych oszczędności, dom 300 m kw. wart milion zł i działkę o wartości 70 tys. zł. Jako prezydencki doradca Legutko zarobił w pierwszej połowie 2009 r. nieco ponad 49 tys. zł, a jako wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego - 16,5 tys. zł.



Skromniejszy majątek wykazał politolog Marek Migalski (PiS), który ma wart około 500 tys. zł dom o powierzchni 108 m kw., 25-metrowe mieszkanie o wartości 100 tys. zł, 1-hektarową działkę rolną o wartości 20 tys. zł i 10 tys. złotych oszczędności.



Jak wynika z oświadczenia majątkowego, do mniej majętnych europosłów należy też nowy szef PE Jerzy Buzek (PO), który wykazał m.in. oszczędności w wysokości 190 tys. zł i 4 tys. euro, a także dwa mieszkania - 48 i 36 m kw. - o wartości 40 tys. zł i 35 tys. złotych.



B. minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro (PiS) to z kolei rekordzista, jeśli chodzi o zaciągnięte kredyty i pożyczki. Spłaca kredyt mieszkaniowy zaciągnięty na 15 lat w Banku BPH na sumę ponad 49 tys. CHF, pożyczkę hipoteczną w wysokości prawie 143 tys. zł, pożyczkę gotówkową w wysokości około ok. 47 tysięcy złotych, a także kredyt samochodowy zaciągnięty na siedem lat w Raiffeisen Bank o wartości prawie 66,5 tys. złotych.



Ziobro posiada przy tym oszczędności w złotówkach - 17 tys. i w euro - 8 tys. Jest - jak podaje w oświadczeniu - m.in. współwłaścicielem 22-arowej działki i domu o wartości 167 tys. zł, 125-metrowego, wartego około 565 tys. zł mieszkania. Ma również udział w nieruchomości rolnej o powierzchni 44 ary wartej 120 tys. zł. W swym majątku wykazał też dwa samochody.



Kredyty do spłacenia mają też - jak deklarują w oświadczeniach - Kowal, Olejniczak, Bielan i Zemke. Polityk SLD spłaca 210 tys. zł kredytu zaciągniętego na zakup mieszkania dla córki. (PAP)



mkr/ ajg/ par/ jbr/







.

(PAP)


sobota, 10 października 2009

Lech Kaczyński w południe podpisze Traktat Lizboński

zsz
2009-10-10, ostatnia aktualizacja 27 minut temu

Minął tydzień od referendum w Irlandii, które wygrali zwolennicy Traktatu. Prezydent podpisze dziś dokument ratyfikacyjny w obecności m.in. premiera Donalda Tuska, przewodniczącego PE Jerzego Buzka oraz szefa Komisji Europejskiej José Manuela Barroso.

Lech Kaczyński
Lech Kaczyński - Fot. Sławomir Kamiński / AG
Lech Kaczyński
Prezydent Lech Kaczyński wielokrotnie zapowiadał, że gdy tylko Irlandczycy powiedzą "tak" Traktatowi Lizbońskiemu, niezwłocznie podpisze ratyfikację polskiego parlamentu. Od przyjęcia Traktatu przez polski Sejm mija dziś 557 dni.

Przez ostatnie siedem dni media spekulowały, kiedy prezydent zdecyduje się podpisać Traktat. Aleksander Szczygło mówił m.in. o niedzieli wieczorem, lecz informację tę zdementował prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Uroczysta ceremonia podpisania

Prezydencki minister Paweł Wypych podał, że prezydentowi zależy na godnej oprawie uroczystości podpisania dokumentu. Ceremonia podpisania dokumentu ratyfikacyjnego odbędzie się dziś w samo południe w Pałacu Prezydenckim.

Wśród gości pojawią się premier Donald Tusk, przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso. Najprawdopodobniej przyjedzie także premier przewodniczącej UE Szwecji Frederik Reinfeldt.

Gdy Lech Kaczyński ratyfikuje Traktat Lizboński, zabraknie tylko podpisu prezydenta Czech Vaclava Klausa, by dokument mógł wejść w życie.

Półtora roku czekania

Sprawa podpisu ciągnie się od wiosny 2008 r. Wówczas w Sejmie wybuchł spór o to, czy ustawa o ratyfikacji traktatu powinna być opatrzona ustawą kompetencyjną, która regulowałaby relacje między władzami Polski a UE. Lech Kaczyński w wygłoszonym orędziu tłumaczył, że po przyjęciu dokumentu Polsce mogą grozić m.in. niemieckie roszczenia i wprowadzenie małżeństw homoseksualnych.

