Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EROTYKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EROTYKA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 lutego 2010

Filozofia młodych puszczalskich

Prostytucja nieletnich zmienia swoje oblicze

Młodzi wystawiają się na sprzedaż już nie z powodu biedy, ale dla poprawienia statusu społecznego. Kiedy określa go marka posiadanego telefonu czy spodni, młodzi ludzie szybko orientują się, że nie ma nic za darmo. I że mają do zaoferowania towar, na który jest zawsze popyt – swoje ciało.

Diana stała przy trasie międzynarodowej E67 tuż za Wyszkowem. W lesie, niedaleko stacji benzynowej. Blond włosy do ramion, szczupła, dziecięca. W koszulce na ramiączkach i spódniczce mini.

Fot. Getty Images/FPM
- Jeżdżę tą trasą kilka razy w tygodniu, wiozę towar spod Białegostoku do Warszawy – opowiada Jan, 40-letni kierowca zatrudniony w hurtowni. - Kiedy raz tankowałem paliwo przyszła na stację, potem podeszła do mnie i zapytała, czy bym jej nie podwiózł kawałek dalej.

Zgodził się. Poprosiła, żeby zatrzymać się w środku lasu. Jan nieco się zdziwił, bo nic tam nie było. Żadnych domów, tylko zatoczka do zaparkowania wśród drzew. Zapytał, czy idzie zbierać poziomki, czy jagody. Zaśmiała się tylko i powiedziała, że teraz młodzież nie tak zarabia na wakacje. Jan nie bardzo zrozumiał.

- A ona powiedziała, że za podwiezienie może mi zrobić loda za free – opowiada kierowca. – Wtedy to mnie wcięło. Zapytałem, ile ma lat. Odpowiedziała, że 17, ale jej nie uwierzyłem. Moja córka ma 14, a wyglądała doroślej od niej wtedy.

Nie skorzystał z "promocyjnej" okazji. Potem widywał Dianę jeszcze kilkakrotnie, gdy przemierzał trasę. Raz się zatrzymał. Pamiętała go, powiedziała wprost, że promocja się skończyła i teraz musi już normalnie zapłacić.

Diana bez oporów opowiadała mu o sobie. Chce zarobić trochę pieniędzy, w domu nędzy nie ma, ale zawsze to lepiej mieć fajny ciuch, albo móc wyskoczyć na imprezę. W przyszłości chciałaby znaleźć wspólniczkę, wynająć razem mieszkanie i dać ogłoszenie w internecie. Już nawet miała wymyślone hasło reklamowe: "dwie młode, ładne, napalone uczennice". Bo faceci lubią młode ciałka, polecą na ten tekst, chociaż Diana już skończyła szkołę średnią, fryzjerską, ale wygląda młodo. To się lepiej sprzedaje, jak się powie, że uczennica, najlepiej gimnazjalistka.


Z dobrych domów

Obraz nieletniej prostytutki zmienił się w ciągu ostatnich 10 lat. Według badań dr Małgorzaty Kowalczyk-Jamnickiej w 1999 r. większość stanowiły dzieci z patologicznych rodzin, gdzie nie było pieniędzy, za to na porządku dziennym pojawiał się alkohol. Aż 80 procent nieletnich prostytutek pochodziła z rodzin robotniczych. Dzisiaj coraz częściej to dziewczęta z przeciętnych rodzin, inteligenckich, im nie brakuje na chleb, za to potrzebują zabawić się, mieć nowy telefon czy modny ciuch. Nieletnie prostytutki zarabiają dorywczo, okazyjnie, w wakacje czy po szkole. Rzadko stoją na ulicy czy pracują w agencji. Za to chętnie szukają sponsorów.

Nie wiadomo dokładnie, ile ich jest, prostytucja nieletnich nie widnieje w statystykach. Po pierwsze prostytuowanie się nie jest przestępstwem zgodnie z polskim prawem. Ściganiu podlega jedynie seks z osobą poniżej 15. roku życia.

Jednak policjanci rzadko mają szansę wytropić pedofila, bo żadnej ze stron nie zależy na tym, by ujawniać wiążące ich relacje. Ponadto prostytuowanie się nieletnich rzadko jest ich sposobem na życie, robią to od czasu do czasu, żeby sobie "dorobić", gdy brakuje pieniędzy na imprezę, nowy ciuch, fajniejszy telefon.

- Zabawne jest to, że jak się puszczałam, to miałam lepszą opinię w szkole niż teraz – mówi Marta, 16-latka z małej miejscowości pod Warszawą.

Uczennica gimnazjum ze średnią ocen 4,0, spokojna, niewyróżniająca się niczym. Rzadko chodziła na imprezy, udzielała się w kółku muzycznym, nie miała stałego chłopaka, chociaż kilku kręciło się wokół niej i umawiała się z nimi to do kina, to do kawiarni. Na wizerunku szarej myszki zależało jej, bo często miała „sponsorów” - starszych mężczyzn, z którymi uprawiała seks w zamian za prezenty, czasem pieniądze.

- W rozmowach z koleżankami to byłam pierwsza naiwna, co to nie wie jak się całować z języczkiem – opowiada Marta.

Podobał się jej chłopak ze starszej klasy, ale nigdy nie posunęła się z nim dalej niż przeciętna nastolatka. Kiedy tylko próbował włożyć jej rękę pod bluzkę, natychmiast mówiła "stop", potrafiła nawet się obrazić, że jej "nie szanuje".

- Zabawne, że ja prawie w to wierzyłam – mówi Marta. – Psycholog powiedział, że sama przed sobą udawałam, bo to było mi potrzebne, żeby nie czuć się winną. Ale nie wiem, czy to prawda.

Według niej wytłumaczenie jest prostsze. Gdyby zaciągnęła chłopaka do łóżka albo jeszcze nie daj Boże potem by się rozeszli, to nastolatek rozgadałby wszystkim, że Marta to puszczalska. A przy jej "zawodowym" nastawieniu do seksu byłoby to niebezpieczne.

Pytam: wstydziłaś się tego, że sprzedawałaś się?

- Wtedy wydawało mi się to jakoś takie zwyczajne, nie zastanawiałam się nad tym – odpowiada Marta

Dlaczego to robiła? Żeby mieć swoje pieniądze. Rodzice jej nie dawali? Dawali, ale matka kazała oszczędzać, Marta musiała się tłumaczyć, na co wydaje kieszonkowe. Jak sama "zarobiła", to nie musiała się tłumaczyć?

- No, też, ale to co innego, jak się ma swoje – wykręca się Marta.

Jej rodzice rozwiedli się, więc matce opowiadała, że buty dostała w prezencie od ojca, który z nimi nie mieszka, a ojcu – że od matki. I nawet była dumna z tego, że jest taka sprytna i samodzielna.

Liczy się, jakiego masz faceta

Badania dra Jacka Kurzępy z Uniwersytetu Zielonogórskiego potwierdzają, że środowisko rówieśników nie piętnuje jednoznacznie prostytuujących się dziewcząt. Posiadanie sponsora przecież pozwala podwyższyć swój status w grupie. W świecie nastolatków liczy się to, jakie wrażenie na innych możesz zrobić. Nie masz nowej komórki, iPoda, nosisz ubranie marek niebędących na topie? Jesteś looser, frajer, padaka i ogólnie żenua. Do bakutilu się nadajesz jedynie. Wszystko jest lepsze niż spadnięcie tak nisko w hierarchii grupowej. Zresztą co jest złego w seksie?

- Te dziewczyny nie dopuszczają poważniejszych związków. Ważne tylko, żeby się pokazać koleżankom, zaimponować, coś z tego mieć - komentuje swoje rozmowy z gimnazjalistkami Kasia Rosłaniec, reżyserka i scenarzystka filmu „Galerianki”. - Jak powiedziałam, że ja nie mam chłopaka, to patrzyły na mnie jak na niepełnosprawną. Bo trzeba mieć.

Facet wyznacza twoją wartość. Więc dobrze, żeby był przystojny, bogaty. Jeśli on ma lepsze gadżety, lepszy samochód, to i ty jesteś bardziej wartościowa.

Bohaterki filmu wyznają taki system wartości, a nastoletnia widownia chętnie to kupuje. Bo to ich świat, bo każdy gimnazjalista zna ze swojego otoczenia przynajmniej jedną dziewczynę, która galerię handlową zamieniła w miejsce schadzek.

Trzeba się szanować

16-letnia Wiktoria (sama wybrała sobie to imię na potrzeby artykułu, bo podoba się jej zdrobnienie Wika) prawie rzuca mi się z pazurami do oczu, gdy pytam, gdzie leży granica prostytucji.

- Ja się nie k..., nie biorę za to kasy! – wydyma usta obrażona. - Wybierać sobie facetów z pieniędzmi to nie grzech – przekonuje.

Więc ona nie grzeszy. Tym łatwiej jej się do tego przyznać, że ma zasady. Żadnego seksu na parkingu, tylko jak facet zaprasza do domu, elegancko, trzeba się szanować. Nigdy bez zabezpieczenia i nie naprasza się.

- Są takie szlaufiary, które podchodzą i walą od razu, że zrobią loda za bluzkę albo jeansy – mówi Wika.

Ona nie. Facet musi się jej podobać, robić wrażenie. Przede wszystkim ubranie się liczy. Znane marki, dobrze jak jest skórzana kurtka, ale nie "no name". I buty. Po butach można poznać każdego.

A sama Wika? Całkowite przeciwieństwo nierzucającej się w oczy Marty. Włosy farbowane na głęboką czerń, umalowane oczy. Ubrana w obcisłą bluzkę podkreślającą biust rozmiarów niekojarzących się kompletnie z nastolatką i spodnie biodrówki, które przy każdym pochyleniu pokazują wyraźnie, że Wika nosi czerwone stringi. Talia lekko wylewa się nadmiarem ciała znad paska o fantazyjnej klamrze. Słowem: jeśli ktoś wyobrazi sobie archetyp małej puszczalskiej, to Wika świetnie wpasowuje się w ten obrazek. Brakuje tylko białych kozaczków na nogach.

- Coś ty, białe kozaki to wieś! - prycha lekceważąco, prezentując swoje biało-różowe Pumy. – Białych kozaków nie założy żadna szanująca się dziewczyna!

Dziwnie brzmi obawa przez zszarganiem sobie opinii z ust kogoś, kogo koledzy określają mianem puszczalskiej.

- Zwykły szlauf – stwierdza Kamil, od którego dostałem numer jej telefonu. – Co to znaczy? Lachociąg, dupodajka, lodziara. Za kasę się puszcza, co tu jeszcze tłumaczyć.

Wika ma jedno wytłumaczenie: zazdroszczą jej, bo to gówniarze są, same prawiczki. A ona nie musi czytać w kolorowych pismach, co to jest orgazm. Ona wie i czuje się dorosła.

Cola na wabia

Wika ma ulubione centrum handlowe, w którym lubi spędzać czas i szukać "okazji". Oficjalnie kierownictwo nie przyzna, że na ich terenie coś podobnego ma miejsce. Wiadomo, że współczesne świątynie konsumpcji to ulubione miejsca dzieciaków na wagarach, ale na terenie centrów Straż Miejska nie legitymuje młodzieży, która powinna być w szkole. To teren prywatny, na miejscu jest tylko firma ochroniarska wynajęta przez właścicieli.

- Na ostatnim poziomie poziomie parkingu zdarza się, że stoi samochód, gdzie jakaś małolata robi loda facetowi – wyjaśnia Bartek, ochroniarz jednego z centrów handlowych. – Nieoficjalnie szefostwo mówi, jak się zachować: nie niepokoić klienta, po prosu pokazać się z daleka i to wystarczy, żeby odjechał. Numerów nie spisujemy.

Pokazuje mi ulubione miejsca, gdzie zbierają się galerianki – przy wyjściu na zewnątrz, gdzie można palić, na poziomie restauracji.

- Łatwo poznać, bo łażą po dwie, trzy, wciąż te same twarze. Polują – mówi Bartek.

Podobno znakiem rozpoznawczym dziewczyn szukających sponsora jest butelka coli w ręce? - pytam Wikę, powołując się na jakąś "mądrość" wyczytaną w internecie.

- Może jeszcze puszka? Kto ci takich bzdur nawciskał? - kpi Wika.

Cola ważne, żeby była w kubeczku ze słomką. Numer polega na tym, by podejść do faceta i rozmawiając z nim patrzeć mu w oczy jednocześnie biorąc słomkę do ust. I już załatwiony na cacy, będzie myślał tylko o jednym, nawet jeśli rozmawiacie tylko o pogodzie, albo pytasz o godzinę.

- Lepsza z KFC, bo dają darmowe dolewki, ale w McDonaldzie tańsza – fachowo podsumowuje Wika.

Zanim zadam jej pytanie, czy nie czuje się źle z tym, co robi, już wiem, jaką dostanę odpowiedź.

- Za młoda jestem, żeby szukać męża, to się bawię, a co, ty byłeś taki cnotliwy w moim wieku? - odpowiada zgodnie z moimi przypuszczeniami.

