niedziela, 24 lutego 2008

IPN bada zestrzelenie polskiego samolotu nad Czechosłowacją w 1975 r.

2008-02-24 09:01
Pion śledczy IPN bada sprawę zestrzelenia w 1975 r. nad Czechosłowacją polskiego samolotu, którym pilot chciał uciec na Zachód. Dionizy B. zginął, gdy czeski myśliwiec zestrzelił jego maszynę - co nastąpiło za zgodą polskich władz.

Jak dowiedział się dziennikarz PAP w źródłach w IPN, pion śledczy warszawskiego oddziału Instytutu chce wystąpić do strony czeskiej o materiały sprawy; poszukuje też jej dokumentów w archiwach wojska z lat PRL.

IPN ma nadzieję, że pozwoli to ustalić, kto z polskich władz odpowiada za przestępstwo przekroczenia uprawnień, które doprowadziło do śmierci pilota. IPN kwalifikuje ten czyn jako komunistyczną zbrodnię zabójstwa - za co grozi nawet dożywocie.

Śledztwo toczy się w sprawie przekroczenia w lipcu 1975 r. uprawnień przez nieustalonego funkcjonariusza publicznego z Dowództwa Wojsk Obrony Powietrznej Kraju. Według IPN, przestępstwo polegało na wydaniu - wbrew obowiązującym w Polsce regulacjom prawnym, za pośrednictwem Centralnego Stanowiska Dowodzenia Obrony Powietrznej CSRS w Pradze - zgody na zestrzelenie przez czeski myśliwiec polskiego samolotu cywilnego AN-2. W swym postępowaniu IPN analizuje też procedury prawne całej sytuacji.

AN-2 był w PRL podstawowym małym samolotem transportowym dla wojska; używano go też w lotnictwie cywilnym. Ten 12-metrowy jednośmigłowy dwupłatowiec konstrukcji radzieckiej mógł zabrać na pokład 12 osób.

Nie był to jedyny przypadek śmierci na terytorium CSRS Polaka, który zmierzał na Zachód. W 2002 r. zapowiadano, że IPN dostanie od swego czeskiego odpowiednika nazwiska Polaków zabitych w latach 1948-1956 podczas przekraczania granicy Czech z Niemcami i Austrią. W sprawie ofiar "czeskiej granicy" śledztwa prowadzą obie instytucje.

Ówczesny szef pionu śledczego IPN prof. Witold Kulesza mówił wtedy, że Polacy dążący w latach stalinizmu na Zachód padali w Czechach ofiarą "śmiertelnej pułapki" - zasieków pod napięciem 5 tys. volt. "Były one niewysokie, przez co można było się łudzić, że nie są trudne do sforsowania. Nigdzie nie było jednak ostrzeżenia, że dotknięcie drutu spowoduje natychmiastową śmierć" - powiedział Kulesza. "Dlatego też obie strony zgodnie oceniają to jako postać zbrodni komunistycznej" - dodał.

pap, ss

Polityka wschodnia do góry nogami

Maja Narbutt 24-02-2008, ostatnia aktualizacja 25-02-2008 06:36

Polityka zagraniczna polskiego rządu zbiera fatalne recenzje. Nasi wschodni sąsiedzi nie mogą zrozumieć, dlaczego premier Tusk zdążył już być w Berlinie i Moskwie, a ciągle nie wyznaczył terminu wizyty w Kijowie – pisze Maja Narbutt, publicystka „Rzeczpospolitej”

Polska granica wschodnia
autor zdjęcia: Dariusz Majgier
źródło: Fotorzepa
Polska granica wschodnia

– Po raz pierwszy od czasu odzyskania przez Ukrainę niepodległości mamy wrażenie, że Polacy nie są z nami szczerzy. Wygląda na to, że gwałtownie zmieniacie swą politykę – mówi „Rzeczpospolitej” Leonid Krawczuk, pierwszy prezydent Ukrainy.

– Nie chcę oceniać polskiej polityki zagranicznej – zastrzega jeden z najbardziej znanych polityków Europy Wschodniej Vytautas Landsbergis. – Powiem jedno: w polityce trzeba mieć wizję. Nie można żyć tylko dniem dzisiejszym i kalkulować, co w tej chwili się opłaca. Pragmatyzm łatwo staje się konformizmem i kończy fatalną Realpolitik. Nie zawsze trzeba wsłuchiwać się w głos europejskich stolic, tańczyć pod muzykę z Berlina.

