poniedziałek, 29 października 2007

Złoty rekordowy mocny. Kto powinien się bać?

Leszek Baj
2007-10-28, ostatnia aktualizacja 2007-10-28 20:14

Złoty jest najmocniejszy od wielu lat. Polacy powinni się cieszyć, czy smucić? Wszystko zależy od punktu widzenia

Zobacz powiekszenie
ZOBACZ TAKŻE
 0,08MB
0,08MB
SERWISY
Za czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości nasza waluta była w miarę stabilna - gdy partia ta dochodziła do władzy, za euro trzeba było płacić około 3,9 zł, a w sierpniu tego roku (jeszcze przed zawieruchą związaną z kampanią wyborczą) około 3,8 zł. W ostatnich dwóch miesiącach złoty jednak zaczął szybciej zyskiwać na wartości. Polska waluta w stosunku do amerykańskiego dolara jest najsilniejsza od 11 lat. Już mało kto pamięta czasy, gdy za dolara trzeba było płacić niewiele więcej niż 2,5 zł jak obecnie. Kurs euro jest niewiele wyższy niż 3,6 zł, ostatni raz był na takim poziomie ponad 5 lat temu.

Zdaniem ekonomistów na umacnianie się złotego wpływa wiele czynników, m.in. dopływ inwestycji czy funduszy unijnych. Ostatnie wzmocnienie naszej waluty może być spowodowane wyborami, w których wygrała Platforma Obywatelska. To partia, do której - jak się wydaje - inwestorzy mają największe zaufanie. Pytanie, czy złoty będzie się dalej umacniał i jak to będzie wpływało na nasze życie?

Mocna złotówka świadczy o zaufaniu inwestorów do Polski - chętnie u nas lokują swój zagraniczny kapitał, zwiększając w ten sposób zapotrzebowanie na naszą walutę. Dzięki temu złoty jest mocniejszy, a to znaczy, że musimy wydać coraz więcej euro czy dolarów, by kupić złotówki.

Dla polskiego rządu mocny złoty przynosi wiele korzyści. Oznacza, że nasze zadłużenie zagraniczne zmniejsza się i trzeba wydać mniej złotówek, by je obsłużyć. Podobny komfort mogą odczuwać Polacy, którzy zaciągnęli kredyty w zagranicznych walutach. Dzięki mocniejszej złotówce raty ich kredytu nie rosną tak szybko, nawet jeśli do góry idą stopy procentowe np. w Szwajcarii.

Także przedstawiciele Narodowego Banku Polskiego mogą być zadowoleni, bo umacniający się złoty trzyma w ryzach inflację, głównie dzięki tańszemu importowi. Siła złotówki i słabość dolara stoją w dużym stopniu za tym, że ceny benzyny na polskich stacjach nie są jeszcze wcale rekordowe.

Jest jednak i druga strona tego medalu. Na silną złotówkę zawsze narzekają eksporterzy. Dlaczego? Bo gdy sprzedają swoje towary za granicę, to zapłatę dostają w euro czy dolarach. Jeśli polski przedsiębiorca na początku 2004 r. dostał za swoje wyroby tysiąc euro, to przeliczając na złotówki, otrzymywał 4,8 tys. zł. Obecnie otrzyma niewiele więcej niż 3,6 tys. zł, czyli 25 proc. mniej! Mimo takich potencjalnych strat polski eksport przez ostatnie lata bił rekordy, nieco oklapł dopiero w tym roku. Oczywiście przedsiębiorcy mogą stosować różne instrumenty finansowe pomagające zabezpieczyć się przed ryzykiem kursowym, ale wielu szczególnie małych i średnich ciągle ich nie używa.

Dzięki silnemu złotemu Polacy za granicą są bogatsi. Ale nie wszyscy. Dla Polaka pracującego w Polsce i jadącego na wakacje do Paryża, Nowego Jorku czy Dublina zakupy w tych miastach są znacznie tańsze niż jeszcze kilka lat temu. Problem mają jednak nasi rodacy, którzy zdecydowali się wyjechać do pracy za granicą. Weźmy takiego Kowalskiego, który pracuje jako kucharz w niezłej restauracji w Dublinie. Na rękę dostaje powiedzmy 10 euro na godzinę. Pracuje 40 godzin w tygodniu. Rocznie zarabia 20,8 tys. euro. Na początku 2004 r. w przeliczeniu na złotówki było to prawie 100 tys. zł! Teraz jest to niecałe 75 tys. zł. Różnica jest spora, szczególnie jeśli Kowalski planował wrócić do Polski i za zarobione pieniądze kupić np. mieszkanie (jego cena w tym okresie wzrosła kilkakrotnie).

