piątek, 8 sierpnia 2008

Jak politycy bojkot igrzysk zbojkotowali

Martyna Majchrzak, Gazeta.pl
2008-08-07, ostatnia aktualizacja 2008-08-08 07:32
Zobacz powiększenie
Pekin tuż przed uroczystym otwarciem igrzysk olimpijskich
Fot. Robert F. Bukaty AP

- Nasi chińscy przyjaciele muszą zrozumieć międzynarodowe zaniepokojenie sprawą Tybetu - mówił prezydent Francji Nicolas Sarkozy, krótko po tym, jak w Lhasie polała się krew. Był jednym z pierwszych przywódców, który publicznie rozważał zbojkotowanie otwarcia igrzysk olimpijskich. I jednym z pierwszych, który się z tego wycofał. Także dzięki niemu, trybuny dla VIP-ów będą dziś zapełnione.

Zobacz powiekszenie
Fot. Guang Niu AP
Hu Jintao wita prezydencką parę z USA
Zobacz powiekszenie
Fot. Jason Lee AP
Hu Jintao i premier Rosji Władimir Putin
Zobacz powiekszenie
Fot. Adrian Bradshaw AP
Prezydent Brazylii, który liczy, że Chiny poprą starania Brazylii o zorganizowanie igrzysk w 2016 roku. Na zdjęciu z prezydentem Chin Hu Jintao
Zobacz powiekszenie
Fot. Adrian Bradshaw AP
Prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka i prezydent Chin Hu Jintao
Zobacz powiekszenie
Fot. Minoru Iwasaki AP
Hu Jintao
Zobacz powiekszenie
Fot. HO REUTERS
Transparenty z napisami 'One World, One Dream: Free Tibet' zawieszone przy stadionie
Zobacz powiekszenie
Fot. STRINGER/INDIA REUTERS
Demonstracja poparcia dla Tybetu
SERWISY
SONDAŻ
Czy przywódcy państw powinni zbojkotować otrwarcie igrzysk?

Tak. Udział w otwarciu oznacza poparcie dla polityki Chin
Nie. Nie mieszajmy olimpiady z polityką
Nie mam zdania

Kto będzie uczestniczyć w otwarciu igrzysk? - lista gości



- Obawy, iż Chiny wycofają się z interesów w krajach, które zbojkotują igrzyska olimpijskie przeważyły nad rozważaniami natury moralnej - pisze agencja AP. I publikuje listę gości, którzy zasiądą na trybunach stadionu olimpijskiego w Pekinie. Spośród 100 zaproszonych przywódców, swoje przybycie potwierdziło około osiemdziesięciu - twierdzą zachodni dyplomaci przebywający w Pekinie. Tylko trzech przywódców państw G-8 nie pojedzie na otwarcie igrzysk - podkreśla amerykański tygodnik "Time" w artykule pt. "Dlaczego nikt nie bojkotuje Pekinu?". Przypomnijmy, jak rozpoczął się wielki bojkot, z którego nic nie wyszło.
Francja bojkotuje...

10 marca. Chińska policja brutalnie spacyfikowała protesty Tybetańczyków, którzy domagali się respektowania ich praw. ''Tybet powstał przeciw Chinom'', "Tybetańczycy walczą o wolność", "Lhasa płonie" - pisały dzienniki na całym świecie. Zdjęcia i relacje, które co jakiś czas docierały do światowej opinii publicznej, pokazywały jedno: Tybetańczycy wołają o pomoc.

- Nie wykluczam bojkotu - zapowiadał Sarkozy. - To interesujący pomysł - wtórował prezydentowi francuski minister spraw zagranicznych Nestor Kouchner. A "International Herald Tribune" ogłosił: "Francja proponuje zbojkotowanie otwarcia igrzysk olimpijskich z powodu Tybetu". Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać.

Donald Tusk jako pierwszy szef rządu unijnego państwa zadeklarował, że nie pojawi się w Pekinie. - Obecność polityków na inauguracji olimpiady wydaje mi się niestosowna - mówił. Jego wypowiedź cytowały światowe media. A inni przywódcy chętnie deklarowali solidarność z Tybetem. Byli wśród nich: prezydent Lech Kaczyński, prezydent Czech Vaclav Klaus i przewodniczący Parlamentu Europejskiego, który rozważał nawet wezwanie do szerszego bojkotu igrzysk w obrębie Unii Europejskiej. W podobnym tonie wypowiadali się politycy amerykańscy.