Pogubione dzieciaki

- Te dziewczynki nie uważają, żeby robiły coś złego – przyznaje dr Elżbieta Michałowska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, która bada prostytuującą się młodzież. – Nawet są dumne z tej szczególnej formy aktywności. Czują się lepsze.

Przed 10 laty większość nastoletnich prostytutek pochodziła z rodzin patologicznych. Większość marzyła o cieple rodzinnym, o stabilizacji, ucieczce od beznadziei swojej egzystencji. Tylko 3 procent prostytuujących się nieletnich twierdziło, że ich zajęcie ma coś wspólnego z chęcią przeżycia przygody. Z badań dra Jacka Kurzępy wynika, że większość nieletnich prostytutek wcale nie chce porzucać "zawodu". Ponadto 76 proc. zapytanych dziewcząt stwierdziło, że ich zachowanie to coś "normalnego". Oczywiście nadal większość stwierdza, że prostytuują się z powodów ekonomicznych, ale nie pochodzą z rodzin, w których panuje bieda. Po prostu nie zawsze jest wystarczająco na nowy telefon, modny ciuch czy ciągłe imprezowanie.

- Im nie brakuje pieniędzy, brakuje im ciepła. Według naszych badań 30 procent dzieci wskazało, że w domu brak ojca, fizycznie bądź emocjonalnie – mówi dr Michałowska.

W świecie wszechobecnej konsumpcji brak wsparcia rodziców oznacza brak jednoznacznych kierunkowskazów moralnych. Jeśli dziecko nie znajduje w rodzinie odpowiedzi na palące pytania, to zwraca się do grupy rówieśniczej.

- Bohaterki mojego filmu są takie, jak dzisiejsze dzieciaki: przyjmują pozę hardych, cynicznych, ale w głębi duszy one po prostu szukają miłości, której nie dostały w domu – mówi reżyserka "Galerianek" Kasia Rosłaniec.

Marta przyznaje, że korzystała z rozwodu rodziców. Ojciec mieszkał oddzielnie, matka dużo pracowała, nie miała czasu zajmować się córką. Ojciec wpadał dwa razy w miesiącu na weekend. Marta miała wystarczająco swobody, żeby znikać popołudniami. Wpadła przypadkiem, bo matka koleżanki zobaczyła ją w towarzystwie starszego faceta. Podeszła, Marta przedstawiła sponsora jako swojego ojca, ale kobieta nie uwierzyła. Doniosła matce. Kiedy wszystko się wydało, Marta trafiła pod opiekę psychologa, który "ustawiał" jej prawidłowe relacje z mężczyznami.

Wika niechętnie mówi o swojej rodzinie. Wszyscy zdrowi, mają pracę. Z matką rozmawia często, może nie jak przyjaciółki, ale normalnie. O czym? O szkole, o tym, co robiła. A ojciec pracuje więcej, czasami coś zapyta. O co?

- No, jak tam w szkole... - Wika zacina się w sobie.

Jedno mi tylko nie pasuje do tego obrazka. Skoro Wika tak dobrze dogaduje się z rodzicami, to jakim cudem oni nie dziwią się, skąd córka ma nowy telefon, spodnie, kosmetyki?

Wika tylko wzrusza ramionami. Nie odpowie.

PS. Już po zakończeniu pisania tego artykułu jakiś kolega zadzwonił do rodziców Wiki i poinformował, czym zajmuje się ich córka. Na razie Wika ma szlaban domowy, ojciec odbiera ją ze szkoły samochodem, rodzice odmówili rozmowy z mediami. Poprosili jedynie o usunięcie z artykułu szczegółów mogących pomóc zidentyfikować Wikę, dlatego wszystkie imiona są zmienione.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Sponsoring po warszawsku: seks za doładowanie telefonu

Grzegorz Miecznikowski
2009-12-05, ostatnia aktualizacja 2009-12-04 20:24

- Hej, szukam sponsora. Albo zrobię pokaz za doładowanie telefonu - dostaję wiadomość w portalu Czateria.pl. W oknie z kamerą pojawia się ładna buzia. - Mogę się masturbować, dotykać, wypinać. Doładować telefon musisz od razu

Prostytucja to sposób na szybką kasę, ale trzeba za to zapłacić wysoką cenę...
Prostytucja to sposób na szybką kasę, ale trzeba za to zapłacić wysoką cenę...
 0,1MB
0,1MB
1. "Młody, w miarę przystojny, dobrze zarabiający facet zasponsoruje młodą dziewczynę lub chłopaka. Oferuję 2 tys. zł miesięcznie lub wynajęcie kawalerki na Woli, podróże służbowe, wyjścia na fajne eventy".

2. "22-letni chłopak szuka sponsora lub sponsorki. Jestem kulturalnym, młodym człowiekiem z ambicjami i marzeniami."

Takie dwa ogłoszenia daję w portalu SponsoraSzukam.pl - bazie ponad 5 tys. ogłoszeń. Od klasycznych - "Pan pozna panią/pani pozna pana" - do bardziej wysublimowanych z cytatami literackimi i filozoficznymi przemyśleniami na temat związków. Połowa ze zdjęciami.

Lepszy taki układ niż alfonsem

- Dla mnie to trochę obleśne, bo to zawsze forma prostytucji, choć w miarę ekskluzywnej. Nie poszłabym na taki układ - twierdzi Anna Banaś, 23-letnia studentka polonistyki.

Bardziej pragmatyczne podejście ma Piotr Kołodziejczyk, 25-letni PR-owiec: - Każdemu wedle potrzeb. Dopóki nie robię za materac, nie interesuje mnie, kogo sąsiad trzyma w łóżku. Jest to naganne, ale czasem te osoby nie wiedzą, jak inaczej mogą się utrzymać. Zawsze lepszy stały układ z kimś kulturalnym niż alfonsem na ulicy.

Dorota Polowska, dziewczyna Piotra: - Każdy zarabia, jak chce, i żyje, jak chce. Jeśli ktoś nie ma innych atutów, niech tak zarabia. Jego sprawa. Czemu mam ingerować w czyjeś życie?

Większość przepytanych osób otarła się o sponsoring - słyszeli, widzieli, mają znajomych, którzy w tym uczestniczyli albo uczestniczą.

Po 24 godzinach na specjalnie założonych skrzynkach mailowych mam pięć propozycji sponsorowania (dwie od chłopaków, trzy od dziewczyn) oraz osiem propozycji zasponsorowania (pięć złożyli mi panowie). Potencjalni sponsorzy mieli od 35 do 55 lat. Większość, w tym kobiety, proponowały pokój lub mieszkanie, kieszonkowe. Dwie osoby zaproponowały mi wspólny wyjazd na wczasy lub w delegację. Kandydaci na utrzymanków i utrzymanki od razu wysłali zdjęcie. Szczegóły chcieli domówić na spotkaniach. Ich wiek: 19-22 lata.

Małgorzata: Włochy za ciało

Ma 45 lat. Jest główną księgową w jednej z międzynarodowych korporacji z siedzibą w Warszawie. Umawiamy się na Starówce. Odchowała dwójkę dzieci. Studiują za granicą. Z mężem rozwiodła się sześć lat temu. Twierdził, że jest mało atrakcyjna.

Małgorzata jest elegancka i wysportowana. Od roku chodzi regularnie na fitness. W portalach SponsoraSzukam.pl w Gumtree.pl szuka mężczyzny, który wybierze się z nią na wycieczkę do słonecznej Italii.

- Czemu chcesz jechać? - pyta

- Nigdy nie byłem we Włoszech - kłamię.

Jednak Małgorzata od razu mówi, że mnie nie weźmie. Nie jestem w jej typie. Mówię, że mam znajomych i jakiegoś mogę jej polecić, gdy powie, kogo szuka i czego wymaga.

Jej typ to dobrze zbudowany szatyn. - Musi być hojnie obdarzony przez naturę - zaznacza. Jeśli będzie miło w łóżku, może zaproponować stały układ. - To musi być przystojny facet, a nie chłopiec - podkreśla. Chodzi jej też o to, żeby mogła wyjść z nim na drinka z koleżankami, które też mają utrzymanków. Jedna z nich kiedyś "wypożyczyła" jej swojego "przyjaciela". - Dawno nie uprawiałam tak dobrego seksu. Po rozwodzie przestałam wierzyć w siebie, młodszy facet dodaje pewności - wyjaśnia. - Działa jak lifiting. Nie muszę płacić za kosmetyczkę, mogę płacić za młode ciało.

Robert: Mieszkanie za umilanie

Oferuje mieszkanie w niezłym standardzie w samym centrum Warszawy dla dziewczyny, która będzie je sprzątać, gotować i raz do dwóch razy w tygodniu "umilać" mu czas. W portalu Gumtree.pl takich ofert tylko z ostatniego miesiąca można znaleźć ponad dwieście. "Na seks za mieszkanie najczęściej decydują się dziewczyny, które do miasta przyjechały na studia. Kuszę je mieszkaniem za 100 zł" - przechwala się Robert w mailu.

Zapytałem go o radę, czy opłaca się wynajmować w ten sposób lokum. "Mnie ta forma odpowiada. Płacę, więc mogę wymagać. Nikt tego jednak głośno nie mówi, a i ja nie traktuję kobiety jak prostytutki. Ona sama czuje się zobowiązana do rekompensaty. Nie narzeka, nie robi wyrzutów. Nie ma pretensji, że ją olewam. Mam święty spokój".

W ciągu kilku dni na jego anons odpowiada od pięciu do 15 kobiet. Wszystkie są gotowe wprowadzić się od razu. Większość wysyła swoje zdjęcie (na plaży, w stanikach) i podaje numer telefonu. Robert może wybrzydzać. Ta za gruba, tamta za młoda. "Z numerów telefonu nie korzystam, bo to zobowiązujące, a jak umówię się mailem czy przez GG i się rozmyślę, nie muszę stawiać się na spotkanie. To po prostu taki handel wymienny. Nic na siłę. One wiedzą, czego chcą".

Robert wynajmuje pokój od czterech lat. Ma 38 lat.

Tomek: Tysiąc za wierność

Ma 37 lat. Jest urzędnikiem w jednym z ministerstw. Przystojny, dobrze zbudowany, lekko szpakowaty facet pewnie wchodzi do restauracji Mirador przy ul. Grzybowskiej. Spóźnił się 10 minut. Taksuje mnie spojrzeniem. - Na zdjęciach wyglądasz poważniej. Nie jesteś moim ideałem, ale masz coś w sobie - mówi, jakby właśnie kupił pomidory.

Zdjęcie wysłał mi mailem, więc bez problemu go rozpoznałem. Mówi otwarcie, nie zniża głosu. Jego naturalność wprawia mnie w lekkie zakłopotanie. - To nie przestępstwo tylko biznes - mówi spokojnie.

Tomek ma trzech braci. Matka mieszka w Szczecinie. Jest chora, nie porusza się sama. Opiekuje się nią jeden z braci, inny zerwał kontakt z Tomkiem, kiedy ten powiedział, że jest homoseksualistą. Trzy lata temu zakończył najpoważniejszy związek w swoim życiu. Z Marcinem byli osiem lat. Jednak Tomek odkrył, że jest zdradzany. Próbował wybaczyć. Nie udało się. Zaczął sponsorować. Co roku wymienia utrzymanka. Nudzą mi się.

Na moje ogłoszenie odpowiedział jako trzeci. Od razu w ramach umowy zaproponował wspólne mieszkanie - ja w oddzielnym pokoju. Prócz tego pokrywa wszystkie moje wydatki i wypłaca kieszonkowe - 1 tys. zł miesięcznie.

- Czy za tę kasę mogę cię mieć na wyłączność? - pyta.

Mówię, że się zastanowię.

Po pierwszym spotkaniu dostaję od niego MMS-a. Jest nagi od pasa w dół. Do tego tekst: "Mogę liczyć na rewanż?".

Potem SMS: "Spotkanie jutro? Ostatnie przed podpisaniem i przypieczętowaniem umowy? Podjadę po ciebie, co?". Na końcu uśmieszek.

Zgadzam się.

Tomek zabiera mnie do mieszkania w Ursusie. Gustowne, przestronne. Mam obejrzeć swój pokój. Jest pusty. - Meble sam sobie wybierzesz - obiecuje.

Chce poznać moją decyzję, bo nie ma czasu bawić się w kotka i myszkę. Jeśli nie ja, znajdzie sobie innego. W internecie jest pełno ofert.

Pasuję. Tomek nie kryje zdziwienia. - Wiem, jak cię przekonać - mówi. I próbuje pocałować w szyję. - Co się tak stresujesz, jak dziewica przed defloracją?

Wieczorem dostaję SMS-a: "Wyższe kieszonkowe? 1 tys. 500 zł".

"Co ci tak zależy?" - odpisuję.

"Nie lubię, kiedy czegoś nie mogę kupić".

"Wierności i miłości nie kupisz".

"Wszystko ma swoją cenę. Towar kupiony można chociaż zareklamować".

Malwina: Pokaz za doładowanie

"Hej. Szukam sponsora! Albo zrobię pokaz za doładowanie telefonu" - dostaję wiadomość w Czateria.pl. Zalogowałem się w jednym z pokojów erotycznych jako "wawa_zasponsoruje". Otwieram okno z kamerą. Pojawia się ładna buzia, krótkie ciemne włosy, zalotne spojrzenie.

