piątek, 23 października 2009

Modern Rocking. Chylińska wyważyła drzwi

Paulina Wilk 22-10-2009, ostatnia aktualizacja 23-10-2009 01:40
Wokalistka poszła na wojnę ze stereotypami. I wygrała. „Modern Rocking” to wymarzona płyta - zaskakująca, nowoczesna, pełna świetnych piosenek Nareszcie ktoś mnie zadziwił, wbił w fotel, rozbawił.
Agnieszka Chylińska
źródło: Materiały Promocyjne
Agnieszka Chylińska
Okładka „Modern Rocking”
źródło: Materiały Promocyjne
Okładka „Modern Rocking”
Nareszcie ktoś mnie zadziwił, wbił w fotel, rozbawił. Nagrywając taneczny album Chylińska wywinęła salto, jeszcze w locie zrzuciła ciężkie rockowe buty i skórzaną kurtkę, a kiedy wylądowała na klubowym parkiecie, miała już na sobie trykot i buty na obcasie. Za takie przemiany świat podziwia Madonnę, jej fani z każdą kolejną płytą podróżują w nowe miejsce.
Na Chylińską pewnie posypią się gromy: że zdradziła rockowych fanów, że poślubiła rozrywkę i robi kiczowate disco. Ale „Modern Rocking” trafia w swój czas - takie brzmienia, z pogranicza dance i rocka, to najgorętszy, najważniejszy obecnie nurt popu. A Chylińska, współpracując z młodymi producentami z Planu B - Bartkiem Królikiem i Markiem Piotrowskim, wykazała się odwagą i wyobraźnią, jakiej brakuje polskim wokalistkom. Kasia Kowalska, Justyna Steczkowska i Kayah zaczęły kariery, jak Chylińska, w latach 90., ale od tego czasu trzymają stały kurs. Więcej fantazji i skłonności do ryzyka mają artystki doświadczone, choćby Maryla Rodowicz.
Radykalny ruch Chylińskiej może dobrze wpłynąć na cały polski pop. Wysadziła w powietrze stare przyzwyczajenia i pokazała, że istotą współczesnej w muzyki jest dynamika: łączenie gatunków, uciekanie od kategoryzacji, przekraczanie granic. Jej przeskok w klubowe rytmy byłby tylko manifestacją, gdyby nie fakt, że wywiązała się z najważniejszego zadania - nagrała bardzo dobry album.
Zdała test wokalny. Łatwiej popisywać się siłą, górować nad ostrymi gitarowymi riffami, ale w muzyce klubowej nie ma miejsca na piosenkarską pychę. Jest dyscyplina - trzeba śpiewać jak najprościej, podporządkować się rytmowi, ustąpić pola pulsującym bitom i pauzom, które tworzą napięcie. Chylińska to potrafi, więcej - pokazuje, że umie śpiewać ładnie i subtelnie, choć nie jest ckliwa. Tu i ówdzie przebija się charakterystyczna chrypa, surowy ton. Wokalistka wiruje na parkiecie, ale nie straciła wyrazu. Na płycie jest rockowa energia, pazur i werwa, tylko wyrażona w zupełnie nowy sposób, dzięki innym instrumentom.
Chylińska emanuje seksapilem rodem z lat 80. Gdy w pulsującym szybko „Fochu” śpiewa zaniedbującemu ją facetowi: „Tracę czas, kotku”, to wydaje się, że z czarującym uśmiechem przydeptuje go lakierowaną szpilką. Jest zmysłowa, ale zmienna: w „Plim plam” chłodna i dynamiczna; w soulowym „Powiedz” – czuła; w metalicznej „Zimie” – mroczna.
Kiedyś była guru depresyjnych nastolatków, dziś może stać się ulubienicą młodych kobiet, które - jak ona - wyrosły z kompleksów, odkryły nowe możliwości. I chcą, jak w refrenie hitu Cindy Lauper, wreszcie się zabawić.
Agnieszka Chylińska, „Modern Rocking” EMI Music, Polska, 2009
"Rz" Online