- Prezydent George W. Bush rozważa bojkot otwarcia igrzysk z powodu łamania praw człowieka - zasugerowała na początku kwietnia Nancy Pelosi, rzeczniczka Izby Reprezentantów.

Pomysł poparli najważniejsi kandydaci w amerykańskim wyścigu do Białego Domu. Hillary Clinton, Barack Obama i republikański senator John McCain przekonywali: na miejscu Busha, nie pojechalibyśmy do Pekinu. Ale - jak zauważył tygodnik "Time" - urzędującym przywódcom dużo trudniej podjąć taką decyzję. Bo konflikt z Chinami - choć z pewnością przysparza politycznej popularności - oznacza także straty finansowe. Bardzo szybko przekonał się o tym Nicolas Sarkozy.

... i zmienia zdanie

Kwiecień. Podczas, gdy Francuzi wyrażali poparcie dla decyzji swojego prezydenta, Chińczycy ogłosili bojkot... Carrefoura. Francuzów oskarżyli o spiskowanie z Dalajlamą i wspieranie "separatystów" podczas paryskiego odcinka sztafety, na którym ugaszono ogień olimpijski. W Pekinie, Wuhanie, Hefei, Kunming oraz Qingdao Chińczycy zorganizowali antyfrancuskie wystąpienia. Deklarowali, że przestaną kupować francuskie produkty. Najwyraźniej poskutkował, bo francuscy politycy o bojkocie igrzysk mówili już coraz rzadziej.

Lipiec. Jeśli ktokolwiek liczył, że prezydent Bush posłucha apelu Obamy i McCaina, zawiódł się. Biały Dom ogłosił: George W. Bush 8 sierpnia pojawi się na uroczystościach w Pekinie, gdyż jego nieobecność byłaby "obrazą Chin". - Myślę, że upokorzenie Chin nie jest najlepszym sposobem na obronę praw człowieka - mówił kilka dni później prezydent Francji. Podczas szczytu G-8 oficjalnie ogłosił swoją decyzję. - Jadąc do Pekinu, Sarkozy zdradził samego siebie i chińskich dysydentów - tak słowa prezydenta Francji komentowali Reporterzy bez Granic. - To skandal! - powtarzali przedstawiciele grupy Zielonych w Parlamencie Europejskim, podkreślając, że Sarkozy ze względu na francuską prezydencję będzie w Pekinie reprezentował całą UE.

- To tak, jakby kontynuowano chińską tradycję, zgodnie z którą przywódcy z całego świata przyjeżdżają, by oddać Chinom hołd - mówił w rozmowie z agencją AP Xu Youyu, emerytowany profesor filozofii i krytyk chińskiego rządu. - Te igrzyska pokażą także Chińczykom, że reszta świata uznaje i wspiera ich rząd - uważa. Ale Sarkozy drugi raz zdania nie zmienił.

Na liście obecności odhaczyli się m.in.: prezydent Słowacji Ivan Gasparovic, premier Rosji Władimir Putin, premier Japonii Yasuo Fukuda, prezydent Izraela Szimon Peres i prezydent Brazylii Luiz Inacio Lula da Silva, który liczy, że Chiny poprą starania jego kraju o zorganizowanie igrzysk olimpijskich w 2016 roku.

Nie zabraknie też australijskiego premiera Kevina Rudda. Polityk w prawdzie naraził się Chinom w marcu - sugerując, by bardziej zaangażowały się w rozmowy z Dalajlamą. Jednak wkrótce po tym stwierdził, że nie wierzy w skuteczność bojkotu i do Pekinu pojedzie.

Lista wielkich nieobecnych

Kto przystąpił do bojkotu?

Tygodnik "Time" - pisząc o trzech przywódcach państw G-8, którzy nie pojawią się na inauguracji - miał na myśli: kanclerz Niemiec Angelę Merkel, premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna i premiera Kanady Stephena Harpera. Jednak każdy z wymienionych przywódców sumiennie usprawiedliwił swoją nieobecność. W ich wyjaśnieniach nie ma mowy o bojkocie, Tybecie i prawach człowieka.

