poniedziałek, 29 października 2007

Etaty dla ludzi Anny Fotygi

cheko, PAP
2007-10-29, ostatnia aktualizacja 2007-10-29 07:20

Zobacz powiększenie
Minister Anna Fotyga
Fot. Krzysztof Miller / AG

Dyplomaci z PiS mają pracować w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego oraz w Pałacu Prezydenckim - dowiedziała się "Rzeczpospolita".

Platforma Obywatelska zapowiada, że wymieni sporą część współpracowników Anny Fotygi. W resorcie spraw zagranicznych stanowiska może stracić 20 - 25 osób, przede wszystkim dyrektorów i wicedyrektorów departamentów - pisze gazeta.

Wałęsa: Do MSZ wróci wielu doświadczonych dyplomatów

- Rzeczywiście nie będziemy trzymać niekompetentnych ludzi. Najpierw trzeba jednak przeprowadzić weryfikację kadr w tym resorcie - przyznaje Jarosław Wałęsa, poseł PO, członek Komisji Spraw Zagranicznych minionej kadencji. Zapowiada, że do MSZ wróci wielu doświadczonych dyplomatów, których minister Fotyga odsunęła od sprawowania funkcji, bądź wyrzuciła z resortu.

- PiS chce tych ludzi umieścić w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Już szykowane są tam dla nich nowe etaty - mówi anonimowy informator "Rz", związany z MSZ.

Ilość etatów w Biurze określa ustawa budżetowa. W projekcie budżetu na przyszły rok przygotowanym przez PiS, wydatki na BBN wzrosły o prawie dwa miliony złotych. Jednak partia Jarosława Kaczyńskiego może mieć problem z rozbudową Biura. PO już zapowiada, że w nowym Sejmie wprowadzi poprawki do ustawy. Czy jedną z nich będzie obcięcie pieniędzy na BBN? - docieka gazeta.

Fotyga szefem kancelarii prezyenta?

Gdyby jednak PiS udało się przewalczyć większe środki i nowe etaty w Biurze, prace tam maja znaleźć m.in. wiceminister Andrzej Sadoś, Piotr Wojtczak, dyrektor generalny, czy Mariusz Muszyński, pełnomocnik ministra ds. współpracy z Niemcami.

Dotychczasowa minister spraw zagranicznych Anna Fotyga ma objąć stanowisko szefa Kancelarii Prezydenta.

Pojawiają się spekulacje, iż szefem BBN może zostać jeden z najbardziej zaufanych ludzi partii i prezydenta Lecha Kaczyńskiego, minister obrony Aleksander Szczygło. Dostał się on jednak do Sejmu. Aby zostać szefem BBN, musiałby zrzec się mandatu posła, a tego raczej nie zrobi - uważa jeden z posłów PiS. Z tego powodu bardziej prawdopodobne jest, że do Biura wróci Władysław Stasiak, obecny minister spraw wewnętrznych i administracji - czytamy w "Rzeczpospolitej".

PO nie chce stadionu w centrum Warszawy; Jakubiak: nie można rozpoczynać od zera

cheko, PAP
2007-10-29, ostatnia aktualizacja 2007-10-29 10:03

Poseł PO Mirosław Drzewiecki uważa, że stadion narodowy powinien znajdować się poza centrum Warszawy. Zdaniem minister sportu Elżbiety Jakubiak, budowanie stadionu od zera oznacza, iż mecz otwarcia Euro 2012 nie odbędzie się w stolicy Polski.

Zobacz powiekszenie
Mirosław Drzewiecki
Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Elżbieta Jakubiak
SONDAŻ
Stadion Narodowy pod Warszawą?

Tak
Nie
Nie mam zdania

Pytany w RMF FM, czy rozumie powody, dla których prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zaczęła dyskusję na temat lokalizacji stadionu narodowego, Drzewiecki powiedział, że w ostatnim czasie dostała wycenę miejsca, w którym miałby on stanąć (róg ulic Targowej i Zielenieckiej). "Okazało się, że grunty pod ten stadion to jest wartość mniej więcej między 3 a 4 miliardy złotych" - powiedział Drzewiecki, wymieniany jako kandydat na ministra sportu.

Drzewiecki o stadionie: Mamy zerową sprawę zaawansowania

- Partia do dzisiaj rządząca spowodowała taki stan, że to co było projektem na Euro 2012, czyli stadion narodowy położony na X- leciu, już jest nieaktualny, czyli tego nie mamy. Jesteśmy dopiero na etapie rozpisywania projektu. Czyli mamy zerową sprawę zaawansowania - uważa Drzewiecki.

Dodał, że gdyby miał dziś decydować, to stadion narodowy powinien być poza centrum. "Jak najbliżej miasta. Być może Służewiec, być może Wawer, być może Łomianki. Jest kilka tych lokalizacji" - powiedział.

