środa, 7 maja 2008

Prezydenta powinno wybierać Zgromadzenie Narodowe

WYWIAD. Powrót do wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe może okazać się rozwiązaniem bardziej racjonalnym i zrozumiałym dla społeczeństw.

• Czy zniesienie immunitetu, który chroni parlamentarzystów przed odpowiedzialnością karną, to dobry pomysł?

- Immunitet nie powinien być tak szeroko ujęty jak w obowiązującej konstytucji. Powinien być ograniczony wyłącznie do nietykalności za działalność wykonywaną w ramach mandatu poselskiego czy senatorskiego. Te same zasady zresztą stosować należałoby do sędziów. Nawet jeśli osoby chronione immunitetem popełniły błędy, nie powinny za nie odpowiadać, bo wykonywały swoją funkcję.

• Czy zatem nie powinno się ograniczyć kandydowania do parlamentu osobom skazanym prawomocnymi wyrokami?

- Tak, z całą pewnością. Z tym że dotyczyć to powinno przestępstw ściganych z oskarżenia publicznego. Natomiast pytaniem do dyskusji jest, czy zakaz ten powinien dotyczyć tylko przestępstw umyślnych.

• Spory kompetencyjne między prezydentem a rządem są coraz częstsze. Czy nie warto w konstytucji precyzyjniej określić kompetencji prezydenta i premiera?

- W konstytucji są rozwiązania, które można uregulować precyzyjniej. Z drugiej jednak strony, gdyby była dobra wola obu stron, to również w ramach obowiązujących przepisów konfliktów tych można by uniknąć.W polskim systemie parlamentarno-gabinetowym większa władza wykonawcza spoczywa na premierze. Z kolei prezydent jest wybierany przez cały naród, a więc otrzymuje wyjątkowo silną legitymację do sprawowania władzy. Dlatego uważam, że powrót do wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe może być w przyszłości rozwiązaniem bardziej racjonalnym i zrozumiałym dla społeczeństwa. Powszechne wybory prezydenta bezpośrednio przez naród są rozbudzaniem niepotrzebnych emocji. A przecież w trakcie kampanii prezydenckich nie powstają żadne programy, tak jak przy wyborach parlamentarnych.

• Czy przy okazji nie można rozszerzyć podstaw wnoszenia skargi konstytucyjnej, tak aby Trybunał Konstytucyjny mógł badać wyroki sądowe, a nie tylko akty prawne?

- Istotnie. Skarga konstytucyjna została w ustawie zasadniczej ujęta zbyt wąsko. Brak w polskim systemie prawnym instrumentu służącego usunięciu z porządku prawnego prawomocnej decyzji lub prawomocnego orzeczenia sądu, w tym także orzeczenia Sądu Najwyższego, naruszającego wolności i prawa chronione konstytucją. Skarga konstytucyjna może być skierowana jedynie przeciwko normie prawnej mającej naruszać wolności i prawa chronione konstytucją. Nie może być skierowana przeciwko samemu aktowi stosowania prawa. Można wskazać niejedno prawomocne rozstrzygnięcie władz administracyjnych lub sądowych naruszające wolności i prawa obywatela chronione konstytucją. Skarga konstytucyjna, w obecnym ujęciu, stanowi instrument służący zabezpieczeniu zgodności aktów normatywnych z konstytucją, a nie bezpośrednio ochronie wolności i praw skarżących.

• ANDRZEJ ZOLL

były prezes Trybunału Konstytucyjnego

Rozmawiała Katarzyna Żaczkiewicz-Zborska

Źródło: GP

Artykuł z dnia: 2008-05-07

PO szykuje zmianę konstytucji

Platforma Obywatelska chce rozpocząć dyskusję o przyszłości konstytucji. Jednym z pomysłów, jaki w ostatnim czasie pojawił się w prasie, jest zwiększenie władzy premiera. Część kompetencji miałby natomiast stracić prezydent.

Premier Donald Tusk

Jednym z pomysłów PO, jaki w ostatnim czasie pojawił się w prasie, jest zwiększenie władzy premiera. Foto: PAP

Rano w radiowej Trójce wicepremier i minister spraw wewnętrznych Grzegorz Schetyna mówił, że prace nad zmianami w ustawie zasadniczej będą trwać, gdyż nie powinno powstawać złe prawo. Jego zdaniem, ewentualne zmiany w konstytucji powinny pozwolić efektywnie rządzić partii, która wygrywa wybory. Dodał, że przy obecnym stanie prawnym trudno jest egzekwować skuteczność od rządu.