Chylińska: Jestem trochę dzidzia-piernik

Paulina Wilk 23-10-2009, ostatnia aktualizacja 23-10-2009 01:08
Agnieszka Chylińska mówi Paulinie Wilk o miłości do kiczu, rozstaniu z rock’n’rollem, wizytach w warzywniaku i nowej płycie „Modern Rocking”
Agnieszka Chylińska teraz śpiewa popowe piosenki
źródło: EMI
Agnieszka Chylińska teraz śpiewa popowe piosenki
autor zdjęcia: Marcin Włodarski
źródło: Reporter
Agnieszka Chylińska
źródło: Materiały Promocyjne
Agnieszka Chylińska
Znika pani ze świata muzyki na pięć lat, a teraz objawia się jako wokalistka tanecznego popu. Co się z panią stało?
Agnieszka Chylińska: Rozumiem, że to szok, ale zmianę przechodziłam stopniowo, teraz widać efekt. Najpierw konfrontowałam się sama ze sobą. Zamknęłam się w domu na cztery lata. Oczywiście bezpośrednią przyczyną była ciąża i narodziny syna, ale ten czas okazał się dla mnie zbawienny. Bardzo przeżyłam niepowodzenie solowej płyty “Winna”. Nie rozumiałam, dlaczego była tak krytykowana, skoro nagrywając ją, starałam się podtrzymywać rockową pochodnię po rozpadzie O.N.A. Okazało się, że to nie wystarczy, bo fani oczekują, że pozostanę identyczną rockową ikoną, jaką byłam w zespole. To przypomina kult świętych, tylko święci są w lepszej sytuacji, bo nie żyją – są niejako zahibernowani. A ja jestem w ruchu. I poczułam, że muszę zdjąć rock’n’rollową skórę. Pójść dalej.
A więc to koniec ostrej Chylińskiej?
Rock’n’rollem powinny się zajmować dziewczyny, które nie rodziły, nie mają zobowiązań. Wtedy ich bunt jest szczery, organiczny. Wałęsają się między imprezą a pierwszą miłością i to jest esencja rock’n’rolla. Ja już nie umiem znaleźć w sobie powodów do buntu. Dlatego z politowaniem patrzę na kurioza w rodzaju Ozzy’ego Osbourne’a, który wciąż musi udawać krokodyla. Ludzie nienawidzą zmian, a idole stają się ofiarami miłości fanów – od Michaela Jacksona po polskie wokalistki. Z jagnięcą uległością dają się prowadzić i trzymać w szufladach.
A płyta z muzyką klubową jest pani deklaracją niepodległości?
To kryształowy łom, którym chciałam wyrąbać sobie wolność. Nie tylko zmiana stylu muzycznego, ale też dowód, że mogę robić wszystko, na co mam ochotę. Do tej pory muzyka była moim ukojeniem, luminalem. I ja stałam się dla fanów tym samym. Miałam 18 lat, byłam agresywna, nieszczęśliwa, zbuntowana i zakompleksiona. Zbudowałam pomost między sobą a słuchaczami, którzy uznali mnie za wyrazicielkę swojego niezadowolenia. Ale dziś mam 33 lata, jestem szczęśliwa, a muzyki słucham po to, żeby przyjemniej spędzić dzień. A oni oburzeni mówią: “Halo! Gdzie jest nasz luminal? Gdzie nasze brzydkie kaczątko, które pomagało nam poradzić sobie z własną brzydotą?”. Otóż ja właśnie wyszłam z tej ramki i mówię: “A kuku!”.
I liczy pani na zrozumienie?
Wiem, że rzucam się w przepaść. Albo otworzy się dla mnie spadochron ludzkiej życzliwości, albo rąbnę o ziemię. Sama to sobie zafundowałam. Zawsze paliłam za sobą mosty. I takich miałam fanów – radykalnych, fundamentalnych, roszczeniowych. Negatywne reakcje po premierze pierwszej nowej piosenki przyjmuję z pokorą. Wiem, co do niedawna mówiłam o innych artystach. Pamiętam swoje oburzenie, gdy Edyta Bartosiewicz nagrała piosenkę z Krzysztofem Krawczykiem. Wtedy nie przypuszczałam, że będę kiedyś chciała zmiany dla siebie.
A może w pani decyzji nie ma ryzyka? Teraz w nowym kostiumie, z tanecznym rytmem, łatwiej panią zaakceptować.
A skąd! Z moim rodowodem? Z moimi dziarami i przekleństwami? Gdyby tę płytę nagrała debiutantka, to owszem. Ale rockowy elektorat tego nie łyknie.
Nie szkodzi, będą nowi fani.