Polska traci pozycję regionalnego lidera. Rezygnuje z tego, co było jej siłą – mówi litewski politolog Vytautas Radżvilas – Polska polityka wschodnia zmieniła się całkowicie. Wygląda na to, że nowa ekipa postanowiła zniszczyć to, co robili poprzednicy – dodaje znany ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz.

Piłsudski przewraca się w grobie

Kiedy rozmawia się z intelektualistami ukraińskimi, można usłyszeć, że „Piłsudski przewraca się w grobie”, bo Polska przestała rozumieć, że jej racja stanu wymaga wolnej, silnej Ukrainy. Analitycy polityczni mówią, że rezygnujemy z ambicji regionalnego lidera. Polityka zagraniczna nowego polskiego rządu zbiera fatalne recenzje. Nasi wschodni sąsiedzi nie mogą zrozumieć, dlaczego premier Donald Tusk w ciągu 100 dni swych rządów zdążył być w Berlinie i Moskwie, a ciągle nie wyznaczył terminu wizyty w Kijowie. Wniosek płynie jeden – w polskiej dyplomacji ciągłość nie obowiązuje. Nowa ekipa potrafi być nieprzewidywalna.

— Nie ma znaczenia, kiedy dojdzie do spotkania premierów Polski i Ukrainy, bo w końcu do niego dojdzie. Nie jest ważne, czy Donald Tusk pojedzie do Kijowa, czy premier Tymoszenko – do Warszawy — tłumaczy poseł PO, szef sejmowej komisji spraw zagranicznych Krzysztof Lisek. — Staramy się rozwiać niepokój naszych wschodnich partnerów, że w polskiej polityce zagranicznej dzieje się coś złego. Długo rozmawiałem na ten temat z doradcę prezydenta Litwy. A dlaczego Litwini czują niepokój? Nie wiem. Może to wpływ publikacji prasowych.

Mniej lub bardziej oficjalnie z Kancelarii Premiera Tuska płyną sygnały, że polityka polityka wschodnia – zwłaszcza wobec Ukrainy – ma być oparta na racjonalnych przesłankach. Skrupulatnie sprawdzimy, co dostaliśmy od Ukrainy za wspieranie jej aspiracji proeuropejskich. Policzymy, czy Ukraińcy nie chcą od nas za dużo. I – jak powiedział dziennikarzom jeden z liderów Platformy Obywatelskiej – „nie damy się szantażować Giedroyciem”, czyli przekonaniem, że Polacy i tak muszą wspierać wolną Ukrainę, bo wymaga tego nasza racja stanu.

W teorię, że nowy rząd mógłby myśleć o polityce z Ukrainą w kategorii symetrii i kierować się doraźnym rachunkiem politycznym, trudno uwierzyć byłemu prezydentowi RP Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego mediację w czasie pomarańczowej rewolucji Ukraińcy wspominają do dziś. – Wielkie strategie są budowane przez wielkich polityków, a nie sklepikarzy, którzy liczą każdy grosz, żeby bilans się im zgadzał – podkreśla Aleksander Kwaśniewski. – Powiem szczerze: ciągle powinniśmy dawać więcej niż brać, bo gramy o dużą stawkę.

Polacy nie lubią czekistów

Kiedy pytam Vytautasa Landsbergisa, co premier Polski mógł uzyskać, składając wizytę na Kremlu, zapada milczenie. – Nic, właściwie nic. I nawet 100 uśmiechów nie zdoła przekonać Putina, że Polacy lubią czekistów – mówi w końcu pierwszy przywódca niepodległej Litwy.

Fakt, że Donald Tusk pojechał do Moskwy, nie wzbudził emocji u naszych wschodnich sąsiadów. Pojawiły się wprawdzie głosy krytyczne, ale w końcu wizyta polskiego premiera była wewnętrzną sprawą Polski. Jednak sugestia, że premier Tusk mógł dokonać przełomu w stosunkach z Rosją, spotyka się ze sceptycyzmem. Politycy i analitycy są skłonni najwyżej przyznać, że mógł wysłać sygnał pod adresem Brukseli. – Polacy chcą ułożyć sobie sobie stosunki z Rosją – powtarzają, dodając jednak, że ten sygnał mógł zostać na Kremlu niewłaściwie zinterpretowany. Bo polityczne gry z Rosją to zajęcie tylko dla doświadczonych graczy.