Przez silną złotówkę Polska nie jest już tak tania nie tylko dla kucharza Kowalskiego, ale też dla jego kolegów Irlandczyków. Piwo w pubie, które w Warszawie kosztuje 8 zł, to dla Irlandczyka wydatek już nie 1,6 euro, ale 2,2 euro.

Także dla przyszłego polskiego rządu zbyt mocny złoty to nie tylko powód do zadowolenia. Weźmy choćby unijne fundusze. W latach 2007-13 mamy szansę na otrzymanie z unijnego budżetu aż 67 mld euro na budowę dróg, linii kolejowych, aktywizację bezrobotnych czy wprowadzanie nowych technologii. To aż czy może już tylko? Nasze potencjalne fundusze topnieją bowiem w oczach w miarę, jak złoty rośnie w siłę. Eksperci ostrzegają, że najprawdopodobniej za te pieniądze nie uda się zrealizować wszystkich zaplanowanych wcześniej projektów. Nie tylko dlatego, że złoty się umacnia względem euro, ale także dlatego, że rosną koszty pracy oraz materiałów budowlanych. Rośnie prawdopodobieństwo, że nie wyrobimy się z inwestycjami przed organizacją Euro 2012.

Jaką więc mamy alternatywę? Jedyną, która przychodzi do głowy, jest wprowadzenie w Polsce euro. Oczywiście nie wyeliminowałoby to całkowicie ryzyka kursowego, ale zminimalizowałoby jego skutki. Z takiego posunięcia na pewno ucieszyliby się przedsiębiorcy. Bo przecież z krajami strefy euro odbywa się ponad połowa naszej wymiany handlowej. Czy ucieszyliby się też Polacy? Sondaże mówią, że do euro raczej nam się nie spieszy. W badaniu przeprowadzonym w 2004 r. przez TNS na zlecenie Komisji Europejskiej pozytywne skutki przyjęcia wspólnej waluty widziało 41 proc. Polaków, a negatywne 44 proc. Według badania przeprowadzonego w maju tego roku przez TNS OBOP aż 47 proc. Polaków jest przeciwnych wprowadzeniu u nas wspólnej waluty, a tylko 36 proc. z nas patrzy na to przychylnym okiem. Prawie trzy czwarte osób niechętnych euro najbardziej boi się, że po jego wprowadzeniu wzrosną ceny.

NBP obecnie opracowuje raport dotyczący plusów i minusów wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty. Rząd PiS nie był euro zbyt przychylny. Może się to zmienić za rządów Platformy, choć na wprowadzenie wspólnej waluty i tak nie mamy raczej co liczyć przed 2011 r.

niedziela, 28 października 2007

Polska zdobyła Superpuchar!

Adam Gołąb
2007-10-28, ostatnia aktualizacja 2007-10-28 22:21

Znów głośno o biało-czerwonych. Pierwszy zespół znakomicie radził sobie w świetnie obsadzonym QS Supercup, a drugi wygrał w Wielkopolsce trzecią edycję Grundfos Cup

Zobacz powiekszenie
Fot. Andrzej Monczak / AG


QS Supercup to najbardziej prestiżowa towarzyska impreza w tej dyscyplinie. Rangą biją ją jedynie mundial i mistrzostwa kontynentu. Polska wygrała go pierwszy raz w historii.

W świat poszedł przede wszystkim udany rewanż za mistrzostwa świata na gospodarzach Superpucharu - Niemcach. Z tym zespołem po eliminacyjnych wygranych nad Czechami i Szwecją Polacy zagrali w półfinale. I wypadli znakomicie. 9300 widzów w Gerry Weber Stadion w Halle mogło tylko patrzeć jak wiele atutów mają wicemistrzowie świata.

Koncertowo grał Karol Bielecki - nie tylko słał firmowe bomby, ale też znakomicie współpracował z nie dającym się zatrzymać kołowym Bartoszem Jureckim. Sporą rolę odegrał też lewoskrzydłowy Vive Mateusz Jachlewski. Rzadko mylił się w ataku (Johannes Bitter obronił jego jeden rzut karny), radził sobie w kontrze, miał też kilka przechwytów. Podobnie jak on w podstawowym składzie pojawił się drugi kielecki skrzydłowy Patryk Kuchczyński. On miał jednak mniej szczęścia - choć był aktywny, miał swoje pozycje to jednak Henninga Fritza nie udało mu się pokonać i jeszcze przed przerwą zastąpił go Mariusz Jurasik. Popularny "Józek" pociągnął polski zespół - Niemcy po 20. minutach prowadzili 11:8, ale na przerwę schodzili z trzybramkową stratą (11:14).