Bardzo na to liczę. Ale od razu chcę przestrzec – proszę się nie przyzwyczajać do mnie w popowym wcieleniu. Bo nie wiadomo, co zrobię dalej. Ludzie zawsze chcą gdzieś mnie przykleić, mieć mnie z głowy. Nigdy nie będziecie mieć mnie z głowy.
Rozumiem potrzebę zmiany, ale skąd wzięła się u pani miłość do muzyki pop?
Razem z macierzyństwem przyszedł sentyment do czasu dzieciństwa, lata 80. mnie roztkliwiają. Przypomniałam sobie, że zanim zachęcana po żołniersku przez starszego brata sięgnęłam po Iron Maiden i Metallicę, chodziłam na koncerty Papa Dance. Słuchałam Modern Talking, CC Catch, Sandry. Zatęskniłam za utraconym czasem niewinności. Jako 17-latka wystrzeliłam z domu i dołączyłam do profesjonalnego zespołu rockowego. Tak zaczął się etap kompulsywnej, bezrefleksyjnej podróży na złym paliwie, którym była potrzeba akceptacji.
Lata 80. były symbolem kiczu, obciachem, jeszcze przed chwilą skrywanym w pawlaczu. Dlaczego tak bezwstydnie wracają?
Ja wtedy chodziłam w ciuchach po starszym bracie i one kompletnie spieprzyły mi szansę na różowe sukienki, balerinki i getry. A chciałam wyglądać jak bohaterki z “Dynastii”. Dlatego teraz jestem trochę dzidzia-piernik, bo nadrabiam niespełnione marzenia. Wtedy kochałam kicz, ale dopiero dziś mogę kupić różową torebkę i kolorowe frotki, zrobić dwa kucyki i tak pójść po pietruszkę do warzywniaka.
Ten rock, który graliście z O.N.A., oddawał atmosferę Polski lat 90. Pani nowa płyta też dobrze ilustruje współczesną Polskę. Jest w niej coś z różowego luksusu. Z dobrobytem przyszedł blichtr, wygoda. Może stąd plastikowe, banalne i lżejsze brzmienia.
Wszystko rozbija się o to, że w Polsce w latach 80. mało kogo było stać na różowy lukier. Odbijamy sobie wszystko, czego nie mogliśmy mieć. Dla mnie, prywatnie, lata 90. były bardzo nieszczęśli- we. Już nie chcę być jak Joplin czy Morrison i nie chcę być ofiarą czasów. Musiałam wypić hektolitry whisky i nawciągać się koksu, zagrać tysiące koncertów i setki razy się wywalić, żeby wiedzieć, czym jest pogoda ducha, i z uśmiechem czytać synowi “Lokomotywę” Tuwima.
Co się zmieniło w świecie muzyki, kiedy zajmowała się pani Tuwimem?
Na gorsze – to, że coraz częściej z powodów pozamuzycznych ktoś staje się gwiazdą. Na lepsze – poprawiła się jakość produkcji muzycznych. Najbardziej mnie cieszy, że teraz dzieciaki mogą sobie w Internecie wyszukać ciekawych artystów z drugiego końca świata. Mają niesamowitą wiedzę o muzyce i odnajdują chęć do tworzenia. Kiedyś więcej było słuchających niż grających, teraz te proporcje się zmieniają.
I wszyscy, którzy coś potrafią, zgłaszają się do “Mam talent”. Dlaczego pani jest w tym programie? Bo ludzie z telewizji zadzwonili?
Gorzej, sama zadzwoniłam. Mam pięć złotych płyt, doświadczenie, uważałam, że się sprawdzę. Cieszyło mnie, że znów miałam własne sprawy. Wychodziłam z domu i mówiłam mojemu chłopakowi: “Zajmij się małym, wrócę późno”. Ale nie poszłam do “Mam talent”, żeby leczyć własne kompleksy. Myślę, że w dobie boomu na tego typu programy my pokazujemy ludzką twarz jurora.
Ale po co nam kolejne telewizyjne trybunały i masowo produkowane werdykty: “Jestem na nie”, “Jestem na tak”, “Za mało cza-czy w cza-czy”. Dokąd to prowadzi?
To pytanie do producentów programu. Moja satysfakcja polega na tym, że konfrontuję się z tym, z czym długo walczyłam. Przez całe życie byłam oceniana, dziś ja oceniam. Ale dlatego, że jestem ciekawa ludzi. Mogę utalentowanym osobom dać szansę.
Tylko czy w tym programie o to chodzi? Bo ja myślę, że o forsę z reklam.
