wtorek, 17 czerwca 2008

Tajemnice teczki TW „Bolka”

Dział Opinii 17-06-2008, ostatnia aktualizacja 17-06-2008 09:40

Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk przedstawiają w „Rzeczpospolitej” swoją książkę „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”

źródło: Archiwum IPN
Sławomir Cenckiewicz (z lewej) i Piotr Gontarczyk
autor zdjęcia: Rafał Guz
źródło: Fotorzepa
Sławomir Cenckiewicz (z lewej) i Piotr Gontarczyk

Czy Lech Wałęsa to tajny współpracownik SB o kryptonimie „Bolek”? Czy przez parę lat od roku 1970 donosił na swoich kolegów ze Stoczni Gdańskiej i brał za to od esbeków pieniądze? Na te pytania odpowiedzieć ma książka historyków Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewicza. Dziś, jutro i pojutrze w „Rzeczpospolitej” prezentujemy główne tezy tej pracy.

20 donosów „Bolka”

Pracownicy Instytutu Pamięci Narodowej prześledzili losy dokumentów dotyczących TW „Bolka”. Zbadali dziesiątki dokumentów, treść wielu z nich szczegółowo zrekonstruowali na podstawie innych materiałów. W swojej książce wymieniają m.in. kwestionariusz ewidencyjny internowanego Wałęsy, w którym napisano, że był on „29.12.1970 pozyskany do współpracy z SB. W okresie 1970 – 1972 przekazał szereg informacji dotyczących negatywnej działalności pracowników stoczni”. Historycy piszą też o dokumentach zebranych w gdańskiej delegaturze UOP przez porucznika Krzysztofa Bollina. Ów oficer odnalazł w roku 1991 ponad 20 donosów TW „Bolka” – były to przepisane na maszynie odpisy oryginałów dotyczących pracowników wydziału W4 Stoczni Gdańskiej oraz członków komitetu strajkowego z roku 1970.

W książce Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewicza mowa jest także o dwóch dokumentach, które pojawiły się dopiero w 2000 roku przy okazji lustracji Lecha Wałęsy. To notatki esbeków z 1978 roku. Jeden z nich zapisał, że Wałęsa „jako TW ps. »Bolek« przekazywał nam szereg cennych informacji dot. destrukcyjnej działalności niektórych pracowników. Na podstawie otrzymanych materiałów założono kilka spraw”. Oficer SB stwierdził, że „Bolek” za przekazane informacje był wynagradzany i w sumie otrzymał 13 100 złotych.

Czyszczenie teczki

Część dokumentów zniknęła z archiwów po obaleniu rządu Jana Olszewskiego 4 czerwca 1992 r. Tego także dotyczy praca Gontarczyka i Cenckiewicza. Wałęsa po raz pierwszy zażądał dostępu do zgromadzonych przez SB dokumentów na swój temat już parę dni po odwołaniu Olszewskiego, 6 lub 7 czerwca. Oglądał je w siedzibie kontrwywiadu UOP. W lipcu lub sierpniu tego samego roku teczkę dostarczono mu do Belwederu. Zwrócił ją we wrześniu – ale zdekompletowaną. Brakowało m.in. oryginału karty ewidencyjnej Lecha Wałęsy i licznych doniesień TW „Bolka”. Zaginione dokumenty według Wałęsy miały wrócić do UOP w oddzielnej kopercie – w której jednak, jak się potem okazało, ich nie było.

Historycy ustalili, że po raz kolejny Lech Wałęsa wypożyczył dotyczące go papiery SB we wrześniu 1993 r., parę dni po zwycięstwie SLD w wyborach – co poświadcza notatka Andrzeja Milczanowskiego. Badający tę sprawę trzy lata później – za zgodą następnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego – eseldowski szef MSW Zbigniew Siemiątkowski stwierdził, że do UOP nie wróciły m.in. „notatki i doniesienia agenturalne L. Wałęsy” i „pokwitowania L. Wałęsy na odbiór wynagrodzenia za działalność agenturalną”.

Poproszono wtedy byłego prezydenta, aby zwrócił brakujące materiały. Wałęsa nigdy nie odpowiedział.

