poniedziałek, 17 września 2007

Spółka Giesche: Katowice są nasze!

Anna Malinowska, Katowice
2007-09-17, ostatnia aktualizacja 2007-09-17 07:22

Piotr Uszok, prezydent Katowic, toczy zacięty bój. Stawka jest ogromna: chodzi w niej o przedwojenne zobowiązania, niewyobrażalne pieniądze i jedną trzecią miasta!

Zobacz powiekszenie
Fot. Dawid Chalimoniuk / AG Fot. Dawid Chalimoniuk / AG
Czy prezydent Katowic będzie musiał oddać zabytkowe osiedle Giszowiec (na zdjęciu) Markowi Niegrzybowskiemu, właścicielowi spółki Giesche SA?
Grudzień 2006 roku, otwarcie tunelu pod katowickim rondem. Do prezydenta Uszoka podchodzi mężczyzna i pyta: - Kiedy dostaniemy te nieruchomości z Giszowca? Prezydent nie wie, o co chodzi, obiecuje sprawdzić. Gdy dociera do niego sens pytania, włosy stają mu dęba. Sprawa dotyczy co najmniej jednej trzeciej powierzchni miasta! Są tam zabytkowe osiedla Nikiszowiec i Giszowiec znane z filmów Kazimierza Kutza, kamienice w Szopienicach i Zawodziu i działki w różnych punktach Katowic.

Żeby zrozumieć, o co chodzi, trzeba sięgnąć do historii.

Giesche miał miasto w kieszeni

Wrocławski kupiec Georg Giesche żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku jak wielu śląskich kupców udzielał pod zastaw pożyczek zawsze cierpiącym na brak gotówki Habsburgom. Ale tylko on dostrzegł, jak wielkie możliwości tkwią w eksploatacji zasobów górniczych Górnego Śląska. W 1704 roku cesarz Leopold I w zamian za swoje niespłacone długi dał jemu i jego potomkom monopol na wydobywanie galmanu (rodzaj rudy zawierającej cynk) ze Śląska.

Wkrótce ród Giesche stał się jednym z najpoważniejszych producentów węgla kamiennego na Górnym Śląsku. Byli bajecznie bogaci. Oprócz kopalń węgla należały do nich cztery kopalnie galmanu i ołowiu oraz kopalnia rudy cynku Matylda koło Świętochłowic. Posiadali też huty cynku, srebra i ołowiu. Ich fabryki urosły w katowickich Szopienicach, Bogucicach i Załężu, zbudowali nowoczesne osiedla robotnicze w Giszowcu i Nikiszowcu.

Do podziału Śląska w 1922 r. potężna spółka rodu Giesche nazywała się Die Bergwerks-Gesellschaft Georg von Giesches Erben. Potem utworzono Giesche SA z siedzibą w Katowicach oraz Georg von Giesches Erben AG we Wrocławiu. W 1926 r. Niemcy sprzedali swoje udziały w polskiej części Górnego Śląska. Akcje kupili Amerykanie. Po wojnie majątek firmy został znacjonalizowany.

Pasjonat dokumentów zdobywa stare akcje

Marek Niegrzybowski jest znany jako prezes gdyńskiej firmy Doradca/Nexus. W 2000 roku przygotowywał dla Ministerstwa Zdrowia program restrukturyzacji służby zdrowia. Na Śląsku kontrakt był wart około 500 tys. zł i obejmował m.in. sporządzenie listy szpitali do zamknięcia. Podobny program dla województwa warmińsko-mazurskiego Nexus opracował za blisko 360 tys. zł.

Gazety pisały też o prywatyzacji przedsiębiorstwa połowów dalekomorskich Dalmor. Wycenę przygotowywała firma Nexus, ale Ministerstwo Skarbu Państwa wstrzymało wtedy cały proces, bo pojawiły się podejrzenia, że Nexus zaniżył wartość przedsiębiorstwa.

Dzisiaj Niegrzybowski mówi o sobie: pasjonat starych dokumentów. To on dotarł do akcji, które spółka Giesche SA emitowała przed wojną. - Wraz z grupą znajomych z Trójmiasta odkupywaliśmy je od spadkobierców osób, które były w ich posiadaniu - mówi. Nie zdradza, ile ma akcji i za jaką cenę je kupił.

