sobota, 23 maja 2009

Urban: Wałęsy nie cierpię do dziś

Rzecznik rządu Jaruzelskiego dla DZIENNIKA:

Urban: Gdyby nie przeszłość, głosowałbym na PO

"Lubiłem Michnika, Kuronia, choć nie urzędowo. Wałęsy nie cierpiałem i nie cierpię do dziś" - mówi Jerzy Urban. W rozmowie z DZIENNIKIEM były rzecznik generała Wojciecha Jaruzelskiego i redaktor naczelny tygodnika "Nie" opowiada o swojej sympatii do Donalda Tuska, antypatii do braci Kaczyńskich i pocałunkach Lwa Rywina z Leszkiem Millerem.

Michał Karnowski, Piotr Zaremba: Andrzej Gwiazda powiedział w „Dzienniku”, że 4 czerwca to święto generała Kiszczaka.
Jerzy Urban: Skoro świętuje się w Polsce rocznicę klęski wrześniowej czy Powstania Warszawskiego, generał Kiszczak może równie dobrze świętować rocznicę 4 czerwca, kiedy to przegrał wybory.

Doskonale pan wie, o co chodzi. O tezę: Kiszczak dogadał się z częścią elit postsolidarnościowych, a w ostateczności je ograł. Z pana pomocą.
I komuniści osiągnęli swoje cele, tracąc władzę? Mówiąc serio: mieliśmy wtedy od dawna poczucie, że realny socjalizm przegrał, ale że to my wyprowadzimy Polaków z niego najlepiej. Wierzyliśmy, że jesteśmy lepsi, bo naprzeciw nas stoją krzykacze, demagodzy i reakcjoniści. Okrągły Stół traktowaliśmy jako sukces. Ale wybory 4 czerwca były przykrą niespodzianką.

A co miało się stać według was?
Okres współwładzy z naszą dominacją u steru i ewolucja ku ustrojowi nieokreślonemu. Nie umieliśmy go opisać, a też i nie chcieliśmy, bo posługiwaliśmy się, my, ludzie władzy, wciąż językiem rytualnego samozakłamania. Pewnie każdy wyobrażał sobie ten scenariusz trochę inaczej. Pamiętam charakterystyczną scenę: 5 czerwca 1989 r. zbiera się Biuro Polityczne, na które mnie zapraszano, choć nawet nie byłem członkiem partii. Solidarność wzięła cały Senat, wszystkie mandaty dla bezpartyjnych, padła też nasza lista krajowa. Napisałem od ręki kilka zdań, że uznajemy w sensie prawnym i politycznym wyniki wyborów. Podałem to Jaruzelskiemu. Generał odczytał ten tekst jako projekt oświadczenia rzecznika KC. Spytał, czy ktoś ma coś do powiedzenia. Nikt nie miał. Była to scena symboliczna. Po ponad 40 latach sprawowania władzy oddawaliśmy ją w milczeniu. Taki akt abdykacji.

Ten dokument miał jakieś znaczenie?
Gdyby wojsko, SB, aparat partyjny zaczęły występować przeciw wynikom wyborów, byłaby to też akcja przeciw Jaruzelskiemu i kierownictwu PZPR.

Czyli o co graliście?
Do 4 czerwca o scenariusz, który narysował jeszcze przed Okrągłym Stołem Stanisław Ciosek. My mieliśmy kontrolować Sejm, a „Solidarność” – Senat, bo o zwycięstwie w wolnych wyborach jednak nie marzyliśmy. Bez naszej woli nic nie można byłoby zapoczątkować, żadnej decyzji, ale opozycja miałaby z kolei możliwość blokowania nas. Rozwiązaniem był jeszcze nasz prezydent z prawem weta. Taki system wzajemnej kontroli, z pakietem większościowym w naszych rękach.

Aleksander Kwaśniewski twierdzi, że wymyślił wolne wybory do Senatu podczas obrad Okrągłego Stołu.
Pewnie to podczas Okrągłego Stołu powiedział i tak to pamięta. Był już wtedy ważną postacią. Kiedy został ministrem młodzieży i sportu w 1985 r., powiedziałem Jaruzelskiemu: no, na sporcie to on się chyba nie zna. To do Kwaśniewskiego doszło, czuł się urażony, wkrótce potem się spotkaliśmy. Byłem wtedy w rządzie od niego ważniejszy, a nagle poczułem zmianę relacji. Zacząłem ulegać jego autorytetowi, czarowi. I ta przywódcza pozycja Kwaśniewskiego została utwierdzona przy Okrągłym Stole. Wtedy nasza delegacja stała się autonomiczna wobec oficjalnego kierownictwa, które już w dużej mierze tylko zatwierdzało wyniki negocjacji. Ale upieram się, że Senat jako instrument kontroli opozycji nad Sejmem i rządem planowaliśmy wcześniej. Ciosek chodził po ważnych ludziach i rysował tę koncepcję. Ten stan naszych rządów uzależnionych częściowo od opozycji miał trwać dwa albo cztery lata.

Formalnie po wyborach 4 czerwca mogliście ten scenariusz nadal realizować. Mieliście większość w Sejmie, wkrótce dostaliście prezydenturę dla Jaruzelskiego.
Ale te wyniki odebrały naszym roszczeniom do trzymania władzy polityczną prawomocność, a potem na skutek zdrady sojuszników z ZSL i SD znikła nasza większość.

Pan od paru lat proponował z Cioskiem i generałem Pożogą liberalizację, ale to miała być liberalizacja odgórna – jak reformy Wielopolskiego pod rządami cara. Opozycję traktowaliście nadal wrogo, na pewno nie jako partnera. Uważaliście, że ją okpiliście przy Okrągłym Stole, a potem się okazało, że to nie tak?
My nie myśleliśmy o okpieniu opozycji, bo my czuliśmy się właścicielami Polski. Co najwyżej chcieliśmy się dzielić częścią swojej własności. Moje wspólne memoriały z Cioskiem i Pożogą to był 1986, 1987 rok. Już rząd Rakowskiego w 1988 r. poszedł dalej – w rzeczywistości odsuwając PZPR od wpływu na rząd. W sensie marksistowskim ten rząd zmienił ustrój – likwidując ograniczenia dla własności prywatnej bardziej radykalnie niż dziś. Była ustawa o kapitale zagranicznym, była, już po Okrągłym Stole, ustawa o stosunkach z Kościołem katolickim. Ewoluowaliśmy.