Źródło : Rzeczpospolita

Prawo krajowe i UE nie zawsze są zgodne

Paweł Wrześniewski 17-06-2008, ostatnia aktualizacja 17-06-2008 07:20

Nie ma przepisu, który wprost dopuszczałby podważenie decyzji niezgodnej z prawem europejskim

autor zdjęcia: Michał Walczak
źródło: Fotorzepa

Czy pożądane jest wprowadzenie do regulacji krajowych przepisu wprost pozwalającego na wznowienie postępowania administracyjnego zakończonego na podstawie przepisu, który później okazał się niezgodny z prawem wspólnotowym? Czy w razie takiej niezgodności strona może się domagać od państwa członkowskiego odszkodowania?

Te i inne zagadnienia związane ze stosowaniem prawa europejskiego omawiano wczoraj w Warszawie podczas XXI Kolokwium Stowarzyszenia Rad Stanu i Naczelnych Sądów Administracyjnych UE. Organizacja ta zrzesza organy kontroli sądowej administracji państw członkowskich Unii Europejskiej.

Tym razem tematem przewodnim kolokwium był wpływ orzeczeń Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu na zakończone już ostatecznie postępowania administracyjne i sądowo-administracyjne.

– Konsekwencje niezgodności prawa krajowego ze wspólnotowym nie zawsze są jasne – przyznał prof. Janusz Trzciński, prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Uwaga uczestników skoncentrowała się m.in. na kilku ważnych orzeczeniach ETS. Tak np. w sprawie Kuhne & Heitz (sygn. C-453/00) Trybunał uznał konieczność wznowienia przez organ administracji postępowania zakończonego decyzją ostateczną. Uzależnił to jednak od spełnienia określonych warunków. Jednym z nich jest dopuszczalność takiego wznowienia na gruncie prawa danego państwa członkowskiego.

Źródło : Rzeczpospolita

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Kazik: Wolałem grę w kapsle

Jacek Cieślak 14-06-2008, ostatnia aktualizacja 14-06-2008 13:39

Na moim osiedlu było paręnaście klatek schodowych i wszyscy spotykali się na podwórku. Kiedy w maju rozpoczynał się kolarski Wyścig Pokoju – zaczynała się też gra w kapsle - opowiada Kazik Staszewski.

źródło: Forum

Rz: Wydałeś „Niepiosenki”, opasłą, siedmiusetstronicową książkę z felietonami, czyli czujesz jeszcze przynależność do cywilizacji Gutenberga?

Czuję, ale sposób prezentowania informacji, kultury i sztuki zmienił się na moich oczach. Kiedyś czytałem sporo, w porównaniu z tym co obecnie – bardzo dużo. Teraz tylko dobra książka wciąga mnie do końca. Częściej porzucam lektury w trakcie, co kiedyś w ogóle mi się nie zdarzało. Im jestem starszy, tym bardziej szkoda mi czasu na coś słabego. Ale pewnie też przyzwyczaiłem się do treści podawanych w przystępny, lekkostrawny sposób. A książka wymaga wysiłku i czasu, którego permanentnie nam brakuje. Dlatego lektury znalazły się w końcówce peletonu.Prześcignęły je gazety i filmy, którym nie towarzyszy już rytuał chodzenia do kina. Kiedyś niedzielne wyjście z mamą na film było świętem, na które czekało się cały tydzień. Po wejściu DVD – filmy spowszedniały.Wszystko się zbanalizowało. Nawet zdjęcia. Kiedy oglądam stare rodzinne albumy – widać, jak przygotowywano się do ujęcia. Teraz pstryka się cyfrówką, a magia gdzieś wyparowała.

Polskich rockmanów trudno spotkać w teatrze. A ciebie?

Byłem w marcu w Teatrze Polonia Krystyny Jandy na spektaklu „Ucho, gardło, nóż” Vedramy Rudan. Ale jeśli chodzi o teatr, mam problem – kłopoty ze słuchem. Muszę siedzieć blisko sceny, bo niektórzy aktorzy, niemający za dobrej emisji głosu, są dla mnie niesłyszalni. Pamiętam „Napis” w Teatrze Współczesnym, w którym grają Marta Lipińska, Krzysztof Kowalewski i Leon Charewicz. Oni mogą mówić szeptem i nie mam problemu, żeby ich zrozumieć. Słuchając młodych, muszę się wytężyć.