Dodał, że zaniedbania mogą spowodować, że stadion ten nie zdąży powstać do 2012 r. "Jak zobaczymy dokumenty (...), to odpowiedzialnie możemy mówić jakie są szanse. W przeciwnym wypadku, to jest trochę wróżenie z fusów" - podkreślił poseł PO.

Jakubiak: Dużo działek jest na Marsie, można kupić

Pomysłami zmiany lokalizacji stadionu narodowego zaskoczona jest minister sportu w rządzie PiS Elżbieta Jakubiak. "Szkoda że nie powiedzieli tego warszawiakom przed wyborami, może wtedy wynik wyborczy byłby inny. To znaczy, że (PO) chce by mecz rozpoczęcia, który jest najważniejszy meczem, poza finałowym, nie odbędzie się w Warszawie" - powiedziała Jakubiak w Radiu ZET.

Argumenty prezydent Warszawy, że musi dbać o finanse miasta, a nieruchomości blisko centrum są drogie, Jakubiak skwitowała: "Dużo działek jest na Marsie, można kupić". Dodała, że obecnie miasto ma nadpłynność finansową w wysokości ok. 1,5 mld zł, co znaczy że budżet inwestycyjny miasta zostanie wykorzystany przez panią prezydent w 50 proc.

Stadiony powinny być gotowe do połowy 2010 roku

- To prezydent Warszawy wydała warunki zabudowy pół roku temu i refleksja mogła przyjść wtedy, że to zły pomysł. Po drugie, jeśli była debata, gdzie Euro i czy stadion w Warszawie zdążymy zbudować, czy nie, to wtedy można było powiedzieć, że jest inna koncepcja"- powiedziała Jakubiak.

Przypomniała, że stadiony powinny być gotowe do połowy 2010, ewentualnie - po wydłużeniu terminu - do 2011.

Minister sportu odniosła się także do komentarzy, że nigdzie w Europie nie buduje się stadionów w centrum miast. "To jest nieprawda. Wszystkie stadiony, które są w centrum miasta mają szansę na samofinansowanie, bo nie są tylko boiskiem, są centrum kongresowym, wystawienniczym, kulturalnym" - podkreśliła.

Według Jakubiak, w tej sprawie chodzi o pieniądze, ale na pewno nie pieniądze Warszawy.

Złoty rekordowy mocny. Kto powinien się bać?

Leszek Baj
2007-10-28, ostatnia aktualizacja 2007-10-28 20:14

Złoty jest najmocniejszy od wielu lat. Polacy powinni się cieszyć, czy smucić? Wszystko zależy od punktu widzenia

Zobacz powiekszenie
ZOBACZ TAKŻE
 0,08MB
0,08MB
SERWISY
Za czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości nasza waluta była w miarę stabilna - gdy partia ta dochodziła do władzy, za euro trzeba było płacić około 3,9 zł, a w sierpniu tego roku (jeszcze przed zawieruchą związaną z kampanią wyborczą) około 3,8 zł. W ostatnich dwóch miesiącach złoty jednak zaczął szybciej zyskiwać na wartości. Polska waluta w stosunku do amerykańskiego dolara jest najsilniejsza od 11 lat. Już mało kto pamięta czasy, gdy za dolara trzeba było płacić niewiele więcej niż 2,5 zł jak obecnie. Kurs euro jest niewiele wyższy niż 3,6 zł, ostatni raz był na takim poziomie ponad 5 lat temu.

Zdaniem ekonomistów na umacnianie się złotego wpływa wiele czynników, m.in. dopływ inwestycji czy funduszy unijnych. Ostatnie wzmocnienie naszej waluty może być spowodowane wyborami, w których wygrała Platforma Obywatelska. To partia, do której - jak się wydaje - inwestorzy mają największe zaufanie. Pytanie, czy złoty będzie się dalej umacniał i jak to będzie wpływało na nasze życie?

Mocna złotówka świadczy o zaufaniu inwestorów do Polski - chętnie u nas lokują swój zagraniczny kapitał, zwiększając w ten sposób zapotrzebowanie na naszą walutę. Dzięki temu złoty jest mocniejszy, a to znaczy, że musimy wydać coraz więcej euro czy dolarów, by kupić złotówki.

Dla polskiego rządu mocny złoty przynosi wiele korzyści. Oznacza, że nasze zadłużenie zagraniczne zmniejsza się i trzeba wydać mniej złotówek, by je obsłużyć. Podobny komfort mogą odczuwać Polacy, którzy zaciągnęli kredyty w zagranicznych walutach. Dzięki mocniejszej złotówce raty ich kredytu nie rosną tak szybko, nawet jeśli do góry idą stopy procentowe np. w Szwajcarii.