Takie na pewno jest założenie producentów, mają konkretny interes. Ale uważam, że istnieje też wartość dodatkowa. Interesują mnie ludzkie historie, jestem ciekawa, jak potoczą się losy uczestników. Laureaci poprzedniej edycji, dwaj akrobaci z Melkart Ball, są dziś w swojej niszowej dziedzinie artystycznej absolutnymi gwiazdami. Pomógł im program. Nie cieszy mnie, że Klaudia Kulawik, zamiast śpiewać, gości w “Dzień dobry TVN”, ale takie są warunki współpracy z koncernem.
Pani też idzie na te warunki?
Ta praca jest dla mnie wielką radością. Nie czuję się wykorzystywana. Nie jestem człowiekiem TVN. Po programie wracam do swojego świata, nie próbuję ubić żadnego interesu. Telewizja nie jest patronem mojej płyty.
I wierzy pani, że ta machina wypuści panią z rąk? TVN świadomie tworzy zamknięty obieg własnych gwiazd.
Nigdy nie wchodziłam w układy, nie byłam przyjaciółką wielkich panów i pań z telewizji. Warunki kontraktu negocjowaliśmy długo. Nie dam się kupić, nikt mnie nie będzie miał na zawołanie w swojej kartotece.
A jednak dołączyła pani do korowodu celebrytów. Do kolorowego cyrku, którym karmią się tabloidy.
To jest sytuacja podobna do tej z premierą nowej płyty. Można powiedzieć: “Chylińska robi pop – sprzedała się”. Ale ja i na tej płycie, i w TVN jestem sobą. Niczego nie udaję. Wolność jest dla mnie najważniejsza, będę jej bronić kosztem wszystkiego.
Ryzykuje pani. Założę się, że odkąd jest pani w “Mam talent”, więcej ludzi dzwoni, bo czegoś chce. Może któregoś dnia zabraknie siły, by to kuszenie odeprzeć.
Moja menedżerka świetnie sobie radzi w niewdzięcznej roli bufora. Ja jestem spokojna, jestem z rodziną. Gorzej, że wielu innych muzyków ulega. A ja? Skończymy ten wywiad i pojadę do domu. Kupiłam zajebisty boczek i schab. Będę piec. Odbiorę syna z przedszkola, zajdziemy do warzywniaka po świeże jabłuszka.
Dobrze pani zarabia w telewizji?
Jestem zadowolona, bo w ogóle cieszę się z tego, co dostaję. Zawsze traktowałam pieniądze jak gorące kartofle. Kasę zarobioną z O.N.A. rozwaliłam. Jedyne, co mi zostało, to masa książek. Był czas, kiedy miałam 20 zł w kieszeni. Nigdy do niczego nie pchnęła mnie myśl o płaceniu rachunków. A gdybym kiedyś miała duże pieniądze, chciałabym dla siebie dwóch rzeczy: potężnej biblioteki – takiej, jaką miał mój ukochany Stanisław Lem, i małej sali do tańca. Takiej z parkietem i lustrami. Mówiłabym: “Mamusia idzie tańczyć!”, i zamykałabym się z muzyką. W dzieciństwie chciałam być Michaelem Jacksonem w białych skarpetach, ciągle tańczyłam i darłam się na cały blok. Teraz znowu mogę się bawić. Bo na długi czas zakazałam sobie cieszenia się. W rock’n’rollu trzeba być nihilistą, kontestatorem zastałej rzeczywistości, mówić: “Nie, to mi się nie podoba, nie chcę żyć”. A ja chcę żyć, k...!
Po tych pięciu latach z boku ma pani jeszcze jakichś przyjaciół muzyków?
Moi przyjaciele to pan Andrzej i pani Wiesia z warzywniaka. I pan taksówkarz Jurek, który mnie wszędzie dowozi. Moje przyjaciółki to panie w banku, księgowe – ludzie pracy. Chłonę ich życie, bo w duchu uważam, że my, muzycy, jesteśmy darmozjadami. Mam siąść i gadać o piosence? Po co? Prawdziwe historie są gdzie indziej. Pan Andrzej i pani Wiesia zasuwają siedem dni w tygodniu, żeby kupić plazmowy telewizor. Kupili, i nie mają siły niczego obejrzeć. A ja mam telewizor z 1991 r. i szwedzki tapczan z komisu. Kiedy wracam z siatami ze sklepu, mijam wielki billboard z własną twarzą.
I co?
I nagle sobie przypominam, że zapomniałam schabu. Największym ukoronowaniem mojej popularności jest to, że pani w sklepie mnie zna i lubi i sprzeda mi lepszy kawałek mięsa.