– Kreml stosuje zasady obowiązujące w rosyjskich łagrach. Kiedy pojawia się ktoś nowy, stara się go zaskoczyć, sprawdza, gdzie jest jego słaby punkt. Jeśli ten ktoś się cofnie, okaże słabość, to już przegrał – tłumaczy Audrius Baculis, komentator opiniotwórczego tygodnika „Veidas”.

Rosja poważnie traktuje jedynie twardych polityków. Taką opinię – dla jednych oczywistą, dla drugich obrazoburczą – warto wziąć pod uwagę, zważywszy, że wygłasza ją Vytautas Landsbergis, który latami kreował stosunki swego kraju z wielkim wschodnim sąsiadem i nie ugiął się pod jego presją. – Na Kremlu szacunek budzi wyłącznie stanowczość – mówi Landsbergis i z pewną przekorą dodaje: – Nie chciałbym, by powstało wrażenie, że Landsbergis namawia Polskę, by drażniła Rosję. Ale argument, że coś „drażni Rosję ”jest nadużywany. Bo w końcu, czy ponosimy odpowiedzialność za stany emocjonalne Rosji?

Być jak Jarosław

– Polska traci pozycję regionalnego lidera. Rezygnuje z tego, co było jej siłą. Mam wrażenie, że ta prawda do Polski nie dociera: znaczna część litewskich elit jest zachwycona braćmi Kaczyńskimi – mówi politolog z Litewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Vytautas Radżvilas. – Zdajemy sobie też sprawę, że za swą twardą politykę międzynarodową Kaczyńscy płacili wysoką cenę osobistą i moralną.

Kiedy tydzień temu w 80. rocznicę odzyskania przez Litwę niepodległości odbyła się w Wilnie międzynarodowa konferencja historyczna pod patronatem prezydenta Valdasa Adamkusa, jej polscy uczestnicy ze zdumieniem słuchali entuzjastycznych opinii o „charyzmatycznych Kaczyńskich”.

– Litewscy politycy bardzo szanują Kaczyńskich. Nie są to może mili faceci, gładcy politycy mówiący tak, by nikogo nie urazić. Ale to twardzi zawodnicy, którzy bez kompleksów walczą o narodowe i regionalne interesy – przyznaje jeden z najbardziej znanych litewskich komentatorów Audrius Baculis.

W kręgu litewskich dziennikarzy politycznych można usłyszeć plotki, kto z młodych polityków stylizuje się na Jarosława Kaczyńskiego, zaś w kuluarach MSZ mówi się, że Polska do tej pory działała w instytucjach europejskich jak taran – wywalała drzwi, przez które Litwini mogli wejść i przedstawić swe racje. – Takiej twardości brakuje litewskim politykom. Kiedy premier Giedyminas Kirkilas pojechał do Brukseli, by załatwić zgodę na przedłużenie działania elektrowni atomowej w Ignalinie, wyszedł z ważnego gabinetu po pięciu minutach i powiedział, że jakoś sobie poradzimy bez Ignaliny – opowiada litewski dziennikarz. – Wszyscy aż jęknęli. I pomyśleli: a Polacy by nie ustąpili.

Twardą grę prezydenta Lecha Kaczyńskiego Litwini odczuli osobiście. Podczas ubiegłorocznej jesiennej wizyty w Wilnie okazało się, że nie podpisze on umowy o moście energetycznym. Uznał, że wspólne projekty energetyczne w proponowanym kształcie nie są dla Polski korzystne. – Reakcje mediów były wręcz histeryczne. Kaczyńskiego atakowano bezpardonowo, zarzucając mu zdradę polsko-litewskich sojuszy – mówi miejscowy polski dziennikarz. – Kiedy wystąpił w telewizji, w ostatniej chwili, gdy już odpinał mikrofon, dziennikarka spytała prowokacyjnie: – To Wilno nasze czy wasze?”, Kaczyński odparł spokojnie: – Nie ukrywam, że kiedy patrzę tu przez okno, boli mnie serce. Ale myślę, że Niemcy we Wrocławiu czują to samo.