Bo system nie był w stanie działać.
Że nie jest w stanie działać, to wiedziałem już w latach 1983 – 1984, gdy próbowaliśmy wprowadzać tzw. pierwszy etap reformy gospodarczej. Samodzielne przedsiębiorstwa nie chciały produkować butów dla dzieci, bo im się podobno nie opłacało. Wicepremier Szałajda dzwonił więc z dyspozycją: dajmy ulgi podatkowe dla tych, którzy produkują buty dla dzieci. Czyli używał ekonomicznych instrumentów do sterowania gospodarką poprzez administracyjne nakazy. Podnosiliśmy ceny skupu na zboże, więc nie było mięsa. Podnosiliśmy na mięso, to nie było zboża. Reforma obnażała całą nędzę pomysłu na gospodarkę półrynkową.

Z Moskwy padały sygnały: zmieniajcie?
Jak kiedy. Popłynęły w 1988 r., kiedy do Polski przyjechał Michaił Gorbaczow. Pamiętam obiad z nim na zamku w Szczecinie, był upał, a my siedzieliśmy w chłodnej sali. Czekały nas dalsze imprezy, przemówienia, a on nagle mówi: o, jak mi się nie chce, tak by się posiedziało do wieczora. Zobaczyłem, że coś się w Moskwie zmieniło, pękły sztywne rytuały. To tak jakby biskup oznajmił, że nie chce mu się odprawiać mszy. Ale tak naprawdę kryzys Związku Radzieckiego zobaczyłem dużo później.

Kiedy?
Po wyborach 4 czerwca 1989 r. Mazowiecki tworzył rząd, a ja pojechałem do ZSRR jako przedstawiciel Rakowskiego. Miałem uspokajać towarzyszy. Przyjął mnie Falin, sekretarz KC do spraw zagranicznych. Tłumaczę, że wszystko przebiega dobrze, że PZPR będzie miała resorty obrony, MSW, także sprawy zagraniczne, bo tak się wydawało. Mieliśmy im dalej gwarantować interesy geopolityczne. Falin uprzejmie słucha, o nic nie pyta. Widzę, że go to gówno obchodzi.

Nie obchodziły go geopolityczne gwarancje?
Oni byli już tak zajęci sprawami wewnętrznymi, że godzili się z odpadnięciem wschodniej Europy. Czy PZPR będzie miała czterech ministrów, czy trzech – to było dla nich drugorzędne.

A premier Mazowiecki jeszcze przez wiele miesięcy używał geopolitycznego argumentu: obawy przed reakcją Rosji. Oczywiście nie miał takiej wiedzy jak pan...
Jakąś miał, bo jesienią 1989 r. opowiedziałem Mazowieckiemu także o tym spotkaniu. A tak w ogóle – uważam, że my za wolno wychodziliśmy z komunizmu. Od 1986 r. można było grać autonomicznie. Wystarczyło nie zagrażać radzieckim drogom komunikacyjnym, a gorbaczowowskie centrum władzy nie reagowałoby na daleko idące zmiany ustroju. Mam wrażenie, że spóźnialiśmy się z nimi. Jak zawsze.

To jest pytanie o jakość przywództwa Jaruzelskiego. Pan go po 1989 r. strasznie wychwalał. A na nas generał robi wrażenie dogmatycznego komunisty, jeszcze o typowo żołdackich nawykach.
Jak w którym momencie. On się bardzo zmieniał.

Na zjeździe partii w 1985 r. wrócił do idei kolektywizacji rolnictwa.
Nie pamiętam tej wypowiedzi. Język tamtej polityki był w ogóle bardzo zliturgizowany. To ja zbliżałem język propagandy do języka myśli. A Jaruzelski ma tę skazę, że traktuje język bardzo poważnie. Powtarzam zresztą – on miał zdolność ewolucji. Nie rozumiał mechanizmów, ale chętnie słuchał, chwytał sedno rzeczy. Choć przyszedł do władzy jako purytański, oschły generał w ideologicznych ramkach.

Na posiedzeniu rządu, na którym mowa była o mechanizmach gospodarczych, Jaruzelski dał przykład jakiegoś zakładu na Śląsku, w którym stały kupione od Japończyków za miliony automaty, bo kobieta przeszkolona do ich obsługi poszła sprzedawać kwiaty na ulicy. Generał domagał się: zróbmy coś, nawet nakażmy jej, żeby wróciła. Nie rozumiał, że to rynek decyduje, że jej się bardziej opłaca sprzedawać te kwiaty, niż stać przy maszynie.

Próbował mu pan wytłumaczyć bezsens takiego rozumowania?
Nie byłem jego przyjacielem, nasze stosunki były bardzo hierarchiczne. Generał mi na ogół nie opowiadał, co myśli i dlaczego. Tylko czasem pozwalał sobie na nieformalne pogawędki. Powtarzam: to umysł otwarty, tyle że pozbawiony wykształcenia typowego dla polityka demokratycznego. On wierzył w siłę nakazu. I zdumiewały go socjotechniczne metody jak te ministra Krasińskiego, który zapowiadał wielki wzrost cen, a potem dokonywał łagodnej podwyżki. Ale pamiętajcie panowie: władza schyłkowa ma swoje prawa. Znika jej spoistość, ludzie się różnicują, grają na siebie, pojawia się problem postaci dokooptowanych, takich jak ja. Nie było władzy, która coś jednolicie myślała.

A pan widział degrengoladę systemu i równocześnie dawał twarz twardemu kursowi.
Ja byłem rzecznikiem każdego aktualnego kursu, niekoniecznie twardego. I przemawiałem bardziej bezpośrednim językiem niż inni.

Polska lat 80. to kraj wielkiego syfu – zagłady infrastruktury, wielkiej emigracji, rozbicia tkanki społecznej. A pan tego wszystkiego bronił.
Bo dla mnie alternatywą było coś gorszego. Mój flirt z władzą zaczął się w sierpniu 1980 r. Patrzyłem na ówczesną „Solidarność” jak teraz Donald Tusk na związki w obecnej Stoczni Gdańskiej.

Co pan widział?
Demagogiczną dzicz, niszczącą, anarchizującą, z gigantycznymi roszczeniami urągającymi ekonomii – przecież pojawiały się żądania darmowego mieszkania dla każdego w ciągu 5 lat. Na dokładkę klerykalną. Początkowo pocieszałem się, że postęp w komunizmie zawsze dokonuje się przez robotniczą rewoltę. Ale potem byłem coraz bardziej przerażony, więc znalazłem się w kręgu władzy. A jak się zaczyna grać w drużynie, to się już gra.