Pomysł krytykuje szef SLD Wojciech Olejniczak

Jego zdaniem, jest to temat zastępczy. Wojciech Olejniczak powiedział, że zmiana konstytucji ograniczająca kompetencje prezydenta jest niemożliwa do przeprowadzenia w obecnym parlamencie. Szef SLD uważa, że Platforma Obywatelska powinna szukać współpracy z prezydentem. Ustawy trzeba przygotowywać, przesyłać do Sejmu i kierować do prezydenta - podkreślił Olejniczak.

Według posła PiS Andrzeja Dery, dziś rozmawiamy o hasłach, a nie o konkretnym projekcie zmian w ustawie zasadniczej. Polityk przypomniał, że Prawo i Sprawiedliwość ma gotowy projekt zmian w konstytucji, zwiększający uprawnienia prezydenta.

Andrzej Dera dodał, że najpierw trzeba ocenić obecnie obowiązujący w Polsce system i wówczas rozpocząć debatę o zmianach. Poseł Prawa i Sprawiedliwości uważa, że premier powinien skoncentrować się na tym jak poprawić sytuację Polaków.

W ocenie marszałka Sejmu, obecnie obowiązujący system w Polsce nie jest doskonały, ponieważ tworzy sytuację dwuwładzy

Bronisław Komorowski przypomniał, że podczas prac nad obecnie obowiązującą konstytucją, ze względu na perspektywę wygrania wyborów prezydenckich przez ówczesnego szefa komisji konstytucyjnej Aleksandra Kwaśniewskiego, dodano - jak to określił marszałek - daleko idące uprawnienia prezydentowi.

Zdaniem Komorowskiego, nie jest to dobre, ponieważ prezydent ma stosunkowo dużą władzę, a zerową odpowiedzialność. W opinii Marszałka Sejmu, sytuacja ta powinna być wyjaśniona poprzez- jak się wyraził - "rzetelną refleksję natury prawnej, historycznej i politycznej."

Marszałek dodał, że dziś nie ma realnej możliwości zmiany konstytucji. Do zmiany ustawy zasadniczej potrzeba 307 głosów. Bronisław Komorowskie podkreślił, że można zastanowić się nad tym, co można w niej zmienić. Jak zaznaczył, można na przykład ograniczyć osobom prawomocnie skazanym za przestępstwa umyślne drogę do zasiadania w parlamencie.

Propozycje takich zmian przygotowała Platforma Obywatelska. Sejm zajmie się nimi podczas rozpoczynającego się jutro (7.05) posiedzenia

Źródło: IAR

Artykuł z dnia: 2008-05-06

wtorek, 6 maja 2008

Jak premier Tusk na saksach pracował

Damian Szymczak
2008-04-30, ostatnia aktualizacja 2008-04-30 10:28

Zobacz powiększenie
Fot. Jaśko Pawłowski

O norweskiej przygodzie Donalda Tuska, z Jaśkiem Pawłowskim, przyjacielem premiera, rozmawia Damian Szymczak. Pawłowski w 1989 roku przez trzy miesiące pracował w Norwegii z Donaldem Tuskiem.

Zobacz powiekszenie
Fot.Jaśko Pawłowski Zobacz powiekszenie
Fot.Jaśko Pawłowski Zobacz powiekszenie
Fot.Jaśko Pawłowski Zobacz powiekszenie
W różnych gazetach czytałem, że to Pan zaproponował swojemu koledze Donaldowi wyjazd. Musiał Pan mieć w Norwegii znajomych, kontakty?

Iwona, moja żona, jest absolwentką skandynawistyki na Uniwersytecie Gdańskim i norweski zna perfekt. W połowie lat 80-tych obwoziliśmy po Polsce wycieczki z tego kraju, więc - co oczywiste - poznaliśmy wielu Norwegów. Parę razy słyszeliśmy od nich pytanie, czy dla odmiany my nie chcemy ich kiedyś odwiedzić. Wtedy odpowiadaliśmy - bardzo chętnie, tylko wy sobie nie zdajecie sprawy, że u nas zarabia się po 20 dolarów miesięcznie". Aż kiedyś jeden z Norwegów, który trochę połapał się w naszych realiach, obiecał załatwić nam pracę.