Partnerstwo strategiczne? Niekoniecznie

W rozluźnionej atmosferze towarzyszącej nieoficjalnej wizycie w Wilnie jeden z liderów Platformy udzielał wywiadu polskiemu dziennikarzowi. – Partnerstwo strategiczne z Litwą? Ja nigdy takiego terminu nie używałem – mówił, tłumacząc, że „nie można budować Unii w Unii albo NATO w NATO”, a „starą polską chorobą jest, że najpierw się mówi hop, a potem skacze”.

Kilka godzin później, w popłochu, postarał się o wycofanie wypowiedzi. Gdyby wywiad opublikowano w całości, z pewnością wybuchłby skandal. W najlepszym wypadku litewskie elity uznałyby to za dowód niekompetencji polskiego polityka.

– Dlaczego Litwa sprzedała Orlenowi pakiet kontrolny w rafinerii w Możejkach? Właśnie dlatego, że jesteście naszym partnerem strategicznym. Ostateczna decyzja zapadła po telefonie prezydenta Kaczyńskiego do naszego prezydenta, gdy zrozumieliśmy, że Polsce naprawdę na tym zależy – wspomina jeden z litewskich polityków, który z bliska obserwował negocjacje.

Gdyby Litwini doszli teraz do wniosku, że Polska prowadzi nieszczerą grę, polskie inwestycje stanęłyby pod znakiem zapytania. – Orlen chce kupić całość akcji rafinerii. Na Litwie jest już wystarczająco duży polski kapitał, by nasz rząd się na to nie zgodził – tłumaczy jeden z litewskich polityków. – Kaczyńscy napełnili pojęcie „partnerstwo strategiczne” prawdziwą treścią. Jeśli jednak coś się zmieni w naszych relacjach lub Polska wycofa się ze wspólnych projektów energetycznych, możecie nie mieć złudzeń, że polscy inwestorzy coś u nas osiągną.

Rozwiane złudzenia

Kiedy rozmawia się z ukraińskimi politykami i intelektualistami, trudno się oprzeć wrażeniu, że im przyjaźniej traktowali dotąd Polskę, tym bardziej czują się rozgoryczeni. – Psychologicznie staram się zrozumieć, dlaczego nowa polska ekipa tak wywróciła całą wschodnią politykę. I doszedłem do wniosku, że zrobiła to, by się różnić od poprzedników. Tak dziecinnie, na złość, nie oglądając się na skutki – mówi literacką polszczyzną znany pisarz Jurij Andruchowycz. – I chciałbym, by było jasne: wszyscy moi znajomi w Polsce głosowali na PO. Ja też myślałem, że dla Polski i dla Ukrainy to najlepszy wybór. Młodzi liberalni politycy, zamiast konserwatywnych nacjonalistów, jak pisały o Kaczyńskich zachodnie gazety. Dziś gorzko tego żałuję.

O swoim rozczarowaniu mówi również lwowski publicysta piszący na tematy polsko-ukraińskie Anton Borkowski. Uważa, że nowy rząd trwoni kapitał zaufania do Polski, jaki przez lata wypracowali jego poprzednicy, i zdążył już podważyć polską rację stanu. – Aksjomatem polskiej polityki wschodniej od czasu Piłsudskiego było to, że trzeba wzmacniać mocną, suwerenną Ukrainę, bo wymaga tego wasz interes narodowy – mówi Borkowski. – Piłsudski przewraca się dziś w grobie. A ja, antykomunista, powiem otwarcie – postkomunista Aleksander Kwaśniewski, który według wielu Ukraińców zadecydował o zwycięstwie pomarańczowej rewolucji, rozumiał sprawy, których nie może pojąć były opozycjonista z Gdańska.

Nieodrobione lekcje

Polityka Polski wobec Ukrainy nie jest przedmiotem debaty w tym kraju. Skomplikowana sytuacja wewnętrzna sprawia, że uwaga Ukraińców koncentruje się na innych sprawach niż publiczne rozważanie, dlaczego właściwie premier Tusk nie znalazł czasu na wizytę w Kijowie. – Polska przestaje być u nas widoczna. Niedługo wszyscy do tego przywykną, zapomną, że było inaczej – przyznaje politolog Myroslaw Popowycz.