Był pan we wcześniejszych latach PRL niepokornym dziennikarzem.
I dbałem, żeby z powodu prywatnych kłopotów nie zbliżyć się do ówczesnej opozycji. Uznałem swoje zaangażowanie w „Po Prostu” za błąd. Naprawdę dobrze czułem się w „Polityce”, piśmie pragmatycznego liberalizmu.

Liberalizmu uzupełniającego autorytaryzm władzy. Krytycy Okrągłego Stołu ze strony solidarnościowej uważają, że gdyby nie podjęto rozmów zakończonych kompromisem, wielki wybuch radykalizmu mógłby zmieść ówczesną władzę. Nie mieliście wspólnego interesu z umiarkowanym odłamem opozycji, który też mógł się bać takiego wybuchu?
Ależ ta część opozycji i ta część władzy, które zasiadły przy Okrągłym Stole, zaczęły odczuwać narastającą bliskość poglądów. A z kolei strajki 1988 r. wykazały bezsilność „Solidarności”. Po amnestii w 1986 r. spodziewaliśmy się zebrania Komisji Krajowej, odrodzenia się opozycji. A ona organizowała się kiepsko. To słabość „Solidarności” była przesłanką decyzji, żeby siadać do rozmów.

To co was skłaniało do ustępowania tej słabiutkiej opozycji?
Gotowało nam się pod kotłem w związku z przemianami w ZSRR i z klęską gospodarczą. Ale szybkiego wybuchu, wieszania nas na latarniach się nie obawialiśmy. Odczuwaliśmy ze strony społeczeństwa aurę pasywnej niechęci. Realny socjalizm był zdechłym szczurem.

Radykalizację społecznych nastrojów potwierdzały nawet socjologiczne badania Janusza Rejkowskiego, członka Biura Politycznego.
Może takie analizy istniały, ale nie pamiętam takiego myślenia w naszych głowach.

Na czym polegało zbliżenie poglądów między władzą i opozycją?
Na wspólnym dążeniu do gospodarki rynkowej, do pluralizmu politycznego.

Wyzbył się pan osobistej niechęci do ludzi opozycji? Przecież wydawane potem pismo „Nie” to jeden wielki hymn nienawiści do solidaruchów.
Ja w latach 90. ulegałem postkomunistycznej głupocie, na przykład sprzeciwiając się wejściu do NATO. Ale nie chcieliśmy nawracać na poprzednie formy ustrojowe. Tylko broniliśmy godności PZPR-owców, ludzi poprzedniej władzy. Trochę dlatego że sami się poczuwaliśmy do tej wspólnoty. Ale i dlatego że to zapewniało mojemu pismu klientelę. Myśmy to wymyślili także z powodów rynkowych, z wyrachowania. „Solidarność” była tabu, Wałęsa, Kościół też, więc zaczęliśmy walić w tabu.

A w latach 80.? Jako rzecznik rządu manifestował pan niechęć do Wałęsy, także do Michnika, który potem stał się panu bliski.
To był podział ról. Jaruzelski miał być gładki, ja – brutalny. Był w tym też element wyrachowania. Ja w obozie władzy mogłem funkcjonować tylko wtedy, gdy byłem ostry wobec przeciwnika, bo partyjny ciemnogród miał mnie za obce ciało, człowieka dającego głos wrogom. Musiałem być gladiatorem władzy. Za tą fasadą krytykowałem na przykład telewizyjne dzienniki, tłumacząc, że one nie mogą pokazywać wyłącznie czynności ludzi władzy. Nie rozumiano mnie. Podzieliłem kiedyś ekipę dziennika i zrobiłem jednego dnia dwa programy: jeden oficjalny, który poszedł, i drugi, na który zaprosiłem Biuro Polityczne. Ten mój prywatny dziennik wywołał furię. Łączyliśmy się tam z dyrektorem Wolnej Europy jako komentatorem.

Ucieka pan od pytania o pański stosunek do ludzi opozycji.
Lubiłem Michnika, Kuronia, choć oczywiście nie urzędowo. Wałęsy nie cierpiałem i nie cierpię do dziś.

W książce Jana Skórzyńskiego o Okrągłym Stole znalazł się cytat z Jaruzelskiego. W roku 1987 denerwuje się, że Michnik występował w kościele. Atakuje go jako Żyda. Podobało się to panu?
Mnie też raziła wyrachowana polityczna pobożność ateistów.

Skoro uważaliście się za zdechłego szczura, skąd przekonanie, że nie przegracie wyborów 4 czerwca?
To prawda, byłem pewien, że wygram mandat w Warszawie z puli dla bezpartyjnych. Opieraliśmy się na badaniach opinii publicznej, jak się potem okazało – błędne. Ludzie deklarowali inaczej, głosowali inaczej.

W warunkach władzy autorytarnej wierzył pan w szczerość ludzi uczestniczących w sondażach?
Ten ustrój nie był tak autorytarny, żeby ludzie się bali mówić anonimowo. Badania wydawały się wiarygodne.

Braliście pozory za rzeczywistość. Posłuszeństwo odbieraliście jako poparcie.
Nie braliśmy pod uwagę powszechnego poczucia krachu tego systemu. W 1986 r. przeprowadzono szczegółowe badania na mój temat. Odrzucało mnie 48 procent. Aprobowało – 38 procent. Tam rozpisano szczegółowo moje motywy, niektórzy z dezaprobatą stwierdzali, że robię to, co robię, dla kariery, dla zysku. Byłem więc przekonany, że takie oceny są szczere. Sądziłem, że w wielkomiejskim okręgu Warszawa-Śródmieście dostanę dobry wynik, zwłaszcza że rozpoznawało mnie 96 procent Polaków. Że poprą mnie robotnicy z wielkich zagranicznych budów, którzy zawdzięczali władzy fuchę. Wszystko się nie sprawdziło, choć przesłanki były racjonalne.

A nie brał pan pod uwagę interpretacji najprostszej – że jest pan powszechnie nielubiany?
Brałem, ale nie tak jednoznacznie. Nie wierzyłem w twierdzenie: wszyscy nienawidzą Urbana. Byli ludzie, którzy mnie kochali jako gladiatora walczącego z zagrażającą im siłą.

Dobrze pan się czuł w roli człowieka znienawidzonego?
Tak. To wynika z mojego charakteru. Ja nie lubię, jak mnie lubią.