"Co robisz?" - dopytuję

"Co tylko chcesz. Mogę się masturbować, dotykać, wypinać. Doładować telefon musisz od razu".

Proponuję spotkanie w sprawie sponsoringu. Wymieniamy się numerami telefonu.

Malwina mieszka w Olsztynie. W październiku zaczęła studia w Warszawie. Chce żyć na poziomie, więc szuka "mecenasa". Umawiamy się w Café Plotka vis-a-vis uniwersytetu.

Malwina do kawiarni wchodzi pewnie. Rozgląda się. Macham do niej. Mojej twarzy nie widziała. Zdejmuje krótki, czarny płaszcz. - Napiję się latte - rzuca do kelnera. Proponuję jej tyle, ile napisałem w ogłoszeniu. - Niezła oferta. Ile razy seks w tygodniu? - pyta chłodno.

Tłumaczę, że seks nie jest najważniejszy i bardziej zależy mi na towarzystwie.

- Już to przerabiałam - komentuje. I podnosi się do wyjścia. Zatrzymuję ją.

- Jeśli seks, to bez uczucia - precyzuje. - Wszystko ma być bez uczucia.

Malwina od 15. roku życia korzysta z takiej "pomocy". Daje ogłoszenia w różnych portalach. Z panem z Bydgoszczy raz w roku jeździ na luksusowe wakacje, z drugim z Olsztyna kilka razy w roku wychodzi na służbowe przyjęcia. Kiedy miała 17 lat, poznała 30-letniego biznesmena z rodzinnego miasta. Facet był przystojny, inteligentny, dbał o nią. Malwina się zakochała. - I dostałam po dupie. Powiedział, że chciał mnie tylko ruchać, a ja odstawiam szopki i melodramat - opowiada.

- I jak nie potrafię sobie poradzić z własnymi emocjami, mam spadać. Teraz reguły gry są od początku do końca jasne, i to ja je ustalam. Jeśli poczuję, że coś zaszło za daleko, wycofuję się. Czaisz?

Krępuje się tak mówić. Tu chodzi o biznes. Głaszcze moje dłonie. I mówi: - Po pierwsze, nie możesz wymagać rzeczy, na które nie mam ochoty. Masz mnie rozumieć i obdarzyć opieką, a ja będę się rewanżować. Na tym to polega.

Gdy się żegnamy, nie kryje, że idzie na spotkanie z innym facetem, także w sprawie sponsoringu. Wieczorem dostaje od niej SMS-a: "Sorki. Mam lepszą ofertę. Powodzenia".

Michał: Loda za kasę

"Hej! Ja młody chłopak bi. Chętnie cię poznam. Michał" - czytam w skrzynce.

Ma 19 lat. Jest szczupłym brunetem. 180 cm wzrostu, gładka chłopięca twarz mocno opalona na solarium. Do Warszawy przyjechał rok temu spod Zielonej Góry, zaraz po maturze. Pracuje w jednym ze sklepów w CH Wileńska. Nie starcza mu jednak na wszystko, a lubi się bawić. I ktoś za to musi płacić. - Nie jestem gejem, nie zrozum mnie źle. Faceci płacą więcej, dlatego wolę być towarzystwem dla nich. Poza tym kobiety są problematyczne - wyjaśnia.

Michał jest utrzymankiem od pół roku. Najpierw "pomagała" mu żona właściciela jednego z warszawskich klubów. Wpadł jej w oko. Kilka razy w tygodniu spotykali się na seks. W zamian za to Michał za darmo imprezował, dostawał trochę kasy na ciuchy. Po jakimś czasie zaproponowała mu pracę kelnera, ale Michał lubił flirtować z dziewczynami i sponsorka zrobiła się zazdrosna. Wtedy zażądał więcej kasy za, jak sam określa, "kontrakt na wyłączność". Nie mogła tyle dać, więc zerwał z nią kontakt. - To było piekło. Mściła się, że jej nie chciałem. Miała grubo po czterdziestce. Myślała, że po prostu na nią polecę - rechocze.

Z różnymi kobietami i mężczyznami jeździ na wczasy. Mieszkanie też wynajmuje za seks.

Mówię Michałowi, że jest nie w moim typie. - Przesadzasz, ja jestem w typie każdego. Poza tym za odpowiednią kasę zrobię, co zechcesz - zapewnia. A na ucho szepcze mi: - Na Pradze nikt nie robi loda lepiej ode mnie.

- Skąd ta pewność? - dopytuję.

Michał: - Bo to zawód jak każdy inny. A ja jestem perfekcjonistą i staram się być profesjonalistą. Jeśli ktoś jest niezadowolony, nie musi mi dawać kasy.

Natalia: Prysznic po wszystkim

Znamy się z gimnazjum. Większość chłopaków podkochiwała się w zgrabnej, wysportowanej blondynce z długimi nogami i dużym biustem. Po kilku latach wpadliśmy na siebie na uczelni na zajęciach z historii literatury polskiej. Natalia miała wtedy chłopaka. Nie mówiła o nim wiele. Tylko że jest. Kiedy umówiliśmy się na piwo po latach, zaczęła o nim opowiadać. - Jestem dziwką - wyznała.

Tadeusz miał 63 lata, a Natalia 19, kiedy się poznali. Przez koleżankę. - Zaproponowała mi imprezę. Powiedziała, że będą fajni faceci i żebym tylko się ładnie ubrała, to nie będę płacić za driny - opowiada.

Tadeusz odwiózł pijaną dziewczynę do siebie do domu. Uprawiali seks. - Był szarmancki i niebrzydki, tylko mięśnie i skóra mu zwiotczały. Miał piękny uśmiech. Następnego dnia zjedliśmy śniadanie. Dostałam od niego bransoletkę. Złotą, ładną. Wzięłam.

Spotykali się dwa lata. Tadeusz kupował jej kosmetyki, ciuchy, biżuterię. Pojechali do Egiptu, Turcji, Chorwacji. - Za każdym razem po seksie brałam prysznic. Czułam obrzydzenie do siebie. Nie mogłam jednak z tym skończyć, bo nieźle na tym zarabiałam, a w butiku miałam 400 zł na rękę - mówi.

Mama Natalii poznała Tadeusza. - Ją też kupił. Kwiaty, prezenty, żeby się nie wtrącała.

Matka nie mogła znaleźć pracy, dorabiała jako krawcowa. Ojciec odszedł od nich. Starsza siostra dawała korepetycję. Natalia jeszcze w liceum zaczęła pracować w butikach i jako hostessa. Chciała lepiej żyć.

Kiedyś po kolacji z Tadeuszem wpadła do domu. Akurat dał jej okrągłą sumkę "na coś ładnego".

- Mamo, ja chcę zerwać z Tadkiem.

- Źle ci? Opiekuje się tobą i cię nie zostawi jak twój ojciec. Lepiej jest tobie i nam.

Z Tadeuszem się rozstała. Matka wciąż robi jej wyrzuty.

Dziś Natalia kończy studia. Ma narzeczonego, z którym mieszka. Planują ślub.

- Pozwalasz mu za siebie płacić?

- Układ jest fair - każde z nas płaci za siebie.

Imiona bohaterów zostały zmienione

Przeczytaj także: Seks za zakupy: Galerianki naprawdę istnieją



Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna

niedziela, 8 listopada 2009

Seks po studencku

Fot. Marcin Bugalski

Kocha się bardzo często i w różnych miejscach. Lubi eksperymentować i czerpie z tego dużą przyjemność. Partnerów zmienia jak rękawiczki. Potomek Casanovy? Prawnuk Don Juana? Nie, statystyczny polski student. Lub studentka.

"Dla mnie to miejsce odreagowania i kochania. Dosłownie. Spotykam się ze swoim chłopakiem na którymś z poziomów i dajemy sobie miłość w tej świątyni wiedzy. (...) Do tego trzeba znaleźć na te kilka minut spokojny zakątek między regałami. Ostatnio kochałam się, mając ze swojej lewej strony dzieła Marie von Ebner-Eschenbach, a z prawej kilka tomów Roberta Musila".

To wiadomość z bloga Rafy, studentki germanistyki UW, która w ten sposób opisała swe wspomnienia związane z Biblioteką UW. Jak się potem okazało, nie była jedyną osobą, która uznała seks między regałami za fascynujące przeżycie. Kilka par zostało potem przyłapanych przez pracowników BUW-u, zmuszając władze biblioteki do wprowadzenia surowszego regulaminu.

Młodzi ludzie lubią się kochać w nietypowych miejscach, gdyż to intensyfikuje doznania. I choć, jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę Durex, jednym z najpopularniejszych miejsc do uprawiania seksu jest sypialnia rodziców, to równie interesujący może być samochód, park, toaleta publiczna, przymierzalnia w sklepie lub ogród. Lubią też uwieczniać swoje wyczyny za pomocą kamery wideo.

Koniec tabu

Z każdą dekadą zmienia się nastawienie młodych ludzi do seksu. Stają się oni bardziej otwarci i pozbawieni zahamowań. W przeciwieństwie do własnych rodziców, dla których ten temat był wstydliwy, dziś studenci nie mają żadnych problemów, aby o tym rozmawiać.

Według seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza pomaga im w tym rozluźnienie sztywnych zasad moralnych. Podobnego zdania jest Witold Świętnicki, reżyser filmu "Dyskusja", w którym pokazał zachowania łóżkowe Polaków. - Młodzi ludzie mają dziś pełniejszą świadomość własnej seksualności i są bardziej otwarci - uważa reżyser. Za scenariusz do jego filmu posłużyły teksty z serwisów randkowych i czatów. Aktorami byli naturszczycy wyłowieni z internetu. Było ich 65, w większości studentów, gdyż inni, choć odważni w sieci, nie byli w stanie powtórzyć swoich wypowiedzi przed kamerą.

Otwartość studentów wynika także z tego, że lubią się kochać i robią to znacznie częściej niż reszta społeczeństwa, średnio 126 razy w roku, podczas gdy inni Polacy zaledwie 100 razy. Są ze swego życia seksualnego zadowoleni i jest ono dla nich niezwykle istotne. Jak wynika z wewnętrznych badań przeprowadzonych wśród studentów Instytutu Polityki Społecznej, dla 68 proc. z nich miłość fizyczna jest niezwykle ważna, a dla 26 proc. - raczej ważna. Zaledwie 2 proc. uznało ją za nieważną, tyle samo nie miało na ten temat zdania.

Jak wypada na ich tle statystyczny Polak? Raczej kiepsko. W raporcie firmy Durex można przeczytać, że własne życie seksualne ocenia raczej słabo, zaledwie co drugi jest z niego zadowolony. - To jak najbardziej normalne, że studenci są bardzo aktywni na tym polu - uważa psycholog Konrad Pluciński. - Od reszty społeczeństwa różnią się kilkoma czynnikami, które sprzyjają nawiązywaniu kontaktów seksualnych. Po pierwsze, mają dużo wolnego czasu. Po drugie, zazwyczaj nie mają zobowiązań typu dom, rodzina. Po trzecie, mają duży dostęp do potencjalnych partnerów. I na koniec: są na tyle młodzi, że mają jeszcze w sobie dużo ciekawości - wyjaśnia Pluciński.

Dlatego tak bardzo lubią eksperymentować. Według firmy Durex inspiracji szukają przede wszystkim osoby między 21. a 24. rokiem życia, a więc takie o nie największych jeszcze doświadczeniach seksualnych. Stosują m.in. lubrykanty, maski lub sztuczne penisy. Co 10. badany nie ma nic przeciwko zabawom w trójkącie albo czworokącie, a co 12. - z osobą tej samej płci. - Homoseksualizm mnie nie kręci, ale czasami używam urozmaicających gadżetów - mówi Jakub Antczak, student III roku Uniwersytetu Medycznego w Warszawie. - Dzięki nim tradycyjny seks staje się ciekawszy - dodaje.

Pierwszy raz

W dużej mierze to właśnie ciekawość jest głównym powodem inicjacji seksualnej młodych Polaków. W przeprowadzonym trzy lata temu badaniu seksualności wrocławskich studentów aż co trzeci słuchacz tamtejszej politechniki przyznał, że to właśnie ona była powodem, dla którego zdecydował się na swój "pierwszy raz". Bardziej uczuciowo do spraw seksu podchodzą ich koledzy z Akademii Medycznej. Choć 33 proc. z nich także kierowało się ciekawością, to aż blisko połowa wskazała na miłość jako powód do rozpoczęcia życia seksualnego. Według autora tych badań, prof. Zygmunta Zdrojewicza, wojewódzkiego konsultanta ds. seksuologii z Kliniki Endokrynologii Akademii Medycznej, dla przyszłych lekarzy emocje są ważniejsze od czysto fizycznych doznań. - Dla nich seks bez miłości jest mało pociągający - mówi. A jak tłumaczy odpowiedzi studentów polibudy? - Jedni mają umysł ścisły i wszystko starają się poznać dogłębnie. Tak samo podchodzą do seksu. Interesuje ich jako coś nowego, zjawisko, które trzeba rozłożyć na czynniki pierwsze - uważa prof. Zdrojewicz. Niezależnie od uczelni większość studentów ani myśli czekać z tym aż do małżeństwa. 90 proc. przeżyło swój pierwszy raz jeszcze przed pójściem na studia, średnio w wieku 17 lub 18 lat. Rekordzista z PWr przyznał się, że po raz pierwszy kochał się już jako trzynastolatek!