To była "ta" praca, czyli z obecnym premierem?

Wtedy pojechaliśmy z kolegą stolarzem. Jestem z wykształcenia pedagogiem, więc uznaliśmy z żoną, że taka złota rączka będzie dla nas bezcenna, bo sami możemy sobie nie poradzić. Pojechaliśmy latem 1988 r. Ten Norweg załatwił nam pracę w różnych miejscach. Tak wszystko ustawił, że wszędzie mieliśmy wikt i nocleg za darmo. Kiedyś trafiliśmy do Mortenhalls, taka większa wieś, położona jakieś 60 km od Tromso. Zgadaliśmy się z dyrektorem miejscowej folkehoghskole, czyli szkoły ludowej. Stwierdził, że przydałyby się na przyszły rok ze trzy osoby do pracy. Zarabiać mieliśmy 50 koron na godzinę, czyli mniej więcej 7 dolarów. Nie chcieliśmy już brać tego kolegi stolarza. Porządny chłopak, ale jakoś nie nadawaliśmy na tych samych falach. Więc zaproponowaliśmy wyjazd Donaldowi.

Dlaczego jemu? Kolegów miał Pan na pewno więcej, a jakoś nie podejrzewam żeby z Tuska był kiedykolwiek wielki majster.

W czasie tego pierwszego wyjazdu przekonałem się, że jak człowiek musi, to może nauczyć się niemal wszystkiego. Natomiast rzeczywiście Donek, jak usłyszał propozycję, to stwierdził:- Pieniądze szokujące, ale przecież ja nie potrafię nic z tego, co tam trzeba będzie robić. Więc mu odpowiedziałem, że maluje kominy, ciężkiej pracy się nie boi, to w Norwegii też sobie poradzi. Zaproponowałem to akurat jemu, bo byliśmy naprawdę mocno zżyci, z opozycji. Choć jeszcze trochę się wahał, musiał to omówić z żoną, przecież zostawiał Gosię z dwojgiem małych dzieci.

Jaki był wynik tej narady, wiemy.

Jechaliśmy przez Szwecję. To też ciekawa historia. Mieliśmy z Iwoną przyjaciół w Sztokholmie. Polaków, którzy prowadzili tam harcerską drużynę Polonijną. Rok wcześniej, jak u nich byliśmy, to pytali, czy nie dałoby się załatwić z kraju trzech pontonów wojskowych. Mieli bardzo skromny budżet, nie było ich stać, by je kupić w Szwecji. Obiecałem, że zobaczę, co się da zrobić. Po powrocie do kraju porozmawiałem ze znajomym wojskowym kwatermistrzem, który obiecał pomóc naszym polonijnym harcerzom. Dogadał się z innym znajomym wojskowym i tak to zorganizował, że za skromną - nawet jak na tamte czasy opłatą - spisali trzy pontony na tzw. straty. Zapakowaliśmy te pontony do bagażnika, na dach i w drogę do Skandynawii. Mieliśmy szczęście z celnikami. Polski spojrzał na nie i zapytał: - Co, na ryby się wybieracie? - No, na ryby - Ale tego to chyba w sklepie sportowym nie kupiliście - i machnął ręką. Celnicy szwedzcy w ogóle do nas nie zajrzeli. W sumie dobrze, bo znając ceny wina w Norwegii, wzięliśmy z sobą dwa kartony bułgarskiej Sofii, a to już dla szwedzkich celników mogło być za dużo.

A na miejscu wszystko wyglądało tak jak Wam obiecano?

Problem w tym, że wcześniej nie omówiliśmy szczegółów. Mieliśmy legalną pracę, bo na państwowym. Od zarobionych pieniędzy nie płaciliśmy podatków, zgodnie z ówczesnymi norweskimi przepisami praca sezonowa do trzech miesięcy nie była opodatkowana. Problem w tym, że miano nam płacić za przepracowane godziny. Po przyjeździe dyrektor szkoły - już nie pamiętam, jak się nazywał, w każdym razie miał na imię Kore - zaprosił nas do siebie do domu na kolację. Był gotowany dorsz ze szczyptą soli i symbolicznym ziarenkiem ziela angielskiego. Ta skromność cechowała Norwegów starszego pokolenia, którzy wyrośli w straszliwej biedzie. W czasie kolacji dyrektor powiedział nam, co jest do zrobienia. Zapadła cisza, w końcu Donald spojrzał na mnie i powiedział: - Przecież to robota na miesiąc, góra - A my tam jechaliśmy, by pracować od początku lipca do końca września. Już wcześniej planowaliśmy, na co wydamy pieniądze. Donald chciał kupić samochód, może zacząć zbierać na mieszkanie...