Dlaczego?
Przekora, skaza charakteru. Ostatnio przestałem bywać na spotkaniach publicznych, bo przejawy sympatii moich zwolenników nie sprawiały mi przyjemności. A tylko oni przychodzą.

A jak odebraliście klęskę poza milczeniem 5 czerwca? Nikt nie rzucił jak Stalin, w momencie gdy Niemcy stali pod Moskwą: przesraliśmy to, towarzysze?
Początkowo zajęliśmy się bieżączką, koniecznością przepchnięcia listy krajowej. Były pretensje do pułkownika Kwiatkowskiego, szefa OBOP, że nie przewidział. Do mnie, że kampania była marna. Ja z kolei zgłaszałem pretensje, że Okrągły Stół trwał zbyt długo. Można było zawrzeć polityczny kontrakt w jeden dzień, a tak „Solidarność” miała dwa i pół miesiąca nieustającej kampanii wyborczej.

„Solidarność” zaskoczyła was czymś? Jeden z nas jest z małej podolsztyńskiej miejscowości. I plakaty opozycji tam dotarły, choć wcześniej nikt jej tam nie widział.
Ja siedziałem wtedy w gabinecie prezesa telewizji. Oglądałem programy „Solidarności” i nasze – nie różniły się specjalnie jakością. Różniły się wzięciem. My, skazani na postawę obronną, nie mieliśmy nic do powiedzenia. Oni mówili to, co ludzie chcieli słuchać.

Nie pomyślał pan sobie: zmarnowałem 10 lat życia, broniąc systemu, który dał się na koniec tak łatwo rozmontować? I obozu, który schodził ze sceny chyłkiem i w niesławie.
To była ewolucja, więc zdążyłem przywyknąć. Zaskoczony nie byłem.

Miał pan poczucie, że przy Okrągłym Stole zawarto jakieś tajne porozumienia?
Raczej nie. Chociaż miałem przeświadczenie, że gdzieś między wierszami umówiono się, iż prezydentem będzie Jaruzelski. Więc kiedy potem wygrał w Zgromadzeniu Narodowym jednym głosem, wcale się nie zdziwiłem, choć uznałem to za poniżenie generała.

Rząd Mazowieckiego uchodzi za psikusa spłatanego przez Wałęsę i braci Kaczyńskich partyjnym reformatorom i lewicy solidarnościowej.
Ja go odbierałem raczej jako produkt nienawiści naszych sojuszników z ZSL i SD do nas. Ale proszę pamiętać, mnie i tak ziemia usuwała się spod nóg. Już po wyborach Jaruzelski proponował mi szefowanie „Rzeczpospolitej”. Ale po sformowaniu rządu Mazowieckiego zrozumiałem, że trudno mi będzie pracować w dziennikarstwie, bo żadna redakcja mnie nie zechce, byłbym balastem. Mogłem jeszcze próbować wyjechać do zaprzyjaźnionego kraju, zostać autorytetem w Sofii czy Pradze, gdzie uważano mnie za cudotwórcę. A potem upadł mur berliński. Nie powiem, żebym się tym zmartwił, ale...

A jak pan witał rząd Mazowieckiego: jako wrogi czy taki, z którym wasze środowisko będzie mogło się dogadać?
Kiedy odchodziłem ze stanowiska prezesa Radiokomitetu, to w obecności Tadeusza Mazowieckiego i mojego następcy Andrzeja Drawicza powiedziałem do dziennikarzy, żeby się trzymali i nie dawali tym łobuzom. Oczywiście używałem łagodniejszych słów. Z drugiej strony potem miałem miłą rozmowę z Mazowieckim, a Drawicz chwalił moje opinie o ludziach z telewizji.

Czyli z waszej perspektywy nie było jeszcze tak najgorzej. Czym różniła się społeczna rzeczywistość za rządu Mazowieckiego od tej przy waszym ewentualnym rządzie?
My na przykład chcieliśmy, aby PZPR pozostała w zakładach pracy. Chcieliśmy, aby nasze pozycje były możliwie silne, ale też sprzyjaliśmy zmianom.

A rzeczywistość społeczna? Z jednej strony żywiołowy rozwój wolnego rynku, z drugiej – uwłaszczenie nomenklatury.
Odrzucam pojęcie „uwłaszczenia nomenklatury”. Taki proces nie zaistniał.

Zaistniał, tylko towarzysze to w dużej mierze przejedli i zmarnowali.
To prawda, że kadra menedżerska, a więc tak zwana nomenklatura, tworzyła prywatne spółki, bo miała największy dostęp do wiedzy, do informacji. Ale partia nie zmieniła władzy na własność. Polityczni działacze nie stali się milionerami. Nie było oligarchii jak w Rosji, bo u nas przemian nie narzucano odgórnie.

Były prywatyzacje wykreowane przez elity postkomunistyczne, na przykład powstanie BIG Banku. Tylko że później to zostało w dużej mierze zmarnowane przez waszych ludzi w biznesie, takich jak Kott czy Przywieczerski.
W BIG Banku byli różni ludzie, także dawna prywatna inicjatywa. Tworzyły się prywatne konsorcja i zrozumiałe, że ludzie znający się na bankowości odgrywali w nich sporą rolę. A że niektórzy ludzie z opozycji sobie wymarzyli, że ci, którzy byli na szczycie, znajdą się na dnie, a ci, którzy byli na dnie, znajdą się na szczycie? To są naiwne utopie. Tak się dzieje tylko przy bardzo krwawych rewolucjach.

Poczuwa się pan do współautorstwa III RP? Najpierw ją pan atakował w „Nie” z pozycji postkomunistycznych. Potem przyczynił się pan do zachwiania nią – świadcząc przed komisją śledczą badającą aferę Rywina. A teraz znów jej pan broni, tym razem przed Kaczyńskimi.
Wykreowaliśmy ją do spółki z dawną opozycją. Ja byłem niechętny nowej elicie solidarnościowej, ale trochę tak, jak kibice sportowi broniący swojego klubu.

Na początku lat 90. byliście wrodzy państwu. Podawaliście w gazecie numery telefonów wysokich urzędników rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego.
Ten stosunek się zmieniał. I zmienił się ostatecznie do tego stopnia, że gdybym nie czuł się zobowiązany historycznymi zaszłościami, nie poszedłbym głosować na lewicę, poparłbym Platformę Obywatelską.

To mocno zaskakujące wyznanie.
Zacznijmy od tego, że jestem mocno rozczarowany lewicą.