Ważne, że w połowie 2005 roku Niegrzybowski na ich podstawie reaktywuje spółkę Giesche SA. W Krajowym Rejestrze Sądowym czytamy, że kapitał założycielski wynosi pół miliona złotych.

Niegrzybowski ogłasza, że jego firma jest sukcesorką przedwojennej Giesche SA. Spółka - jak jej wielka poprzedniczka - zajmuje się więc m.in. górnictwem rud żelaza, wydobyciem węgla brunatnego i kamiennego, hutnictwem. Działalności jednak nie prowadzi. Niegrzybowski chce najpierw odzyskać własność: kopalnie, huty, domy, grunty, które kiedyś należały do rodu Giesche, a teraz są własnością skarbu państwa, gminy, prywatnych firm i osób oraz spółdzielni mieszkaniowych.

Niegrzybowski nie chce słyszeć, że majątek firmy został znacjonalizowany i nic mu się nie należy. - W przypadku Giesche SA zastosowano ustawę wywłaszczającą mienie poniemieckie, a przecież akcje firmy należały do Amerykanów. Spółka tak naprawdę nigdy nie została więc wyrejestrowana - tłumaczy.

Uszok: Nie oddam im miasta!

Prezydent Uszok: - Domy, grunty, mieszkania, kopalnie, fabryki i huty! To jedna trzecia powierzchni Katowic. Nie zamierzam nikomu tego oddawać. To niepojęte! Będę walczył do końca, bo to mi brzydko pachnie.

Uszok na bieżąco śledzi wszystkie ruchy spółki. Odkrył, że jej przedstawiciele starają się na drodze administracyjnej obalić decyzję, na mocy której majątek rodu Giesche został znacjonalizowany (dlatego w najbliższym czasie prezydent spotyka się z ministrem skarbu).

W sądzie toczy się także kilkanaście spraw o odzyskanie różnych nieruchomości wytoczonych przez Giesche SA. - Jeśli wygrają choć jedną, zostanie uruchomiona lawina, wtedy trudno nam będzie już cokolwiek zrobić, a chodzi o majątek o ogromnej wartości - mówi Uszok. Dlatego napisał do ministra sprawiedliwości, sprawą zajął się już prokurator.

Mają jednak szansę?

Tymczasem zdaniem prawników spółka ma szanse na odbiór nieruchomości. Jeśli spełni dwa warunki, może mieć otwartą drogę do reprywatyzacji. Po pierwsze, musi wykazać ciągłość swojego istnienia, po drugie, unieważnić nacjonalizację.

- Takie przedwojenne spółki mogą się reaktywować i odzyskać swoje przedwojenne mienie. Stało się tak w przypadku Hotelu Europejskiego w Warszawie i w kilku innych przypadkach - przyznaje mecenas Roman Nowosielski specjalizujący się w odzyskiwaniu przedwojennego mienia.

Giesche SA może się także powołać na ustawę reprywatyzacyjną, której projekt jest już gotowy. Przewiduje on wypłacenie 15 proc. wartości utraconego mienia. Rekompensaty przysługiwać mają m.in. spadkobiercom byłych właścicieli oraz spółkom prawa handlowego. Utworzony będzie fundusz rekompensacyjny zasilany m.in. z dochodów z prywatyzacji, sprzedaży nieruchomości skarbu państwa.

Jeśli Giesche SA wywalczy odszkodowanie, na jej konto mogą wpłynąć niewyobrażalne pieniądze.

Co zrobicie z Nikiszowcem?

Niegrzybowski jest pewien, że odzyska nieruchomości należące przed wojną do Giesche SA.

- Co zrobicie z Nikiszowcem? - pytamy.

- Nie mamy jeszcze kompleksowej wizji - odpowiada prezes Niegrzybowski, a mecenas Leszek Pachulski, pełnomocnik spółki, dodaje: - Z dzielnicy na pewno nie znikną przedszkola czy przychodnie.

Niegrzybowski uzupełnia: - Właściciele prywatnych mieszkań nie mają się czego bać. Proszę pani, tak naprawdę, to na osiedlach zostaną nam tylko kawałeczki działek. - To po co wam one - pytamy?