Gordon Brown zapewnił, że nie może pojawić się w Pekinie 8 sierpnia, ale na pewno będzie uczestniczył w uroczystości zakończenia igrzysk. W końcu musi oficjalnie odebrać od Chin olimpijski ogień - za 4 lata to Brytyjczycy będą gospodarzami igrzysk. Z kolei Angela Merkel tłumaczyła, że już dawno zaplanowała w tym terminie urlop, a niemiecki prezydent Horst Koehler jedzie w tym czasie paraolimpiadę

Na liście wielkich nieobecnych znajduje się także czwarty przywódca z grupy G-8 - Silvio Berlusconi. Premier Włoch także o Tybetańczykach nie wspomina. Zaznacza, że nie pojawi się w Pekinie z powodu... pogody. - Powiedzieli mi, że w Pekinie jest bardzo gorąco, 50 stopni i jest wielka wilgotność - wyznał. Zastąpić go ma włoski minister spraw zagranicznych Franco Frattini.

Polscy przywódcy od momentu zamieszek w Tybecie zgodnie deklarują, że do Pekinu nie pojadą. - Ja nie zawsze się zgadzam z przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Tu zgadzam się z nim całkowicie - podkreślił prezydent Lech Kaczyński.

Jechać, czy nie jechać...

- Każdy polityk świadomy swojej odpowiedzialności powinien zadać sobie pytanie, czy uczestniczyć w ceremonii otwarcia igrzysk, jeśli władze Chin nie będą dążyły do dialogu z Tybetańczykami - mówił w marcu Hans Gert Poettering. Jak podsumowuje Douglas Paal, specjalista ds. Chin w zespole analityków "Carnegie Endowment for International Peace": - W tym wyborze względy ekonomiczne i polityczne okazały się priorytetem. Mając świadomość tego, że Chiny będą wyciągać konsekwencje, bardzo niewielu polityków pozwoliło sobie na nieobecność w Pekinie.

Czytaj także blog Prosto z Pekinu

czwartek, 7 sierpnia 2008

Nieznana historia: ucieczka "Orła"

Nieznana historia brawurowej ucieczki Orła

DZIENNIK dotarł do unikatowego nagrania, w którym dowódca okrętu podwodnego ORP "Orzeł” kapitan Jan Grudziński trzy miesiące po brawurowej ucieczce z Tallina opowiada sekcji polskiej BBC o tej eskapadzie. Rozmowa została nagrana w grudniu 1939 roku.

czytaj dalej...
REKLAMA

Wydarzenia, które tworzą kontekst historyczny tej niezwykłej rozmowy, zaczynają się 14 września około godz. 21.30, kiedy "Orzeł” wpłynął do portu w stolicy neutralnej wówczas Estonii po dwóch tygodniach patrolowania Bałtyku. Decyzję o zawinięciu do portu podjął ówczesny dowódca okrętu komandor Henryk Kłoczkowski - narzekał na swoje zdrowie i chciał zostać zbadany przez lekarza, a okręt wymagał naprawy po tym, jak w pierwszych dniach września uszkodziły go niemieckie bomby. Mimo zapewnień władz estońskiej marynarki, że "Orzeł” będzie mógł opuścić Tallin, okręt został internowany. Polscy marynarze z nowym dowódcą kpt. Janem Grudzińskim na czele podjęli decyzję o ucieczce.

Dokładnie trzy miesiące później, 18 grudnia 1939 roku podczas pobytu w Wielkiej Brytanii kapitan Grudziński opowiedział o brawurowym wyczynie, który rozsławił polski okręt w całej Europie, niezidentyfikowanemu dziś dziennikarzowi sekcji polskiej BBC. Niedługo potem na przełomie maja i czerwca 1940 roku zatonął na pokładzie "Orła” podczas patrolowania Morza Północnego w rejonie południowo-zachodnich wybrzeży Norwegii.

Publikowany przez DZIENNIK wywiad zawiera zagadkę. Prowadzący go dziennikarz przedstawia Jana Grudzińskiego jako porucznika. Według Radia Wolna Europa, które wykorzystało fragment wywiadu w audycji wyemitowanej w 1964 r., rozmówcą BBC nie był kapitan Jan Grudziński, lecz mechanik "Orła” podporucznik Stanisław Pierzchlewski. Jak dotąd historykom nie udało się wyjaśnić tej nieścisłości.