Sam przyłożył pan rękę do jej klęski. Zeznając de facto przeciw Leszkowi Millerowi przy okazji afery Rywina.
Ale nie było moją intencją pognębienie lewicy, raczej naprawa i wzmocnienie SLD. Chciałem przeciwdziałać oligarchizacji Polski. W „Nie” przestrzegałem bardzo precyzyjnie przed zrostem Millerowskiej władzy i wielkiego biznesu. Pisałem, że grozi nam sytuacja, gdy to władza decyduje, kto się bogaci, a bogaci decydują, kto ma być u władzy.

Wypisz wymaluj diagnoza Kaczyńskiego.
Nie, bo on twierdził, że oligarchia już istnieje. Ja uważałem, jak się potem okazało przesadnie, że to niebezpieczeństwo odnosi się do przyszłości.

Pamiętamy, jak niedługo po wyborach 2001 r. w „Nie” pojawił się opis wielkopańskiej, oligarchicznej imprezy u Andrzeja Pęczaka...
Od wiosny 2002 r. zaczęliśmy ostro krytykować premiera Millera.

Najbliższego z najbliższych.
Zwalczaliśmy różne przejawy polityki Millera, także jego spotkanie z Kuklińskim czy księdzem Jankowskim. Ale rzeczywiście wypominaliśmy mu, że nie wychodzi z domów bogaczy. Co to za lider lewicy, który czuje się najlepiej na salonach Business Centre Club i popiera podatek liniowy? Znałem to towarzystwo od podszewki. Śmierdziało mi to aferami bardziej, niż to się potem okazało.

Żałował pan uderzenia w Millera?
Nie, choć było mi przykro, że korzyści z tego wyciągnął obóz fanatyków i nacjonalistow, czyli Kaczyńskich.

Pojawiała się u pana jednak przestroga przed oligarchizacją. Pomimo pana zapewnień, że nomenklatura nigdy się w Polsce nie uwłaszczyła.
Ale ja nie stawiałem diagnozy, że komuchy stały się oligarchami, bo to nieprawda. Komuchy zwąchiwały się z bogaczami niezależnie od ich pochodzenia.

Ale czy biografie bogaczy nie miały żadnego znaczenia? Jan Kulczyk, ważny biznesowy sojusznik Millera w tamtym czasie, zbudował swoje imperium w oparciu o pierwszy milion zarobiony przez jego ojca jeszcze w czasach PRL, w handlu zagranicznym.
Ktoś kogoś znał wcześniej, ktoś znał czyjegoś tatusia – może to miało jakieś znaczenie. Może nie. Starszy Kulczyk bodaj zarobił miliony za granicą. Jak? Nie wiemy. Możliwe, że ktoś tam korzystał z protekcji ambasady albo wywiadu.

No to ma pan uwłaszczenie.
Ale to nie jest uwłaszczenie nomenklatury. Powtarzam: nie nastąpiła taka wymiana elit, jakby sobie tego życzyli twórcy IV RP. Procesami społeczno-gospodarczymi nie rządzą kryteria moralne. Niech się uczą, k…, historii, obserwując dzieje rewolucji francuskiej, Napoleona, Burbonów.

Dlaczego nie żałował pan swojego środowiska politycznego?
Żal może mi ich było, ale uważałem, przesadnie, że na czele rządu stoją aferzyści.

Afera Rywina tego nie dowiodła?
Dowiodła brzydkich powiązań, ale korupcji politykom SLD nie dowiedziono. Nie wiem, w czyim imieniu Rywin przychodził do Michnika.

Nie Leszka Millera?
Kiedy Lew Rywin wyszedł z wiezienia, na pewnym biznesowym przyjęciu w mojej obecności rzucili się sobie na szyję z Millerem. Bardzo to dziwne, bo gdybym ja się na pana bezpodstawnie powołał, żądając łapówki, byłby pan na mnie wściekły. Więc ten pocałunek wzbudził moją podejrzliwość. Ale to żaden sądowy dowód.

Tylko dlatego popiera pan Tuska, że kiedyś porzucił pan Millera?
Lewica nie jest w stanie wygenerować żadnego programowego przekazu konkurencyjnego do tego, co proponują liberałowie. Ogranicza się do paru zgranych haseł polegających na dzieleniu biedy. A to bardziej żwawo potrafi robić skrajna prawica.

Nie pokłada pan nadziei w nowych liderach lewicy? Na przykład w Sławomirze Sierakowskim?
Nie przepadam za ludźmi, którzy stają się guru stworzonej przez siebie sekty. Sierakowski wydaje mi się poza tym taki jak starzy socjaliści z początku XX w., którzy zamierzali zmieniać świat, kłócąc się w kawiarniach o słowa, pojęcia, tezy. To jałowe. Choć Sierakowski stworzył żywy ośrodek myśli – ludzie go czytają, dyskutują o nim. Politycy lewicy nie robią nawet tego. Dzień po dniu odnoszą się tylko do bieżących posunięć, słów, skandali. Ale tak naprawdę odmiennego lewicowego pomysłu na rozwój gospodarczy nie ma ani Sierakowski, ani politycy lewicy. Zresztą teoria mówiąca o postpolityce, o zaniku podziału na lewicę i prawicę ma dużo wspólnego z rzeczywistością.

A czym budzi pana sympatię Donald Tusk?
Wieloma rzeczami, ale nie chcę mu prawić komplementów, bo tylko mu zaszkodzę. Najważniejsze jest jednak to, że zapewnia stabilizację. Chroni mnie przed obozem nienawistników, którym przewodzą Kaczyńscy. Z ich nacjonalizmem, mitem suwerenności.

Przecież Tusk też występuje raz po raz w obronie suwerenności.
Chodzi mi o przeciwstawianie Polski Unii Europejskiej.

A gdy PO nie tylko redukuje emerytury byłym esbekom, ale i Jaruzelskiemu, to też się panu podoba?
Oczywiście, że nie. To dość podły sposób na zapewnienie sobie wyborców – kosztem PiS. Choć Tusk powinien ich szukać raczej po stronie wyborców lewicy. Ale nauczyłem się wybierać rozwiązania nie do końca mnie satysfakcjonujące.

Można dostrzec w pana życiowych wyborach pewną prawidłowość. Kiedyś szukał pan ochrony przed nacjonalistyczną, klerykalną, roszczeniową dziczą u Jaruzelskiego. Teraz szuka jej pan u Tuska.
Coś w tym jest. Gdy Tusk zmaga się ze stoczniowcami, ja przypominam sobie, ile my dopłacaliśmy do Stoczni Gdańskiej już w latach 80. Co to w ogóle za pomysł, aby pozostawiać jakiś zakład pracy, bo jest symbolem? Gdyby teren stoczni zaorać, tam mogłoby powstać inne miejsce pracy, które być może też zatrudniłoby 1900 osób.