Założę się, że filharmonia jest ostatnim miejscem, gdzie chodzi gwiazda rocka.

Chodzę rzadziej, ale bywam w tych najlepszych, za granicą. Niedawno byłem w Nowym Jorku w Lincoln Center na „Requiem” Mozarta i „Mszy koronacyjnej”. Bardzo je lubię, ale w mocnych wykonaniach, takich jak pod dyrekcją von Karajana z 1966. W Nowym Jorku grali kameralnie, dlatego niespecjalnie się zachwyciłem. Byłem też ostatnio w Filharmonii Wiedeńskiej. A w warszawskiej... chyba ostatnio jako dziecko.

Co przeczytałeś ostatnio od deski do deski?

„Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” Llosy.

A ma dla ciebie znaczenie, że pozycja jest z górnej półki?

Odkąd pamiętam albo coś było dla mnie dobre, albo złe. To jest dla mnie jedyny wyznacznik wartości, oczywiście subiektywny.

Pamiętasz swoją pierwszą lekturę?

Zacząłem od „Piotrusia Pierwszaka” Mieczysławy Buczkówny, fragmentami znam go na pamięć do dziś. Potem był „Piotruś zuch”. Miałem „Bajki” Andersena z ilustracjami Szancera.

Pamiętam, że „Dziewczynka z zapałkami” wk.... ła mnie swoją nieporadnością, chodzeniem bosymi nogami po śniegu. Współczucia żadnego nie wzbudzała. Czytałem też „Baśń o stalowym jeżu” Brzechwy.

Kontakt z popkulturą zaczynał się zazwyczaj dla twojego pokolenia od komiksowej historyjki dołączonej do gumy balonowej zwanej donaldówą. Z tobą było podobnie?

W moje ręce wpadły najpierw polskie komiksy kryminalne z serii „Ryzyko”, wcześniejsze od „Kapitana Żbika”. Kiedy czytałem zeszyty „Ścigać Fiata 03-17 WE” czy „Tajemnicę ikony” – „Ryzyko” już było historią.

Premiera była w 1967 r.

Kiedy chodziłem do podstawówki, wyszedł „Kloss” i „Podziemny front” o Batalionach Chłopskich i Armii Ludowej. Ale komiks nie był wcale ogólnie dostępnym towarem, nawet polskie rozchodziły się szybko. A o „Tarzana” – o którym mówiło się „Tażan”, „Flipa i Flipa”, „Metamorpho” czy „Miracleman” trzeba było powalczyć. Przenikały na czarny rynek, bo – czego dowiedziałem się później – w Polsce drukowano wydania dla Skandynawii, zarabiano w ten sposób dewizy. Serie, o których mówię, miały szwedzkie i norweskie teksty w dymkach. Można je było kupić na bazarach i w komisach. Kosztowały 10 – 15 zł. Niemało. Ja miałem łatwiej, bo mój tata mieszkał we Francji i przysyłał mi masę „Tarzanów”.

Byłem podjarany na komiksy także jako dorosły facet. Gdy dowiedziałem się, że są trzy części „Ryzyka” w idealnym stanie za 500 zł w komisie, nie zastanawiałem się ani chwili, i kupiłem. Teraz są u syna, bo ma bardziej bogobojny stosunek do komiksów.

Piszesz w „Niepiosenkach” o sposobach wchodzenia do kina na filmy dozwolone od lat 18. Dziś dla nastolatków to kompletny kosmos.Erotyka, a nawet porno, jest wszędzie.

Ale kiedy poszedłem z moimi chłopakami na film „Poniedziałek” z Kukizem i Bolcem – nie wpuścili nas. Zdziwiłem się, to było jednak jednostkowe zdarzenie. W moich czasach krążyły legendy na temat kolegów, którym udało się dostać na „Dzieje grzechu”. Zazdrościłem tym, którzy wyglądali dojrzalej. Po wielu próbach dostałem się na ten film doSkarbu, w gmachu Ministerstwa Finansów. Łatwo było przeniknąć na widownię Palladium. Najgorzej było w Atlanticu.

