piątek, 9 maja 2008

Będzie zwrot podatku za używane pojazdy

Grażyna Leśniak 09-05-2008, ostatnia aktualizacja 09-05-2008 17:39

Właściciele używanych samochodów sprowadzanych do Polski z innych krajów Unii Europejskiej dostaną zwrot nadpłaconego podatku.

autor zdjęcia: Seweryn Sołtys
źródło: Fotorzepa

Sejm uchwalił ustawę o zwrocie nadpłaty w podatku akcyzowym z tytułu nabycia wewnątrzwspólnotowego albo importu samochodu osobowego. W głosowaniu ustawę poparło 422 posłów przy dwóch głosach przeciw. Nikt nie wstrzymał się od głosu.

Ustawa stanowi wykonanie wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 18 stycznia 2007 r. (sygn. C313/05), w którym Trybunał zarzucił nam dyskryminowanie pod względem podatkowym samochodów używanych sprowadzonych z innych krajów Unii Europejskiej. Sędziowie nakazali wtedy ujednolicenie zasad oraz zwrot tej części akcyzy, która została nadpłacona.

Od 1 maja 2004 r. do końca 2006 r. nabywca używanego samochodu mógł zapłacić akcyzę sięgającą maksymalnie nawet 65 proc. jego wartości. Takie wówczas obowiązywały u nas przepisy. W tym czasie opodatkowanie aut krajowych zależało od pojemności silnika (czyli 3,1 proc. dla aut do 2000 cm sześc., a 13,6 – powyżej).

Ustawa przyznaje prawo do zwrotu nadpłaconej akcyzy osobom, które uregulowały ją z tytułu sprowadzenia do kraju (i to zarówno, gdy pojazd zostałkupiony w innym kraju Wspólnoty, jak i importowany spoza Unii) używanego auta. To znaczy minimum dwuletniego (mają to być dwa lata kalendarzowe od jego produkcji, przy czym rok produkcji jest pierwszym rokiem kalendarzowym). Kwota zaś przysługującego zwrotu będzie ustalana przy zastosowaniu specjalnego wzoru uwzględniającego m.in. średnią wartość rynkową samochodu.

Wszyscy, którzy nadpłacili akcyzę, będą mieli prawo do zwrotu nadpłaty razem z odsetkami. Będą one przysługiwały za okres od dnia powstania nadpłaty (tj. złożenia deklaracji w urzędzie celnym i zapłaty podatku) do dnia jej zwrotu.

Ale uwaga. Występujący o zwrot nadpłaty nie mają po co opóźniać składania wniosków. Nie mogą mieć nadziei na to, że im później nastąpi termin zwrotu, tym wyższe będą odsetki. Niezależnie od tego, kiedy złożą wniosek, odsetki będą liczone od dnia powstania nadpłaty do 30. dnia od wejścia ustawy w życie. Tak samo będą liczone podatnikom, którzy wystąpią o zwrot po trzydziestym dniu obowiązywania nowych przepisów.

Przepisy mają wejść w życie po upływie 14 dni od dnia ich ogłoszenia.

Teraz ustawa trafi do Senatu.

Źródło : Rzeczpospolita

"We forgive you Tomaszewski"

zczuba
2008-05-09, ostatnia aktualizacja 2008-05-09 13:04
Zobacz powiększenie
Flaga narodowa na twarzy kibica Anglii
Fot. ALEXANDRA WINKLER REUTERS

Wczoraj napisaliśmy tekst pod tytułem "Jak Anglicy kibicują Polsce" w którym nieco powątpiewaliśmy w szczerość zapowiedzi, że Wielka Brytania będzie na Euro 2008 biało-czerwona. Dziś mamy już pierwszy namacalny przykład tego jak Wyspiarze zamierzają wspierać nas podczas Euro 2008. Sygnał (a w zasadzie pierwszych kilka akordów) do boju dał Rupert Slade, który wraz ze swoim przyjacielem Billem Hetheringtonem stworzył oficjalny (a w każdym razie pierwszy) hymn Anglików kibicujących Polakom. Posłuchacie go u nas.

Slade przez cztery lata pracował w Polsce i tak mu się podobało, że postanowił podziękować za tamten czas w formie piosenkowej. Podczas pobytu w naszym kraju nauczył się słów "naprzod Polska", niestety stracił najwyraźniej wrodzony brytyjski talent do tworzenia przebojowych piosenek. Oto rezultat, któremu niestety bliżej do cepelii niż stadionu piłkarskiego:

Posłuchaj "Polska Song"

A oto tekst tego szlagieru:

Polska Song (Come back Tomaszewski - All is forgiven)

Sitting in the pub
The final whistle's still ringing in my ears
All our hopes are dashed
And summer laughter's turned to tears

In the final game,
All we needed was a draw,
But Beckham couldn't bend it,
And now three lions roar no more

But I'm shaken from my blues
The sound of singing full of pride.
Haven't you heard the news?
Poland's gone and qualified

Polska, Polska, naprzod Polska,
You're our boys in white and red.
Polska, Polska, Come on Poland
Go where others fear to tread.

From London to Warsaw
From The King's Head to The Swan
Polska, Polska, naprzod Polska
Together we are strong.

Don't look so down
Says Magda pulling me another beer,
Wipe away that frown
And find yourself another team to cheer.

Whatever colours we wear
Our passion is the same
'Cos football's here to share
So come and join us in the beautiful game

Well my team are firing blanks
And the summer fills me with woe
I may not know Krakow from Gdansk
But I'm willing to give it a go

Polska, Polska, naprzod Polska,
You're our boys in white and red.
Polska, Polska, Come on Poland
Go where others fear to tread.

From London to Warsaw
From The King's Head to The Swan
Polska, Polska, naprzod Polska
Together we are strong.


Jeśli to ma być obiecane podziękowanie "za światowej klasy hydraulikę w milionach brytyjskich domów", to albo nasi fachowcy na Zachodzie powinni czuć się zawiedzeni, albo ostrzej wziąć się do pracy. Chociaż z drugiej strony, jak się nie ma co się lubi i nie lubi się tego co się ma...



...to pozostaje się cieszyć z radosnej twórczości Slade'a i Hetheringtona, którzy nie tylko zamierzają porwać Anglików do wsparcia polskiej reprezentacji, ale nawet twierdzą, że: "We forgive you Tomaszewski".

We forgive you Slade and Hetherington! W końcu tak jak nie każdy może zakwalifikować się na Euro, tak nie każdy potrafi nagrać drugie "Three Lions":



Co prawda kiepskich piosenek piłkarskich Ci u nas dostatek, ale i tę autorstwa Slade'a i Hetheringtona przyjmiemy jako wróżbę zwycięstwa.


Marian Zacharski: superszpieg w klimacie PRL

Sylwetka najbardziej znanego polskiego agenta

Przy sprawie "Olin" Zacharski miał do wygrania nie tylko sławę. Mógł za jednym zamachem zdjąć z siebie odium starego PRL-owskiego szpiega, ulubieńca lewicy i człowieka, któremu partie wywodzące się z "Solidarności" nigdy nie ufały - pisze DZIENNIK.

To była kiepska Wigilia. Celę ciężkiego więzienia w Memphis dzielił z największymi zwyrodnialcami. Właśnie czekał na kolejne przesłuchanie przez oficerów FBI, którzy nie pieścili się ze szpiegami. Perspektywy były marne. Dziesięć dni wcześniej Sąd Stanowy Kaliforni skazał go na dożywocie. A miał ledwie trzydziestkę i lubił przecież grać w tenisa na świeżym powietrzu.
Minęło dwadzieścia pięć lat. Posiwiał, ale nie stracił sportowej sylwetki. Doczekał się sławy, pieniędzy i generalskich lampasów. Tę Wigilię spędza gdzieś w Szwajcarii albo Francji. W Polsce nic dobrego na niego nie czeka. Wielu dawnych znajomych z kraju życzy mu by święta spędzał więzieniu. Najlepiej takim jak w Memphis albo chociaż na Rakowieckiej.