– Nie wpadam w panikę, nie mówię, że już stało się nieszczęście. Ale jeśli premier Tusk nie odrobi tego zadania, jakim jest poznanie liderów ukraińskich i sam nie da się poznać ukraińskiej opinii publicznej, będzie to miało fatalne skutki dla Polski – uważa Aleksander Kwaśniewski. – Tracimy kompetencje, za które nas ceniono. Bo dla świata jesteśmy wiarygodni nie jako mediator w kwestii serbsko-kosowskiej, ale jako ekspert od Ukrainy.

Kiedy Kwaśniewski był prezydentem Polski, na zamkniętych posiedzeniach liderów NATO referował kwestie ukraińskie, a eksperci robili notatki. Kompetencje w kwestii Gruzji zdobył prezydent Lech Kaczyński. Gdy w Gruzji wybuchł kryzys polityczny i Micheil Saakaszwili wprowadził stan wyjątkowy, Kaczyński nie przyłączył się do powszechnego wówczas potępienia prezydenta Gruzji.

Razem z prezydentem Litwy Valdasem Adamkusem podjął w Tbilisi rozmowy z liderami opozycji i z Saakszwilim. Kiedy Saakaszwili wygrał przedterminowe wybory, obaj szefowie państwa byli honorowymi gośćmi na inauguracji jego prezydentury, a wszyscy eksperci twierdzą, że Polska jest traktowana w regionie jako przedstawiciel UE.

– Jeśli nowa polska ekipa odsuwa się od robienia polityki wschodniej, to znaczy, że ma prowincjonalne kompleksy – mówi jeden z czołowych analityków ukraińskich. – Bo co tak naprawdę znaczycie dla Rosji? Kiedy Putin rozmawia z Tuskiem, ani przez moment nie myśli, że polski premier jest dla niego partnerem. Putin ma władzę absolutną w imperium, a gdy ją odda, będzie i tak potężny jako multimiliarder. Polski polityk liczy się tylko wtedy, gdy ma wizję i umie podjąć wielką strategiczną grę, której stawką jest przyszłość Ukrainy.

Źródło : Rzeczpospolita

Wojciech Cejrowski


Gringo przy domowym ognisku



Lubi, jak jest gorąco. Dlatego wszędzie, gdzie się pojawi, podgrzewa atmosferę. Wojciech Cejrowski słynie z radykalnych poglądów i niewyparzonego języka. Kiedyś Pierwszy Kowboj RP rodem z Ciemnogrodu, dziś obywatel świata. Podróżnik, gawędziarz, pisarz. Nam zdradza, że wkrótce opuści kraj na stałe. Dlaczego w Polsce czuje się jak kwiatek przypięty do kożucha?



fot. Ons
Spotykamy się w warszawskim domu Wojtka, w przestronnym gabinecie, który on nazywa „biurem”. O tym, że nie jest to zwykłe biuro, przypominają jaskrawo kolorowe ściany i kominek, w którym pali się bez przerwy. „Zimą ogień zastępuje mi słońce”, wyjaśnia gospodarz. „Wstaję wcześnie rano, piję yerba mate i czytam. Lubię wtedy czuć na policzkach żar, grzeję się ciepłem, wącham dym”. W pobliżu kominka wygrzewają się dwa koty. Na ścianach zdjęcia z podróży do dzikich indiańskich plemion. Dzidy, strzały, maski. W gabinecie centralne miejsce zajmuje potężne, drewniane biurko. Tu Wojtek przygotowuje audycje radiowe i programy telewizyjne. W zasięgu ręki ma swoje ukochane płyty i książki. Na biurku telefon. Jedyny, na który można się do niego dodzwonić, bo komórek nie uznaje. „Utrudniają kontakty. Ludzie zamiast spotkać się, wysyłają esemesy”, wyjaśnia.

GALA: Ojciec nazywał cię komediantem?