Agnieszka Chylińska (ur. 1976)

+ Wokalistka, autorka piosenek
Jedna z najbardziej utalentowanych i kontrowersyjnych polskich piosenkarek. z rockową grupą o.n.a. nagrywała przebojowe albumy. jest laureatką Fryderyków i zdobywczynią Paszportu „Polityki”.
Po rozpadzie o.n.a. stworzyła grupę Chylinska i wydała solowy album „Winna”.

czwartek, 22 października 2009

Oświadczenia majątkowe europosłów


2009-07-28 18:17



Lidia Geringer de Oedenberg (SLD-UP) i Ryszard Czarnecki (PiS) - to rekordziści wśród europosłów, jeśli chodzi o liczbę posiadanych mieszkań. Deputowani do Parlamentu Europejskiego w oświadczeniach majątkowych zamieszczonych już na stronie internetowej Sejmu informują też o posiadanych przez siebie lasach, łąkach, działkach i maszynach rolniczych.



Niektórzy europosłowie mają także spore zobowiązania do spłaty.



Rekordzistką, jeśli chodzi o liczbę posiadanych nieruchomości jest Lidia Geringer de Oedenberg. Ma ona: 140-metrowy dom o wartości 250 tys. zł; 100-metrowe mieszkanie, o wartości 120 tys. zł; grunty rolne o wartości 240 tys. i 190 tys. zł; 130-metrowy dom, wart 400 tys. zł; 100-metrowe mieszkanie, o wartości 365 tys. zł; 83-metrowe mieszkanie, warte 500 tys. zł oraz mieszkanie w Brukseli o wartości 130 tys. euro. Europosłanka Sojuszu wpisała ponadto 300 tys. złotych i 10 tys. euro oszczędności.



Liczne nieruchomości posiada także Ryszard Czarnecki, który jest właścicielem czterech mieszkań: 80-metrowego, wartego 300 tysięcy zł, 47-metrowego, wartego 280 tys. zł oraz dwóch kawalerek: 29-metrowej o wartości 150 tys. zł oraz 20-metrowej o wartości 20 tys. zł.