Chyba nie ma człowieka o dziwniejszym życiorysie. Historia Mariana Zacharskiego jest utkana z paradoksów. W zależności od tego kto ją opowiada: Zacharski może być super agentem, który ma swoją gablotkę w muzeum amerykańskiego kontrwywiadu. Albo ignorantem, który pokpił wszystko i dał się złapać Amerykanom jak dziecko. W sprawie Zacharskiego legenda miesza się z prawdą na każdym kroku. Gorący patriota, czy agent wywiadów obcych mocarstw, który obalił dwóch polskich premierów? Rzutki przedsiębiorca, czy nieudany biznesmen ze skłonnością do drobnych przekrętów? Bogaty człowiek, ciągle uwikłany w koronkową szpiegowską grę, albo zwyczajny banita, który do kraju przyjeżdża skrycie, na fałszywym paszporcie? Zacharski pewnie dobrze bawi się tą sytuacją. Tajemniczość, niedopowiedzenia i legenda, czyli wszystko jak w książkach szpiegowskich, które uwielbia.

1.

"Czego będę mu życzył na świeta?" - emerytowany generał Henryk Jasik, były szef wywiadu zaciąga się gryzącym dymem z papierosa Cristal. " Tego samego co w zeszłym roku. Tak jak zawsze, powiemy sobie ".
"W Polsce?!"
"Nie, gdzieś na świecie".
Jasik może mówić o Zacharskim tylko w pozytywach. Doskonały, modelowy wręcz oficer wywiadu. Fenomenalna inteligencja. Wielka ambicja i poczucie własnej wartości. Ciekawe, że w podobny sposób charakteryzują go jego przeciwnicy. Zmieniają dodając tylko do słowa ambicja określenie chorobliwa.
Na stoliku przed generałem leży opasła "Księga szpiegów" Polmara i Allena. Jest w niej obszerny artykuł poświęcony Zacharskiemu. Jasik przyniósł też do knajpy "Na Rozdrożu" pożółkły numer "Polityki" sprzed 10 lat z wywiadem, w którym bronił swego przyjaciela. Miał przed czym bronić. W 1996 roku na Zacharskiego wylewano wiadra pomyj. Wtedy po raz pierwszy zakwestionowo otaczający go mit super szpiega, który wykradał tajemnice Amerykanom. Oskarżano, że dla błysku sławy odegrał główną rolę w intrydze, która złamała karierę premiera Oleksego i miała doprowadzić do zniszczenia postkomunistycznej lewicy w Polsce. Oleksy, oskarżany wówczas o szpiegostwo na rzecz Rosji, do dziś nie może spokojnie mówić o generale Zacharskim. "Chcieli mnie aresztować na sali sejmowej. Jednostki Nadwislańskie stały w gotowości. Zdradzieckie ohydne lampasy generalskie. Dziwię się, że go nie parzą" - wścieka się Oleksy na wspomnienie tego, że za sprawę "Olina" Zacharski dostał generalskie szlify.

Własnie ta historia wygnała świeżo upieczonego generała z kraju. Dla lewicy, która wtedy rządziła Polską stał się wrogiem publiczynym numer jeden.
Od tej pory Zacharski jest cieniem. Kilka osób widziało go w Szwajcarii. Mieszkał tam, ale często zmieniał adresy. Podobno bywa też we Francji. Ktoś spotkał go w Brukseli, ktoś inny w Egipcie.
W drugiej połowie lat 90. dotarło do niego dwóch dziennikarzy. Zostawili wiadomość i swoje numery telefonu w opuszczonej przez generała willi na warszawskim Wilanowie. Zacharski oddzwonił. Wyznaczył spotkanie w Genewie, w kafejce, przy ulicy o niemieckojęzycznej nazwie. Dopiero w mieście dziennikarze połapali się, że Zacharski zafundował im szpiegowską łamigłówkę, ulice w Genewie mają przecież francuskojęzyczne nazwy. W amoku reporterzy ruszyli do Zurichu. Adres się zgadzał. Pod knajpę podjechali pięć minut po czasie. Zacharski właśnie dopijał kawę i wstawał od stolika.
Nawet generał Jasik opowiada, że nie widział swojego przyjaciela od trzech lat.
"Na nasze spotkania nigdy nie lecę bezpośrednio. Zmieniam samoloty" - zdradza. Zacharskiego szukali też jego nieprzyjaciele związani z lewicą. Oleksy opowiada, że już raz namierzono Zacharskiego, ale "został spłoszony".
"Pan wysyłał pościg?"
"W żadnym wypadku, chociaż może powinienem kogoś wynająć" - uśmiecha się były premier, który Zacharskiego nazywa "mój ciemiężyciel".
Jasik przyznaje, że jego przyjaciel stał się nieufny: - Po śladach Z. (tak Jasik mawia o Zacharskim) chodził Krzysztof Rogala, zaprzyjaźniony z lewicą korespondent telewizji publicznej w Szwajcarii. Przychodził na lotnisko, obserwował wszystkich przylatujących z kraju i odlatujących do Polski. Liczył, że spotka generała albo kogoś z jego przyjaciół.
Nikt nie potrafi powiedzieć, czy Zacharski w ciągu ostatnich 10 lat pojawił się w Polsce. Są legendy, że tak: pod przybranym nazwiskiem, z fałszym paszportem, ale nie ma dowodów.
Dobrzy koledzy Zacharskiego twierdzą, że nie ma tu po co wracać. Rodzice nie żyją, z polską żoną rozstał się już dawno temu. Gdyby sprawa Olina zakończyła się inaczej Zacharski byłby pewnie kimś ważnym w Polsce - szefem tajnych służb, może ministrem spraw wewnętrznych.

2.