Ja wchodziłem na filmy dla dorosłych w Zdrowiu w Ministerstwie Zdrowia i Kulturze.

Mieszkałem na Niecałej i do obu kin też miałem blisko. W Kulturze byłem pierwszy raz na filmie od 18 lat, ale jeszcze z mamą. To było „Przepraszam, czy tu biją?”. Na drugi dzień wymogłem, żeby iść na „Ojca chrzestnego 2”. Wtedy zeznania przed komisją senacką mocno mnie wymęczyły. A dziś uważam tę część za lepszą od pierwszej. W kinie Czerniaków, które było zwykłą budą, biegały szczury. Szybko je zamknęli. Na rogu Chełmskiej i Czerniakowskiej była Czajka. Pamiętam drewniane krzesła i lokalną ekipę, której boss chciał zademonstrować siłę bicepsów i podniósł choinkę pod sufit, co spowodowało, że pospadała większość ozdób. Ciekawa była historia ze szwedzkim filmem „Człowiek, który przestał palić”. Sprowadzono go jako agitkę dla młodzieży, żeby nie truła się papierosami. Temat był mało atrakcyjny, ale film był oparty na zasadzie, że suma nałogów jest wartością stałą i bohater, żeby nie palić, pogłębiał swoje życie erotyczne. Mój szósty seans uświetniła wycieczka Azjatów z jednej z republik radzieckich w marynarkach obwieszonych medalami.

Kiedy na ekranie pojawił się szwedzki napis, wszyscy myśleli, że to koniec, i zaczęli wstawać z miejsc. A to był zwiastun raju, w którym niepalący mogli sobie biegać na golasa. Wycieczka była bardzo niezadowolona, że wszyscy zasłonili ekran. Wzywali do siadania. Pamiętam, że w PRL była taka paranoja, żeby nikt wysoki nie usiadł bliżej ekranu.

Sytuacja z „Misia”.

Były też kina ekskluzywne, jak Skarpa, Moskwa, Sawa, no i oczywiście Relax...

Żadne z nich już nie istnieje.

... do którego tata kolegi zdobył dwa bilety na pokaz dwóch części „Potopu” trwających prawie 6 godzin. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie na miejscach 2 i 3. To dopiero był relaks.

Kupujesz popcorn, idąc na film?

Sobie nie. Kupowałem dzieciom i to im zostało. Syn Janek, chociaż jest weganinem, bardzo przestrzega diety, nie je żadnych fast foodów, ale popcorn jest wyjątkiem.

Piszesz o programach dla dzieci. Zaczynały się w poniedziałek o 16.40 „Zwierzyńcem” z panem Sumińskim, który opowiadał o zwierzątkach.

Po latach dowiedziałem się, że był myśliwym. Chodził po lasach ze strzelbą i pruł do zwierząt, a potem nagrywał kawałki do „Zwierzyńca”. Programy dziecięce oglądałem dla filmów z wyjątkiem „Poryna Telesfora”, ale wtedy naprawdę byłem mały. Zygmunta Kęstowicza jeszcze nie było. Występował Maciej Damięcki.

W „Teleranku” był kącik „Niewidzialnej ręki” z hasłem „Niewidzialna ręka to także ty”.

To nie było w niedzielę, tylko w sobotę... A nie – jednak w niedzielę, bo przecież w sobotę chodziło się do szkoły!

W sobotę po locie Hermaszewskiego była „Orbita, telewizja młodych kosmonautów”.

Tego już nie oglądałem, wolałem grę w kapsle.

Przypomnijmy, że w kapslach od butelek pisało się nazwisko kolarza. Można też było nalać stearyny do środka i przylepić papierową koszulkę na sreberku. Kapsel pstrykało się palcem po trasach narysowanych kawałkiem cegły na chodniku bądź asfalcie.

To była część bogatego życia podwórkowego, którego – co obserwuję ze zgrozą – dzisiaj nie ma. Na moim osiedlu było paręnaście klatek schodowych i wszyscy spotykali się na podwórku. Kiedy w maju rozpoczynał się kolarski Wyścig Pokoju – zaczynała się też gra w kapsle. Trwała do końca roku szkolnego.