Gorzej pod tym względem wypadają studenci Uniwersytetu Warszawskiego z III roku. W 2006 roku dr Krystyna Komosińska z Wydziału Pedagogicznego UW poprosiła 1350 słuchaczy uczelni o wypełnienie ankiety. Badała m.in. zachowania seksualne młodych ludzi. Do inicjacji przyznało się dwie trzecie z nich. Jednak, jak się okazuje, wydział wydziałowi nierówny. - Prawie każdy student geologii oraz dziennikarstwa i nauk politycznych miał za sobą swój pierwszy raz, a historii lub polonistyki zaledwie co drugi - mówi dr Komosińska.

Seks ze służącą

Pokolenie obecnych studentów bardzo się różni od pokolenia swoich rodziców. Ale już nie pradziadków. Dowiódł tego prof. Andrzej Jaczewski, autor m.in. "Książki dla chłopców", "O dziewczętach dla dziewcząt", z których za PRL-u młodzież uczyła się co to seks. Dysponował on wynikami badań dotyczących zachowań seksualnych studentów z 1898 roku, które przeprowadził jego mocno starszy kolega z Akademii Medycznej. W1958 roku wpadł na pomysł, aby je powtórzyć i następnie porównać. Nie obyło się bez problemów. W badaniach brali udział zarówno studenci, jak i żołnierze, pół na pół. Żołnierze dostali rozkaz, aby w ankiecie pisać prawdę. Jednak okazało się, że nie rozumieli pytań. Żaden nie wiedział, co to jest masturbacja. Dlatego w nawiasie trzeba było dopisać "trzepać kapucyna, męczyć węża". Potem poszło szybciej, bo studentom nic nie trzeba było wyjaśniać. A wyniki? W 1898 roku ponad 80 proc. studentów medycyny miało pierwsze doświadczenia seksualne już przed 18. rokiem życia, a w badaniu z 1958 wyszło, że tylko ponad 40 proc., czyli o połowę mniej. Wiekowi profesorowie, pamiętający jeszcze tamto badanie, zaczęli roztrząsać sprawę i doszli do wniosku, że 60 lat wcześniej w domach były służące i studenci miłości uczyli się od nich. Brak zainteresowania seksem wśród późniejszej młodzieży wytłumaczono zaś tym, że w badaniu wzięło udział sporo chłopaków o robotniczym oraz wiejskim pochodzeniu, i to miało znaczenie opóźniające.

Z kwiatka na kwiatek

Dziś studenci nie tylko uczą się seksu równie chętnie i szybko jak ich pradziadkowie, ale bardzo często nie ograniczają się do jednego partnera. Nie mają też nic przeciwko szybkiemu numerkowi, jak wynika z raportu firmy Durex. Potwierdza to dr Komosińska. - Co piąty z badanych słuchaczy UW miał więcej niż trzech partnerów w ciągu roku. Nie byłoby w tym nic przerażającego, gdyby nie to, że tylko niespełna połowa studentów używa prezerwatyw - mówi Komosińska i dodaje: - Nie boją się chorób, łącznie z tą najgorszą. A niestety, ich wiedza na temat wirusa HIV jest bardzo zróżnicowana. Są wśród nich osoby przekonane o prawidłowości stwierdzeń z gruntu fałszywych. Na przykład 50 proc. uznało za możliwe przeniesienie wirusa HIV przez komary! A jednocześnie lekceważą prawdziwe zagrożenia - żali się dr Komosińska.

Z innymi środkami antykoncepcyjnymi jest nieco lepiej. Może dlatego, że częściej stosują je dziewczyny, które są bardziej zapobiegliwe. Choć i im zdarza się zapomnieć. - Bardzo często wolność związana ze studiowaniem bierze górę - mówi prof. Zdrojewicz i dodaje: - Wówczas wszelkie społeczne uwarunkowania schodzą na drugi albo trzeci plan. Liczą się tylko przyjemność i swoboda.



Tekst pochodzi z magazynu studenckiego "?dlaczego"

Autor: Jacek Matwiejczyk

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Przyjaciel od seksu


Marcin Wyrwał
Łóżkowi przyjaciele są stałym elementem amerykańskiej rzeczywistości. W Polsce nikt jeszcze nie traktuje ich jako odrębnej grupy. Co nie znaczy, że ich nie ma...

Funkcjonują pod różnymi określeniami: „znajomi z przywilejami”, „przyjaciele z dodatkami”, „poszukiwacze przygód”. Jednak najczęściej mówi się o nich Friends With Benefits [Przyjaciele z dodatkowymi świadczeniami] lub pod bardziej dosadnie: Fuck Friends [Przyjaciele od pieprzenia]. Choć są typowo amerykańskim „wynalazkiem”, to historie Olafa i Marty świadczą o tym, że nie brak ich także w Polsce.

Mimo że tacy łóżkowi przyjaciele wydają się być wynalazkiem ostatnich lat, faktycznie zjawisko jest nieco starsze. W popkulturze funkcjonuje mniej więcej od połowy lat 90. O „najlepszym przyjacielu z dodatkowymi świadczeniami” śpiewała w swoim przeboju z 1996 roku „Head over Feet” Alanis Morissette. Do tego rodzaju związków nawiązywał również emitowany od 1998 roku serial „Seks w wielkim mieście”.


Słownikowa definicja przyjaciół z dodatkowymi świadczeniami, z internetowego urbandictionary.com, brzmi: „Dwoje przyjaciół, którzy uprawiają seks bez emocjonalnego zaangażowania”. Czym zatem łóżkowy przyjaciel różni się od osoby, z którą połączył nas przypadkowy, jednorazowy seks? – Przede wszystkim, zawsze znamy imię swojego przyjaciela, w przypadku jednorazowego seksu, nie koniecznie – odpowiada socjolog Mariusz Drozdowski. – W relacji, w której jesteśmy przyjaciółmi od wielu lat i nagle wpadamy na pomysł poszerzenia naszej znajomości o kontakt cielesny, przyjaciel spełnia zadania, które do tej pory przypisywaliśmy małżonkowi albo konkubentowi. Lecz taka relacja różni się od stałego związku jednym bardzo istotnym elementem: jest nim brak zobowiązań.

„Nie masz ochoty, nie ma problemu” – trafnie podsumowuje ten rodzaj relacji internauta o nicku Facet128 na jednym z forów internetowych poświęconych łóżkowym przyjaciołom.

Według Mariusza Drozdowskiego przyjaciel z dodatkowymi świadczeniami pełni rolę złotego środka pomiędzy komfortem, jaki daje trwałość tradycyjnego związku, a gwarancją wolności, jaką oferuje układ przyjacielski: – Bycie w tradycyjnej stałej relacji traktowane jest dziś jako oznaka słabości i zależności od drugiej osoby, a nowy typ relacji bez zobowiązań, daje nam poczucie pewnej niezależności i wolności, bo możemy z niej w każdej chwili wyjść, powiedzieć: od dzisiaj koniec z tym, wracamy do zwykłej przyjaźni. A zatem z jednej strony jest poczucie jakiegoś bezpieczeństwa i stałości, a z drugiej możliwość wyjścia z sytuacji, która staje się niewygodna – mówi.

Kobiety chcą przyjaźni, mężczyźni chcą świadczeń

W Polsce instytucja łóżkowego przyjaciela pozostaje zupełnie niezbadanym obszarem. Lecz nawet w USA, gdzie narodził się ten trend, badania nie wychodzą poza środowiska uniwersyteckie. Najgłośniejsze z nich opublikowano na łamach akademickiego pisma „Archives of Sexual Behaviour”. Ich autorzy, Melissa Bisson i Timothy Levine z Uniwersytetu Stanowego Michigan, podają, że aż 60% ankietowanych studentów przyznało się do fizycznego związku z przyjacielem bądź przyjaciółką. Jedynie 10% z tych relacji rozwinęło się w trwałe związki, 28% pozostało na etapie łóżkowej przyjaźni, 36% par pozostało przyjaciółmi po zakończeniu relacji seksualnych, a w 26% przypadków doszło do całkowitego zerwania kontaktów.

Sześćdziesięcioprocentowy odsetek łóżkowych przyjaciół nie dziwi 32-letniego Olafa, który 10 lat temu nawiązał seksualne relacje ze swoją wieloletnią przyjaciółką, kiedy jako studenci Szkoły Głównej Handlowej mieszkali w jednym z warszawskich akademików. – Wtedy w ogóle nie traktowałem tego w kategoriach społecznego zjawiska – mówi. – Lecz muszę przyznać, że wśród trzech mieszkańców naszego pokoju, jeden miał stałą dziewczynę, a dwóch realizowało się seksualnie w układach przyjacielskich. To absolutnie niereprezentatywna próbka z punktu widzenia statystyki, ale chyba o czymś świadczy.

38-letnia Marta, menadżerka w sieci sklepów meblowych, zakończyła seksualny związek ze swoim wieloletnim przyjacielem zaledwie przed kilkoma miesiącami. – Znamy się od czasów podstawówki, ale po raz pierwszy zrobiliśmy to na ostatnim roku studiów – wspomina. – Impreza wszyscy pijani... wiadomo. A potem to zaczęło działać na zasadzie telefonicznego pogotowia seksualnego dla dwojga inteligentnych i ambitnych, ale także samotnych i zdesperowanych karierowiczów.

Równie interesujące były badania opublikowane w College Student Journal przez Jennifer Puentes, Davida Knoxa i Marty'ego E. Zusmana „Participants in 'Friends With Benefits' Relationships”. Ich autorzy poddali analizie strukturę płciową łóżkowych przyjaciół. Do tego rodzaju doświadczeń przyznało się 63,7% ankietowanych mężczyzn i zaledwie 50,2% kobiet. Autorzy zauważyli, że w takich związkach kobiety koncentrują się „na przyjaźni”, a mężczyźni „na dodatkowych świadczeniach”.

– Aczkolwiek niechętnie to jednak muszę przyznać im rację – komentuje te doniesienia Olaf. – Spędzałem wiele czasu na wspaniałych rozmowach ze swoją przyjaciółką. Jednak od kiedy w grę zaczął wchodzić seks, aż nazbyt często kierowałem rozmowy na tematy, które pozwalały mi płynnie przechodzić od słów do czynów.

– Znając mężczyzn, uważam, że wyniki tego badania odpowiadają prawdzie, aczkolwiek nie w naszym przypadku – zastrzega Marta. – Mój przyjaciel często bywał w dłuższych lub krótszych związkach, więc pod tym względem było mu łatwiej. To zwykle ja byłam „w potrzebie”. Ale on się nigdy nie bronił. Bardzo uczynny był z niego chłopak – śmieje się Marta. – Kiedyś pojechaliśmy w Bieszczady z zamiarem chodzienia przez cały weekend po górach. Przyjechaliśmy w piątek późną nocą do hotelu tuż przy tamie nad Soliną. Po czym całą sobotę spędziliśmy w pokoju kochając się, popijając wino i oglądając telewizję. Kiedy w niedziele rano pakowaliśmy rzeczy do bagażnika, on zaproponował, żebyśmy chociaż na chwilę wyskoczyli na tamę. Z całego weekendu na „chodzeniu” spędziliśmy dosłownie pięć minut.

Zdaniem specjalistów, przypadki Olafa i Marty są typowe dla tego rodzaju związków. Doktor John M. Grohol, założyciel pionierskiej strony internetowej poświęconej zdrowiu psychicznemu psychcentral.com, uważa, że idealną zbiorowością do prowadzenia badań dotyczących łóżkowych przyjaciół jest środowisko studenckie. W artykule „Friends With Benefits” Grohol zauważa, że tego rodzaju związki zdarzają się głównie „wśród młodych dorosłych ludzi (licealistów i studentów), którzy wciąż prowadzą aktywnie poszukiwania w sferze własnej seksualności”. Z kolei Madeline Murphy, dziennikarka pisząca o związkach na stronie askmen.com, dorzuca do tej grupy intensywnie pracujące osoby, które „nie mają czasu na prawdziwy romans” („The Pros & Cons Of Casual Sex Between Friends”).

Póki seks nas nie rozłączy

Wśród zalet wzbogaconej o seks przyjaźni Madeline Murphy wymienia w swoim artykule:

  • łatwy dostęp do seksu, nieskrępowaną charakterystycznymi dla stałego związku ograniczeniami,
  • brak czaso- i energochłonnych etapów wstępnych, jak flirtowanie, randki, stopniowe badanie swoich szans na ewentualny seks,
  • brak tremy, która często pojawia się w nowych związkach.

– Nic dodać, nic ująć – komentuje Olaf. – Dużo seksu, zero zobowiązań, łatwość przejścia do działania bez potrzeby wychodzenia na drinka lub kupowania kwiatów. Ktoś może to odczytać jako skrajny cynizm, ale zaznaczam, że w tego typu układzie identyczne zasady obowiązują obie strony.