Po rozmowie z premierem Tuskiem spór udało się załagodzić. Prezydent jednak odmówił podpisu, powołując się na "prawo sprzeciwu każdego narodu europejskiego". Obiecał wówczas podpis po referendum w Irlandii.

Co tracimy na traktacie lizbońskim wg Naszego Dziennika?

   
   
1. Traktat lizboński pozbawia nas istotnie suwerenności gospodarczej i politycznej, np. w segmencie rolnictwa - gdzie mamy dyskryminujące ograniczenia, jak i energetyki;

2. Dokument odwraca sens zasady pomocniczości. Unia ma preferencje określania tego, co może przejmować od państw członkowskich jako swoją kompetencję, kierując się kryterium lepszego wypełniania celów UE, które określą organa UE;

3. Niemcy nie respektują reguł pomocy publicznej, realizując własne interesy gospodarcze;

4. Dyskryminujący system głosowania - siła głosu Polski w porównaniu z dużymi państwami spada o 40 procent. Obniża się ranga decyzyjna Polski;

5. Nadautorytatywizm - UE wyznaje tylko prawo, które sama ustanawia;

6. Odrzucenie wszystkich odniesień do chrześcijaństwa;

7. Anarchia światopoglądowa, zrównanie postaw złych z dobrymi pod pretekstem ochrony tzw. mniejszości, kraj oskarżony o ich dyskryminację może zostać pozbawiony głosu w UE;

8. Wzmocnienie kompetencji wykonawczych struktur UE z systematycznym wyłączeniem parlamentów narodowych;

9. Centralizacja wspólnej polityki zagranicznej, ograniczenie możliwości wycofania się ze wspólnych ustaleń państw UE, nawet w wypadku demokratycznej zmiany rządu.

piątek, 2 października 2009

Druga próba ratyfikacji unijnego Traktatu z Lizbony

prot, PAP
2009-10-02, ostatnia aktualizacja 2009-10-02 06:38

Ponad 3 miliony irlandzkich wyborców zdecyduje o losie Traktatu Reformującego UE, potocznie zwanego Traktatem z Lizbony, po raz drugi głosując w referendum w sprawie jego ratyfikacji. Stawka jest wysoka, bo trzecie referendum nie wchodzi w grę, a wynik obecnego pozostaje niepewny.

12 czerwca 2008 - Irlandczycy odrzucają w referendum Traktat Lizboński. To był wielki sukces kampanii zorganizowanej przez Ganleya i jego ruch Libertas. Unia Europejska osłupiała. Zdumiała się też sama Irlandia, gdzie rok wczesniej mało kto słyszał o Ganleyu.
Fot. Wojciech Surdziel / AG
12 czerwca 2008 - Irlandczycy odrzucają w referendum Traktat Lizboński. To był...
Głosowanie rozpocznie się o godz. 7 rano czasu lokalnego (8 - polskiego) i potrwa do godziny 22 (23 czasu polskiego). Nie zapowiedziano exit polls, czyli sondaży z lokali wyborczych. Na wynik trzeba będzie poczekać do soboty, prawdopodobnie do około południa. Liczenie głosów z całego kraju rozpocznie się tego dnia o godz. 9 rano (10 czasu polskiego) w Dublińskim Zamku.

- Irlandczycy idą do lokali wyborczych, by podjąć jedną z najważniejszych decyzji w naszej ostatniej historii politycznej. Musimy w piątek dokonać jasnego wyboru: albo pójdziemy naprzód z Europą, albo wybierzemy nieznaną i niepewną drogę - powiedział w ostatnim wystąpieniu przed cisza wyborczą w środę premier Irlandii Brian Cowen. - Nie będzie trzeciej Lizbony (trzeciego referendum). To wykluczone - zapewnił.

Na razie na "tak"

Skrajnie niepopularny premier, któremu sondaże dają zaledwie kilkunastoprocentowe poparcie, do ostatniej chwili apelował do rodaków, by głosowali nie w sprawie oceny rządu, ale przyszłości Europy. Poparł go irlandzki biznes, hojnie finansując kampanię na "tak". Głosowanie odbywa się w atmosferze ogromnej niepewności co do wyniku.

Ostatnie dostępne sondaże sprzed tygodnia dawały 55-procentową przewagę zwolennikom Traktatu z Lizbony. O wyniku mogą przesądzić jednak niezdecydowani, których liczbę szacowano na blisko 20 proc. Referendum będzie ważne bez względu na frekwencję.

