Złoty jest najmocniejszy od wielu lat. Polacy powinni się cieszyć, czy smucić? Wszystko zależy od punktu widzenia
ZOBACZ TAKŻE
- Złoty bije rekordy umocnienia (19-10-07, 10:18)
- Spadek awersji do ryzyka umacnia złotego (12-10-07, 17:12)
SERWISY
Zdaniem ekonomistów na umacnianie się złotego wpływa wiele czynników, m.in. dopływ inwestycji czy funduszy unijnych. Ostatnie wzmocnienie naszej waluty może być spowodowane wyborami, w których wygrała Platforma Obywatelska. To partia, do której - jak się wydaje - inwestorzy mają największe zaufanie. Pytanie, czy złoty będzie się dalej umacniał i jak to będzie wpływało na nasze życie?
Mocna złotówka świadczy o zaufaniu inwestorów do Polski - chętnie u nas lokują swój zagraniczny kapitał, zwiększając w ten sposób zapotrzebowanie na naszą walutę. Dzięki temu złoty jest mocniejszy, a to znaczy, że musimy wydać coraz więcej euro czy dolarów, by kupić złotówki.
Dla polskiego rządu mocny złoty przynosi wiele korzyści. Oznacza, że nasze zadłużenie zagraniczne zmniejsza się i trzeba wydać mniej złotówek, by je obsłużyć. Podobny komfort mogą odczuwać Polacy, którzy zaciągnęli kredyty w zagranicznych walutach. Dzięki mocniejszej złotówce raty ich kredytu nie rosną tak szybko, nawet jeśli do góry idą stopy procentowe np. w Szwajcarii.
Także przedstawiciele Narodowego Banku Polskiego mogą być zadowoleni, bo umacniający się złoty trzyma w ryzach inflację, głównie dzięki tańszemu importowi. Siła złotówki i słabość dolara stoją w dużym stopniu za tym, że ceny benzyny na polskich stacjach nie są jeszcze wcale rekordowe.
Jest jednak i druga strona tego medalu. Na silną złotówkę zawsze narzekają eksporterzy. Dlaczego? Bo gdy sprzedają swoje towary za granicę, to zapłatę dostają w euro czy dolarach. Jeśli polski przedsiębiorca na początku 2004 r. dostał za swoje wyroby tysiąc euro, to przeliczając na złotówki, otrzymywał 4,8 tys. zł. Obecnie otrzyma niewiele więcej niż 3,6 tys. zł, czyli 25 proc. mniej! Mimo takich potencjalnych strat polski eksport przez ostatnie lata bił rekordy, nieco oklapł dopiero w tym roku. Oczywiście przedsiębiorcy mogą stosować różne instrumenty finansowe pomagające zabezpieczyć się przed ryzykiem kursowym, ale wielu szczególnie małych i średnich ciągle ich nie używa.
Dzięki silnemu złotemu Polacy za granicą są bogatsi. Ale nie wszyscy. Dla Polaka pracującego w Polsce i jadącego na wakacje do Paryża, Nowego Jorku czy Dublina zakupy w tych miastach są znacznie tańsze niż jeszcze kilka lat temu. Problem mają jednak nasi rodacy, którzy zdecydowali się wyjechać do pracy za granicą. Weźmy takiego Kowalskiego, który pracuje jako kucharz w niezłej restauracji w Dublinie. Na rękę dostaje powiedzmy 10 euro na godzinę. Pracuje 40 godzin w tygodniu. Rocznie zarabia 20,8 tys. euro. Na początku 2004 r. w przeliczeniu na złotówki było to prawie 100 tys. zł! Teraz jest to niecałe 75 tys. zł. Różnica jest spora, szczególnie jeśli Kowalski planował wrócić do Polski i za zarobione pieniądze kupić np. mieszkanie (jego cena w tym okresie wzrosła kilkakrotnie).
Przez silną złotówkę Polska nie jest już tak tania nie tylko dla kucharza Kowalskiego, ale też dla jego kolegów Irlandczyków. Piwo w pubie, które w Warszawie kosztuje 8 zł, to dla Irlandczyka wydatek już nie 1,6 euro, ale 2,2 euro.
Także dla przyszłego polskiego rządu zbyt mocny złoty to nie tylko powód do zadowolenia. Weźmy choćby unijne fundusze. W latach 2007-13 mamy szansę na otrzymanie z unijnego budżetu aż 67 mld euro na budowę dróg, linii kolejowych, aktywizację bezrobotnych czy wprowadzanie nowych technologii. To aż czy może już tylko? Nasze potencjalne fundusze topnieją bowiem w oczach w miarę, jak złoty rośnie w siłę. Eksperci ostrzegają, że najprawdopodobniej za te pieniądze nie uda się zrealizować wszystkich zaplanowanych wcześniej projektów. Nie tylko dlatego, że złoty się umacnia względem euro, ale także dlatego, że rosną koszty pracy oraz materiałów budowlanych. Rośnie prawdopodobieństwo, że nie wyrobimy się z inwestycjami przed organizacją Euro 2012.
Jaką więc mamy alternatywę? Jedyną, która przychodzi do głowy, jest wprowadzenie w Polsce euro. Oczywiście nie wyeliminowałoby to całkowicie ryzyka kursowego, ale zminimalizowałoby jego skutki. Z takiego posunięcia na pewno ucieszyliby się przedsiębiorcy. Bo przecież z krajami strefy euro odbywa się ponad połowa naszej wymiany handlowej. Czy ucieszyliby się też Polacy? Sondaże mówią, że do euro raczej nam się nie spieszy. W badaniu przeprowadzonym w 2004 r. przez TNS na zlecenie Komisji Europejskiej pozytywne skutki przyjęcia wspólnej waluty widziało 41 proc. Polaków, a negatywne 44 proc. Według badania przeprowadzonego w maju tego roku przez TNS OBOP aż 47 proc. Polaków jest przeciwnych wprowadzeniu u nas wspólnej waluty, a tylko 36 proc. z nas patrzy na to przychylnym okiem. Prawie trzy czwarte osób niechętnych euro najbardziej boi się, że po jego wprowadzeniu wzrosną ceny.
NBP obecnie opracowuje raport dotyczący plusów i minusów wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty. Rząd PiS nie był euro zbyt przychylny. Może się to zmienić za rządów Platformy, choć na wprowadzenie wspólnej waluty i tak nie mamy raczej co liczyć przed 2011 r.










więcej zdjęć