Zagadkowe okoliczności tego zdarzenia i miejsce spoczynku wraku próbują ustalić teraz członkowie wyprawy badawczej związani z gdyńską Morską Agencją Poszukiwawczą. Wyprawa zakończy się jutro, niestety na razie nie przyniosła efektów.

* * *

Pragnęlibyśmy, żeby pan porucznik zechciał podzielić się z nami swymi wrażeniami z momentu sławetnej ucieczki z Tallina. W jakich okolicznościach zapadła decyzja o ucieczce?
Jan Grudziński:
Weszliśmy do Tallina w nocy 14 września. Chodziło nam o naprawienie sprężarki, przede wszystkim zaś o oddanie do szpitala chorego dowódcy. Wiedzieliśmy, że zgodnie z prawem międzynarodowym przysługuje nam możność 24-godzinnego postoju i z całym zaufaniem przyjęliśmy zapewnienie estońskich oficerów, że otrzymamy całkowite zaopatrzenie i naprawią nam uszkodzone urządzenia. Zmęczony całonocną wachtą, świadom bezpieczeństwa w neutralnym porcie, ułożyłem się do snu. Przebudzenie było jednak bardziej niż przykre. Dowiedziałem się, że w międzyczasie przycumowano okręt w porcie wojennym, zabrano nie tylko dowódcę, lecz także zamki od dział. Byliśmy internowani wbrew prawu międzynarodowemu, pod tajemniczym naciskiem nieznanych nam czynników na lądzie. Koledzy pilnie niszczyli szyfry i dokumenty. Okręt był przycumowany do nabrzeża w basenie wewnętrznym, przy trapie stał estoński wartownik. Początkowo myśleliśmy o ucieczce indywidualnej, ponieważ z tej pozycji wyprowadzenie okrętu bez pomocy holowników było niemożliwe. Nazajutrz Estończycy obrócili okręt, żeby sięgnąć kranem [dźwigiem portowym - red.] po nasze torpedy. Tegoż wieczora zaszedł wypadek, który nasunął nam myśl o ucieczce wraz z okrętem. Gdy siedzieliśmy wieczorem w mesie, nagle zgasło światło wskutek krótkiego spięcia gdzieś w porcie. Te parę minut ciemności nasunęło nam pomysł spowodowania krótkiego spięcia z okrętu i wymknięcia się w ciemności. Ale to z drugiej strony spowodowałoby alarm w całym porcie. Postanowiliśmy więc przeciąć tylko kable lamp oświetlających z nabrzeża okręt. W ciągu następnego dnia przecięliśmy cumy pod pokładem i przygotowaliśmy je do szybkiego zrzucenia. Podstępem uchroniliśmy przed wyładowaniem kilka torped. Rozumieliśmy, że żegluga bez map będzie ogromnie trudna, ale zdobyć ich nie mogliśmy – estońskie posterunki nie wypuszczały nas nawet na molo. Sygnałem akcji miało być przecięcie kabla do oświetlenia z brzegu. O drugiej w nocy zaproszono wartownika estońskiego na pokład na papierosa. Dalej wszystko odbyło się w ciągu jednej minuty. Gdy zgasło światło, obaj wartownicy zostali bez hałasu obezwładnieni, podcięte zawczasu cumy spadły do wody, z hałasem runął trap i „Orzeł” powoli ruszył w kierunku wyjścia.

Czy szybko spostrzeżono ucieczkę okrętu, panie poruczniku?
Niestety, prawie natychmiast. Nie zdążyliśmy dojść do mola, gdy padł strzał alarmowy z pokładu estońskiego okrętu wojennego. Poszły w ruch reflektory. Nie mogliśmy wykręcić się w ciasnym basenie i wpadliśmy dziobem na kamienie przy falochronie. Żeby ściągnąć się, musieliśmy uruchomić mocno hałasujące diesle. Trwało to kilka minut i wystarczyło, aby Estończycy otworzyli na nas ogień karabinowy z molo. Na szczęście nie mogli strzelać z armat, bo bali się w ciemnościach trafić we własne okręty stojące w porcie. Nareszcie minęła dość przykra chwila ścigania się i ruszyliśmy naprzód, na morze.