– Oczywiście, że w takim związku wszystko dzieje się szyciej i łatwiej – zgadza się Marta. – Ale to nie było tak, że czekałam na niego z przetłuszczonymi włosami, w dresach, wśród walających się po mieszkaniu kawałków pizzy. Zawsze dbaliśmy o nastrój, przyciemnione światła, te rzeczy...

„Jednym z kluczy do powodzenia takich związków jest dyskrecja – ostrzega Murphy. – Nawet jeżeli masz stuprocentową pewność, że wystarczy jeden telefon, a ona przybiegnie do ciebie w podskokach, zachowaj klasę i nie rozgłaszaj tego.”

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem – przyznaje Olaf. – Ale prawdą jest, że nigdy nie ujawniliśmy prawdziwej natury naszego związku. Wśród studentów to bardzo łatwe. Nawet jak na wyjazdowej imprezie wszyscy spali pokotem w jednym pokoju, to nikt się nie dziwił, że znajomi śpią pod jedną kołdrą. Bardziej by się zdziwili, gdyby zobaczyli, co pod tą kołdrą się działo.

– Wbrew pozorom Warszawa jest małym miastem – mówi Marta. – A jeśli zawężyć je do ludzi obracających się w kręgach tak zwanego managementu, to okazuje się, że prawie wszyscy się znają. Utrzymywaliśmy nasz związek w tajemnicy. Również na imprezach u wspólnych przyjaciół, skąd często dojeżdżaliśmy różnymi taksówkami do tego samego mieszkania. Choć właściwie nie wiem, dlaczego robiliśmy z tego taką tajemnicę.


Murphy pisze też o wadach takich relacji, wśród których wymienia:

  • ryzyko zbyt mocnego zaangażowania się jednego z przyjaciół, co często prowadzi do odrzucenia i zranionych uczuć,
  • problemy w przyszłych związkach („Jeżeli twoja nowa partnerka dowie się, że sypiałeś z przyjaciółką, natychmiast stanie się zazdrosna”),
  • całkowite zerwanie przyjaźni.

– Żadna z tych konsekwencji nie stała się moim udziałem – mówi Olaf. – Seks między mną i moją przyjaciółką umarł z czasem śmiercią naturalną. Ona poznała kogoś, ja poznałem kogoś. To jest niezwykle cenna przyjaźń, którą utrzymuję do tej pory. Ale żadne z naszych obecnych partnerów nie zna naszej sekretnej historii. Natomiast mój kolega z pokoju zaliczył w swoim układzie przynajmniej dwie z wymienionych przez ciebie wad: został odrzucony, co bardzo przeżył i w rezultacie zakończył przyjaźń.

– Nasze rozstanie było dosyć skomplikowane – mówi Marta. – Dopóki to on przyprowadzał na wspólne imprezy swoje dziewczyny, wszystko było w porządku. Ale nagle ja znalazłam sobie faceta, z którym jestem od trzech miesięcy i jest naprawdę bardzo dobrze. Mamy poważne plany. Na imprezie miesiąc temu doszło do spięcia między moim przyjacielem a moim obecnym mężczyzną. Stroną zaczepną był przyjaciel. Nic się nie wydało, ale od tamtego czasu się nie widzieliśmy. Myślę, że to koniec.

Koniec łóżkowego układu czy przyjaźni?

– Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi – odpowiada Marta. – Ale nie wiem co będzie. Potrzeba czasu. To bardzo delikatne sytuacje.

Bez odpowiedzi pozostaje niezwykle istotne pytanie: dlaczego instytucja przyjaciela z dodatkowym świadczeniem robi furorę właśnie w naszych czasach? Socjolog Mariusz Drozdowski widzi to zagadnienie jako część rozłożonego w czasie procesu: – Najpierw, w latach 60., oddzieliliśmy sferę seksu od sfery prokreacji – tłumaczy. – W kolejnych dekadach doszedł do tego rozpad trwałości relacji międzyludzkich. Nastąpiły w tych relacjach spore przekształcenia. Na przykład dziś nie traktujemy już podejmowanych przez siebie zobowiązań jako ostatecznych. Nikt nie traktuje poważnie składanej podczas zawarcia związku małżeńskiego deklaracji: „Póki śmierć nas nie rozłączy”.

Źródło: Onet.pl



wtorek, 21 kwietnia 2009

Przyjaciel z łóżkowym bonusem

rozmawiała Joanna Derkaczew
2009-04-19, ostatnia aktualizacja 2009-04-17 16:44

Pytani o motywy nawiązywania relacji FWB - 'friends with benefits' [dosł. 'przyjaciół z dodatkowymi świadczeniami'] odpowiadali: ''Potrzebuję seksu''. To łatwiejsze niż tradycyjna relacja lub: to modne - rozmowa z psycholożką i badaczką kultury Magdą Zeną Sadurską


ZOBACZ TAKŻE
Czy miłość jest w życiu najważniejsza?

Prywatnie wolałabym wierzyć, że tak. Tyle że tak jak nie każdy ma szczęście w kartach, tak też nie każdy ma szczęście w miłości. Większość osób w naszym społeczeństwie chciałaby wierzyć w romantyczny model 'jednej, jedynej miłości', ale co robić, gdy ten model się nie sprawdzi?

To inaczej: czy miłość jest najważniejsza w związku?

To zależy, co rozumiemy przez miłość i jaki rodzaj związku budujemy. Otaczająca nas kultura wpaja wyobrażenia o miłości ujednolicone jak krój garniturów. Niby różne odcienie, ale w sumie wszystkie do siebie podobne. A przecież tak jak ludzie są różni, tak różne związki będą tworzyć. Mówi się, że miłość niejedno ma imię. Na przestrzeni wieków w różnych rejonach kuli ziemskiej obowiązywały bardzo różne zasady dotyczące relacji między ludźmi. Ani model z komedii romantycznej, ani model macho i jego kobiety, ani coraz modniejsze w kulturze zachodniej singielowanie nie są uniwersalne. Badania pokazują, że istnieją kultury, w których nie ma pojęcia miłości romantycznej. Nie da się więc odpowiedzieć, jak ważna jest miłość, gdy za każdym razem to pojęcie coś innego znaczy, a czasem wcale nie występuje.

Inna sprawa, że od jakiegoś czasu zaczęło dominować w kulturze popularnej rozumienie miłości jako mało wyszukanego, skomercjalizowanego romantyzmu. Ten model w połączeniu z dokonującymi się zmianami obyczajowymi może okazać się mieszanką wybuchową o trudnym do skontrolowania działaniu. Schizofreniczność naszych czasów polega na tym, że próbujemy realizować dwa lub więcej modeli życia: pragniemy romantycznej miłości jak z hollywoodzkiego filmu, mamy w planie życie rodzinne, jak by tego chciała nasza babcia, i ekspansywną karierę zawodową. Te trzy scenariusze są co najmniej trudne do pogodzenia. W tym sensie w związku najważniejsza jest przestrzeń na godzenie tych różnych dążeń, bo każdy z tych scenariuszy ma w sobie coś, co nas przyciąga. Tradycyjne podejście do związków ma za sobą lata testów. Wchodząc w taki typ relacji, wiemy, że próbujemy żyć podobnie do wielu ludzi, których znamy, często wiemy też, jakie są jego minusy. Bywa jednak, że jesteśmy za bardzo 'zaprogramowani' na jego realizację, że wchodzimy w ten schemat bez krytycznego myślenia o tym, co planujemy, w jakimś odruchowym porywie, a to nie zawsze dobrze się kończy. Do tego znając minusy takiego modelu, za szybko je akceptujemy. Gdy na tym tle pojawia się model 'amerykański'...

Model 'mam prawo do samorealizacji'?

Tak. Tyle że ta 'samorealizacja' za często i za szybko mutuje w prymitywny egoizm i hołdowanie każdej swojej zachciance. Ludzie zakochują się, zakładają rodziny w nadziei, że teraz to już będzie jak w bajce albo co najmniej jak w reklamie płatków śniadaniowych. Gdy pojawiają się trudności, szukają ucieczki, bo żaba nie zamieniła się w księcia, a dzieci wrzeszczą, zamiast wcinać te płatki. Potem przychodzi czas na kolejną bajkę i tak w kółko. Rozwodów przybywa.

A druga skrajność? Związek bez romantyzmu? Tylko przyjaźń i seks na precyzyjnie wynegocjowanych zasadach?

Właśnie podałaś charakterystykę związków typu 'friends with benefits' [dosł. 'przyjaciół z dodatkowymi świadczeniami'], które są coraz bardziej popularne w Stanach. W Polsce ten temat niemal nie istnieje, ale w USA ponad połowa studentów deklaruje, że ma za sobą takie doświadczenia.

Czym to się różni od zwykłego sypiania z kim popadnie?

Jest siedem cech pozwalających odróżnić związki FWB od promiskuityzmu. Po pierwsze, tego typu relacje tworzy się na wynegocjowanych warunkach. Po drugie, seksualność pozostaje pod kontrolą wzajemnych ustaleń. Dotyczą one częstości współżycia, wierności, antykoncepcji itd. Po trzecie, jest to relacja przyjacielska, w której na pierwszym planie są szczerość, wsparcie, akceptacja, obecność. Czwarta cecha jest opcjonalna - zachowanie związku w tajemnicy. Najczęściej występuje przy pierwszym związku FWB. Przy kolejnych już rzadziej. Po piąte i najbardziej problematyczne - związek ma charakter tymczasowy i zakłada się w nim brak zazdrości! Tę cechę 56 proc. badanych deklaruje jako najważniejszą i najtrudniejszą w realizacji. Priorytetem w związku jest jednak przyjaźń.

A seks?

Jest drugoplanowy. Chodzi tu głównie o bliskość, szczerość, wsparcie, a przy okazji - zaspokojenie tych najintymniejszych potrzeb. Z tego powodu FWB zyskuje poza przeciwnikami, którzy uważają tę relację za przedmiotową i wykorzystującą, wielu obrońców. Pytani o motywy nawiązywania relacji FWB studenci odpowiadali: 'Nie chcę stałego związku', 'Potrzebuję seksu', 'To jest łatwiejsze niż tradycyjna relacja', 'Chcę pogłębić relację z przyjacielem/przyjaciółką'. Czasem pada też odpowiedź: 'Chcę związku typu FWB, bo to jest modne'.

Jak to się kończy?

10 proc. badanych wchodzi ze swoim przyjacielem w stały związek, 25 proc. zrywa zarówno układ, jak i przyjaźń, 30 proc. wraca do poziomu przyjacielskiego, 30 proc. to brak danych. Kolejna forma miłosnej ruletki.

Kto wchodzi w takie związki?

Najczęściej ludzie, którzy mają do miłości stosunek bardziej zabawowy niż romantyczny, co jest koronnym argumentem krytyków tych relacji. Szokujące jest raczej to, jaką przemianę myślenia o przyjaźni i płci przeszła kultura zachodnia w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Jeszcze w latach 70. większość badanych deklarowała, że w ogóle nie ma przyjaciół przeciwnej płci, a badacze rozprawiali, czy przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa. W latach 80. deklarowano już dwóch-trzech przyjaciół. W latach 90. średnia liczba przyjaciół przeciwnej płci wzrosła do czterech-pięciu. Dziś dyskutuje się o tym, jakie korzyści odnoszą mężczyźni i kobiety z posiadania przyjaciół przeciwnej płci.

Przyjaźń wypiera miłość?

Badania pokazują, że ludzie, którzy mają więcej przyjaciół odmiennej płci, lepiej się rozwijają. Wyjątkowo dużo wynoszą z tego mężczyźni. Poprawiają im się kompetencje werbalne i emocjonalne. Otrzymują ciepło i wsparcie, na które nie mogą liczyć ze strony kolegów. Wielu mężczyzn deklaruje nawet, że woli przyjaźnie z kobietami. Wiąże się to z przemianami ideału męskości i kobiecości.

Dzisiejszy mężczyzna ma prawo do okazywania uczuć, ma prawo się popłakać i zająć dzieckiem. Jest bardziej androginiczny, a ludzie mający dobrze rozwinięte kompetencje obu płci na wielu płaszczyznach radzą sobie po prostu lepiej: są bardziej popularni, mają więcej przyjaciół, łatwiej uzyskują wsparcie społeczne.

Ale czy taka androginiczna osoba z masą przyjaciół odmiennej płci jest jeszcze w stanie funkcjonować w monogamicznym, tradycyjnym związku?

Relacje przyjacielskie i tworzenie związku to różne sprawy, które nie powinny ze sobą konkurować ani się wykluczać. Zrywanie kontaktów społecznych z powodu wejścia w związek to błąd, który, niestety, zdarza się nie tak rzadko. Wyizolowana para ogranicza swoje możliwości rozwoju, bo opuszcza wiele stymulujących wydarzeń, traci możliwości konfrontowania swoich opinii z innymi ludźmi. A co, jeśli przyjdzie kryzys? Okaże się, że żadne nie ma się do kogo zwrócić. Takie osoby po rozstaniu stają się bardzo samotne. Bez wsparcia społecznego stajemy się łatwym łupem dla chorób fizycznych i psychicznych, zwłaszcza depresji.