Majorka. 30 lipca 1995 r., druga nad ranem. W holu hotelowym pojawia się Tatiana Ałganowa, żona bogatego rosyjskiego biznsemena. Towarzyszy jej mąż Władimir i dwóch znajomych z Polski. Mężczyźni są w szampańskich nastrojach i postanawiają jeszcze chwilę pogadać na osobności o interesach. Idą do pokoju Polaków. Blisko czterogodzinna rozmowa, która nastąpi za chwilę, będzie jedną z największych porażek w karierze Mariana Zacharskiego.
Zacharski znał się z Ałganowem od lat. Doskonale wiedział, że ten jest pułkownikiem KGB, pracującym pod przykrywką dyplomaty w rosyjskiej ambasadzie w Warszawie. Obaj byli częstymi gośćmi klubu tenisowego Mera, od czasu do czasu grywali ze sobą towarzyskie mecze. Zacharski był zapalonym tenisistą. Przyjaźnił się z prezesem Mery panem Zielińskim. Dzięki niemu poznał wielu ważnych ludzi. Nie tylko Ałganowa, ale i np. Józefa Oleksego. Gdy ten ostatni został premierem Zacharski pojawił się w jego biurze.
"Chciał zostać dyrektorem mojego gabinetu, twierdził, że jest mną zauroczony. Jednak nie przystałem na tę propozycję" - opowiada Oleksy. Sam Zacharski twierdzi, że nigdy o tę posadę nie zabiegał.
Trzy miesiące później Zacharski jadł obiad w towarzystwie innego znajomego z kortów Grigorija Jakimiszyna - I sekretarza ambasady Rosji.
Przy piwie doszło do wymiany zdań na temat Oleksego. Rosyjski dyplomata miał powiedzieć Zacharskiemu, że wie o długoletniej współpracy polityka SLD z radzieckim i rosyjskim wywiadem. Akta tak cennego informatora mają w centrali KGB kryptonim "Olin".Oleksego miał zwerbować właśnie Ałganow, który za ten wyczyn w wieku 27 lat dostał awans pułkownika.
Zacharski był pod wrażeniem. Wykrycie szpiega na samych szczytach władzy to marzenie każdego oficera służb. Natychmiast poinformował ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego i szefa UOP Gromosława Czempińskiego.
Czempiński zdecydował, że Zacharski powinien drążyć sprawę. Za jego udziałem w operacji dodatkowo przemawiał fakt dobrej znajomości z Ałganowem. Rosjanina trzeba było przepytać o kontakty z Oleksy, a w miarę możliwości zwerbować do współpracy z polskim wywiadem.
Należało tylko wybrać miejsce spotkania. Takie by Ałganow był kompletnie zaskoczony, pozbawiony opieki swojej ambasady. Wkrótce pojawiła się wymarzona okazja. UOP dostał sygnał, że Ałganow wraz z żoną bawi na Majorce.
28 lipca Zacharski, wraz z kapitanem Dariuszem Izgórskim docierają na wyspę. Zaczynają szukać dwóch polskich biznesmenów Andrzeja Kuny i Aleksandra Żagla. Zcaharski zna ich i wie, że mają zaplanowane biznesowe spotkanie z Ałganowem. Wpadają na siebie przypadkowo. Ałganow z Żaglem siedzą w samochodzie zaparkowanym przed hotelem. Kuna poszedł na górę do pokoju "za potrzebą", bo dopadł go rozstrój żołądka.
"To był taki niby przypadek" - wspomina Żagiel w rozmowie z DZIENNIKIEM. "Gdyby mój wspólnik nie musiał do klopa nigdy nie byłoby nas w tej historii. A tak trafiliśmy do gazet. Spotkałem kiedyś na lotnisku w Wiedniu Zacharskiego i zapytałem po co nam to zrobił. Powiedział: . Nie bardzo go zrozumiałem".
Wszyscy przywitali się serdecznie i poszli się napić. Ałganow był zadowolony ze spotkania.
Akcję werbunkową Zacharski i Izgórski zaplanowali na następny wieczór. O drugiej nad ranem zaprosili Rosjanina do pokoju. Sprzęt do nagrywania umieścili w teczce dyplomatce. Spotkanie trwało 3 godziny 52 minuty. Ałganow odmawiał wszelkiej współpracy i zbywał polskich oficerów.
"Zacharski: Wołodia pamiętaj. Ja znam w detalach sprawę Olin. Znam sprawę Olin w detalach.
Ałganow: No...
Zacharski:Ja wiem jakie dokumenty przechodziły przez twoje ręce.
Ałganow: Tak?"
Próba przewerbowania pułkownika KGB zakończyła się klapą. Pożegnali się nad ranem w chłodnej atmosferze. Polscy oficerowie w pośpiechu pojechali na lotnisko i pierwszym samolotem odlecieli z wyspy.
Niedługo potem szefowie rosyjskich służb dowiedziały się o całej sprawie. Są na to niezbite dowody. Na odchodnym Zacharski dał Ałganowowi telefon do sekretariatru Henryka Jasika, wówczas wiceszefa resortu spraw wewnętrznych, na wypadek gdyby KGB - ista zmienił zdanie. Ale Ałganow zdania nie zmienił.
Po kilku tygodniach karteczka napisana ręką Zacharskiego wróciła do Polski. Podczas rozmowy w cztery oczy przekazał ją szefowi MSW Andrzejowi Milczanowskiemu, rosyjski wiceszef resortu spraw wewętrznych. To musiał być policzek dla Zacharskiego.
Po klęsce na Majorce Zacharski jeszcze kilka razy spotykał się w Warszawie z Jakimiszynem - tym, który dał pierwszy sygnał o współpracy Oleksego z Rosjanami. Jednak nie zdobył zdaniem prokuratury wojskowej przekonujących dowodów winy Józefa Oleksego. Proponował także wyjazd do Wiednia, by znaleźć tam dowody na szpiegowską przeszłość premiera. Jednak nowe kierownictwo UOP nie zezwoliło na tę eskapadę. Zacharski znalazł się w poważnym kłopocie. Co prawda Lech Wałęsa awansował go na generała, ale była to ostatnia decyzja odchodzącego prezydenta. Jego następca Aleksander Kwaśniewski wymienił kierownictwo służb. Zacharski bał się, że wkrótce może trafić do więzienia.
Józef Oleksy:" Padł przed Zbigniewem Siemiątkowskim (nowy szef MSW) na kolana. Błagał żeby go nie zamykać".
Zbigniew Siemiątkowski: "Józek trochę koloryzuje, ale rzeczywiście Zacharski miał uraz i bał się więzienia".

3.

Przy sprawie "Olin" Zacharski miał do wygrania nie tylko sławę. Mógł za jednym zamachem zdjąć z siebie odium starego PRL-owskiego szpiega, ulubieńca lewicy i człowieka, któremu partie wywodzące się z "Solidarności" nigdy nie ufały. Gdy ministrem spraw wewnętrznych został Andrzej Milczanowski Zacharski szybko wkradł się w jego łaski. Milczanowski miał słabość do owianych legandą oficerów wywiadu. Wielu twierdzi, że wdzięczność ministra były super szpieg zdobył sprawą Inter Ams. Zacharski był pracownikiem tej spółki komputerowej, która dostarczała bez przetargu sprzęt komputerowy do Urzędu Rady Ministrów. Skandal został opisany przez tygodnik "Wprost" i doprowadził do dymisji gabinet premiera Waldemara Pawlaka. Milczanowski mógł tylko zacierać ręce bo nigdy nie darzył sympatią PSL-owskiego polityka.
W czasach Milczanowskiego Zacharski ponownie stał się ważną figurą w UOP, ale nigdy nie dano mu zapomnieć, że jest człowiekiem z innej epoki. W 1994 r. Andrzej Milczanowski mianował go na prestiżowe stanowisko szefa wywiadu. W Sejmie zawrzało. Protestowała cała prawica, twierdząc, że ta nominacja pogorszy nasze stosunki z Waszyngtonem. Tylko Zbigniew Siemiątkowski, dziś gorący krytyk Zacharskiego, bronił go w imieniu SLD: "Wywiadem nie mogą kierować amatorzy, a Zacharski ma sukcesy".
Ambitny oficer po kilku dniach zrezygnował ze stanowiska. Zresztą Lech Wałęsa powiedział, że i tak nie zatwierdziłby tej kandydatury.
Tak na prawdę Zacharski nigdy nie powinien pojawić się na świeczniku. Jego przeszłość, w czasie której działał na szkodę Stanów Zjednoczonych, dyskwalifikowała go. Jednak Zacharskiego rozpierała ambicja. Jeśli czegoś nie znosił, to pozostawania w cieniu.

4.

Środa, 12 czerwca 1985. Na rządowym lotnisku na warszawskim Okęciu zebrało sie kierownictwo polskich służb specjalnych na czele z generałem Zdzisławem Sarewiczem, szefem wywiadu zagranicznego. Na płytę zostało wpuszczonych kilka osób, w tym redaktor Marek Barański z "Dziennika Telewizyjnego", zaufany dziennikarz ówczesnej władzy.
Ten dziwny komitet powitalny niecierpliwie czekał na otwarcie drzwi w niewielkim samolocie, który właśnie nadleciał z Berlina Wschodniego. W końcu w drzwiach wraz z małżonką Barbarą stanął on, 34-letni kapitan Marian Zacharski, PRL-owski James Bond. "Wyszedł z samolotu w jasnym garniturze" - opowiada świadek tej sceny, generał Andrzej Kapkowski, były szef UOP, a w latach 80 oficer kontrwywiadu.
Po zejściu na płytę Zacharski złożył Sarewiczowi krótki meldunek z zakończenia akcji zagranicą. Podniosła atmosfera mieszała się ze wzruszeniem. Udało się wyciagnać z amerykańskiego więzienia człowieka, który wykradał wrogim Stanom Zjednoczonym najnowsze, warte miliardy dolarów, technologie wojskowe.
Powitanie na Okęciu było szczęśliwym finałem misji sprowadzenia superszpiega. Polskie służby prowadziły ją praktycznie od 1981 r. - czyli od wpadki Zacharskiego. Plan operacji „Sondar” był prosty. Trzeba było złapać jak najwięcej szpiegów CIA, bo Zacharski był dla Amerykanów zbyt cenny by wymienili się jeden za jednego.
"Na tę operację zrzuciło się kilka krajów demokracji ludowej, które oddały nam złapanych agentów amerykańskich" - opowiada generał Kapkowski.
Do wielkiej wymiany doszło w dżdzysty poranek, 11 czerwca 1985 r. na moście Glienicke, łączącym Berlin Wschodni z zachodnią częścią tego miasta.
Do końca było nerwowo. Zacharski mógł w ostatniej chwili odwróci sie na pięcie i powiedzieć: "Nie wracam, wolę zostać w Ameryce".
Ale wszystko poszło zgodnie z planem. 25 agentów odjechało na Zachód, 3, w tym Zacharski, ruszyło na Wschód.
Przyjęto go jak bohatera. Na spotkaniach w willi MSW w podwarszawskiej Magdalence na specjalnych seminariach opowiadał kolegom ze służb o swej misji w Ameryce. Ale festyn sie skończył i służby nie wiedziały, co z Zacharskim zrobić. Młody bohater marzył o kolejnych akcjach, ale nie mógł działać - przecież cały świat wiedział, że jest agentem. Za biurko się nie nadawał. Wywiad znalazł sposób. Posłał Zacharskiego do Pewexu. W sieci dolarowych sklepów robi błyskawiczną karierę. W 1990 roku jest już szefem całej firmy. Niejasne interesy w Pewexsie i późniejszy związki z ludźmi handlującymi nielegalnie samochodami, będą się ciągnąć za Zacharskim przez lata.