Niegrzybowski: - Nawet na tym można zarobić.

Prezydent Uszok: - Stanie się tak, ale po moim trupie.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Nałęcz: Byłem uzależniony od "Tańca z gwiazdami"

Atutem "Tańca z gwiazdami" byli tancerze, a szczególnie tancerki. Niestety, przeżyłem spore rozczarowanie, bo moi faworyci szybko odpadli. Moją ulubienicą była Omena, a także wzruszająca swoją siłą woli Kasia Tusk. W tej edycji kibicowałem właśnie jej - choć nie jestem zwolennikiem PO - pisze w DZIENNIKU Tomasz Nałęcz, historyk i były marszałek Sejmu .

czytaj dalej...
REKLAMA

Moja przygoda z "Tańcem z gwiazdami" zaczęła się całkiem niewinnie... Była to jedna z tych ciężkich pracujących niedziel, gdy wieczorem kompletnie padałem z nóg. Pomyślałem więc, że dla odprężenia siądę przed telewizorem i coś sobie obejrzę. I przez zupełny przypadek trafiłem na... "Taniec z gwiazdami". No i stało się - wpadłem jak śliwka w kompot, bo show złapało mnie w swoje sidła i zostałem mu wierny już do końca edycji.

Nie spodziewałem się, że wciągnie mnie mechanizm rywalizacji i to w dziedzinie, która wydawała mi się do tej pory zupełnie obca. Co jak co - ale tancerzem nigdy nie byłem. Zresztą na każdej zabawie podpieram ściany i smętnie siedzę przy pustych stolikach, a ostatni raz tańczyłem pewnie na studniówce. Wydawałoby się więc, że taki program nie ma żadnych szans, by mnie zafascynować. A jednak! Wciągnąłem się zresztą do tego stopnia, że doniesienia na temat "Tańca ..." śledziłem nawet w internecie.

Dziś, gdy patrzę na to moje "uzależnienie" z dystansem, myślę, że wpadłem w pułapkę świadomie zastawioną przez autorów tego programu. Mam wrażenie, że sidła te były wymyślone w taki sposób, by przyciągnąć nie tylko fanów tańca, ale także takie osoby, które nigdy wcześniej tej pasji w sobie nie odnalazły. Na czym to mogło polegać?

Może na tym - a myślę, że właśnie mnie to przyciągnęło - że widowisko było niesamowicie staranie dopracowane, i to w każdym szczególe. Tak się złożyło, że jakiś czas później przez przypadek widziałem także oryginalną angielską wersję tego programu i muszę przyznać, że nie wytrzymałem przy nim dłużej niż pięć minut. W angielskiej konkurencji wyglądało to jak podrzędny konkurs tańca. Widowisko jakich wiele: na parkiet wychodziły zwyczajne pary, brzydkie kobiety o nic nie mówiących mi twarzach, a wszystko pozbawione było dramaturgii. Tamto doświadczenie uświadomiło mi, że nasz spektakl taneczny jest naprawdę perfekcyjnie przygotowany. A przy tym jest w nim coś... niecodziennego.

Myślę, że schemat całego show opiera się na bajce o brzydkim kaczątku, które może się zmienić w pięknego łabędzia, albo o Kopciuszku, który może się stać królewną. Mam wrażenie, że do programu wzięto dziesięć takich "kopciuszków", z których uczyniono tytułowe gwiazdy. I w tym była siła przyciągania! Nie powiem, żebym marzył o zabłyśnięciu na parkiecie. Jeśli już, to w bardzo głębokiej podświadomości... Ale na pewno w każdym z nas tli się takie marzenie: że tańczymy z piękną kobietą, tłum się rozstępuje i wszyscy patrzą na nas z podziwem.

Niezaprzeczalnym atutem "Tańca z gwiazdami" byli sami tancerze, a szczególnie tancerki. Niestety, w tej kwestii przeżyłem spore rozczarowanie, bo moi faworyci szybko odpadli. Moją ulubienicą - z czysto męskich powodów - była zmysłowa i zabójczo zgrabna Omena, ale także wzruszająca swoją siłą woli Kasia Tusk. Nie ukrywam, że w tej edycji kibicowałem właśnie jej - choć nie jestem oczywiście zwolennikiem Platformy Obywatelskiej.