Także przedstawiciele Narodowego Banku Polskiego mogą być zadowoleni, bo umacniający się złoty trzyma w ryzach inflację, głównie dzięki tańszemu importowi. Siła złotówki i słabość dolara stoją w dużym stopniu za tym, że ceny benzyny na polskich stacjach nie są jeszcze wcale rekordowe.

Jest jednak i druga strona tego medalu. Na silną złotówkę zawsze narzekają eksporterzy. Dlaczego? Bo gdy sprzedają swoje towary za granicę, to zapłatę dostają w euro czy dolarach. Jeśli polski przedsiębiorca na początku 2004 r. dostał za swoje wyroby tysiąc euro, to przeliczając na złotówki, otrzymywał 4,8 tys. zł. Obecnie otrzyma niewiele więcej niż 3,6 tys. zł, czyli 25 proc. mniej! Mimo takich potencjalnych strat polski eksport przez ostatnie lata bił rekordy, nieco oklapł dopiero w tym roku. Oczywiście przedsiębiorcy mogą stosować różne instrumenty finansowe pomagające zabezpieczyć się przed ryzykiem kursowym, ale wielu szczególnie małych i średnich ciągle ich nie używa.

Dzięki silnemu złotemu Polacy za granicą są bogatsi. Ale nie wszyscy. Dla Polaka pracującego w Polsce i jadącego na wakacje do Paryża, Nowego Jorku czy Dublina zakupy w tych miastach są znacznie tańsze niż jeszcze kilka lat temu. Problem mają jednak nasi rodacy, którzy zdecydowali się wyjechać do pracy za granicą. Weźmy takiego Kowalskiego, który pracuje jako kucharz w niezłej restauracji w Dublinie. Na rękę dostaje powiedzmy 10 euro na godzinę. Pracuje 40 godzin w tygodniu. Rocznie zarabia 20,8 tys. euro. Na początku 2004 r. w przeliczeniu na złotówki było to prawie 100 tys. zł! Teraz jest to niecałe 75 tys. zł. Różnica jest spora, szczególnie jeśli Kowalski planował wrócić do Polski i za zarobione pieniądze kupić np. mieszkanie (jego cena w tym okresie wzrosła kilkakrotnie).

Przez silną złotówkę Polska nie jest już tak tania nie tylko dla kucharza Kowalskiego, ale też dla jego kolegów Irlandczyków. Piwo w pubie, które w Warszawie kosztuje 8 zł, to dla Irlandczyka wydatek już nie 1,6 euro, ale 2,2 euro.

Także dla przyszłego polskiego rządu zbyt mocny złoty to nie tylko powód do zadowolenia. Weźmy choćby unijne fundusze. W latach 2007-13 mamy szansę na otrzymanie z unijnego budżetu aż 67 mld euro na budowę dróg, linii kolejowych, aktywizację bezrobotnych czy wprowadzanie nowych technologii. To aż czy może już tylko? Nasze potencjalne fundusze topnieją bowiem w oczach w miarę, jak złoty rośnie w siłę. Eksperci ostrzegają, że najprawdopodobniej za te pieniądze nie uda się zrealizować wszystkich zaplanowanych wcześniej projektów. Nie tylko dlatego, że złoty się umacnia względem euro, ale także dlatego, że rosną koszty pracy oraz materiałów budowlanych. Rośnie prawdopodobieństwo, że nie wyrobimy się z inwestycjami przed organizacją Euro 2012.

Jaką więc mamy alternatywę? Jedyną, która przychodzi do głowy, jest wprowadzenie w Polsce euro. Oczywiście nie wyeliminowałoby to całkowicie ryzyka kursowego, ale zminimalizowałoby jego skutki. Z takiego posunięcia na pewno ucieszyliby się przedsiębiorcy. Bo przecież z krajami strefy euro odbywa się ponad połowa naszej wymiany handlowej. Czy ucieszyliby się też Polacy? Sondaże mówią, że do euro raczej nam się nie spieszy. W badaniu przeprowadzonym w 2004 r. przez TNS na zlecenie Komisji Europejskiej pozytywne skutki przyjęcia wspólnej waluty widziało 41 proc. Polaków, a negatywne 44 proc. Według badania przeprowadzonego w maju tego roku przez TNS OBOP aż 47 proc. Polaków jest przeciwnych wprowadzeniu u nas wspólnej waluty, a tylko 36 proc. z nas patrzy na to przychylnym okiem. Prawie trzy czwarte osób niechętnych euro najbardziej boi się, że po jego wprowadzeniu wzrosną ceny.

NBP obecnie opracowuje raport dotyczący plusów i minusów wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty. Rząd PiS nie był euro zbyt przychylny. Może się to zmienić za rządów Platformy, choć na wprowadzenie wspólnej waluty i tak nie mamy raczej co liczyć przed 2011 r.