Po przerwie dobra gra w obronie pomogła Polakom utrzymywać prowadzenie - Niemcy go już nie odzyskali, choć w 50. minucie po bramce Markusa Baura przegrywali tylko 24:25. Ostateczna różnica to cztery trafienia - 32:28.

W niedzielnym finale w Dortmundzie doszło do powtórki z fazy grupowej. Biało-czerwoni znów zmierzyli się ze Szwedami (w eliminacjach wygrali 30:24), którzy w drugim półfinale poradzili sobie z Rosjanami (33:28). Powtórka jednak długo Polakom nie wychodziła - Szwedzi tak jak podopieczni Wenty z Niemcami grali dobrze w obronie, a nasz zespół mocno przeciętnie w ataku pozycjnym. Dlatego jeszcze w 41. minucie było 22:18 dla Szwedów, ale w 52. już 23:22 dla Polski. Rywale znów odskoczyli (26:23 w 56.), ale finisz należał do podopiecznych Wenty. Bramkę na wagę zwycięstwa zdobył nie kto inny jak Mariusz Jurasik - z 11 m pięć sekund przed końcem!

Znów w pierwszej siódemce wyszli i Jachlewski i Kuchczyński. Ten drugi szybko został zastąpiony przez Jurasika, ale wrócił jeszcze w II połowie i to za jego sprawą Polacy doprowadziili do remisu 26:26 w 58 min. Jachlewski znów spisywał się dobrze (pomylił się tylko raz - z karnego), a jedna z wkrętek, którą znalazł sposób na Svennssona wprost filmowa.

Egzamin zdali

Równie dobrze Polacy (i kielczanie) wypadli na własnych obiektach. Kadra B pod wodzą asystenta Wenty Daniela Waszkiewicza z kompletem zwycięstw zwyciężyła w trzeciej edycji rozgrywanego w Kaliszu, Lesznie i Poznaniu Grundfos Cup. Po pokonaniu na otwarcie Estonii Polacy rozprawili się także z drugim zespołem Węgier 25:19 (20:7), a w decydującym o pierwszym miejscu pojedynku ograli także Duńczyków 34:30 (18:11). W tym drugim pojedynku Waszkiewicz skorzystał z całej czwórki z Vive, a najskuteczniejszym w jego ekipie był - wspólnie z Arkadiuszem Miszką - Mateusz Zaremba. - Wszyscy zawodnicy zdali egzamin. Każdy się bardzo starał i bez wyjątku wypadli pozytywnie. Zaremba? Może trzeba mu dać trochę czasu, żeby zaczął rzucać i w Vive. Wiem jednak, że w Kielcach wszyscy są bardzo niecierpliwi - podkreślał trener Daniel Waszkiewicz.

Wyniki

QS Supercup

Mecz o 1. miejsce: Polska - Szwecja 27:26 (14:15)

Mecz o 3. miejsce: Niemcy - Rosja 36:27 (18:11).

Mecz o 5. miejsce: Czechy - Serbia 38:31 (17:17).

Końcowa kolejność: 1. Polska, 2. Szwecja, 3. Niemcy, 4, Rosja, 5. Czechy, 6. Serbia

Polska A: Szmal, Weiner - Bielecki 9 bramek z Niemcami i 6 ze Szwecją, Jachlewski 6 (2) i 4 (1) , B. Jurecki 5 i 3, Tkaczyk 4 i 5, Jurasik 4 (1) i 4, M. Lijewski 2 i 1, Kuptel 1 i 0, Tłuczyński 1 (1) i 0, Siodmiak 0 i 1, Orzłowski 0 i 0, Kuchczyński 0 i 2, Jaszka 0 i 0, Wleklak 0 i 1, M. Jurecki 0 i 0.

Grundfos Cup



1. Polska B3695:72
2. Dania B3290:90
3. Węgry B3275:91
4. Estonia3276:83
Polska B: Świrkula, Wichary, Kubiszewski - Kubisztal 5 bramek z Węgrami i 4 z Danią, Zaremba 3 i 6, Miszka 2 i 6, Piwko 5 i 2, Niedośpiał 4 i 2, Waszkiewicz 2 i 4, Chodara 4 i 1, Stankiewicz 1 i 3, Jurkiewicz 4 i -, Kwiatkowski 0 i 4, Piotrowski 1 i 2, Kriegier 2 i 0, Różańśki 1 i -, Piórkowski 1 i 0, Żółtak 0 i 0.