WOJCIECH CEJROWSKI: Bo ja dość często robię z siebie durnia. Czasami celowo. Kiedy przypływam do indiańskiej wioski i nie wiadomo, jak mnie przyjmą tubylcy, staram się ich rozbawić – człowiek zabawny nie jest groźny. Poczucie humoru trenowałem w rodzinnym Osieku. Funkcjonowałem tam na uprzywilejowanych zasadach – byłem dziwakiem z rodziny dziwaków. Już w dzieciństwie wiedziałem, że istnieją w przyrodzie ludzie, którzy odstają od reszty, są jak kolorowy kwiatek do kożucha. U nas to rodzinne. Mój ojciec Stanisław Cejrowski w zgrzebnych czasach PRL-u zajmował się jazzem, nosił długie włosy i brodę. Z kolei dziadek słynął z ułańskiej fantazji i z tego, że puszcza oko.

GALA: Puszcza oko?

WOJCIECH CEJROWSKI: To był jego popisowy numer. Miał szklane oko i jak chciał towarzystwo rozbawić, puszczał oko i ono wpadało do szklanki, budząc ogólną uciechę i wesołość. Pamiętam pogrzeb. Dziadek leży w trumnie. Zimno jak piorun. Jeden z biskupów mszę odprawia i nagle ciotka Lila na cały głos szepce do ojca: „Stach, ty żeś oko mu włożył w kieszeń?”. Zatrzymują mszę, bo ciotka musi dwie ulice przelecieć z katedry w Pelplinie do domu. Potem przynosi szklane oko i wkłada dziadkowi do kieszeni.

GALA: Odziedziczyłeś zdolność rozbawiania ludzi, chciałeś być aktorem.

WOJCIECH CEJROWSKI: Miałem taki zamiar. Zdałem nawet do szkoły aktorskiej. Byłem na jednym roku z Jolantą Pieńkowską i Andrzejem Chyrą. Mówiono, że mam talent. Szybko jednak przekonałem się, że to nie dla mnie. Zmieniłem studia na bardziej „umysłowe”, a aktorem bywam w życiu lub podczas występów.

GALA: Twój obecny wizerunek to kolorowe koszule, bose stopy i termos z yerba mate. Jesteś wyluzowany, uśmiechnięty. Jak wspominasz Cejrowskiego z „WC Kwadransa”?

WOJCIECH CEJROWSKI: Wtedy byłem młodziak, teraz jestem zawodowiec. W wyglądzie zewnętrznym tamtego „wuceta” było coś faszystowskiego. Ta koszula zapięta sztywno pod szyją. Kubek, którym walił w stół. No i napięta gęba rewolucjonisty. Dziś mi się nie podoba. Ale poglądów nie zmieniłem! W sprawach moralnych i religijnych jestem ekstremistą niezdolnym do kompromisów i dyskusji.

GALA: W tym momencie życia jesteś...

WOJCIECH CEJROWSKI: ...w szczycie formy i talentu. Wiem, że teraz muszę dać z siebie jak najwięcej. Dlatego skupiam się na pracy. Wyciskam siebie jak cytrynę. Przy programie telewizyjnym „Boso przez świat” narzuciłem sobie katorżnicze tempo, za to audycje radiowe to dla mnie odpoczynek i przyjemność.

GALA: Piszesz też książki. Najnowsza, nad którą jeszcze pracujesz, to „Puerto Vagabunda” (Port Wagabunda). Opowiada o twojej wielkiej włóczędze?

WOJCIECH CEJROWSKI: Włóczę się po świecie od 20 lat. Tym razem jednak nie opisuję konkretnej wyprawy. Piszę o tym, że idąc przez życie, zostawiamy po sobie ślady – dobre, złe, czasami przypadkowe.

GALA: Na przykład?

WOJCIECH CEJROWSKI: Zostawiłem swój ślad w jednym bardzo nudnym miejscu, między Panamą a Kolumbią. Wokół są same bagna i całymi dniami czeka się na łódź. Nigdy nie wiadomo, kiedy przypłynie. Ludzie siedzą na pomoście, machają nogami i nudzą się jak mopsy. Ja nauczyłem ich grać w pokera.

GALA: W pokera? Przecież nie znają kart!