Czy rezygnując z typowo kobiecych/męskich ról, upodabniając się do siebie, nie tracimy czegoś? Co z mitycznym przyciąganiem się przeciwieństw?

Podobieństwo partnerów generalnie pozwala przypuszczać, że związek będzie udany, choć oczywiście to także zależy od czasu, miejsca i typu człowieka. Dwoje podobnych do siebie ludzi potrafi się dobrze zrozumieć, dzieli swoje pasje, mówi podobnym językiem, preferuje to samo towarzystwo i ten sam sposób spędzania wolnego czasu. Różnice bywają atrakcyjne, ale na dłużej stają się irytujące i nudne, są powodem nieporozumień i kłótni. Chyba dlatego mit o szukających się dwóch połówkach mówi właśnie o jednym owocu, a nie o sałatce owocowej.

Czy to, że relacje będą się stopniowo wyrównywać, można nazwać postępem? Czy ta liberalizacja wyjdzie nam na dobre?

Nie wpadałabym ani w katastrofizm, ani w hurraoptymizm. Wszystkie przemiany mają plusy i minusy. Dla mnie jako badaczki kultury i psychologa ciekawe jest, jak wyciągnąć z tego procesu to, co korzystne, i uniknąć tego, co niebezpieczne. Zdarza się, że osoby promujące radykalne, konserwatywne wzorce same dokonują wyborów, którymi kompromitują promowane wartości. Ideały, którym hołdowali nasi dziadkowie, mogą być dla nas z wielu powodów nie do zrealizowania. Z drugiej strony liberalizacja obyczajów następuje w tempie, nad którym trudno zapanować. Nie wiadomo, jak zapobiegać kłopotom, które może mieć nasze nastoletnie dziecko, bo sami nie mieliśmy takich, a nawet nie wiemy, na czym one polegają. Wszystko jest w krytycznym momencie - świeże, niezrozumiałe, rozgrzebane.

Czyli równość i braterstwo tak, ale całkowita wolność już niekoniecznie?

Ludzie dzięki tradycji są lepiej przystosowani do tego, żeby żyć w relacji bliskości, w relacji, która jest wiążąca. Być może tę potrzebę więzi mają nawet wpisaną w siebie biologicznie. Jeśli wolność ma znaczyć kompletny brak zobowiązań i brak odpowiedzialności - staje się drogą donikąd. Normalne, zdrowe wychowanie dzieci powinno uczyć je zarówno czerpać, jak i wnosić. Inaczej będziemy cały czas sami. Będziemy walczącymi ze sobą wilkami, jak chciał pewien filozof. A przecież nikt nie chce żyć pośród wilków. Tak jak możemy przeczytać w 'Małym Księciu': 'Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś'. Do tego potrzebna jest dojrzałość.

Dlaczego związki i małżeństwa w Polsce są tak niedojrzałe i nieprzygotowane?

Trudne pytanie. Psychologia potrafi dosyć dokładnie zmierzyć to, jak jest. Gorzej z określeniem przyczyn. O jakiej dojrzałości do tworzenia związku i rodziny można mówić, gdy małżeństwo zostaje zawarte, bo dziewczyna zaszła w ciążę na dyskotece? Nie ma edukacji seksualnej w szkołach, jest za to po krzakach i w internecie. Poza tym z przyczyn kulturowych wciąż wiele par zawiera małżeństwo bez uprzedniego poznania przyszłego małżonka - w wielu środowiskach wspólne mieszkanie przed ślubem uchodzi za nieobyczajne.

Ludzie, którzy chcą wziąć ślub kościelny, nie mogą mieszkać razem przed przyjęciem sakramentu. Albo muszą skłamać na 'rozmowie kwalifikacyjnej'.

To dziwna sytuacja: żeby złożyć przysięgę na całe życie, trzeba najpierw skłamać. W Polsce nie ma usankcjonowanego zwyczaju 'bycia razem', tworzenia związku poza związkiem małżeńskim, mimo że nieformalnie ten rodzaj relacji jest dominujący. Nie ma na to nawet odpowiedniego słowa. O ukochanym można powiedzieć 'partner', ale to kojarzy się raczej z 'partnerem biznesowym'.

Ja mówiłam 'kohabitant'.

Kohabitant chyba nie występuje w polszczyźnie. Są za to słowa 'konkubent' i 'konkubina'. Tylko że te słowa kojarzą się z kontekstem sądowo-kryminalnym, a to nie jest najbardziej romantyczny kontekst. Może doczekamy się kiedyś związków partnerskich jak we Francji.

Ani język, ani społeczeństwo nie ułatwiają pracy nad związkiem.

Nie ułatwiają tworzenia związku, a jeszcze bardziej utrudniają funkcjonowanie poza nim. Szczególnym problemem jest tu seksualność. Nie każdy ma szczęście w miłości, ale każdy ma potrzeby seksualne. Tu istnieją duże różnice w tym, na co pozwala się mężczyznom i kobietom. Istnieje społeczne przyzwolenie na to, że mężczyźni realizują się seksualnie bez względu na stan życia uczuciowego. Kobiety zaś są uczone, że seksualność jest częścią miłości i gdy miłość zawiedzie, bywa problemem. Ilustracją takiego kulturowego treningu są nawet piosenki grane w polskim radiu: 'Hej, dziewczyno, nie oddawaj się na pierwszej randce, bo nie będziesz miała żadnych szans!' albo 'Bo męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać...', albo 'Kombinuj, dziewczyno, nim twe wdzięki przeminą, uśmiechaj się błogo, jeśli chcesz wyjść za mąż młodo!'. Mądrości życiowe z polskich hitów! Wiadomo więc powszechnie, że należy spotkać księcia z bajki, a potem żyć długo i szczęśliwie. Tego więc życzę wszystkim Czytelniczkom. Tym zaś, którym się to nie uda, życzę bycia człowiekiem wśród ludzi, którzy nie traktują innych przedmiotowo, i wielu prawdziwych przyjaciół, w tym jakiegoś z bonusem.

Co sądzicie o relacji FWB? Czy Waszym zdaniem miłość jest najważniejsza? A może model: mąż, żona i gromadka dzieci jest już przestarzały i trzeba go zmienić? Czekamy na maile.



Źródło: Wysokie Obcasy

piątek, 3 kwietnia 2009

Ratunku, jestem dziewicą!

Maja Stasińska
Dla jednych dziewictwo to kwestia oczekiwania na tę właściwą osobę, dla innych ma związek z religijnością. Często jednak staje się niepotrzebnym brzemieniem, do którego kobiety wstydzą się przyznać.
Alicja ma 39 lat, na jednym z kobiecych forów internetowych napisała: „Jestem dziewicą, a nie dziwadłem. Nie mam powodu do wstydu. Chociaż nigdy, nikomu nie powiedziałabym, że do tej pory nie miałam seksu, bo zostałabym potraktowana jak kosmitka, dewotka albo sekciara. Tyle mówi się o dyskryminacji mniejszości seksualnych, ale to nic w porównaniu z dyskryminacją dziewic. Czy tak trudno zrozumieć, że czasami nie trafia się na swoją drugą połówkę?”.

Alicja skończyła ekonomię, jest główną księgową w jednej z korporacji. Ma własne mieszkanie, samochód, domek nad jeziorem - klasa średnia. I ciągle jest sama. Na studiach miała chłopaka, ale rozstali się, bo jak twierdzi Alicja, poza sympatią nic między mini nie było, a to za mało, żeby zbudować związek. Potem już nigdy nie była z żadnym mężczyzną, a seks to dla niej zbyt ważna sprawa, żeby zrobić to przy pierwszej nadarzającej się okazji.

- Może nie mam szczęścia do facetów. Nigdy nie spotkałam takiego, z którym chciałabym być w związku. Tak wyszło. Faktem jest, że nie lubię zadymionych klubów, wolę pójść do kina albo w domu poczytać książkę. Może nie szukałam. A z drugiej strony, niby jak miałabym szukać, przecież poznawałam wielu chłopaków na studiach i w pracy. Albo spotykasz swoją drugą połówkę, albo nie - mówi Alicja.

O tym, że Alicja jest dziewicą wie tylko jej mama. O coming autcie wśród znajomych nie ma mowy. Po co narażać się na śmieszność. Alicja przekonuje, że nie tyle żałuje, że nigdy nie doświadczyła seksu, ale tego, że nie ma rodziny. Wierzy, że jeszcze nic straconego, że spotka tego właściwego mężczyznę. Jaki ma być?

- Nie mam jakiś ścisłych wytycznych. Na pewno nie może być balangowicz, który codziennie musi zrobić rundę po klubach. To nie mój świat. Chciałabym, żeby dla niego również ważna była rodzina - mówi Alicja.

Cnotę oddam od zaraz

Radosław Jerzy Utnik, seksuolog z Kliniki „Nasze Zdrowie” w Warszawie, zauważa, że kultura masowa wykreowała model zachowania, gdzie seks przedmałżeński z wieloma partnerami jest normą, tak jak wchodzenie w przelotne związki. Dlatego wstydzimy się przyznać, że w wieku 20-kilku czy 30-tu lat inicjację seksualną mamy jeszcze przed sobą.

Karolina (32 lata) postanowiła nie czekać już na swoją drugą połówkę. Dziewictwo nie jest dla niej powodem dumy, ale balastem. Skończyła historię sztuki, pracuje w jednej z galerii. Jej koleżanki opowiadają o kolejnych partnerach i łóżkowych perypetiach, a ona wtedy milczy, albo zmienia temat. Karolina zastanawia się, czy po prostu nie pójść z kimkolwiek do łóżka, żeby mieć to za sobą.

- Moje dziewictwo nie wiąże się z religią czy poglądami. Bardzo długo nie mogłam pozbierać się po rozstaniu z pierwszą miłością. Nie weszłam w nowy związek, bo wydawało mi się, że faceci zawsze w końcu zdradzą i zostawią - mówi Karolina.

Pierwsza miłość Karoliny wybuchła na początku liceum. Chłopak był od niej 5 lat starszy. Skończył już szkołę, pracował i studiował. Podziwiała w nim jego dojrzałość. Karolina nie zamierzała z decyzją o pierwszym razie czekać do ślubu, chciała jedynie lepiej poznać swojego chłopaka. Pamiętała, co jej matka często powtarzała: "Jak dziewczyna sama się nie szanuje, to żaden facet nie będzie jej szanować. Takie, co to zaraz pchają się do łóżka, kończą na bruku z brzuchami”. Tak jak jej starsza koleżanka z klatki obok, która pod koniec liceum zaszła w ciążę. Całe miasteczko wytykało ją palcami. Karolina nie chciała być taką pierwszą lepszą, chciała, żeby jej chłopak ją szanował. On też nie naciskał. Później okazało się, że jednocześnie ma romans z mężatką. Karolinie świat zawalił się na głowę. Nie wiedziała, co ma robić. W głowie kołatała jej inna często powtarzana przez matkę sentencja życiowa: „Faceci myślą tylko o jednym, a na koniec i tak cię zostawią”. Tak jak ojciec zostawił matkę Karoliny, kiedy ta miała 2 latka.

Karolina ma do matki żal, że obarczyła ją swoimi traumami. Pewnie nie przeżyłaby tak bardzo zdrady swojego chłopaka, gdyby wtedy otrzymała wsparcie. Dużo czasu zajęło jej nabranie zaufania do mężczyzn. Zobaczyła, że jej koleżanki są przecież w szczęśliwych związkach, gdzie nikt nikogo nie zdradza. Poza tym ma wielu świetnych kolegów, więc teraz myśli sobie, że może faceci nie są tacy źli.

Radosław Utnik widzi kilka powodów, dla których ludzie z seksem czekają do 30-stki. Bardzo duże znaczenie ma wychowanie i poglądy religijne. Niewielka część społeczeństwa to osoby aseksualne, które nie odczuwają popędu płciowego. Cześć ma lęki przed bliskością, które wiążą się z doświadczeniami w przeszłości, a wtedy warto wybrać się do psychologa lub seksuologa. Samemu bowiem trudno poradzić sobie z taką sytuacją, tym bardziej, że lęki często są nieuświadomione. Wtedy kobiety mają opory przed mężczyznami, ale nie potrafią powiedzieć dlaczego. Usiłują to racjonalizować, mówią: „nie mam czasu na randki, muszę się uczyć”, albo: „nie potrzebuję mężczyzn, dobrze czuję się bez nich”. Terapia daje szansę na poradzenie sobie z przykrymi doświadczeniami i zbudowanie związku czy rodziny.