Polityk PiS ma też 120-metrowe mieszkanie w Brukseli, na które wziął kredyt w jednym z belgijskich banków; jest także właścicielem znacznych oszczędności - 86,5 tys. zł; 1,5 tys. USD i 131 tys. euro.



Spory majątek posiadają także europosłowie PO: Róża Thun, Danuta Huebner, Jacek Saryusz-Wolski, Janusz Lewandowski i Rafał Trzaskowski. Thun do swego oświadczenia wpisała m.in. wart milion złotych segment o powierzchni ok. 340 m kw., 98-metrowe, warte prawie 900 tys. zł mieszkanie. Ma też dwa grunty rolne - pierwszy o powierzchni 0,42 ha i wartości prawie 17 tys. zł, i drugi o powierzchni ok. 2 ha, wart 100 tys. zł.



Świeżo upieczona europosłanka Platformy ma ponadto - jako współwłasność z mężem - 160-metrowe mieszkanie o wartości 800 tys. zł. Jej oszczędności to 27,5 tys. zł i ponad 3 tys. euro.



Była europejska komisarz, obecnie europosłanka PO Danuta Huebner jest właścicielką połowy domu o powierzchni 340 m kw., wartego 700 tys. zł, 150-metrowego mieszkania, o wartości 400 tys. zł i 60-metrowego mieszkania, wartego 400 tys. zł. Ma również 30 tys. złotych i 260 tys. euro oszczędności.



Huebner - jak deklaruje - w tym roku nie miała żadnych dochodów w Polsce. Jej zarobki w Komisji Europejskiej wyniosły zaś w pierwszej połowie 2009 roku 86,9 tys. euro.



Saryusz-Wolski to właściciel (wraz z żoną) wartego 600 tys. zł domu o powierzchni 183 m kw., ponad 5,5-hektarowego gruntu rolnego o wartości 350 tys. zł, a także w jednej czwartej właściciel dwóch kamienic o wartości 200 tys. i 50 tys. zł.



Europoseł PO zaoszczędził, wraz z żoną, 140 tys. zł i 70 tys. euro. Posiada papiery wartościowe Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych Opera warte 129,5 tys. zł oraz warte ponad 500 tys. zł akcje, które oddał w zarząd banku BRE Wealth Managment Dom Inwestycyjny, z tytułu których w ubiegłym roku zarobił ponad 4,5 tysięcy złotych. Ma też dwa samochody o łącznej wartości 58 tys. złotych.



Lewandowski wymienił w swym oświadczeniu majątkowym trzy mieszkania: 107-metrowe za 800 tys. zł; 112-metrowe za 400 tys. złotych; 43-metrowe za 250 tys. zł. Posiada także 5-hektarową, kupioną za 25 tys. zł działkę rolną. Lewandowski ma ponadto 200 tys. zł i 120 tys. euro oszczędności, a jego małżonka 580 tys. zł.



Dwa mieszkania, z których jedno warte jest ponad milion złotych (75 m kw.), a drugie ponad pół miliona (72 m kw.) posiada Rafał Trzaskowski. Europoseł ma także 10 tysięcy zł oszczędności oraz czteroletnią Mazdę 6.



15-hektarowe gospodarstwo rolne, warte 600 tys. złotych to z kolei własność b. wicemarszałka Sejmu, europosła PSL Jarosława Kalinowskiego. Według jego oświadczenia majątkowego, gospodarstwo przyniosło 30 tys. zł dochodu. Polityk jest ponadto właścicielem działki rekreacyjnej i działki budowlanej (550 tys. zł), 230-metrowego domu (250 tys. zł) i mieszkania o wartości 200 tys. zł.



Kalinowski wpisał do oświadczenia także liczne maszyny rolnicze, o wartości powyżej 10 tysięcy złotych.



Posiadaczem wartego 50 tys. złotych, 1,5-hektarowego gospodarstwa rolnego jest również Paweł Kowal z PiS. Oprócz tego, w swym oświadczeniu uwzględnił 90-metrowe mieszkanie o wartości 800 tys. zł.