WOJCIECH CEJROWSKI: W pokera rybnego. Wymyśliłem go na poczekaniu. Chodzi o to, żeby nie pokazać, co wkładasz na haczyk, a jednocześnie zadeklarować, jaką rybę złapiesz. No i musisz wyłapać je gatunkami i ułożyć na pomoście karetę, fula, dwie pary... Oczywiście za pieniądze. Kiedy wróciłem tam po roku, grali wszyscy bez wyjątku. Sprzedawali swoje córki, zastawiali domy. Mało tego, nauczyli się blefować, a to do Indian niepodobne. No i trzeba ich było z tego hazardu odczarować.

GALA: Jak to zrobiłeś?

WOJCIECH CEJROWSKI: Z pomocą lokalnego misjonarza, który wytłumaczył Indianom, że Pachamama (czyli Matka Ziemia) surowo karze tych, którzy bawią się jedzeniem. Poskutkowało.

GALA: Będąc w tropikach, nie tęsknisz do kraju?

WOJCIECH CEJROWSKI: Nie. Może dlatego, że nie lubię zimna i śniegu, przymusu chodzenia w butach. Nie lubię spędzać tu Bożego Narodzenia, robię to dla rodziców. Nie przepadam za bigosem i barszczem, rybę wolę na Karaibach, a lampki na palmie. W podróży ładuję akumulatory, nasycam się przeżyciami, kolorami i zapachami. Wracam, żeby o tym pisać i opowiadać.

GALA: Jak rozbudzasz wenę?

WOJCIECH CEJROWSKI: Nie mam zasłon w sypialni. Rano wstaję razem ze słońcem. Szukam w domu najgorętszego miejsca, tam siadam z komputerem. Od południowej strony. Kocham, jak jest parno. Lubię być zlany potem. Wtedy mi się doskonale pisze. Przez sześć godzin pracuję jak w transie, nie odbieram telefonów. Słońce zachodzi, zamykam komputer, kończę. Może to śmieszne, ale podczas pisania lubię mieć na palcu pierścionek. Przywożę je sobie z różnych miejsc. Kiedy piszę o Karaibach, wkładam pierścionek z koralowca, kiedy o Saharze – wybieram pierścień jak z „Baśni z 1001 nocy”. Uwielbiam biżuterię, ale noszę ją tylko po domu. Wstydziłbym się tak wyjść na ulicę.

GALA: Dlaczego?

WOJCIECH CEJROWSKI: Bo w naszym kręgu kulturowym facet obwieszony biżuterią wysyła sygnał, że jest gejem. A ja się tym brzydzę.

GALA: A co z potrzebą wolności?

WOJCIECH CEJROWSKI: Zawsze miałem potrzebę wolności słowa. Jeszcze w szkole zorganizowałem „ścianę płaczu”. Rozwiesiłem na ścianach kartony i każdy mógł podejść i napisać, co chciał. Byłem bardzo dumny z tego pomysłu do czasu, gdy zobaczyłem jedną z nauczycielek. Starsza pani po przeczytaniu merytorycznie słusznego wierszyka na swój temat zalała się łzami. Zrobiło mi się przykro. Po cichu wycofałem się z eksperymentu, ale nie z walki o wolność słowa. „WC Kwadrans” to był mój agresywny wrzask sprzeciwu wobec kneblowania myślących konserwatywnie.

GALA: Zacząłeś być postrzegany jako „ortodoksyjny katol”, „homofob”.

WOJCIECH CEJROWSKI: Jestem katolem i homofobem. I nie mam zamiaru się z tego leczyć. Podobnie jak ktoś, kto nie lubi pająków, nie musi leczyć się z arachnofobii. Odmówiono mi prawa do głoszenia poglądów. Nowa władza zdjęła program z anteny. Dostałem coś w rodzaju wilczego biletu. Przez dwa lata nigdzie nie mogłem znaleźć pracy, wszystkie drzwi były zamknięte. Bywało, że wpraszałem się do mamy, żeby podjeść sera z lodówki.

GALA: Myślałeś wtedy o emigracji?

WOJCIECH CEJROWSKI: Oczywiście, ale to by wyglądało na ucieczkę. Wyjechał, bo mu się nie udało, bo przegrał. O nie! Mam duszę wojownika, nie mogłem uciec cichaczem. Wyjeżdżać trzeba z wyboru, a nie z musu. W momencie, gdy wiedzie mi się świetnie, emigracja jest świadomym wyborem.