Cnotliwa i dumna

Kiedy mogłoby się wydawać, że dziewictwo jest już nikomu niepotrzebnym przeżytkiem, zrodziła się moda na wstrzemięźliwość seksualną. Gwiazdy show biznesu publicznie zapewniały: „seks tak, ale dopiero z mężem”. Kilka lat temu prekursorką czystości przedmałżeńskiej była Britney Spears. W jej ślady poszła modelka Miley Cyrus i Adriana Lima. W tyle nie pozostały polskie gwiazdy. Zachowanie dziewictwa do ślubu deklarowała Sasha Strunin, Jola Rutowicz i Gosia Andrzejewicz, które publicznie zwierzały się, że dla niech utrata dziewictwa jest bardzo poważną sprawą i zamierzają z tym poczekać do ślubu. Zapewniały przy tym, że nie czują dyskomfortu z powodu swojego dziewictwa, po prostu czekają na odpowiedniego mężczyznę. Nie wszystkim udało się dotrzymać słowa, ale to dzięki nim, wiele dziewczyn przestało wstydzić się, że z inicjacją seksualną im się nie spieszy.

O ile gwiazdy mogły składać takie deklaracje dla podsycenia zainteresowania sobą mediów, to najczęściej jednak przyczyną wstrzemięźliwości seksualnej są poglądy religijne. Powstają stowarzyszenia, które wspierają dziewczyny w zachowaniu „czystości” - w Stanach Zjednoczonych "Srebrna Obrączka", w Polsce „Ruch Czystych Serc". Patronką ruchu jest błogosławiona Karolina Kózkówna, która zginęła broniąc swojej cnoty. W takich organizacjach ludzie czują, że nie są odmieńcami, mogą się spotkać z osobami o takich poglądach, jak oni, poczuć się dumni ze swojego dziewictwa. Składają śluby czystości, a na znak wkładają na palec pierścień z lilią.

Kasia i Janek swój pierwszy raz mieli w noc poślubną. Dla obojga wiara w Boga jest sprawą fundamentalną. Poznali się na spotkaniu bractwa przy jednym z kościołów w Krakowie. Pobrali się 1,5 roku później. Oboje wiedzieli, że chcą z seksem poczekać do ślubu. Myślą, że gdyby zrobili inaczej, całe życie musieliby nieść na sobie grzech seksu przedmałźenskiego. Przyznają, że czasami było bardzo trudno, szczególnie kiedy byli blisko siebie, a jedyne na co sobie pozwalali to pocałunki i pieszczoty.

- Jestem żoną mężczyzny, któremu ufam bezgranicznie. Po prostu wiem, że on mnie nie zdradzi, bo jest facetem z zasadami, który umie powiedzieć „nie”. Wyszliśmy z tej próby wzmocnieni. I przede wszystkim możemy z podniesionym czołem wejść do kościoła - przekonuje Kasia.

Czy warto czekać z seksem do ślubu? Radosław Utnik twierdzi, że z medycznego punktu widzenia ślub nie ma większego znaczenia. Część seksuologów zaleca nawet seks przedmałżeński, żeby sprawdzić jak funkcjonujemy w tym związku, a seks jest ważnym przecież jego elementem. Zdarza się, że długo wyczekiwany pierwszy raz niesie za sobą rozczarowanie. Ślub, zmiana nazwiska, a bywa, że i miejsca zamieszkania jest dużym stresem adaptacyjnym, a kiedy dochodzi do tego inicjacja seksualna, może okazać się, że już nie jesteśmy w stanie temu wszystkiemu podołać. Zdarza się, że to rodzi frustracje i rzutuje to dalszy związek.

- Religijna osoba nie przeżyje z radością inicjacji seksualnej przed ślubem. To też może się wiązać z wyrzutami sumienia i zahamowaniami w przyszłości. Najważniejszą sprawą jest żebyśmy decydowali się na seks z partnerem, z którym mamy dobry związek emocjonalny, w odpowiednim dla siebie czasie i w zgodzie z samym sobą - mówi Radosław Jerzy Utnik.

================================
Dziewictwo w pewnym wieku to już PATOLOGIA i nawet te,które trzymały dla tego jedynego zaczynają rozumieć,że coś jest nie tak gdy w okolicach 30 budzą się z "reką w nocniku".Oczywiście przegięcia w którąkolwiek stronę to głupota,zarówno tracenie dziewictwa w wieku 13,15lat jak i trzymanie jej do 30 i dalej.Zwykle wynika to z jakichś lęków i strachu przed zbliżeniem,w końcu legendy krążą o tym jaki to ten pierwszy raz jest bolesny i traumatyczny.Jak widać u niektórych skutkuje to tak dużą blokadą,że nie są w stanie się przełamać,a potem dorabiają sobie do tego ideologię o "czekaniu na księcia" i inne śmieszne teoryjki.
A co do facetów,którzy tak pragną dziewicy na żonę,sprawa jest oczywista.To faceci z kompleksami,boją się konfrontacji łózkowej z doświadczoną kobietą,tego że nie podołają,że rozczaruja,boją się porównań do poprzedników.Ot łózkowi nieudaczniecy, którzy chcą się dowartościować popisami przed kompletnie "zieloną" w tych sprawach kobietą.A najśmieszniejsze to,że ta ich "czysta i bez skazy" jak juz zasmakuje seksu,to na bank nie tylko pożałuje,że tak długo zwlekała,ale i zachce spróbować jak to jest z innymi...
============================================
A samotność i frustracja seksualna może przynieść jeszcze więcej złego niż niełatwe związki.W koncu człowiek nie jest stworzony do samotności i łaknie bliskości drugiego człowieka.Zawsze lepiej próbować niż twierdzić,że wszyscy faceci są do niczego i że nie warto.

sobota, 28 marca 2009

My, seksoholicy

19.01.2009 Onet.pl, Wojciech Harpula

W Polsce tysiące osób zmaga się w samotności z lękiem, palącym wstydem i bezradnością

Onanizują się kilka razy dziennie. Sięgają po najohydniejszą pornografię. Zostawiają majątki w agencjach towarzyskich. Straszliwie cierpią. Ich nałóg prowadzi do całkowitego upodlenia. Jeszcze nikt nie wygrał z nim walki w pojedynkę. Każdy z nich sięgnął dna.

Fot. Medium


Robert wydawał fortunę na sadomasochistyczne usługi prostytutek. Dzień pracy zaczynał od masturbacji w toalecie. Bywało, że chodził tam kilka razy, chowając za plecami pospiesznie wydrukowane obrazki nagich panienek. W nocy odpalał strony porno i urządzał sobie wielogodzinne seanse. Podniecały go inscenizowane egzekucje kobiet. Przestał kochać się z żoną.

Marek nigdy nie zapomni, jak nie był w stanie napisać pracy magisterskiej, bo niemal non stop oglądał porno i onanizował się. Po piątym orgazmie leżał na podłodze i płakał. Wiedział, że za chwilę musi wyjść z domu i udawać świetnie radzącego sobie w życiu superczłowieka. Miał ochotę wyskoczyć przez okno.

Paweł wpadał w ciągi: porno, masturbacja, wyjazd po nowe porno, masturbacja, cztery godziny snu, masturbacja, kłótnia z żoną, wyjazd do kina porno, krążenie od kiosku do sex shopu, masturbacja w bramie. Mogło to trwać nawet kilkadziesiąt godzin. Potrafił iść za kobietą trzy kilometry wyobrażając sobie jak wygląda nago i co można by zrobić z nią w łóżku.

Są anonimowymi seksoholikami. Zgodzili się ze mną spotkać, bo jedna z reguł ich wspólnoty brzmi: każda grupa ma główny cel - nieść posłanie seksoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi. Chcą, by zgłaszali się do nich ludzie uzależnieni od seksu. Wiedzą, że w Polsce tysiące osób zmaga się w samotności z lękiem, palącym wstydem i bezradnością. Tak, jak przez lata zmagali się oni.

Robert: ot, takie hobby

Elokwentny, błyskotliwy. Ma 35 lat, żonę i dwójkę dzieci. Jest cenionym farmaceutą. – Patentowany seksoholik – mówi o sobie.

W pierwszy ciąg masturbacyjny wpada, gdy ma 13 lat. Onanizuje się kilka razy pod rząd, aż do bólu. W liceum zapoznaje się z twardą pornografią. Potrafi oglądać filmy przez całą noc; rano w szkole kleją mu się oczy. Nie jest gejem, ale pierwszy kontakt seksualny ma z mężczyzną. – Kolega był po prostu był pod ręką. Tak wyszło – mówi. Ma wtedy 17 lat.

Pieniądze, które dostaje w prezencie na "osiemnastkę" od razu przepuszcza w agencji towarzyskiej. Podczas premierowej wizyty zamawia szczupłą brunetkę.

Setki razy ociera się w autobusach o nieznajome kobiety. Gdy udaje mu się znaleźć atrakcyjny "obiekt" i odpowiedni tłok, zamiast na uczelnię jedzie na drugi koniec miasta. Kilka razy nie wytrzymuje i podniecony łapie kobiety za pośladki. Żadna nie daje mu jednak w twarz.

Wieczorami krąży z lornetką po osiedlach. Czeka, aż w którymś z okien ukaże się choćby fragment nagiego ciała.

Potrzebuje coraz silniejszych bodźców. Sięga po pornografię dla sadomasochistów, podobają mu się sceny skrajnej przemocy. Gdy tylko może, odwiedza burdele. – To było dla mnie jak skorzystanie z toalety. Nie widziałem żadnego problemu. Ot, takie hobby. Na studiach szło mi świetnie, skończyłem je z wyróżnieniem – wspomina.

W 2000 r. bierze ślub. Małżeństwo daje mu poczucie normalności i wygodę: żona jest reprezentacyjna, a poza tym pierze, gotuje, stara się organizować dzień. – Przez lata nie zdawała sobie sprawy z kim żyje. Po ślubie przyznałem, że mam problem z pornografią. Żona powiedziała, że razem sobie z nim poradzimy. Potrafiłem świetnie się ukrywać, więc uznała, że problem sam się rozwiązał – mówi Robert.

Żonę zdradza wielokrotnie: romansuje, nadal odwiedza prostytutki. Klasyczny seks przestaje mu wystarczać: płaci za lateksowe ubrania, pejcze, za zadawanie bólu. Boi się zakażenia. Gdy wraca z agencji, długo szoruje się pod prysznicem i wyzywa się od najgorszych. Trzy dni później znów pędzi do burdelu.

Ma swój pokój, dużo pracuje przy komputerze. Nie wyobraża sobie dnia bez seansu porno i masturbacji. Pisząc artykuły naukowe musi się "doładowywać": 10 minut porno i pięć minut pracy. Stopniowo dochodzi do trzech godzin porno i pięciu minut pracy. Słysząc kroki żony pospiesznie zamyka strony internetowe. – To był przymus. Nie byłem w stanie funkcjonować bez seksu. Czasami było mi straszliwie wstyd, ale zakłamywałem rzeczywistość. Wmawiałem sobie, że to mi się należy, że wszyscy faceci tak robią – mówi.

Zalicza tylko dwie "wpadki": trzy lata po ślubie żona dowiaduje się o jednej ze zdrad, a rok później nie chce uwierzyć, że mąż wydaje miesięcznie dwa tysiące złotych na parkingi i drobne zakupy. – Jakoś sobie poradziłem. Wybaczyła mi i uwierzyła, że nigdy więcej. Być może chciała wierzyć. Dziś zdaję sobie sprawę, że była współuzależniona.

W 2007 r. nałóg wchodzi w tzw. fazę złośliwą. Robert masturbuje się kilka razy dziennie, także w pracy. Oszukuje szefów: wychodzi wcześniej, by podskoczyć do agencji. Nie może spać i skupić się na czymkolwiek z wyjątkiem seksu. Uznaje, że żona jest oziębła, bo się nie onanizuje. Seks małżeński praktycznie przestaje istnieć.

Jedna z prostytutek opowiada mu historię faceta, który chodzi po agencjach i za darmo sprząta prezerwatywy i papierowe ręczniki po klientach.

Robert: - Nie miał już czym płacić, więc chociaż chciał poczuć atmosferę burdelu, pooglądać panienki. To była jego kokaina spod paznokcia. Dla siebie widziałem podobny koniec. Wiedziałem już, że jestem chory. Ostatnim bastionem, który przetrwał chorobę, było życie zawodowe. Jednak i ten bastion zaczął się kruszyć.

Zaczął szukać w sieci informacji o seksoholikach. Od lutego ubiegłego roku jest we wspólnocie.

Na wejściu robi bilans nałogu. W ciągu ostatnich 10 lat ok. 600 razy odwiedzał agencje towarzyskie. W ciągu ostatnich pięciu lat wydał na prostytutki ok. 150 tys. zł. Seks "darmowy" uprawiał – przed i po ślubie – blisko 40 razy. Nie jest w stanie dokładnie policzyć, ile czasu spędził na oglądaniu pornografii i masturbacji.

Paweł: więzienie, szpital, śmierć

Filozof z wykształcenia, były biznesmen, dziś analityk finansowy. Trójka dzieci. Z żoną w separacji od sześciu lat. Ma 43 lata.

Zaczyna fantazjować, gdy ma 15 lat. Podnieca go półnaga kobieta w "Kobiecie i Życiu", kawałek ciała w filmie z "momentami". Seanse fantazji stają się coraz bardziej rozbudowane, potrafi przez kilka godzin myśleć o seksie i onanizować się. Inaczej niż koledzy, nie stara się fantazji wcielić w życie. Jest nieśmiały, nie podrywa koleżanek.