"Lady Botox" zostanie prezydentem Argentyny?

mig, PAP, BBC
2007-10-27, ostatnia aktualizacja 2007-10-28 12:28
Zobacz powiększenie
Cristina Fernandez de Kirchner - kandydatka na prezydenta Argentyny, żona obecnego prezydenta Nestora Kirchnera
Fot. Jorge Saenz AP

Dziś Argentyńczycy decydują, kto przez następne cztery lata będzie głową ich państwa i jednocześnie szefem rządu. Jak wskazują sondaże przedwyborcze, największe szanse na wygraną ma Cristina Elizabeth Fernandez de Kirchner, żona obecnego prezydenta Nestora Kirchnera, przez przeciwników nazywana "Lady Botox". Wybory rozpoczęły się o godz. 12 czasu warszawskiego.

Zobacz powiekszenie
Fot. Jorge Saenz AP
Cristina Fernandez de Kirchner - kandydatka na prezydenta Argentyny z mężem - obecnym prezydentem Nestorem Kirchnerem
Jak wynika z sondaży przedwyborczych, Cristina Kirchner, podobnie jak jej mąż, należąca do neoperonistowskiego Frontu Zwycięstwa, może uzyskać od 39,8 do 47 proc. głosów. Jeśli poparcie dla niej przekroczy 50 proc. lub uzyska ona 40 proc. i ponad 10-procentową przewagę nad pozostałymi kandydatami, wygra już w pierwszej turze.

Jej głównym przeciwnikiem jest również kobieta, szefowa partii Umocnienie Republiki Równości (ARI), deputowana tego centrolewicowego ruchu do Kongresu i była miss Elisa Carrio. Jej zwycięstwo jest jednak mało prawdopodobne; w sondażach cieszy się poparciem około 15-16 proc. Argentyńczyków.

Trzecim liczącym się w wyborach prezydenckich kandydatem jest były minister gospodarki Roberto Lavagna, który może uzyskać ok. 11 proc. Poparcie dla pozostałych 12 startujących ledwo przekracza 5 proc.

Taktyka Kirchnerów

Prezydent Nestor Kirchner zaskoczył swych zwolenników rezygnacją ze startu w wyborach i ubiegania się o reelekcję, tym bardziej, że cieszył się ogromnym poparciem. Krytycy twierdzą, że posunięcie to jest częścią taktyki obranej przez Kirchnerów: dzięki niej mogliby pozostać u władzy dożywotnio. Konstytucja argentyńska nie pozwala bowiem na pełnienie urzędu przez więcej niż dwie kadencje z rzędu. Tymczasem nic nie mówi o powrocie na fotel prezydencki co drugą kadencję. Nestor Kirchner mógłby więc ponownie ubiegać się o stanowisko głowy państwa w 2011 roku.

Tymczasem Cristina Kirchner zobowiązała się do kontynuowania rozpoczętych przez męża reform. Podkreśliła, że Argentyna musi przełamać trwający od 2001 roku kryzys i zapewnić swym obywatelom poczucie bezpieczeństwa.

Przeciwnicy pani Kirchner wyrzucają jej, że w swojej kampanii prezydenckiej korzystała z państwowych środków - tygodnik "Noticias" ocenił, że rząd przeznaczył na ten cel około 40 mln dolarów.

Z kolei zwolennicy Kirchner, twierdzą, że jest ona jedyną kandydatką na prezydenta gwarantującą rozwój gospodarki i utrzymanie niskich cen.

Dla jednych "Królowa Cristina", dla drugich - "Lady Botox"

Przez sympatyków 54-letnia Cristina Kirchner nazywana jest "Panią Ka" lub "Królową Cristiną", przez przeciwników - "Lady Botox" - ze względu na poprawiony botoxem wygląd. Kirchner określana jest także mianem "argentyńskiej Hillary Clinton". Sama jednak woli porównywać się do Evity Peron, żony dyktatora Argentyny Juana Perona. Z charyzmatyczną Evitą łączy ją nie tylko słabość do modnych kreacji, ale również aktywna działalność w ruchu peronistowskim.

Kirchner studiowała nauki prawne i społeczne na uniwersytecie w La Placie. Już podczas studiów udzielała się politycznie w peronistowskiej Partii Sprawiedliwości. Od 1989 do 1995 roku zasiadała we władzach lokalnych prowincji Santa Cruz. W 1995 roku po raz pierwszy weszła do argentyńskiego Kongresu, najpierw jako członkini Izby Deputowanych, a od 1997 - Senatu. W 2003 roku Cristina aktywnie wspierała męża podczas kampanii prezydenckiej. Nieoficjalnie pełniła także funkcję jego ambasadora i rzecznika.

Jeśli Cristina Kirchner wygra wybory będzie drugą kobietą-prezydentem w Argentynie (w latach 1974-1976 stanowisko to piastowała Isabel Peron, trzecia żona Juana Perona). Będzie też kolejną panią prezydent w Ameryce Łacińskiej, jako że w sąsiadującym Chile od marca 2006 roku na fotelu prezydenckim zasiada Michelle Bachelet.