Tymaczem dawny super szpieg, będąc szefem Pewexu, nawiązuje nowe kontakty, w wolnych chwilach gra w tenisa w dyplomatami, również radzieckimi, w mundialowym studiu TVP gościnnie komentuje mecze piłkarskie. Na ręku nosi Omegę, najlepszy szwajcarski zegarek, mieszka w efektownej willi w Wilanowie i jest salonowym lwem. Ma mnóstwo znajomych.
"Spotkać się z Z. to było coś. Był przecież legendą, człowiekiem, który zadał potężny cios mocarstwu" - mówi generał Jasik.


5.

Jak wiele spraw w życiu Zacharskiego, jego legenda zaczęła się na tenisowym korcie, w Kaliforni w ciepłą wrześniową niedzielę 1977 roku. Zacharski trenował właśnie serwisy, gdy zauważył go 56-letni William Holden Bell. Bell zaproponował partyjkę, bo tego popołudnia nie miał z kim zagrać. Kilka gemów zakończyło się wielką przyjaźnią. 30 lat młodszy Zacharski przypominał Amerykaninowi Kevina Bella - syna, który zginął w wypadku samochodowym. Bell przyeżywał trudny okres. Rozstał się z żoną. Jego nowa partnerka młoda stewardessa nie była akceptowana przez jego przyjaciół. W dodatku po kosztownym rozwodzie wpadł w tarapaty finansowe.
Jego nowy przyjaciel nie tylko rozumiał jego troski, ale gotów był zaoferować pomoc finansową. Kilka razy pożyczył pieniądze. W zamian prosił tylko o pomoc w nauce specyficznego, technicznego angielskiego. Było to potrzebne Polakowi, który mimo młodego wieku, był przedstawicielem POLAMCO filii dużej centrali handlu zagranicznego "Metalexport" i zajmował się importotem na rynek amerykański polskich obrabiarek i silników elektrycznych. Bell chętnie zgodził się pomóc. Przynósł z pracy foldery swojej firmy, by przyjaciel miał co poczytać. Amerykanin pracował w zakładach Hughes Aircraft Corporation, związanych z przemysłem zbrojeniowym. Był inżynierem elektronikiem odpowiedzialnym za systemy radarowe. Zacharski sprytnie wciągał Bella w niebezpieczną grę. Dowiedział się, że inżynierowi brakuje pieniędzy na wykupienie domu. Zaproponował 12, 5 tysiąca dolarów, w zamian za jawne materiały na Hughes Aircraft Corporation. Tym razem jednak zażądał pokwitowania. Bell podpisał papier. Od tej pory był schwytany w sidła polskiego wywiadu. To był moment triumfu Zacharskiego. Czekał na ten dzień długo. Od dwóch lat był w Ameryce, starał sie nie prowokować FBI, z pełnym zaangażowaniem sprzedawał obrabiarki. W końcu znudzone FBI uznało, że młody Polak jest jedynie rzutkim handlowcem. Spotkanie z Bellem oczywiście nie było przypadkowe. Przez tygodnie luźnej znajomości, gdy tylko graliw tenisa, Zacharski budował portret psychologiczny przyszłej ofiary. Materiał został potem przesłany do Warszawy i posłużył do opracowania metody werbunku inżyniera. W końcu Bell tak wciągnął się we współpracę, że co pół roku latał do Europy, gdzie spotykał si z oficerami polskiego wywiadu. Łącznie Bell otrzymał 170 tysięcy dolarów, z czego w gotówce 110 tysięcy i w postaci złotych monet 60 tysięcy. Przekazał wywiadowi około dwudziestu ściśle tajnych dokumentów: dokumentację systemu radarowego uniemożliwiającego wykrycie amerykańskich samolotów przez naziemne stacje radiolokacyjne, system radarowy przeznaczony dla czołgów oraz eksperymentalny system radarowy dla US Navy, dokumentację rakiet powietrze-powietrze "Phoenix", papiery udoskonalonej wersji rakiety przeciwlotniczej "Hawk", rakiety przeciwlotniczej "Patriot" oraz systemu obrony przeciwlotniczej państw NATO i systemów sonarowych służących do wykrywania okrętów nawodnych przez okręty podwodne.

W Pentagonie straty liczono w milardach dolarów. Nie jest tajemnicą, że dokumenty szły do Moskwy, ale KGB płaciło za nie polskiemu wywiadowi ogromne pieniądze. Ciekawe, że Zacharski i Bell w swych osobistych kontaktach nigdy nie użyli słów „wywiad”, czy „szpiegostwo” i do końca wmawiali sobie nawzajem, że chodzi tylko o naukę angielskiego.
Zacharski był doskonale przygotowany do takiej gry. Już jako młody student prawa Uniwersytetu Warszawskiego został wypatrzony przez „werbowników” wywiadu. Był szkolony w operacyjnych mieszkaniach służb i przygotowywany do roli „nielegała”, który działa na terenie wroga bez pomocy rezydentury wywiadu czy polskiej placówki dyplomatycznej.
Niestety, nawet tak wyszkolony człowiek nie uniknął wpadki. Ale wewnętrzne dochodznie w wywiadzie dowiodło, że wina nie leżała po stronie Zacharskiego. Generałowie Czesław Kiszczak i Władysław Pożoga twierdzą, że Bella i Zacharskiego wydał „kret” z centrali wywiadu w Warszawie. Nazywał się Jerzy Koryciński i w 1983 roku uciekł na Zachód.
Zacharskiego aresztowano w czerwcu 1981 roku. Skazano go na dożywocie. W więzieniu był poddawany szykanom, siedział z najgorszymi kryminalistami, gdy tylko pewniej się poczuł zmieniano mu otoczenie. Nawet po wydaniu wyroku był bez przerwy przesłuchiwany przez FBI. Grożono mu, obiecywano fortunę, w więzieniu dowiedział się o śmierci ojca, ale nigdy się nie złamał. Złote monety, którymi Zacharski przekupywał Bella do tej pory w gablotce wiszą w siedzibie FBI.


6.

Problem w tym, że nie wszyscy wierzą w historię o niezłomnym oficerze. Niektórzy nawet podważają to, że Zacharski w ogóle był oficerem. Uważają tak na przykład generał Sławomir Petelicki, były szef wywiadu Zbigniew Siemiątkowski i były szef UOP Andrzej Kapkowski. W rozmowie z nami zgodnie twierdzą, że Zacharski dostał stopień kapitana dopiero, gdy siedział w amerykańskim więzieniu. Do Stanów młody Marian pojechał dzięki plecom, które jego rodzice mieli w najwyższych władzach. Generał Petelicki, były oficer wywiadu, znany szerzej jako późniejszy twórca GROM-u opowiada: "Pojechał do Ameryki pracować". Przypadkowo poznał Bella na korcie. Jako nieprzeszkolony cywil nie połapał się, że może to być cennym źródło informacji. Ale w czasie wizyty w Polsce pochwalił się w gronie kilku osób, że poznał takiego gościa na korcie tenisowym. Traf chciał, że przechwałkę Zacharskiego usłyszał człowiek, dziennikarz zresztą, który pracował dla naszego wywiadu. Przekazał tę wiadomość natychmiast i polskie służby postanowiły zaplować na Bella.
Potem, jak mówi generał, Zacharski wziął udział w skontaktowaniu Bella z „profesjonalistami z polskiego wywiadu”, którzy, za pieniądze, wyciagali od Amerykanina najcenniejsze informacje w czasie jego urlopów w Europie. "Tu rola Zacharskiego sie skończyła. Problem w tym, że on kompletnie zlekceważył wydany mu zakaz kontaktowania się z Bellem" - tłumaczy generał.
Zdaniem Petelickiego również wpadka nastąpiła nie poprzez zdradę oficera z centrali, a przez przypadek i amatorszczyznę Zacharskiego. W zakładach, w których pracował Bell zmienił się szef ochrony. Na posadę przyjęto emeryta z CIA. Nowy szef postanowił zarobić trochę pieniędzy. Skontaktował się ze swoim przyjacielem, także weteranem wywiadu, który handlował na emeryturze sprzętem kserograficznym. Ubili interes. Hughes Aircraft Corporation kupiło nowoczesne ksera liczące, ile kopii dokumentów robi każdy z pracowników. Szef bezpieczeństwa, który za transakcję dostał prowizję, szybko zobaczył, że Bell za każdym razem robi z oryginału dwie kopie. I Bell przyparty do muru wsypał Zacharskiego.
Polski wywiad domyślał się, że FBI depcze po piętach Zacharskiemu. Wydano rozkaz natychmiastowej ewakuacji. Jednak Zacharski go zignorował i poszedł na ostatnie spotkanie ze swoim tenisowym partnerem. Bell, przesłuchiwany przez FBI i zachęcony objetnicą zmniejszenia kary za zbrodnię szpiegostwa, przyszedł wyposażony w ukryty magnetofon. Zacharski nie wychwycił podstępu i dał sie nagrać. Z zapisu jasno wynikało, że Polak jest szpiegiem.