Jedzie na studia do Wrocławia. Chodzi po bazarach i ogląda sprowadzane z Zachodu "świerszczyki". Zaczyna je kupować. Seansów fantazji nie ubywa, zwiększa się ich drastyczność: przemoc, wiązanie, kneblowanie, zadawanie bólu. Zakochuje się w koleżance ze studiów, oświadcza się. Biorą ślub, gdy Paweł ma 23 lata. – W łóżku układało nam się bardzo dobrze. Wydawało mi się, że jestem wolny. Złudzenie trwało kilka miesięcy – mówi.

W 1989 r. w Polsce wybuchają sex shopy, pornografię można kupić wszędzie. Paweł zaczyna znikać z domu. Pretekstem jest byle kłótnia. Wychodzi i krąży. Podchodzi do kiosku, chce kupić porno, ale mówi sobie: "jesteś nienormalny", "człowieku, co ty robisz". Odchodzi z ulgą tylko po to, by po chwili stanąć pod drzwiami sex shopu. Miota się i znów odchodzi. W końcu kupuje magazyn, onanizuje się w jakimś ustronnym miejscu i rozpoczyna krążenie na nowo. Może to trwać godzinami.

Wychodzi z żoną do miasta. Nagle mówi, że czegoś zapomniał. Wraca i onanizuje się w toalecie. Nie jest w stanie zrobić niczego stresującego bez seansu porno i kilku orgazmów pod rząd.

Gdy widzi ładne kobiety na ulicy, od razu ma erekcję. Twarze go nie obchodzą. Przed oczami ma tylko biusty, pośladki, uda. Flirtuje z kobietami, opowiada sprośne żarty.

Po roku małżeństwa wyznaje wszystko żonie. Ta mówi: poradzimy sobie. Nie radzą sobie. Mimo pomocy psychologów Paweł nie jest w stanie się kontrolować. Sprzeczki i kłótnie są coraz częstsze. Po drugim dziecku żona "odpuszcza": przestaje walczyć z nałogiem męża, jest jej już wszystko jedno.

– Zrobiłem wiele, żeby się z tego wyzwolić. Najpierw starałem się zintensyfikować życie religijne. Potem uzdrowić miały mnie kolejno: nauka, małżeństwo, dzieci, wir pracy. Nic mnie nie uzdrowiło. Tysiąc razy obiecywałem sobie, że już nigdy więcej. Byłem nieszczęśliwy jak jasna cholera. To była mania. Niby normalnie funkcjonuję, a nagle pojawia się potrzeba, której nie jestem w stanie odłożyć. Po prostu muszę to zrobić. Robiłem to i czułem się podle. Działałem jak narkoman – opowiada.

Padały kolejne bariery: wypożyczenie filmu porno, pójście do kina porno, obejrzenie striptizu, masturbacja podczas striptizu. – Staczałem się. Byłem przekonany, że na końcu jest więzienie, szpital lub śmierć.

W czerwcu 2003 r. Paweł czyta w "Polityce" artykuł "Pejcz erosa". Myśli: - To o mnie. We wrześniu 2003 r. idzie na swój pierwszy mityng we wspólnocie Anonimowych Seksoholików.

Marek: masturbacja była tylko moja

Gdy opowiada swoją historię, czerwieni się. Ma 29 lat, skończył zarządzanie. Nie był nigdy w kinie porno, nie wszedł w płatny seks. Zamknął się z nałogiem w czterech ścianach swojego pokoju.

Ma sześć lat, ciężko choruje. W łóżku spędza niemal pół roku. Wtedy odkrywa masturbację. Najpierw to sposób na nudę i środek na bezsenność. Potem uniwersalny sposób na wszystko: na złe emocje, na stres, na samotność. Nagroda i pocieszenie. – Rodzice byli wymagający i zimni. Ciągle mnie kontrolowali, wyznaczali zadania. Musiałem być zdyscyplinowany, zapięty na ostatni guzik, zaprogramowany na sukces. Masturbacja była tylko moja. Miałem satysfakcję, że robię coś za ich plecami – wspomina.

Zaczyna oglądać strony pornograficzne w internecie. Masturbacja coraz częściej kończy się bólem. Pojawia się bezsenność. Ma dziewczyny, sypia z nimi, ale nie może powstrzymać się od onanizmu. – Ciągle żyłem obok ludzi – wyznaje.

Jest świetnym studentem, uchodzi za człowieka, który bierze od życia, co chce. Bryluje wśród kolegów i koleżanek. Potem przychodzi do domu, zamyka się w pokoju, wyłącza telefon, rozkłada ręcznik, odpala komputer i zaczyna seans. Po wszystkim jest gotowy napluć sobie prosto w twarz. Ma ogromne poczucie winy, rzuca się w naukę. I tak do następnego razu. Marek jest wycieńczony, często choruje.

Nie dopuszcza do siebie myśli, że ma problem sam ze sobą. Człowiek sukcesu nie ma problemów, a on jest człowiekiem sukcesu. W końcu idzie do psychologa. Ten nie widzi problemu. Kolejni, nawet jeśli problem widzą, nie są w stanie pomóc w jego rozwiązaniu.

Seanse internetowe stają się coraz bardziej upokarzające. – Traciłem kontrolę, wszystko zaczynało wymykać mi się z rąk. Mnie - zorganizowanemu, poukładanemu, z planem na życie.

Onanizując się po raz piąty czy szósty Marek nie czuje już przyjemności. Płacze, a potem odpala kolejną stronę. Pojawiają się myśli samobójcze.

Podczas jednego z ciągów trafił na stronę kompulsywnych onanistów. Potem na mityng on-line anonimowych seksoholików. Loguje się, ale internetowe pogaduchy męczą go i nie dają rezultatów. Potrafi powstrzymać się od onanizmu najwyżej na miesiąc. Potem wszystko wraca ze zdwojoną siłą.

Na początku 2007 r. poznaje dziewczynę. Zależy mu na niej. Wie, że jeśli cały czas będzie się onanizował, nigdy nie stworzy normalnego związku. Trafia do wspólnoty.

Nie musi kupić flaszki

- Seksoholik niczym nie różni się od narkomana – nie ma wątpliwości Stanisław Pilewski, terapeuta uzależnień. Jest alkoholikiem, ale nie pije od 19 lat. – Alkoholik reguluje uczucia za pomocą alkoholu. Seksoholik też używa chemii: wyzwalanych podczas orgazmów endorfin. To, co seksoholik wytwarza w swoim mózgu, działa podobnie jak alkohol: tłumi strach, podnieca, wywołuje euforię. Różnica polega na tym, że seksoholik nie musi kupować flaszki. Po swój narkotyk może sięgnąć niemal w każdej chwili: fantazjując, oglądając porno, onanizując się. W przeciwieństwie do normalnego człowieka nie jest w stanie odroczyć potrzeby seksualnej – tłumaczy.

Seksoholikami zostają z reguły osoby wrażliwe, nie radzące sobie z emocjami, podatne na zranienie. Ludzie, którzy mają problemy z nawiązywaniem relacji opartych na autentycznej bliskości. W pewnym momencie odkrywają, że orgazm przynosi im ulgę, poprawia nastrój. Organizm potrzebuje jednak coraz większych dawek chemii. Uzależnienie rozwija się: zachowania stają się coraz bardziej ryzykowne, coraz trudniej je kontrolować. Poczucie wartości jest coraz niższe, uczucia coraz bardziej stępione, rwą się więzy społeczne. Życie rozpada się w drobny mak.

- My możemy dłużej chodzić pod krawatem i zachowywać pozory. W rzeczywistości niczym nie różnimy się od zapijaczonego menela żebrzącego na flaszkę – mówi Robert.

Żeby wyjść z nałogu trzeba bardzo chcieć i mieć wsparcie. Pierwsze wspólnoty uzależnionych od seksu powstały w Stanach Zjednoczonych w 1976 r. W Polsce – pod koniec lat 90. Dziś wspólnoty działają m.in. w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, Lublinie. Skupiają kilkaset osób. Ok. 70-80 proc. to mężczyźni.

Zbyt brutalna prawda

Każda wspólnota ma jeden główny cel: nauczyć seksoholika trzeźwego seksu. Chory musi nauczyć się mówić o swoim nałogu, rozpoznawać sygnały ostrzegawcze, wytyczyć nowe granice, wyciszyć się. Temu służą mityngi, codzienna praca nad sobą, działanie na rzecz wspólnoty i przerabianie kolejnych z 12 kroków programu Anonimowych Seksoholików. Każdy we wspólnocie może wybrać sobie sponsora – seksoholika o dłuższym stażu trzeźwości. Do sponsora można zadzwonić o każdej porze dnia i nocy, gdy pojawia się pokusa. Prosta rozmowa rozładowuje stres, przerywa strumień obsesyjnych myśli. – Zdrowienie wymaga o wiele dokładniejszego wglądu w siebie niż w innych uzależnieniach. O wiele większej uważności. Alkoholikowi łatwiej wyeliminować zagrożenie – po prostu wyniesie alkohol z domu, będzie unikał sytuacji w których pił. A seksoholik? Przecież seks jest teraz wszędzie: TV, internet, reklamy. Wystarczy impuls, wspomnienie, moment rozluźnienia. Uzależniony od seksu swoją fabrykę narkotyków ma w mózgu i w każdej chwili może ją uruchomić. Seksoholikiem jest się do końca życia – przestrzega Pilewski.

Przy wychodzeniu z nałogu zaleca się co najmniej roczną abstynencję seksualną. Dla człowieka, dla którego seks był całym światem, to koszmar. Pojawia się zespół odstawienia: lęki, napady paniki, kołatanie serca, bóle mięśni, bóle głowy, torsje, bezsenność.

Wielu nie wytrzymuje. Ci, którzy przetrwają, odkrywają seks na nowo. O ile są w formalnym związku. Tu nie ma kompromisów. – Seks jest dopuszczalny tylko w małżeństwie: kościelnym lub cywilnym. To nieprzekraczalna granica. Każda inna aktywność seksualna nie jest trzeźwym seksem – mówi Paweł.

Sam nie uprawia seksu od sześciu lat. Nie rozwiódł się z żoną, więc nadal pozostaje w formalnym związku. Na mityngi chodzi dwa, trzy razy w tygodniu. Napisał 700 prac poświęconych swojemu nałogowi i anonimowym seksoholikom. Uporządkował życie. Rzucił biznes i po raz pierwszy w życiu pracuje na etacie. Odkrył, że zabawa z dziećmi może sprawiać mu wielką przyjemność. Pogodził się z rodzicami. Chciałby mieć znowu normalne małżeństwo, ale nie liczy na zbyt wiele. – Tego musi chcieć też żona. Sam zniszczyłem związek, więc nie mam prawa domagać się czegokolwiek – mówi.

Doświadczenia wspólnot nie pozostawiają wątpliwości: rozpoczynając proces trzeźwienia lepiej nie zwierzać się żonom lub mężom ze wszystkiego. Prawda może być zbyt brutalna. Robert dawkuje więc żonie wiedzę ostrożnie. – Gdy oznajmiłem jej, że zostałem anonimowym seksoholikiem, była zdziwiona. Przyznałem się do agencji towarzyskich, internetowego porno i dwóch zdrad. Nie wie jednak o najbardziej drastycznych szczegółach – mówi.

Po pięciu miesiącach abstynencji zaczął znów uprawiać seks z żoną. – To dla mnie jak zdobycie Mt. Everest. Bez pewnych bodźców trudno jest mi odbyć stosunek. Jakich? Chodzi o zadawanie bólu.

Trzeźwiejąc zaczął wyzbywać się egoizmu. Zaczyna lubić ludzi. Powoli przestaje patrzeć na świat tylko i wyłącznie przez pryzmat własnych potrzeb i zachcianek. Przestał się bać.

Marek od ponad roku zachowuje pełną abstynencję. Wyznał swojej dziewczynie wszystko, gdy tylko zorientował się, że nie jest to przelotna miłostka. Podziękowała za szczerość. Zrozumiała. Nie poszli ze sobą do łóżka. – Jestem pewny, że wtedy wszystko by wróciło – mówi. Zamierzają pobrać się pod koniec tego roku. – Uspokoiłem się. Po raz pierwszy mam poczucie, że po raz pierwszy jestem z kimś naprawdę. Wierzę, że seks w małżeństwie będzie wyrazem naszej bliskości.

Godzina za życie

Czy chcieliby powiedzieć coś ludziom, którzy nie wiedzą jak zerwać z nałogiem? – Trudno przyznać się przed samym sobą, że jest się seksoholikiem. Warto jednak to zrobić, nim będzie za późno. Rzadko się zdarza, że ktoś, kto stale pracuje nad sobą we wspólnocie, wrócił do nałogu. Codziennie trzeba poświęcić na to maksymalnie godzinę. To bardzo niewielka cena za uratowanie życia.

Kontakt do wspólnoty Anonimowych Seksoholików

E-mail: wspolnota.sa@wp.pl

Adres internetowy: www.seksoholicy.webpark.pl

Telefon: 798-056-677