Jakoś sobie jednak daliście radę i pracowaliście tam przez te trzy miesiące.

Tylko że w Norwegii jest bardzo drogo, wydatki mogą zjeść sporą część zarobków. Noclegi mieliśmy za darmo. Dostaliśmy domek, każdy z nas miał w nim własny pokój. Za to z jedzeniem, to była historia. Przy szkole działała stołówka, prowadziła ją Norweżka - Elsa. Gotowała posiłki wszystkim, z wyjątkiem naszej trójki. Musielibyśmy za nie płacić. Korzystniej było kupować produkty w miejscowym sklepie i z nich gotować. Mogliśmy korzystać z kuchni przy stołówce i tam sobie przygotowywaliśmy jedzenie. U Elsy od razu byliśmy na cenzurowanym, bo z kuchni dochodziły zapachy potraw, które przygotowywaliśmy, a uczniowie dokuczali jej mówiąc: - Ci biedni Polacy, tak sobie smacznie gotują, a to, co ty podajesz, wygląda paskudnie, a smakuje jeszcze gorzej - Była tak zła, że w końcu kazała nam siedzieć w kącie stołówki, stosując takie ławkowe getto. Mimo to, po jakimś czasie Donald stwierdził, że można spróbować załagodzić nasze relacje. Elsa, gorliwa ewangeliczka, kazała każdemu codziennie śpiewać psalmy protestanckie. Tylko my nie śpiewaliśmy. Któregoś dnia Donald poprosił Iwonkę, by przetłumaczyła, że chcielibyśmy wykonać po polsku psalm, jaki się u nas śpiewa przed posiłkiem. Zgodziła się. Wtedy wstaliśmy i zaśpiewaliśmy "do boju biało-zieloni, do boju biało-zieloni, do boju Lechia Gdańsk...". Elsa była zachwycona!

Praca na państwowym chyba do szczególnie męczących nie należała?

Tam w ogóle nie było za wiele do roboty. Budynek szkoły miał z 10 lat, to co tam można było robić za wielkie prace? Coś wymalować, gdzieś przykleić tapetę, położyć wykładzinę, porobić dodatkowe półki w kilku pomieszczeniach czy pomalować dachy farbą antykorozyjną. Choć trafiły się też nietuzinkowe zajęcia. Pewnego dnia Kore wymyślił, że przy ścianie szkoły uruchomi taśmę do cięcia drewna na tarcicę i że trzeba ją zadaszyć. Dach na budynku z drugiej strony wystawał na jakieś półtora metra i trzeba go było przesunąć. Składał się z wielu płyt z blacho-dachówki. Donald przez dwa dni kombinował jak to zrobić, żeby to miało techniczny sens. Chodziło o to, by nie rozkręcać po kolei, a potem skręcać poszczególnych płyt. W końcu wymyślił. Były tam dwa ciągniki z wielkimi łychami. Podjechaliśmy nimi, podnieśliśmy łychy do dachu. Potem poodkręcaliśmy wszystkie śruby, dach oparł się o te podniesione łychy. Następnie ciągnikami przesunęliśmy go o ponad metr do przodu, na koniec powkręcaliśmy śruby.

Nasz premier był taki pomysłowy? Absolwent historii?

Też byliśmy z Iwoną zdziwieni. W końcu facet do tej pory zajmował się działalnością opozycyjną i archiwistyką. Więc naprawdę robiło to wrażenie i było wyłącznie jego patentem. Zresztą Donald miał wiele innych pomysłów. Na przykład kiedyś, po ożywionej dyskusji z dyrektorem szkoły, stwierdził, że trzeba zamontować półki do mroźni ryb, która była przy szkole. Na dworze było plus 30 - bo nawet za kręgiem polarnym latem bywają takie temperatury - w chłodni minus 30. Wyłączyć jej nie można było, bo ryby najzwyczajniej w świecie by się rozmroziły, więc powkładaliśmy na siebie po kilka swetrów, kurtki, rękawiczki i zainstalowaliśmy te półki. Jednak z czasem prac było coraz mniej, a nie chcieliśmy udawać, że pracujemy. Zdecydowanie udawanie nie było w naszym guście. Poszliśmy do Korego i oświadczyliśmy, że jak nam nie znajdzie jakiegoś zajęcia, to wyjeżdżamy. Proszę to sobie wyobrazić - Polacy, którzy mogą się obijać za ciężkie pieniądze, domagają się pracy i grożą wyjazdem. Zresztą zajęcie na jakiś czas też wymyślił Donald. Przy szkole była szklarnia, taki zimowy ogród. Zaproponowaliśmy, że porobimy w nim ładne ścieżki. Kore się zgodził i przez najbliższe dni jeździliśmy taczkami nad brzeg fiordu, jakieś 50 metrów, wybieraliśmy tam nieduże kamienie i potem z tego układaliśmy ścieżki w szklarni.