7.

W życiu Mariana Zacharskiego tylko jedno jest pewne: urodził się w Sopocie, w inteligenckiej rodzinie. Rodzice dbali o wykształcenie syna, chcieli by robił karierę. Od najmłodszcyh lat uczyli go także grać w tenisa, bo to sport, który otwiera wiele możliwości. W przypadku Mariana Zacharskiego być może nie był to najlepszy pomysł.

Birma czeka na pomoc i umiera

Maria Kruczkowska
2008-05-08, ostatnia aktualizacja 2008-05-08 15:11

Zobacz powiększenie
Szacuje się, że ofiar cyklonu Nargis może być nawet 100 tys.
Fot. HO REUTERS

- Prowadzimy wyścig z czasem - alarmuje organizacja Save The Children, która uważa, że prawdziwy bilans strat może się okazać kilka razy wyższy od oficjalnie podanych 22 tys. zabitych i 40 tys. zaginionych.

ZOBACZ TAKŻE
GALERIA ZDJĘĆ
Zdjęcia satelitarne: Birma przed | Birma po

Charge d'affaires amerykańskiej ambasady w Birmie Shari Villarosa powiedziała, że na skutek cyklonu w Birmie mogło ponieść śmierć nawet 100 tysięcy ludzi.

- Pomoc nie dociera i ludzie umierają - tłumaczy Andrew Kirkwood z Save the Children. Ta brytyjska organizacja jest jedną z nielicznych zachodnich agend, które już niosą pomoc w Birmie, gdzie po przejściu w weekend cyklonu są miliony potrzebujących. Rządząca krajem junta blokuje jednak dopływ międzynarodowej pomocy.

Sytuacja jest dramatyczna. Cyklon zdemolował deltę rzeki Irawadi, gdzie mieszka aż 24 mln ludzi - prawie połowa ludności Birmy - i która jest ryżowym spichlerzem kraju. Dwa najbardziej dotknięte kataklizmem regiony Dala i Twantey są zniszczone w 80 proc. - oceniają Lekarze bez Granic, którzy też mają ekipę w Birmie. Rozdają żywność i uzdatniają wodę w pięciomilionowym Rangunie, największym mieście kraju. Ale wciąż czekają na zgodę na zrzut 40 tys. ton pomocy humanitarnej.

Wczoraj jednemu z dziennikarzy agencji AFP udało się dotrzeć do miasta Labutta w delcie Irawadi, gdzie powitał go straszny smród rozkładających się ciał, brak wody pitnej i żywności.

Do Labuty wciąż ciągną po ratunek ludzie z dalszych regionów delty. "Przypominają widma. Wydostali się z wiosek pod wodą, przez ostatnie dni brnęli w błotnistej wodzie wśród setek trupów, idąc w tropikalnym upale, chmarach komarów, głodni, często poranieni" - opisuje dziennikarz.

- Nie jesteśmy w stanie zasnąć. Słyszymy nawoływania. Może to duchy zmarłych ludzi z wioski? - opowiada jeden z ocalałych i dodaje, że w jego wiosce woda pokrywa wierzchołki drzew i sięga siedmiu metrów.

Ale w Labutta nic na ocalałych nie czeka. Międzynarodowej pomocy być nie może, bo każda organizacja musi czekać na wizę. - Nadal są z nimi duże problemy - ogłosiła wczoraj ONZ, po naradzie w Bangkoku sztabu operacji pomocowej dla Birmy.

Junta, która rządzi krajem, jest nieufna wobec zagranicy. We wtorek pozwoliła, by do Rangunu przyjechało pierwsze 800 ton żywności od ONZ, ale to kropla w morzu potrzeb.

Wojskowe władze, które urzędują w nowej stolicy Naypyidaw o setki kilometrów od miejsca katastrofy, zgodziły się też wczoraj na loty humanitarne, ale również po uzyskaniu specjalnych wiz. Pierwszy samolot ONZ z 25 tonami pomocy nie poleci wcześniej jak pod koniec tygodnia, gdy nieudolna i podejrzliwa wojskowa biurokracja rozpatrzy podanie od Narodów Zjednoczonych. Nie pomógł apel sekretarza generalnego ONZ Ban Ki-moona, by junta jak najszybciej wpuściła zagraniczną pomoc.

Birma w ogóle nie odpowiedziała na ofertę hojnej pomocy od Ameryki, włącznie z wysłaniem okrętów z helikopterami. Uważa bowiem Stany Zjednoczone, które obłożyły juntę sankcjami ekonomicznymi, za wroga.

Widząc co się dzieje, szef francuskiej dyplomacji Bernard Kouchner namawia ONZ, by pomogła Birmie bez jej zgody. Powołuje się na przyjętą w 2005 r. zasadę "odpowiedzialność Narodów Zjednoczonych za zapewnienie ochrony" ludności cywilnej, kiedy ich rządy nie chcą lub nie są w stanie tego uczynić. W przypadku Birmy jest to nierealne - oznaczałoby wojnę z jedną z największych armii świata.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Unia reaguje: Sikorski pojedzie z misją do Gruzji

tan, gazeta.pl
2008-05-08, ostatnia aktualizacja 2008-05-09 15:52

- Czterech ministrów spraw zagranicznych: Słowenii, Polski, Litwy i Szwecji uda się z misją mediacyjną do Gruzji - poinformowało anonimowe źródło z Brukseli agencję Agence France Presse.

Zobacz powiekszenie
Fot. Dennis Cook ASSOCIATED PRESS
Radosław Sikorski
Według AFP czterech ministrów ma się pojawić w Tbilisi w poniedziałek.

W rozmowie z portalem gazeta.pl wiceminister SZ Witold Waszczykowski powiedział, że nie jest w stanie potwierdzić tej informacji, bo "może to zrobić jedynie minister Sikorski". Rzecznik MSZ Piotr Paszkowski nie wyklucza, że więcej o tej sprawie dowiemy się jutro.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się z MSZ też, że Sikorski od kilku dni chciał by w sprawie Gruzji Unia podjęła wspólną inicjatywę.

Również przedstawicie Słowenii nie zaprzeczyli, ani też nie potwierdzili informacji. Jedynie szwedzka dyplomacja potwierdziła plany wyjazdu swojego ministra, Carla Bildta, ale nie ujawniła, kto jeszcze będzie uczestniczył w misji. AFP poinformowało, że , szefowie dyplomacji przed wspólnym wylotem do Gruzji mają w niedzielę spotkać się w Wilnie.

Pomiędzy Gruzją a Rosją od dwóch tygodni narasta konflikt, który - jeśli ufać doniesieniom rosyjskich mediów - grozi wojną. Chodzi o obecność "pokojowych" sił rosyjskich w Abchazji, zbuntowanej gruzińskiej prowincji i zestrzelenie trzech (ostatnie zestrzelenie dziś) samolotów bezzałogowych gruzińskich sił lotniczych.

Saakaszwili: Utrzymuje się groźba wojny

Wcześniej cytowany przez rosyjskie agencje prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili powiedział, że groźba wojny z Rosją utrzymuje się. Zaznaczył, że Gruzja nie chce wojny i nie ma wystarczających sił do tego. - Sądzę, że przed paru dniami byliśmy bardzo blisko (wojny) i ta groźba utrzymuje się - powiedział prezydent Gruzji na spotkaniu z rosyjskimi dziennikarzami w Batumi, odpowiadając na pytanie o to, czy jest możliwa wojna Gruzji z Rosją. - Do konfliktu zbrojnego potrzebne są dwie strony, strona gruzińska tego nie chce - podkreślił Saakaszwili.- Gruzja nie chce wojować z Rosją, nie mamy tylu oddziałów bojowych i NATO nam w tym nie pomoże - oświadczył prezydent Gruzji.