Kilka razy nawet zagłosowałem na córkę Donalda Tuska, wysyłając sms - to był zresztą jedyny raz, kiedy jakieś pieniądze przeznaczyłem na PO. Kasia Tusk stała się moją ulubienicą nie tylko dlatego, że jest śliczną dziewczyną, ale także dlatego, że w pewien sposób wzruszyła mnie. Ujęła swoim wyznaniem, na które trafiłem w internecie.

Okazało się bowiem, że bardzo się bała udziału w programie. I że nic jej do tego widowiska nie przyciągało poza świadomością, że jeśli odmówi, to tylko z tchórzostwa. Zdecydowała się więc na udział, bo gdyby tego nie zrobiła, miałaby poczucie, że wielkie wyzwania nie są dla niej. O ile Tuskówna rzeczywiście bardzo widocznie odstawała od reszty uczestników i do przewidzenia było to, że szybko odpadnie, o tyle do dziś żałuję, że w finale nie znalazła się pierwsza moja ulubienica - Omena.

Myślę, że uzależnienie wyników konkursu od głosów widzów było bardzo chytrym zabiegiem. Zmuszało bowiem do aktywnego współuczestnictwa w programie. Nie tylko jurorzy, ale także ja - jako widz - mogłem oceniać i mieć wpływ na to, co się stanie. Miałem też szansę na porównanie swojego poglądu z oceną jurorów, co wzmagało emocje. Cieszyło mnie jednak, że w całej tej rywalizacji nie było nic chamskiego i nie miało nic wspólnego z brutalnością, do której przywykliśmy.

Współzawodnictwo między parami było szlachetną walką pięknie wyglądających i lekko poruszających się aniołów. I nawet kiedy jurorzy mówili coś krytycznego, zawsze było to z nutką sympatii. Z jednej strony przeurocza pani Beata Tyszkiewicz, z drugiej - Zbigniew Wodecki przywołujący rzeczywiste czy też wyimaginowane historyjki z własnego życia... A profesjonaliści potrafili mówić o krokach tancerzy, o ich technicznych błędach w tak pasjonujący sposób, że nawet laik taki jak ja słuchał tego z ciekawością.

Dzięki temu miałem szansę zobaczyć, na czym polega quick step, którego bym pewnie nie miał nigdy okazji poznać, bo przecież tańcami się nie interesuję...

Show wciągnęło nie tylko mnie. Oglądałem je razem z żoną. I to było bardzo przyjemne, mieliśmy wspólnych faworytów, za których trzymaliśmy kciuki. Mogliśmy też razem poplotkować, oceniać zawodników. Właśnie rodzinność programu była zachęcająca, rzadko bowiem się zdarza, że ma się ochotę usiąść przed telewizorem wspólnie z najbliższymi.

Zresztą jak się okazało "Taniec z gwiazdami" paradoksalnie był tematem, na który można było porozmawiać w najrozmaitszym towarzystwie - zarówno w grupie studenckiej, jak i wśród znajomych. To było masowe widowisko i nieraz ułatwiało kontakty międzyludzkie.

I właściwie jedyną rzeczą, która mnie niespecjalnie przyciągała do tego programu, byli prowadzący. Szczególnie nie przepadałem za Hubertem Urbańskim. Czuło się, że wszystkie jego powiedzonka i zachwyty były starannie wyuczone i wystudiowane. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w przypadku Katarzyny Skrzyneckiej było tak samo, ale w wykonaniu zawodowej aktorki udało się osiągnąć pewną naturalność, która mnie bardziej przekonywała.

Przypuszczam, że Piotr Gąsowski, który prowadzi najnowszą edycję "Tańca...", wypadnie znacznie lepiej.

Ale ja już tej edycji nie oglądam, bo w tym samym czasie jest "Rzym" - serial, którego za nic nie chcę przepuścić. Przyznam jednak, że może gdybym od początku wiedział, że prowadzącym jest Gąsowski, skusiłbym się i obejrzał. I pewnie znowu bym wpadł...

Kobiety lgną do Krzysztofa Bosaka


2007-09-17 00:45

Poseł LPR wreszcie zakochany?