Młodzi ludzi wpadają dziś w ciąg telewizyjno-komputerowy. Byłeś niewolnikiem elektronicznych mediów?

To, że oglądałem dwa programy w telewizji, o niczym jeszcze nie świadczy. Trudno było wpaść w nałóg. O północy grano hymn i „dobranoc”. Teraz leci sieczka 24 godziny na dobę i z telewizora leje się rzyg. Ze zdziwieniem zauważam, że niektórzy rodzice stosują go jako uspokajacz dla dzieci. Mnie w takich sytuacjach nikt nie sadzał przed ekranem. Były oczywiście wydarzenia przez swoją wyjątkowość długo wyczekiwane. Na przykład „Studio 2” z fragmentem koncertu Jethro Tull, chociaż to były trzy, może cztery piosenki na krzyż. Albo „Cosmos 1999”. Widziałem to niedawno. To jest taka chała, że trudno sobie wyobrazić. A wtedy – biegło się ze szkoły do domu, żeby zdążyć.

Jakie miałeś telewizory?

Pierwszym odbiornikiem był Szmaragd, a potem Ametyst z zielonym przyciskiem. I długo nam służył.

Jowisza kupiliśmy, jak byłem na studiach. Mama dostała go w czasie kompletnej padaczki zaopatrzenia. Przez parę miesięcy chodziła do sklepu odhaczać się na społecznej liście. W końcu, przed wybuchem strajku studenckiego w 1981, to musiał być październik, powiedziała, że może odebrać telewizor. Poszliśmy z kolegą, przynieśliśmy go z Domu Towarowego Junior, za co mama dała nam pół litra wódki Bałtyckiej. Nie wiedziała, co zaczyna. Telewizory kolorowe były już wcześniej – ruskie Rubiny. Ale trzeba było z nimi walczyć o kolor i podobno wybuchały. Jowisz to już była westowa jakość!

Czy załapałeś się na pocztówkowy szał, o którym śpiewa Perferct w „Autobiografii”?

Nie. Miałem je, ale po kimś.

Pierwszą zagraniczną płytę kupiłeś za 600 zł, gdy pensja wynosiła 2 – 3 tysiące zł.

Bo albumów zagranicznych w oficjalnym obiegu nie było. Zacząłem chodzić na pchle targi, kiedy jeszcze się nie wymieniałem, tylko po to, żeby popatrzeć na płyty. Na początku na Mariensztat. Płyty zacząłem kupować na Wolumenie, na Bielanach. Potem jarmark przeniesiono na Kępę Potocką. Później była Skra i giełda płytowa w Hybrydach we wtorki, gdzie handlowały te same ekipy co na niedzielnych jarmarkach. Pamiętam, jak wyszły dwie zachodnie płyty z prawdziwego zdarzenia ABBA „Waterloo” i „Procol’s Night” Procol Harum po ich wizycie.

A pierwszą, jaką miałeś?

„Nikifor” No To Co. To było jeszcze w przedszkolu.

Jako przedszkolak tańczyłem przy „Opolskich dziouchach”.

To był pierwszy numer. Potem tata mi przysłał „Biały album” Beatlesów w pięknym wydaniu ze zdjęciami i plakatem.

Płyty słuchałem na adapterze Bambino, aż wszystko się rozpadło. Jak byłem we Francji, dostałem od ojca „Magical Mystery Tour”, a mama Louisa Armstronga. Zabrałem jej szybko płytę. No, a po śmierci ojca odziedziczyłem całą jego kolekcję z francuską piosenka, której nie słuchałem. Miałem komfortową sytuację płytową również dlatego, że siostra mojej mamy mieszkała w Anglii. Będąc u niej, uzbierawszy trochę funciaków, mogłem sobie kupić kilka płyt.

Czy teraz płyta jest dla ciebie wartością, czy wolisz MP3?