Zestrzelono kolejne samoloty

Jednocześnie zaznaczył, że "jeśli ktoś zechce zaanektować część Gruzji, to niewątpliwie wywoła to następstwa na Kaukazie Północnym - A tego byśmy nie chcieli - dodał. Nawiązał też do lotów gruzińskich bezzałogowych samolotów zwiadowczych nad Abchazją.

- Teraz, gdy z wami rozmawiam, taka maszyna wisi nad Abchazją i pozostanie tam, bo to nasze terytorium - powiedział Saakaszwili. Władze separatystycznej Abchazji mówią, że w tym tygodniu zestrzelono już cztery bezzałogowe samoloty gruzińskie.

Sytuacja wokół separatystycznego regionu, który oddzielił się od Gruzji po wojnie w latach 90., staje się coraz bardziej napięta. Rosja, która od lat nieformalnie wspiera Abchazję, zapowiedziała ostatnio, że wzmocni liczebność swych sił pokojowych pod egidą WNP, które stacjonują w tym regionie od czasu zakończenia wojny.

Rosja pójdzie na kompromis?

Uspokojenie sytuacji w Gruzji może być ceną dla Moskwy za rozpoczęcie rozmów o nowym porozumieniu z Unią Europejską.

Unijni dyplomaci potwierdzili Polskiemu Radiu, że w Wilnie, z szefem litewskiej dyplomacji spotkają się ministrowie spraw zagranicznych Polski, Szwecji i Słowenii. Rozmowy Brukseli z Moskwą na temat nowego porozumienia nie mogą się rozpocząć od ponad półtora roku, bo najpierw zawetowała je Warszawa, a teraz blokuje Wilno. Litewski rząd uzależnia zgodę na rozpoczęcie negocjacji między innymi od rozwiązania kryzysowej sytuacji w Gruzji i chce większego zaangażowania Wspólnoty w tej sprawie.

Pojawił się więc pomysł wysłania misji do Gruzji, o czym poinformowała agencja AFP. Do Tbilisi mieliby polecieć ministrowie spraw zagranicznych Litwy, Polski, Słowenii i Szwecji. Oficjalnie jednak żaden dyplomata nie chce tego potwierdzić. Cały czas trwają konsultacje między stolicami - mówią unijne źródła dyplomatyczne. Jeśli misja dojdzie do skutku i w ten sposób uda się Litwie wymusić na Wspólnocie większe zainteresowanie kryzysem w Gruzji, to jeden z najważniejszych postulatów Wilna zostałby spełniony. A wtedy decyzja o rozpoczęciu negocjacji Brukseli z Moskwą mogłaby zapaść za niecałe 3 tygodnie, podczas spotkania unijnych ministrów spraw zagranicznych w Bruskeli.

Kaczyński: Zmiany w konstytucji, by pozbyć się polityków opozycji

awe
2008-05-08, ostatnia aktualizacja 2008-05-08 23:09

Nie ma żadnego kryzysu przywództwa w PiS - powiedział Jarosław Kaczyński w telewizji Trwam. Według niego PiS nigdy nie był partią dyktatury, a jej obraz jest wykrzywiany przez media, które stosują zasadę "kłam, kłam, kłam" Kaczyński powiedział, że w sprawie nowelizacji konstytucji trzeba postawić pytanie, czy zmiany przepisów nie mają służyć eliminacji przeciwników politycznych.

Zobacz powiekszenie
Jarosław Kaczyński w telewizji Trwam


- Trzeba sobie zadać pytanie: jak to właściwie będzie, czemu mają służyć te przepisy, czy nie to nie jest tak, że przy ich pomocy będzie się czołowych polityków opozycji eliminowało? I to jest pytanie całkowicie zasadne - mówił Kaczyński w Radiu Maryja i Telewizji Trwam.

Kaczyński podkreślił, że należy rozważyć, czy w przypadku skazania za każde przestępstwo umyślne należy wprowadzić zakaz zasiadania w parlamencie.

- Musimy zastanowić się, czy w przypadku każdego przestępstwa umyślnego, także drobnego, tak drastyczna kara ma być stosowana. Musimy zastanowić się nad tym, czy możemy sobie pozwolić na to, żeby polski system prawny i system całego życia publicznego w sensie moralnym był zupełnie niekonsekwentny - powiedział.

"To moment próby dla PO"

Kaczyński zwrócił uwagę, że podstawowego prawa obywatelskiego może być pozbawiony człowiek skazany za jazdę rowerem po pijanemu, czy za złożenie antydatowanego podpisu, a z przywilejów korzystają ludzie związani z UB i SB.

- Wielokrotny morderca w todze z dawnych lat komunizmu pobiera bardzo wysoką emeryturę. Człowiek, który katował najlepszych Polaków w katowniach UB, czy SB, też ma wielkie przywileje. Ludzie, którzy szkodzili straszliwie współpracując z SB spokojnie mogą pełnić różne funkcje, zresztą są bardzo ważni w tym rządzie; jeden przynajmniej - argumentował.

Zdaniem byłego premiera, jeśli ma dojść do nowelizacji konstytucji, to zmiany muszą dotyczyć "wszystkich innych kwestii, tzn. wprowadzenia porządku moralnego w nasze życie publiczne". Zaznaczył, że chodzi o odebranie przywilejów sprawcom zbrodni i sprawy lustracyjne.

- Można by to załatwić w jednym pakiecie w ten sposób, że Trybunał Konstytucyjny już nie mógłby tego po prostu zakwestionować. Tego rodzaju propozycje będą propozycjami PiS. To będzie też taki moment próby dla PO - o co w gruncie rzeczy chodzi, o to by przy pomocy tego przepisów ścigać rzeczywistych przestępców, czy też może przeciwników politycznych - podkreślił prezes PiS.

Sejm debatował nad projektami zmian ustawy zasadniczej autorstwa PO. Platforma proponuje m.in. usunięcie z konstytucji zapisów, które stanowią, że od dnia ogłoszenia wyniku wyborów do dnia wygaśnięcia mandatu, parlamentarzysta bez zgody Sejmu nie może zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej.

Kluby parlamentarne zgadzają się wstępnie na zmiany w konstytucji przewidujące zakaz zasiadania w parlamencie osób skazanych. Nie ma za to zgody co do projektu zniesienia immunitetu formalnego. Propozycjami zajmie się komisja nadzwyczajna.

"Media stosują zasadę: kłam, kłam, kłam"

- Nasi przeciwnicy robią wszystko, żebyśmy osłabli i próbują wzniecić różne pożary wewnątrz partii. Czasem korzystając z pewnych drobnych wydarzeń, które rzeczywiście miały miejsce, czasem z historii zupełnie wyssanych z palca- stwierdził Kaczyński na antenie telewizji Trwam. Prezes PiS był gościem programu "Rozmowy niedokończone". Pytany przez publiczność - studentów uczelni ojca Rydzyka stwierdził, że w jego partii nie ma żadnego kryzysu przywództwa. W ten sposób Kaczyński odniósł się do sprawy konfliktu wokół wyboru szefa krakowskiego PiS. Według niego PiS nigdy nie był partią dyktatury. - Nie wierzcie państwo w medialny obraz PiS -u - mówił. Jego zdaniem "partia, jak każda ma swoje wady". - Tylko Chrystus był bez grzechu. Nie są to wady o których piszą media, a które stosują zasadę "kłam, kłam, kłam, a coś z tego zostanie - dodał.

Komisje śledcze mają skompromitować PiS

Zdaniem Jarosława Kaczyńskiego działające w Sejmie dwie komisje śledcze "to są instytucje powołane, aby skompromitować PiS i za wszelką cenę wykazać, że dochodziło do nadużyć władzy". Przypomniał, że obecnie toczy się kilka spraw związanych z zatrzymaniem byłego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka. - Ludzie, którzy chcieli dojść do prawdy i zatrzymać wysokich urzędników państwowych na nadużyciach są ścigani, a panowie Kaczmarek i Kornatowski mają się jak pączek w maśle - stwierdził. - To nasuwa wątpliwości czemu ta władza służy - dodał.

A co na ten temat pisze Rmf.fm? Sprawdź!

Tramwaje Śląskie żegnają się z cyklopami

tg
2008-05-08, ostatnia aktualizacja 2008-05-09 09:38

Zobacz powiększenie
Tramwaje Śląskie od września rezygnują z wagonów 102Na
Fot. Dawid Chalimoniuk / AG

Na najbliższą sobotę, 10 maja, zaplanowano ostatni, pożegnalny przejazd dwóch wagonów 102Na, które od prawie 40 lat służą pasażerom.