Poseł Krzysztof Bosak z LPR zarzeka się, że nie ma żadnej sympatii, ale kobiety od niego nie odstępują - pisze "Fakt". Bosak pojawił się ostatnio na międzynarodowych zawodach tańca towarzyskiego z nową koleżanką Natalią.


Oboje roześmiani i wyraźnie szczęśliwi weszli, trzymając się za ręce. Niestety, flesze aparatów speszyły parę i już więcej czułych gestów nie było. "Fakt" spytał więc, kim jest ta urokliwa dziewczyna i co z nim robi?

"To jedynie koleżanka, którą poznałem kiedyś na imprezie i zaprosiłem ją, żeby mi towarzyszyła" - odpowiedzał "Faktowi" Bosak.

Ale raczej z koleżankami nie chodzi się za rękę - nie ma wątpliwości gazeta. I dodaje, że młody poseł nie ma problemu z zawieraniem nowych przyjaźni i rozmawianiem z kobietami.

Od chwili startu w "Tańcu z gwiazdami", stał się bardziej pewny siebie, co potwierdza jego partnerka z parkietu Kamila Kajak. "Jest dużo lepiej niż na początku, rozmawiamy swobodnie i nie unika już mojego wzroku" - mówi "Faktowi".



Lewandowska i Bosak wytańczą fotel w Sejmie?

Sandra Lewandowska i Krzysztof Bosak prześcigają się w pomysłach, jak pogodzić "Taniec z gwiazdami" z kampanią. Kreacje w barwach partii, liderzy na widowni, treningi w okręgach wyborczych - to tylko niektóre - pisze DZIENNIK.

Kiedy samorozwiązanie Sejmu stało się faktem, Lewandowska i Bosak zastanawiali się nad wycofaniem. "No, ale jak by to wyglądało? To by było nieodpowiedzialne" - mówi Lewandowska. A Bosak dodaje: "Zostałoby to odebrane jak kapitulacja".

Lewandowska chciała, żeby jej sukienki miały dodatki kojarzące się z partią. "Nie miałabym nic przeciwko, gdyby mi dodano do stroju dodatek w barwach narodowych. Ale umowa zabrania uczestnikom reklamowania partii politycznych" - opowiada Lewandowska.

Pierwszy odcinek "Tańca z gwiazdami" obejrzało prawie 5,5 mln widzów. Co trzeci oglądający wtedy telewizję Polak widział posła LPR tańczącego cza-czę i posłankę Samoobrony w mambie. Ale czy duża oglądalność przełoży się na wynik wyborczy? " Bardzo się boję, czy dostanę się do Sejmu.

Przed poprzednimi wyborami od 6 do 22 byłam na spotkaniach z wyborcami. Teraz mam dodatkowe obowiązki i mniej czasu. Do tego teraz jest krótsza kampania. Ale bdę brała w niej udział, dzieląc czas z przygotowaniami do występów" - mówi Lewandowska. "Wyborcy cenią osobisty kontakt. Wieczorem, kiedy TVN transmituje , jakaś ich część jest na przykład na dożynkach. Ale reszta z pewnością spędza czas w domu, z rodziną przed telewizorem" - analizuje posłanka.

Przygotowanie do występu to kilka godzin treningu dziennie, próba generalna w sobotę i transmisja w niedzielę. "W ostatnią niedzielę były dożynki powiatowo-gminne w Głubczycach. Dostałam zaproszenie, ale tańczyłam w programie" - martwi się Lewandowska. Razem z Lepperem stara się więc dostosować terminarz spotkań wyborczych do treningów. W tym tygodniu wybierali się do Opola. "Mogę pojechać w każdy dzień tygodnia, oprócz weekendu. Jeśli się nie wyrobimy, to pojedziemy dopiero za tydzień. W weekend muszę ćwiczyć rumbę" - opowiada Lewandowska.

Bosak we wtorek po treningu wsiadł w samolot i poleciał na spotkanie do Zielonej Góry. "Teraz muszę krążyć między Warszawą a okręgiem wyborczym. Chcę wynająć salę w Zielonej Górze i przekonuję moją partnerkę, żebyśmy tam przenieśli część treningów. Wtedy będę mógł robić kampanię w terenie" - mówi Bosak.