Ma pan poczucie, że pana obóz przegrał bitwę o pamięć?
Z pewnością. Jestem przywiązany do wizji historii bliskiej etosowi lewicy, ale to nie bardzo się w Polsce udało. Za czasów Kwaśniewskiego proponowałem na przykład ożywienie tradycji Października ’56. Ale skończyło się na jednej sesji naukowej w pałacu prezydenckim. Jestem człowiekiem, który z przyjemnością czyta „Kawior i popiół” Marci Shore, a nie wypociny historiografii IPN-owskiej.

Tyle że w Polsce spór z panem to nie tyle spór z tradycją lewicową, ile z tradycją dyktatury. Zapewne nie poszedł pan do kina na popularny film „Popiełuszko”. Pojawia się pan w nim jako postać wybitnie negatywna.
Nie chodzę na kiepskie filmy propagandowe. Wyjątek zrobiłem dla „Katynia” Wajdy. Tylko po to, aby się przekonać, że zapomniał już, jak się robi filmy.

Nie żałuje pan teraz tego, co pan mówił i pisał o księdzu Popiełuszce?
Oczywiście, że żałuję. Skąd mogłem wiedzieć, że zostanie zamordowany przez spisek w łonie politycznej policji?

Wspierał pan swoimi artykułami kampanię opartą na sfingowanych dowodach, na policyjnej prowokacji.
Taka prowokacja jak znalezienie broni w mieszkaniu Popiełuszki wydawała mi się zbyt grubymi nićmi szyta, więc nieprawdopodobna. Bywałem wprowadzany w błąd, także i w innych sprawach. Raz pokazano mi sfingowany protokół z inwigilacji Geremka i innych intelektualistów z opozycji, żebym powiedział, że się kontaktują ze szpiegiem. W jednym tylko przypadku zauważyłem, że SB kręci – gdy fingowała śledztwo w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka. Ale i wtedy nie chodziło o zabicie z premedytacją syna opozycjonistki, tylko o przypadkowe pobicie. SB działała pod naporem nieprawdziwych oskarżeń, że morduje opozycjonistom dzieci.

Nie budzi się pan po nocach, gdy pan sobie przypomina, jaki system pan wówczas wspierał?
Nie, bo w zarzutach wobec niego prawda miesza się z nieprawdą, przypuszczeniami, mitami. Stan wojenny był operacją przeprowadzoną kosztem niewielu ofiar, a przecież i tak widziałem, jak Jaruzelski był wstrząśnięty górnikami z Wujka. Podczas takich operacji ofiary są zawsze, nie tylko, jak to panowie mówicie, w systemach autorytarnych. I w złych, i w dobrych dla mnie czasach PRL była moją ojczyzną. z

Jerzy Urban, dziennikarz, publicysta, pisarz i polityk lewicowy, redaktor naczelny tygodnika „Nie”. W latach 1981 – 1989 rzecznik prasowy rządu PRL

piątek, 22 maja 2009

Czy spółdzielnie dostaną miliardy od państwa

Renata Krupa-Dąbrowska 22-05-2009, ostatnia aktualizacja 22-05-2009 06:58

Spółdzielnia mieszkaniowa Nowa na Śląsku wystąpi pierwsza z pozwem do Skarbu Państwa o odszkodowanie za tanie przewłaszczenie mieszkań

autor zdjęcia: Seweryn Sołtys
źródło: Fotorzepa

W ślad za spółdzielnią mieszkaniową ze Śląska planują pójść inne spółdzielnie. Wśród nich jest: Poznańska Spółdzielnia Mieszkaniowa, Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa. Te jednak chcą poczekać do nowego roku.

Bez szans

Na razie trzy spółdzielnie wystąpiły o ugodę do ministra infrastruktury.

– Nie widzimy powodu, dla którego mielibyśmy wypłacić te pieniądze – wyjaśnił Piotr Styczeń, wiceminister infrastruktury. – Naszym zdaniem – dodaje – spółdzielnie nie poniosły żadnych strat z tego tytułu, że przez dwa ostatnie lata przewłaszczały tanio.

Według ministra budowały one za tanie kredyty państwowe, które przed przewłaszczeniem każdy spółdzielca musiał spłacić. – Nie da się w tym wypadku wyliczyć straty.

Widmo orzeczenia

Podstawą dochodzenia roszczeń odszkodowawczych może być art. 4171 kodeksu cywilnego. Przewiduje on, że jeśli szkoda została wyrządzona przez wydanie aktu normatywnego, to jej naprawienia można żądać po stwierdzeniu niezgodności z konstytucją tego aktu.

Odszkodowań dochodzi się w sądach, ale dotychczasowe orzecznictwo jest tu przeszkodą. W uchwale z 7 grudnia 2007 r. (sygn. III CZP 125/07) Sąd Najwyższy uznał, że Skarb Państwa nie ponosi odpowiedzialności za szkody wyrządzone przez wydanie aktu prawnego, gdy jego przepisy – pomimo stwierdzenia sprzeczności z konstytucją – nadal czasowo obowiązywały. Mecenas Jacek Bartoszek reprezentujący spółdzielnię Złoty Stok ocenia, że ma ona 50 proc. szans.

15 tys. zł może wynosić, według Związku Rewizyjnego Spółdzielni Mieszkaniowych, strata spółdzielni na jednym mieszkaniu

– Sąd Najwyższy 3 lipca 2003 r. wydał inne orzeczenie, które przemawia na korzyść spółdzielni. Przemawia także na ich korzyść wiele orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego – wyjaśnia.

Wiele spółdzielni chce walczyć do końca.

– Jak trzeba będzie, pójdziemy do Sądu Najwyższego i Strasburga – mówi prezes Okińczyc z „Przylesia” w Koszalinie.

Samo uzasadnienie wyroku Trybunału z grudnia 2008 r. dotyczącego wykupu mieszkań (patrz ramka) milczy o odszkodowaniach od Skarbu Państwa za szkody, które w opinii prezesów przyniosło ustanawianie własności lokali za niewielkie kwoty.

Jak było kiedyś

Wcześniej do spółdzielni wpływało za wykup średnio po kilkanaście tysięcy złotych od lokalu. Tanie przekształcenia są możliwe jeszcze do 30 grudnia 2009 r. Przez to dochodzenie odszkodowań będzie poważnie utrudnione (patrz ramka).