SERWISY
Katowice, Siemianowice Śląskie, Chorzów, Bytom, Świętochłowice, Chebzie, Zabrze, Gliwice, Chorzów Batory, Szopienice i Sosnowiec - w sumie 150 km i 11 godzin jazdy. Na najbliższą sobotę, 10 maja, zaplanowano ostatni, pożegnalny przejazd dwóch wagonów. Popularnie zwane "ogórkami", "cyklopami", czy po prostu "stodwójkami"; po Górnym Śląsku jeżdżą od 1970 roku. Po prawie 40 latach służby postanowiono wycofać je z ruchu. Mimo że imprezę pożegnalną zaplanowano w maju, wagony będą jeździć jeszcze do września, bo wtedy kończy im się ważność rejestracji.

Swój udział w imprezie współorganizowanej przez Klub Miłośników Transportu Miejskiego w Chorzowie Batorym zapowiedziało już ok. 200 osób z całej Polski i z zagranicy. Zbiórka uczestników o godz. 8.40 na przystanku tramwajowym Katowice Dworzec PKP (przy ul. 3 Maja, stanowisko w kierunku Siemianowic przy zejściu z estakady dworcowej). Planowane zakończenie: ok. godz. 19 w tym samym miejscu.

Orientacyjny plan przejazdu (odjazdy): Katowice Dworzec PKP (8.50) - Siemianowice pl. Skargi (9.29) - Bytom pl. Sikorskiego (10.22) - Chebzie Pętla (11.34) - Wójtowa Wieś (13.04) - Chebzie Pętla (14.38) - Chorzów Batory Zajezdnia (15.47) - Katowice Rynek (16.28) - Konstantynów Okrzei (17.35) - Pogoń Będzińska Pętla (18.07) - Katowice Dworzec PKP (przyjazd 18.55).

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

Tusk: Prezydent nie był na expose, bo ja nie przyszedłem na przyjęcie

cheko, Gazeta.pl
2008-05-09, ostatnia aktualizacja 2008-05-09 11:32
Zobacz powiększenie
Donald Tusk
Fot. Sławomir Kamiński / AG

- Słyszałem wyjaśnienie pana Przemysława Gosiewskiego, który tłumaczył, że prezydent nie przyszedł do Sejmu na expose ministra Sikorskiego, bo kilka dni wcześniej ja nie przyszedłem na przyjęcie w pałacu prezydenckim - powiedział Monice Olejnik gość Radia ZET, premier Donald Tusk. Szef rządu zapowiedział, że o godzinie 17.00 spotka się z prezydentem Kaczyńskim.



"Nie chodzę na przyjęcia"

Jednym z tematów rozmowy ma być sprawa ustawy kompetencyjnej. Ustawa ta dotyczy współpracy najważniejszych organów państwa w sprawach unijnych. Prezydent zapowiadał już wcześniej, że jeśli zostanie ona uchwalona, to złoży podpis ratyfikujący Traktat Lizboński najpóźniej w lipcu. Nieobecności głowy państwa podczas sejmowego expose ministra Radosława Sikorskiego Tusk nie tłumaczył obawą przed wysłuchiwaniem impertynencji, jak określiła całe zajście była minister w kancelarii prezydenta Elżbieta Jakubiak.

- Ja słyszałem wyjaśnienie pana Przemysława Gosiewskiego, który tłumaczył, że prezydent nie przyszedł do Sejmu, bo kilka dni wcześniej ja nie przyszedłem na przyjęcie w pałacu prezydenckim.

Premier przekonywał, że z reguły na przyjęciach nie bywa i nie ma tu do nic do rzeczy fakt, czy przyjęcie odbywa się "w pałacu prezydenckim, premierowskim czy ambasadorskim". Chociaż Tusk zdaje sobie sprawę, że podczas przyjęcia mogłoby dojść do rozmowy o nominacjach generalskich, to jak przyznał, woli o takich sprawach rozmawiać podczas spotkań roboczych.

"Ziobro odgrywa rolę krwiożerczej bestyjki"



W rozmowie z Moniką Olejnik Tusk odniósł się też do słów byłego ministra sprawiedliwości, który skrytykował decyzję prokuratury o umorzeniu śledztwa przeciwko b. ordynatorowi oddziału kardiochirurgii szpitala MSWiA Mirosławowi G.

- Pan minister Ziobro zrobił rzecz paskudną i niemądra pod względem etycznym, zarzucając zanim sprawa się w ogóle zaczęła zabójstwo doktorowi G. I chociaż przepraszał już za te słowa, to teraz znowu odgrywa rolę krwiożerczej bestyjki, która domaga się głowy lekarza za rzecz, której - jak sądzą prawnicy i jak świadczą fakty - nie zrobił - powiedział w Radiu ZET gość Moniki Olejnik, premier Donald Tusk

- W świetle opinii biegłych w żadnym razie nie było podstawy do podejmowania takiej decyzji - mówił Ziobro. - Równych i równiejszych być nie może. Nie może być tak, że prawo jest stosowane w inny sposób wobec osób, które są zwykłymi lekarzami i takich, które mają zaplecze - dodał były minister.

Według premiera słowa Ziobry świadczą o tym, że się zagubił. - Najprawdopodobniej będziemy jeszcze świadkami jego kontrowersyjnych wystąpień. Ludziom o takich dziwnych namiętnościach coraz trudniej odnaleźć swoje miejsce w polityce. Ponurych namiętności powinno być coraz mniej - dodał premier.

Samorząd lepszy niż urzędnik państwowy

- To byłaby nieprawda, a ja staram się nie tylko w orędziach nie wprowadzać ludzi w bład - tymi słowami Tusk odpowiedział na pytanie Moniki Olejnik, dlaczego w swoim orędziu nie powiedział o planach PO dotyczących prywatyzacji szpitali.

- Dzisiaj mamy przemyślaną i odpowiedzialną propozycję. Nie powiedziałem o niej w orędziu, bo od wielu miesięcy jest już złożona w formie ustawy. Zmiana w porównaniu do dotychczasowych propozycji nie polega na tym, że nagle pojawia się pomysł prywatyzacji szpitali. Metoda prywatyzowania szpitali metodą likwidacyjną, albo ze względu na wysokie zadłużenie prowadzona jest od lat. Szczególnie intensywnie za rządów moich poprzedników. My chcemy uniknąć tego typu prywatyzacji poprzez urealnienie własności i decyzyjności samorządó względem szpitali - powiedział premier.

Tusk tłumaczył, że nowa propozycja polega na tym, by samorząd, który jest organem założycielskim szpitali, był w 100 procentach instancją roztrzygającą o tym, jak prowadzić dany szpital. Według Tuska tego rodzaju przedsięwzięcia jak zmianu ustawy, nie można przeprowadzić w tajemnicy, - Dlatego nie mam złej intencji wtedy, kiedy nie jestem w stanie w 7-minutowym wystąpieniu powiedzieć o wszystkich zamierzeniach dotyczących zmian w ustawach - zapewnił.

"Niezręczna" wypowiedź Grada

- Chcemy, by polski szpital miał gospodarza, który będzie swoje obowiązki wykonywał na serio i chcemy, by tym gospodarzem był samorząd - kontynuował premier. - Czy samorząd jest gorszy niż urzędnik partyjny i państwowy dowolnego szczebla? W mojej ocenie - i biorę za te słowa pełną odpowiedzialność - samorząd powiatu czy województwa, który będzie odpowiedzialny za szpital w miejscu, gdzie ci ludzie są wybierani, gdzie stanowią władzę publiczną, nie podejmie ryzyka, by sprzedać szpital na sklep czy bunkier. Tacy ludzie, którzy zostaną wybrani między innymi dlatego, by odpowiadać za szpital w danym regionie, stro razy dłużej będą się zastanawiali nad ewentualną zmianą, niż urzędnik państwowy, który z takim szpitalem nie ma nic wspólnego.

Tusk skomentował również słowa ministra skarbu Mirosława Grada, który w swoim wystąpieniu powiedział, że nieinformowanie społeczeństwa o zamierzeniach prywatyzacyjnych w czasie kampanii wyborczej wynikało z tego, że kampania rządzi się swoimi prawami. - To niezręczna wypowiedź - skwitował premier.