Co o ich występach sądzą partyjni liderzy? Andrzej Lepper i Janusz Maksymiuk są zachwyceni. Chętnie wykorzystują występy młodej posłanki, żeby podreperować wizerunek. Pierwszy odcinek obejrzeli na widowni. "Mam wielkie wsparcie szefa. On się bardzo ucieszył, że był w programie. Lubi takie rzeczy. Popiera promocję kultury i tańca" - mówi Lewandowska.

W LPR jest inaczej. "Jest granica między polityką a resztą świata. Polityk może przechodzić na drugą stronę, ale granicy nie można zacierać. To dobrze, że podczas pierwszego odcinka na widowni nie było żadnego z polityków LPR. To niepotrzebne" - mówi Bosak. I tłumaczy, dlaczego nie zatańczy na wyborczym wiecu. "My z partnerką uczymy się układów, które są dostosowane do muzyki. Nie sądzę, żebym potrafił tak zatańczyć z kimkolwiek innym. A Kamila pewnie nie chciałaby się angażować w propagandę jakiejkolwiek partii. Nawet mojej" - mówi Bosak.

Przyznaje też, że obawia się, jak elektorat oceni jego występy. "Pokazałem, że jestem normalnym gościem i potrafię się też wygłupiać. Dzień po naszym tańcu zadzwonił do mnie Michał Figurski i gratulował. Ale z drugiej strony przecież już przed byłem osobą rozpoznawalną. Nie jestem przekonany, że popularność zdobyta w ten sposób przekłada się na decyzję wyborców" - mówi bez ogródek Bosak.

Bosakowi woda sodowa uderzyła do głowy

Skromny, niewinny, o chłopięcym wyrazie twarzy. Jeszcze niedawno taki był jeden z najmłodszych posłów w Sejmie - Krzysztof Bosak z Ligi Polskich Rodzin. Jednak odkąd dostał zaproszenie do programu "Taniec z gwiazdami" zmienił się nie do poznania - zauważa "Fakt". Po skromności i nieśmiałości nie ma już śladu. Została tylko twarz podlotka.


"Wygram "Taniec" i będę jeździł sportowym porsche" - zapowiada buńczucznie poseł dla "Faktu". Krzysztof Bosak to jedyny parlamentarzysta Ligi Polskich Rodzin, który zupełnie nie przejmuje się samorozwiązaniem Sejmu i tym, że jego partia nie ma szans na ponowne dostanie się na Wiejską.

"Kiedy dostałem zaproszenie do programu, pojawiły się wątpliwości, czy posłowi to przystoi" - mówi Bosak. "Ale przecież program startuje w niedzielę, a ja już wtedy nie będę posłem" - cieszy się poseł w rozmowie z "Faktem".

Czyżby Bosak żegnał się już karierą polityczną, a chciał zrobić furorę w show-biznesie? Na to wygląda. Pierwsza zmiana: poseł chce się pozbyć drogiego i pojemnego vana Mercedesa Vito. "Mogłem nim wozić nawet 9 kolegów" - chwali się młody parlamentarzysta.

Ale przecież takie auto pasuje bardziej do dostawcy sklepu spożywczego, niż wschodzącej gwiazdy show-biznesu. Nie da się w nim zaimponować dziewczynom, głupio wygląda wystawiony przez okno łokieć. W czym zatem gwiazdor Bosak będzie się czuł najlepiej - pyta "Fakt". Oczywiście w aucie sportowym!

"Ale nie muszę go sobie kupować, ja takie auto wygram i będę nim jeździł" - snuje już plany. Podczas prezentacji głównej nagrody w "Tańcu z gwiazdami" - czerwonego kabrioleta porsche - Bosak z wprawą przymierzył się do kierownicy.

Zdaniem "Faktu", kiedy błyskały flesze fotoreporterów, był w siódmym niebie. Teraz ciekawe, czym zaskoczy widzów, by ich głosy pozwoliły mu wygrać to auto. A może myśli, że już sam widok byłego posła LPR wirującego w ociekających erotyką pląsach będzie na tyle egzotyczny, że Polacy będą na niego głosowali?