Czy na otwartym morzu ścigano panów również?
Tutaj właśnie czekało na nas największe niebezpieczeństwo. Natychmiast wyszły w pościg estońskie okręty wojenne i poszły w ruch prożektory [reflektory - red.]. Z fortu na wyspie zaczęły padać pociski ciężkiego kalibru. Gdy tylko sonda wykazała, że mieliśmy dość wody pod sobą, natychmiast zanurzyliśmy się. Ale i wtedy Estończycy nie dali za wygraną. Słyszeliśmy jedną po drugiej detonacje bomb głębinowych. Ale czuliśmy się już stosunkowo bezpieczni. Mieliśmy dość wody pod sobą i nad sobą i kierowaliśmy się do wyjścia z Zatoki Fińskiej.

I długo jeszcze panowie przebywali na Bałtyku?
Jeszcze przez trzy tygodnie. Trudno mi byłoby nawet pokrótce opowiedzieć nasze dzieje w tym okresie. Gdy wreszcie dotarliśmy do Anglii, zupełnie nie mieliśmy na pokładzie słodkiej wody. Mało brakowało, a zginęlibyśmy pod wodą z pragnienia.

Stenogram wywiadu został wykonany na podstawie nagrania sekcji polskiej BBC przechowywanego w Narodowym Archiwum Cyfrowym.

środa, 6 sierpnia 2008

Palikot znów o prezydencie: Jest ciągle "niedysponowany"

rik, Gazeta.pl
2008-08-06, ostatnia aktualizacja 2008-08-06 10:46
Zobacz powiększenie
Wisła, Tydzień Kultury Beskidzkiej. Krzesło, na którym miał usiąść Lech Kaczyński, stoi puste. Z powodu złej pogody prezydent w ostatniej chwili zmienił plany.
Fot. Bartłomiej Barczyk / AG

Janusz Palikot w TOK FM ponownie zarzucił prezydentowi Kaczyńskiemu, że cierpi na jakąś chorobę uniemożliwiającą sprawowanie urzędu. - Prezydent często zmienia zdanie, jest niestabilny emocjonalnie - powiedział Palikot. Dodał, że na szczycie ws. NATO w Bukareszcie, Lech Kaczyński był "niedysponowany".

Zobacz powiekszenie
Fot. YVES LOGGHE AP
Prezydent Lech Kaczyński podczas spotkania ws. NATO w Bukareszcie witany przez Sekretarza Generelnego NATO Jaapa de Hoopa Scheffera i prezydenta Rumunii Traiana Basescu'a
Zobacz powiekszenie
Fot. Kamil Wróblewski / TOK FM
Janusz Palikot
ZOBACZ WIDEO


Palikot podał przykłady na konieczność poznania raportu o stanie zdrowia prezydenta. Według niego Kaczyński, który "jest 30 lat w polityce i niczego nie dokonał", odwoływał zbyt wiele spotkań, takich jak szczyt weimarski czy choćby ostatnio spotkanie z mieszkańcami Wisły, gdzie jako powód podano opady deszczu. Palikot powiedział, że Kaczyński był niedysponowany i przesiadywał całymi godzinami w toalecie podczas spotkania w sprawie NATO w Bukareszcie, co miało być powodem interwencji "wysoko postawionych osób". Zastrzegł jednak, że mogą to być plotki "nieżyczliwych prezydentowi osób".

Palikot przypomniał również, że Kaczyński nagle wyszedł ze spotkania z prezydentem Estonii po otrzymaniu trudnego pytania. Obraża się też często na dziennikarzy. - Była obietnica prezydenta, że będzie raport o stanie zdrowia, ale znów zmienił zdanie, to dzieje się zbyt często - powiedział Palikot.

Według Palikota przedstawienie raportu o stanie zdrowia polityka nie jest ewenementem, bo takie informacje przedstawiali choćby prof. Zbigniew Religa czy Zyta Gilowska. Poseł PO twierdzi, że wkrótce taka praktyka powinna stać się standardem w polityce. - Pracownicy też przedstawiają raporty o zdrowiu pracodawcom - dodał.

Janusz Palikot powiedział także, że w klubie parlamentarnym PO zdania co do konieczności przedstawienia raportu o stanie zdrowia prezydenta są podzielone "pół na pół", nie ma jednak żadnego planu usunięcia Lecha Kaczyńskiego z urzędu.

Palikot o zdrowiu prezydenta - raport specjalny