W ogóle nie korzystam z MP3 ani z muzyki z Internetu. Raz dlatego, że to kradzież, a dwa, bo MP3 słabo gra. Mam dobry sprzęt i wiem, co to jest dobra jakość. Płyta kompaktowa też mnie nie zadowala. Cieszę się z powrotu analogów. Miałbym ich drugie tyle co teraz, tylko zacząłem wszystko wyprzedawać, kiedy zostałem punkowcem. Handlarze w Hybrydach strasznie mnie robili w trąbę.

Najbardziej spektakularna moja porażka wiąże się z niespełnioną prośbą do angielskiej cioci. Chciałem od niej dostać „The Dark Side of The Moon”, ale była oszczędna, płyta właśnie wyszła, pewnie kosztowała ze 3 funty – dlatego w zamian przywiozła mi składankę Floydów z serii „Masters of Rock”. Byłem załamany.

Kiedy zacząłem się wyprzedawać, puściłem krążek za 400 zł. Po latach, przeglądając w 1983 r. katologi kolekcjonerskie, zobaczyłem, że album był wart 800 niemieckich marek! Dziś mam z sześć półek winyli.

A synowie?

Starszemu pokazałem kiedyś adapter. „No, fajny”, powiedział, „ale jak się tym piosenki zmienia?!”. „No wiesz, trzeba ramię podnieść i przełożyć igłę”. „Ręcznie?”. Był zdegustowany. Ale ostatnio mówił, że nie wyobraża sobie, jak można słuchać muzyki z kompaktów.

Przyznałeś się przy okazji wydania zbioru felietonów do prób prozatorskich. Czy to rezultat nudy na zajęciach z socjologii?

To niedokończony rozdział mojej twórczości, ledwo rozpoczęty. Twardy orzech do zgryzienia, mimo że teraz przeżywam renesans młodzieńczej energii i dobrych fluidów. Chciałbym więcej pisać, a jest dla mnie niepojętą historią, żeby usiąść na 6, 8 godzin i pisać. Mam 45 lat, a czas płynie szybko, mam go coraz mniej.

Felietony to owoc pisania przez kilkanaście lat, ale krótkich form. Od tego postanowiłem zacząć. Sam lubię czytać krótkie formy – Rafała Ziemkiewicza czy Macieja Rybińskiego, a ze starszych – Stefana Kisielewskiego czy Janusza Głowackiego. W muzyce jestem pewny swego, jeśli chodzi o pisanie – będę obserwował reakcje na „Niepiosenki”. Może zyskam argument, żeby usiąść i dokończyć trzy rozgrzebane opowiadania. Jedno z nich – „Upadłem” – jest pisane strumieniem świadomości, rozpoczyna się od sytuacji, że budzę się pijany w piwnicy, nie wiem, gdzie jestem i co robiłem.

A masz coś jeszcze w szufladzie?

Zacząłem „Alfabet”, opisałem już kilkadziesiąt nazwisk, jednak zobaczyłem, że to, co powstało, jest słabiutkie. Ale co miałem napisać, że ten lub ów ciągnie koks na okrągło? Nie mam takiego prawa. Można kogoś skrzywdzić i pokłócić się do końca życia. Mam też „Wywiady wymyślone”.

Z kim?

Z wymyślonymi ludźmi. Z dostojnikiem kościelnym, sędzią piłkarskim. To sposób na przemycanie prawdziwych informacji.

Jesteś jeszcze kibicem piłki?

Po tym, czego się dowiedziałem o polskiej lidze, powiedziałem, że koniec z tym. Ale reprezentacji daje jeszcze kredyt zaufania, choć nie wiem, jak będzie. Zawsze, gdy typowałem wyniki – było na odwrót. Dlatego teraz mówię, że Niemcy zostaną mistrzem Europy, Polska nie wyjdzie z grupy, a czarnym koniem będzie Austria. Mam nadzieję, że moje przepowiednie znowu się nie spełnią.

Co z Kultem po odejściu Banana?

Jest rozpoczęta płyta, ale od tego, co było, będziemy się chcieli odciąć nie tylko personalnie, ale i muzycznie.

Wspominałeś o nagraniu piosenek Silnej Grupy Pod Wezwaniem.

Będę jej piosenki i Kazimierza Grześkowiaka, także takie hity jak „Chłop żywemu nie przepuści” i „Odmieniec”.

Źródło : Rzeczpospolita