Irlandia - jedyny kraj wśród 27 państw UE, w którym konstytucja wymaga przeprowadzenia referendum w sprawie nowego unijnego traktatu - zgodziła się pod presją partnerów z UE na ponowne głosowanie. Irlandczycy odrzucili bowiem Traktat z Lizbony, będący już drugą - po porażce eurokonstytucji - próbą zreformowania instytucji rozszerzonej UE.

Inne kraje członkowskie wybrały - z powodzeniem - drogę ratyfikacji parlamentarnej. Jeśli Irlandczycy powiedzą tak, wejście w życie dokumentu będzie już tylko zależało od podpisów prezydentów Czech i Polski, gdzie parlamenty narodowe już ratyfikowały Traktat z Lizbony.

Już raz się nie udało

18 miesięcy temu, w pierwszym referendum 12 czerwca 2008 roku przeciwnicy Traktatu z Lizbony odrzucili go uzyskując 53,4 proc. głosów. W zamian za zgodę na drugie referendum, rząd w Dublinie uzyskał od partnerów w UE prawne gwarancje, których celem było obalenie podnoszonych w pierwszym referendum obaw.

A mianowicie, że Traktat z Lizbony nie będzie wchodził w irlandzkie kompetencje dotyczące zakazu aborcji, neutralności kraju czy polityki podatkowej. Przede wszystkim jednak partnerzy obiecali, że w przypadku wejścia w życie Traktatu z Lizbony Irlandia utrzyma w Komisji Europejskiej swego komisarza, bo utrzymana zostanie zasada jeden kraj - jeden komisarz, wbrew planom zredukowania ich liczby.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Ile zarabia europoseł?

Ogromne pensje dla naszych wybrańców

Sprawdź, ile będzie zarabiał europoseł

Nasi kandydaci startujący w eurowyborach deklarowali, że w Parlamencie Europejskim będą walczyć o polskie interesy. Ale żaden z nich nie zająknął się nawet, za jaką pensję będzie toczył tę walkę. A kwota, spływająca co miesiąc do kieszeni europosła, jest naprawdę imponująca.

Obecnie eurodeputowani otrzymują wynagrodzenie z budżetów krajów, w których są wybierani. Ile? W tej samej wysokości, co ich koledzy z parlamentów krajowych. To powodowało ogromne różnice w zarobkach np. między europosłami z Węgier i Włoch, którzy teoretycznie wykonują w Brukseli i Strasburgu taką samą pracę.

Gdy już eurodeputowani zasiądą w lipcu w ławach poselskich, będą mieli prawo do wynagrodzenia na nowych, jednolitych zasadach. Wszyscy będą dostawać po 7665,31 euro brutto miesięcznie (ponad 5,9 tysiąca euro na rękę) z budżetu Unii Europejskiej. Każdy poseł będzie mógł zdecydować, czy woli płacić podatki do budżetu UE, czy do budżetu krajowego, ale wówczas będą one zapewne znacznie większe.

Podstawą do obliczenia pensji eurodeputowanego jest pensja sędziego Trybunału Sprawiedliwości UE. Eurodeputowany zarabia 38,5 proc. jego zarobków.

Od zasady jednolitej pensji mogą być wyjątki - na wniosek posła i pod warunkiem, że zasiadał on w Parlamencie Europejskim przed 2009 rokiem (co może się opłacać tylko Włochom, którzy dotychczas zarabiali ok. 12 tys. euro). Ponadto każdy kraj UE może

zdecydować, że chce sam płacić z własnego budżetu pensje swym europosłom na starych zasadach, nie dłużej jednak niż przez dwie najbliższe kadencje PE.

Ponadto nowy statut przewiduje, że każdy eurodeputowany otrzyma z budżetu UE emeryturę. Jej wysokość wyniesie 3,5 proc. pensji za każdy rok spędzony w PE, ale nie więcej niż 70 proc. pensji.

Oprócz pensji każdy deputowany otrzymuje dietę w wysokości 298 euro za każdy dzień posiedzenia plenarnego lub komisji PE czy frakcji partyjnej (ok. 4,2 tys. euro miesięcznie). PE wypłaca dietę pod warunkiem złożenia przez posła podpisu na oficjalnej liście obecności.

Ponadto europosłom przysługuje miesięcznie do 17,5 tys. euro na biura poselskie, w tym na wynagrodzenie swoich asystentów (w tym ubezpieczenia i podatki) i zlecone ekspertyzy (maks. jedna czwarta tej sumy) oraz 4 tys. euro na działalność biur krajowych.