GALA: Teraz jest taki moment. Wróciłeś do łask. Wszędzie cię pełno: w telewizji, w radiu, na targach książki. Wyjeżdżasz na stałe?

WOJCIECH CEJROWSKI: Tak, decyzja zapadła. Czuję się tu coraz bardziej obco. W kraju i w Europie. Europa jest starym kontynentem, zmurszałym intelektualnie i zbiurokratyzowanym. W Ameryce trzeba sobie radzić samemu, a to wyzwala inicjatywę i zaradność.

GALA: Kupiłeś ziemię w Ekwadorze. Osiądziesz tam na stałe?

WOJCIECH CEJROWSKI: Nie zamierzam nigdzie osiadać! Osiada muł w rzece, ja wolę być jak żywe srebro, w ruchu. A Ekwador to tylko inwestycja, planuję też kupno ziemi w Gdańsku. Robię różne interesy, inwestuję, lubię, jak pieniądze na mnie pracują.

GALA: Sam sfinansowałeś wszystkie swoje wyprawy. Zawsze byłeś zaradny?

WOJCIECH CEJROWSKI: Uczyłem się tego od dzieciństwa. Już w podstawówce zarabiałem więcej niż dorośli z rodziny. Wstawałem o czwartej rano i z pożyczonym wózkiem objeżdżałem kempingi. Zbierałem słoiki po dżemie, myłem w jeziorze i sprzedawałem gospodyniom.

GALA: Kręciłeś też lody.

WOJCIECH CEJROWSKI: A tak (śmiech). W czasach, gdy wszystkiego brakowało, kupowałem bańkę lodów i dodawałem smalec. I nagle robiły się z tego dwie bańki. Lody sprzedawałem na odpustach i wszystkim bardzo smakowały.

GALA: A jak sobie radziłeś w Warszawie?

WOJCIECH CEJROWSKI: Wiązałem choinki pod Halą Mirowską. Ale dużo więcej zarabiałem u cinkciarzy pod hotelem Victoria. Mój tata organizował festiwal Jazz Jamboree, na który przyjeżdżali zagraniczni muzycy. Nie chcieli wymieniać pieniędzy po oficjalnym kursie, więc ojciec wysyłał mnie do cinkciarzy. A potem oni zatrudnili mnie jako kuriera. Rozkręciłem jeszcze jeden interes. Sprowadzałem z Meksyku kolorowe majtki.

GALA: Do Meksyku wyjechałeś „sposobem”...

WOJCIECH CEJROWSKI: Znalazłem ogłoszenie, że grupa naukowców potrzebuje tłumacza na wyprawę. Nie określili, o jaki język im chodzi. Zgłosiłem się i pojechałem z nimi. Byli przekonani, że znam hiszpański, dopiero na miejscu powiedziałem, że jestem tłumaczem, ale z angielskiego. Poradziłem sobie, bo łatwo się uczę. Pod koniec wyprawy swobodnie dogadywałem się z Meksykanami.

GALA: Teraz znasz kilka języków, umiesz nawet naśladować lokalne dialekty.

WOJCIECH CEJROWSKI: Dzięki temu w Kolumbii uchodzę za Meksykanina, a w Nowym Jorku za przedstawiciela mniejszości włoskiej.

GALA: Powiedziałeś, że do podróży popycha cię ciekawość i zdziwienie, że ludzie mogą się tak różnić. Jeszcze tej ciekawości nie zaspokoiłeś. Wciąż chcesz poznawać coś nowego?

WOJCIECH CEJROWSKI: Coś nowego! To jest właśnie to współczesne myślenie. Nowy model samochodu, nowa żona, nowy dom, nowa praca. Mnie nie interesuje to, co nowe. Lubię wracać do starych miejsc i wielokrotnie oglądam stare fi lmy. Na przykład z braćmi Marx.

GALA: To dlatego przedstawiasz się jako „marksista”.

WOJCIECH CEJROWSKI: Przedstawiam się też jako mateista, odkąd odkryłem miłość do yerba mate.

Rozmawia: Magda Rozmarynowska
Nr 6-7/2008, od 4 do 17 lutego