Związek Rewizyjny Spółdzielni Mieszkaniowych RP sugeruje, żeby spółdzielnie działały ostrożnie i np. występowały z pozwami o odszkodowanie za jedno mieszkanie. Wtedy w razie przegranej nie poniosą wysokich kosztów sądowych. Wygrana pozwoli im natomiast tą samą metodą wywalczyć odszkodowania za pozostałe tanio przewłaszczone przez lokatorów mieszkania. Do takich spółdzielni należy Przylesie w Koszalinie oraz Nowa w Jastrzębiu-Zdroju.

Skąd wziął się problem

Trybunał Konstytucyjny 17 grudnia 2008 r. zakwestionował zgodność z ustawą zasadniczą m.in. przepisów o przekształceniach mieszkań lokatorskich i własnościowych jako odbywających się kosztem spółdzielni. Zakwestionowane uregulowania weszły w życie 31 lipca 2007 r. i wprowadziły możliwość przewłaszczenia się, jeżeli spółdzielca spłacił kredyt, który przed laty dostała spółdzielnia na wybudowanie jego mieszkania, oraz zapłacił nominalną kwotę kredytu, którą państwo umarzało spółdzielniom. Nie są to wysokie kwoty.

Utratę ważności przepisów TK odroczył do 30 grudnia 2009 r. Do końca roku spółdzielnie mają przekształcać na dotychczasowych zasadach.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorkir.krupa@rp.pl

Rzeczpospolita

Bukmacherzy: Jak grać, żeby zarobić?

Grzegorz Lisicki
2009-05-20, ostatnia aktualizacja 2009-05-22 10:42
Zakłady bukmacherskie pozwalają zarobić, ale tylko najbardziej wytrwałym graczom. Na pozostałych zarabiają bukmacherzy.
Zakłady bukmacherskie pozwalają zarobić, ale tylko najbardziej wytrwałym graczom. Na pozostałych zarabiają bukmacherzy.
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG

Jak bez wysiłku zdobyć dodatkowe pieniądze? Sposobów jest mnóstwo - można grać na giełdzie albo próbować trafić "szóstkę". Można też typować zwycięzców w zakładach sportowych. Dziecinnie proste? - To praca na drugi etat. Amatorzy mogą co najwyżej stracić pieniądze - mówią wytrawni gracze.

Waldemar Bukowski od dziesięciu lat zawodowo zakłada się z bukmacherami o wyniki spotkań i rozgrywek w piłkę nożną
Waldemar Bukowski od dziesięciu lat zawodowo zakłada się z bukmacherami o wyniki spotkań i rozgrywek w piłkę nożną
Na przygotowanie zakładów Bukowski poświęca dwie godziny dziennie. - To ciężka harówka głową - mówi.
Na przygotowanie zakładów Bukowski poświęca dwie godziny dziennie. - To ciężka harówka głową - mówi.
ZOBACZ TAKŻE
Sobota, lotnisko Okęcie. W hali przylotów spotykamy się z Waldemarem Bukowskim i jego żoną Ewą. Państwo Bukowscy są zrelaksowani i zadowoleni z życia - właśnie wrócili z wycieczki do Monachium. - Zwiedzaliśmy miasto, muzeum BMW, wieżę telewizyjną. Do tego pluskanie w największym w Europie aqua-parku - wylicza jednym tchem pan Waldemar. Ale te atrakcje to tylko dodatek do gwoździa programu - meczu na szczycie Bundesligi na supernowoczesnym stadionie Allianz Arena. - Rozgrywka Bayer Leverkusen z Bayernem Monachium! - emocjonuje się Waldemar Bukowski.

Zawodowy gracz

Kto jeździ na wakacje oglądać mecze? Tylko ci, którzy ze sportu uczynili sposób na życie. Nie chodzi jednak o zawodowych sportowców, tylko o kibiców, którzy przyglądają się ich wynikom. I potrafią na tym zarobić. Waldemar Bukowski wie, jak to zrobić - od dziesięciu lat zawodowo zakłada się z bukmacherami o wyniki spotkań i rozgrywek w piłkę nożną, interesują go też: hokej, tenis, boks i lekka atletyka. Wcześniej zakładał się z kolegami w rodzinnym Sanoku. Aż do czasu, kiedy w ich mieście pojawiła się pierwsza z firm bukmacherskich. Teraz jest już zawodowcem i uznanym graczem. Tak uznanym, że Totolotek S.A., w którym najczęściej obstawia zakłady, już osiem razy wysłał go za granicę w dowód uznania dla stałego klienta. Który dużo wygrywa, ale i przynosi dochód firmie. Ile już wygrał? Wystarczyłoby na mieszkanie w Warszawie. Ile zainwestował? - Pewnie niewiele mniej - zastanawia się. - Ale nie zawsze się wygrywało. Pierwszy rok zakładów upłynął pod znakiem ułańskiej fantazji, przegrałem trochę pieniędzy - opowiada pan Waldemar. Wtedy pasji męża zaczęła przyglądać się pani Ewa. Małżeństwo prowadzi firmę w Sanoku. - Trochę mnie przystopowała - śmieje się pan Waldemar. Trzeba było szukać sposobu na grę. - Opracowanie strategii zajęło mi rok. Teraz wystarczy się jej trzymać - mówi. - Ale to ciężka praca - opowiada. Praca? Okazuje się, że zakłady bukmacherskie to ciężki kawałek chleba. Kto liczy na szybkie i wysokie wygrane, musi liczyć się z bolesną porażką. - Ja na przygotowanie zakładów poświęcam dwie godziny dziennie. To ciężka harówka głową - tłumaczy Bukowski.