Silvio Berlusconi zaprzysiężony na premiera Włoch

Tomasz Bielecki
2008-05-09, ostatnia aktualizacja 2008-05-08 16:32

Silvio Berlusconi został w czwartek zaprzysiężony na nowego premiera Włoch. Obiecuje walkę ze stagnacją gospodarczą oraz z przestępczością.

Zobacz powiekszenie
Fot. ALESSANDRO GAROFALO REUTERS
Silvio Berlusconi
ZOBACZ TAKŻE
Rząd Silvia Berlusconiego to 62. gabinet w historii powojennych Włoch. Jeden z najbogatszych Włochów był już dwukrotnie premierem, a w latach 2001-06 odniósł niebywały sukces, bo jako pierwszy po 1945 r. rządził przez pełną kadencję. - Nie dajemy sobie żadnej taryfy ulgowej. W ciągu stu dni musimy pokazać Włochom, że potrafimy wypełniać obietnice - zapowiedział Berlusconi, którego rząd zostanie zatwierdzony przez parlament w przyszłym tygodniu.

Nowy gabinet opiera się na centroprawicowej koalicji Lud Wolności, która w kwietniowych wyborach odsunęła od władzy centrolewicę premiera Romana Prodiego oraz szefa Partii Demokratycznej Waltera Veltroniego. Główni koalicjanci Berlusconiego to byli postfaszyści z Sojuszu Narodowego Gianfranca Finiego oraz nacjonaliści z Ligi Północnej Umberta Bossiego. - Ten rząd ostatecznie kończy okres powojenny we Włoszech. Faszystowskie korzenie przestały się liczyć w polityce. A jednocześnie z parlamentu po raz pierwszy po wojnie zniknęli komuniści - tłumaczy politolog Giovanni Nicotri.

Premier Berlusconi stawia przed rządem trzy cele. Chce zażegnać widmo recesji, rozwiązać sprawę wzrostu przestępczości oraz nielegalnej imigracji, a także położyć kres katastrofie Neapolu, gdzie od kilku miesięcy zalegają na ulicach niewywożone śmieci. - Teraz Włochy są znane całemu światu jako "kraj pod śmieciami". Musimy oczyścić się z tej hańby - mówi Berlusconi.

Walka z imigracja i wzrostem przestępczości były najbardziej nośnymi hasłami Berlusconiego, choć statystyki pokazują, że Włochy pozostają jednym z bezpieczniejszych krajów Unii Europejskiej. Niemniej nowy szef MSW Roberto Maroni (z Ligi Północnej) jeszcze przed zaprzysiężeniem zapowiadał przyspieszone deportacje nielegalnych imigrantów spoza UE oraz renegocjacje umów unijnych, by umożliwić wysiedlenie części rumuńskich Romów, których jest we Włoszech blisko milion. Politycy Ligi Północnej chcą też wzmocnienia i uzbrojenia straży obywatelskich, które miałaby pomagać policji, ale ten pomysł na razie odrzuca sam Berlusconi.

Pierwsze posiedzenie nowego rządu odbędzie się za tydzień w Neapolu, gdzie premier chce błyskawicznie rozwiązać problem fatalnego gospodarowania pięniędzmi na budowę nowych wysypisk (przechwytuje je mafia), co doprowadziło do kryzysu śmieciowego. Niewykluczone, że rząd właśnie w Neapolu ogłosi plan ożywienia gospodarki. Na razie Berlusconi zapowiada obniżenie podatków, a opozycja wypomina mu, że obecne kłopoty Włoch (planowany wzrost gospodarczy na poziomie 0,5 proc.) to głównie skutek jego premierowania w latach 2001-06. Nie wiadomo, jak Berlusconi pogodzi zapowiedzi inwestycji w infrastrukturę Południa z żądaniami Ligi Północnej, która chce zatrzymać przepływ pieniędzy z bogatej Północy do budżetu centralnego.

Nowym szefem MSW został Franco Frattini. Berlusconi uznaje się za przyjaciela George'a W. Busha i popiera amerykańską wojnę z terroryzmem.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Internauci wytropili błędy w maturze z WOS

Robert Kowalik, Gazeta.pl
2008-05-09, ostatnia aktualizacja 2008-05-10 17:01

W zaskakująco trudnej w tym roku maturze z Wiedzy o Społeczeństwie internauci znaleźli jeden błąd i sporo poważnych nieścisłości. Przekazaliśmy je Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, bo od ich rozstrzygnięcia zależy los wielu maturzystów. Wraz z nimi czekamy na odpowiedź CKE.

Zobacz powiekszenie
Fot. Natalia Dobryszycka / AG
Matura z WOS-u zaskoczyła tegorocznych maturzystów. Była zdecydowanie trudniejsza niż się spodziewali
ZOBACZ TAKŻE
Zobacz jak politycy odpowiadali na pytania z WOS

W środę ponad 140 tys. uczniów pisało egzamin z Wiedzy o Społeczeństwie. 37 proc. z nich wybrało poziom rozszerzony. Po opublikowaniu zadań i klucza odpowiedzi na naszym portalu, forum zawrzało.

Po tym, co w tym roku przygotowała Komisja Egzaminacyjna, WOS - do tej pory jeden z najczęściej wybieranych przedmiotów - w jednej chwili stracił renomę łatwego egzaminu.

Rozczarowani i zatroskani maturzyści zarzucają komisji celowe podniesienie poprzeczki i zbyt szczegółowe pytania. Uczniowe nastawiali się raczej na zagadnienia związane np. z Unią Europejską czy bezrobociem niż meandry działania ustawy zasadniczej czy też podawania polskiej nazwy organizacji, w skład której wchodzi Azerbejdżan, Mołdawia, Gruzja i Ukraina.

- Za dużo było pytań związanych z geografią i historią, małe było zróżnicowanie tematów - żali się jedna z maturzystek.

Znaleźli się też tacy, którzy wnikliwie przeanalizowali pytania z WOS i klucz odpowiedzi przygotowany przez CKE.

Błąd w zadaniu nr 9

Internauci piszą, że w zadaniu nr 9 matury rozszerzonej, które dotyczy ustroju RP, odpowiedź B. jest fałszywa, a nie prawdziwa jak podano w przykładowym kluczu. Internauta Grzespelc cytuje zadanie: "Ustawa wyrażająca zgodę na ratyfikację umowy międzynarodowej jest uchwalana przez Sejm większością 2/3 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów oraz przez Senat większością 2/3 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów. Odpowiedź podana w kluczu: prawda. Nie jest to prawda - pisze dalej Grzespelc - bo nie każda, a tylko taka, która przekazuje organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowe (Art. 90 konstytucji). W każdym innym przypadku (art. 89) jest to zwykła większość".

Zbyt dużo wątpliwości i wieloznaczności

Sporo innych zadań można było zrozumieć na wiele więcej sposobów, niż sugeruje to CKE. Internauta o nicku Wosiarz wypunktował nawet najdrobniejsze błędy i nieścisłości. W zadaniu nr 3 do podanych przykładów należało dopisać jaki jest to rodzaj normy społecznej. Na przykład "Nie zdradzamy swoich przyjaciół" - to według przygotowujących test norma moralna. Czy pomyli się maturzysta, który napisze, że jest to norma obyczajowa, albo nawet religijna? Dalej: "Mówimy prawdę" - odpowiedź prawidłowa: ponownie norma moralna. Czy jednak nie można byłoby potraktować jej jako normy religijnej?

Nie do końca jasne jest też zadanie nr 6. Chodzi w nim o to, by do przytoczonej charakterystyki organizacji regionalnej podać jej odpowiednią nazwę. W pytaniu nr 3 chodzi o EFTA, tj. European Free Trade Association, tymczasem klucz komisji podaje Stowarzyszenie Wolnego Handlu. Niby niewiele, ale jak odniosą się do tego egzaminatorzy?

Lista zarzutów zawiera jeszcze kilka pozycji. Czy uwzględni je Centralna Komisja Egzaminacyjna? Zaraz po środowym egzaminie Komisja udała się na trzydniowe obrady dotyczące sposobu oceniania egzaminu i nie odpowiedziała na nasze pytania. Może jednak maturzyści mogą liczyć na precedens. W ubiegłym roku źle sformułowano polecenie do jednego z maturalnych zadań właśnie w teście z Wiedzy o Społeczeństwie. Wtedy Komisja przyznała się do błędu i każdy maturzysta, który test pisał, miał zaliczone zadanie. Jak będzie w tym roku?