To zabawa, nie praca. A jeśli chodzi o zabawę, to co z piłką nożną?

Zabawa? To proszę sobie pojeździć z taczką obciążoną kilkudziesięcioma kilogramami kamieni po nierównym terenie. Zapewniam, że znam bardziej rozrywkowe zajęcia. Zaś jeśli chodzi o piłkę nożną, to pewnie, że graliśmy. Szkoły ludowe to takie miejsca, gdzie trafiali młodzi Norwegowie, którzy nie potrafili się odnaleźć w zwykłych szkołach, ale przede wszystkim uchodźcy z Afryki czy Azji. Afrykańczycy generalnie dobrze grali w piłkę, przy czym potrafili wykiwać połowę drużyny przeciwnej, położyć bramkarza na ziemię, a potem wycofać się z piłką na środek boiska i próbować powtórzyć tę akcję. Mnie taka mentalność odpowiadała, a Donaldowi nie - on chciał wygrywać. W efekcie rywalizowały dwie drużyny: Europa z Tuskiem jako kapitanem i Afryka z Pawłowskim na obronie. Ale Afrykańczycy grali też w drużynie Donalda. Robili te swoje numery z cofaniem piłki, a jego szlag trafiał i nieraz ich klął, żeby w końcu któryś strzelił.

W międzyczasie w Polsce tworzono nowy rząd, a Korwin-Mikke napisał w "Polityce", że Donald Tusk, ma zostać ministrem.

Sonia, siostra Donalda, przysłała nam ten artykuł, Iwona go przetłumaczyła i zawiesiła na gazetce ściennej. Norwegowie nieźle się zdziwili, jak to czytali. I choć to prostolinijni i uczciwi ludzie, to coś mi się zdaje, że nie bardzo w to wierzyli. Tym bardziej, że Donald ciekawie wyglądał. O fryzjerze oczywiście nie było mowy. Na początku wyjazdu stwierdził też, że nie będzie się golił. W efekcie na końcu był naprawdę zarośnięty.

Wróćmy do Waszej pracy. Po trzech miesiącach wróciliście z Norwegii bogaci?

Pracowaliśmy po 10-12 godzin, włącznie z sobotami, więc naprawdę zarobiliśmy małą fortunę. Donald na przykład po powrocie za te pieniądze kupił 5-letniego VW Polo, na tamte czasy to był samochód. W dodatku wrócił z prezentami. Przed samym wyjazdem zaprosili nas na przyjęcie urodzinowe do Tromso znajomi, małżeństwo szwedzko- norweskie. Mieszkali w dużym domu w wielopokoleniowej rodzinie, w Skandynawii to rzadkość. Senior rodu znał niemiecki jeszcze z czasów okupacji. Donald rozumiał po niemiecku i też trochę mówił, więc sobie obaj porozmawiali, tamten pan od razu go polubił. A jak Donald w pewnym momencie powiedział, że ma małą córeczkę - Kasia miała wtedy dwa latka - to Senior się rozczulił i stwierdził, że musi dla niej dać wyprawkę. To były bardzo miłe gesty świadczące o zrozumieniu naszej ówczesnej polskiej sytuacji.

Nie myślicie o tym, by kiedyś tam pojechać jeszcze raz?

Pewnie, że tak. Tym bardziej, że większość znajomych była tylko kilka lat starsza od nas. Więc teoretycznie to ludzie, którzy powinni być jeszcze w zupełnie dobrej formie. Parę razy już mieliśmy się tam wybrać, lecz ciągle nie było czasu, ale kiedyś pojedziemy na pewno...



Źródło: Praca i nauka za granicą