Statystyka dla wytrwałych

O co chodzi? Wytrawny gracz jest zawsze na bieżąco z wynikami swojej drużyny. Ale nie tylko. Do tego potrzebna jest też wiedza o stanie zdrowia głównych zawodników, ich formie, atmosferze w drużynie. A także analiza tabeli, statystyk drużyny z ostatnich 4-5 spotkań (liczba kartek, rzutów rożnych, karnych itp.). Plus lektura prasy fachowej, stron internetowych i forów. - Oglądanie samego meczu to dodatek - śmieje się pan Waldemar. Po co to wszystko? Żeby zdobyć jak najwięcej cennych informacji. - Gdy gra pierwsza drużyna z ostatnią w tabeli, tylko z pozoru wynik jest oczywisty. Jest mnóstwo zmiennych, pod koniec sezonu gra się inaczej niż na początku. Liderowi już nie zależy, słabeusz gryzie trawę z wysiłku. Wszystko może się zdarzyć, ale nie każdy to wie - tłumaczy Bukowski. Potrzebne są też "chody" i znajomości. - Tak się składa, że mam kilku znajomych w naszej drużynie w Sanoku. Te informacje pomagają mi właściwie obstawiać - tłumaczy. Ale kto nie ma "wejść", musi podpierać się analizą i statystyką. A także psychologią. - Bardzo ważna. Bywa, że gdy do drużyny przychodzi nowy trener, słabeusz potrafi zmieść utytułowanego rywala. Statystyka i wiedza poparta analizą to 75 proc. Pozostałe procenty to szczęście i siły pozaziemskie - śmieje się. Są z tego korzyści. - Teraz jestem zadowolony z tego, ile wygrywam. Ale to dopiero teraz, po kilku latach - zastrzega. Miesięcznie potrafi zarobić nawet 3 tys. zł. Ale bywają i bolesne porażki. - Zdarzyło mi się przegrać tysiąc złotych. Postawiłem na szczypiornistki z Niemiec w meczu z Angolą. Zdawałoby się, że pewniak. A w ostatnich sekundach panie z Angoli wywalczyły remis. Pieniądze przepadły - śmieje się. Takie porażki są nauczką. Pan Waldemar już wie, że tłumek graczy w oddziałach bukmacherów ma małe szanse na wygranie.

Dla sportu, nie dla pieniędzy

To wiedza podobna do tej, którą ma pan Tomasz, zapalony koniarz. Od kilkudziesięciu lat co weekend odwiedza tor konny na warszawskim Służewcu. I co tydzień obserwuje ludzi, którzy przychodzą na wyścigi po pieniądze. - Ten sport to nie pieniądze. Wyścigi to hodowla, wyścigi i zakłady sportowe. Kto przychodzi tu po kasę, przegra. Wyścigi nie są dla niego - mówi pan Tomasz. - Ale jeśli całe życie grał w Dużego Lotka, to tracił pieniądze, bo w to nie można wygrać. A na wyścigach tak. Pan Tomasz nie tylko gra na wyścigach. Jest absolutnie zakochany w koniach. Godzinami może opowiadać wyścigowe historie nie tylko z Polski, ale także z torów w Szwecji, Anglii i USA. Jak mówi, do koni trzeba mieć oko i intuicję - oko, by jednym spojrzeniem ogarnąć konia i wiedzieć, czy ma szanse w wyścigu. - Chodzi o proporcje, nie każdy koń ma odpowiednie. Proporcje równa się predyspozycje do biegania - wyjaśnia. A intuicja - to już nie każdemu jest dane. Ktoś czuje, albo nie czuje wyścigów - mówi pan Tomasz. Ale intuicja i oko do proporcji również nie wystarczają. Na Służewcu można wygrać, ale najważniejsza jest praca. - No niestety, trzeba pogłówkować nad papierami. Wystarczy się rozejrzeć dookoła podczas mityngu wyścigowego, starzy koniarze wciąż siedzą nad papierem - śmieje się pan Tomasz. A jest co analizować - w programie każdego dnia wyścigowego jest lista startowa koni, ich imiona, waga i inne podstawowe informacje. Równie ważny jest dołączony do programu tzw. performance, czyli spis wyników konia, daty startów, i wiele innych rzeczy: dystans, stan toru, zajęte przez konia miejsce. - Tę pracę domową trzeba odrobić, jeśli chce się pograć i wygrać. A konia się nie pozna w ciągu jednego dnia - podkreśla pan Tomasz. Program i "performens" trzeba umieć czytać. Jeśli nie, pozostaje obserwować, na co stawiają inni. - Jeśli nie chcemy za dużo przegrać, postawmy na faworyta - życzliwie radzi pan Tomasz. To uwaga dla "niedzielnych graczy", których pełno można spotkać zarówno w punktach przyjmujących zakłady jak i na Służewcu. Kto poważnie myśli o grze, musi zacząć "znać się" na wyścigach. I nie tylko na nich - także na koniach, dżokejach, rodzajach zakładów itp. To znowu oznacza codzienną pracę - czytanie gazet, internetu, forów internetowych, generalnie "interesowanie się". Wszystko po to, żeby pozostać w obiegu. Ile można wygrać? Nawet kilka tysięcy miesięcznie. Ale i sporo zainwestować. - Nawet kilkaset złotych w gonitwie, żeby wygrana była jako-taka - mówi pan Tomasz. Więcej można zarobić na zagranicznych wyścigach. W Szwecji np. popularne są kłusaki. - A pula wygranych podobna do kumulacji w Dużym Lotku - wzdycha pan Tomasz. Jednak ogrom wiedzy do zdobycia może przerosnąć nowicjuszy z Polski.

Rady dla "niedzielnych"

- Powiedzmy sobie uczciwie. Ci "niedzielni" ludzie nie wygrają. Z nich żyją firmy bukmacherskie i doświadczeni gracze - mówi pan Tomasz. Dlaczego przegrywają i co muszą zrobić, by do minimum ograniczyć straty zanim załapią, o co chodzi w tym biznesie? - Problemem drobnych graczy jest to, że grając za małe pieniądze, chcą wygrać dużo. A to nie Duży Lotek, tu w grę nie wchodzą miliony, lecz tysiące. Ale ich się nie wygra za 5 zł - mówi pan Waldemar. - To zabawa dla ludzi, którzy umieją kontrolować emocje. Kto nie potrafi, ten nie wygra. A porażki bywają bolesne - zaznacza pan Tomasz. Obaj zgodnie odradzają to zajęcie również ludziom mającym kłopoty z hazardem. Gdy ktoś się zapożycza, by grać, albo wydaje ostatnie pieniądze - to dzwonek alarmowy, że trzeba szukać psychologa i specjalisty od uzależnień. A jednorazowe, bajeczne wygrane rodem z kreskówek, gdzie jednoręki bandyta pluje monetami? - Nie zdarzają się w życiu. Trzeba nastawić się na wygrywanie w długich okresach - twierdzi Waldemar Bukowski. - Istotny jest cały sezon. Trzeba założyć, ile miesięcznie chcemy wygrać, i ile możemy przeznaczyć na zakłady. I się pilnować! Tylko to daje wyniki - zaznacza Bukowski. Co chciałby robić dalej? - Wygrać tyle, żeby już nie musieć pracować - śmieje się.