Marek Siwiec (SLD-UP) i Bogdan Marcinkiewicz (PO) to posiadacze łąk i lasów. Jeden z takich gruntów - jak podaje w oświadczeniu europoseł Sojuszu - o powierzchni 9 tys. m kw. to wartość około 25 tys. zł. Drugi (5,5 tys. m kw.) Siwiec nabył w 1998 roku, w drodze przetargu w Suchej Beskidzkiej.



Poseł jest ponadto właścicielem wartego 800 tys. zł domu o powierzchni 290 m kw. i 100-metrowego mieszkania o wartości 600 tys. zł, na wynajmie którego - jak podaje - zarobił w zeszłym roku 66 tys. złotych.



Marcinkiewicz posiada łąkę o powierzchni jednego hektara i wartości 100 tys. zł. Ma też wart 720 tys. złotych dom oraz 442-metrowy budynek użytkowy, którego cena - jak podaje w oświadczeniu - wynosi ponad milion złotych.



Polscy europosłowie to często również posiadacze działek rekreacyjnych. Dwie tego typu nieruchomości posiada Lena Kolarska-Bobińska (PO); oprócz tego ma wart 835 tys. zł dom i mieszkanie za 290 tys. złotych.



Była szefowa Instytutu Spraw Publicznych ma ponadto 280 tys. zł oszczędności. Jak członek rady nadzorczej Państwowej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych Kolarska-Bobińska zarobiła w pierwszej połowie 2009 r. blisko 16 tys. zł, a jako kierownik ISP - 144 tys. złotych. Otrzymywała ponadto wynagrodzenie jako wykładowca jednej z prywatnych uczelni wyższych i honoraria autorskie.



Działkę rekreacyjną (610 m kw.), wraz z domkiem, wartą 75 tys. złotych, posiada Janusz Zemke (SLD-UP). Ma również 170-metrowy dom, którego wartość oszacował na 650 tys. zł, lokatę terminową w BRE Banku (300 tys. zł) oraz dwa samochody.



Inny polityk SLD Wojciech Olejniczak to właściciel 135-metrowego, wartego prawie milion zł mieszkania, 62 tys. zł oszczędności, a także... dwóch miejsc postojowych, których wartość oszacował na 48,8 tys. zł.



Nie mniej majętni są europarlamentarzyści PiS. Adam Bielan posiada, wraz z małżonką, 127 tys. zł i 105 tys. euro oszczędności. Jest ponadto właścicielem dwóch mieszkań - o powierzchni 68 i 161 m kw. - wartych: 250 tys. zł i 855 tys. zł.



Jako majątek odrębny żony Bielan wpisał grunt rolny o wartości 20 tys. zł i udziały w spółce cywilnej, z których dochód w 2008 roku wyniósł nieco ponad 2 tys. zł.



Drugi z tzw. "spin-doktorów" PiS, były sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Michał Kamiński jest, do spółki z żoną, właścicielem ponad 100-metrowego domu o wartości 440 tys. zł. Dom kupiony był na kredyt - 160 tys. zł, podobnie jak samochód - za 137 tys. zł. Kamiński ma również 44 tys. euro oszczędności.



Inny, do niedawna bliski współpracownik Lecha Kaczyńskiego prof. Ryszard Legutko (PiS), ma 55 tys. złotych oszczędności, dom 300 m kw. wart milion zł i działkę o wartości 70 tys. zł. Jako prezydencki doradca Legutko zarobił w pierwszej połowie 2009 r. nieco ponad 49 tys. zł, a jako wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego - 16,5 tys. zł.



Skromniejszy majątek wykazał politolog Marek Migalski (PiS), który ma wart około 500 tys. zł dom o powierzchni 108 m kw., 25-metrowe mieszkanie o wartości 100 tys. zł, 1-hektarową działkę rolną o wartości 20 tys. zł i 10 tys. złotych oszczędności.



Jak wynika z oświadczenia majątkowego, do mniej majętnych europosłów należy też nowy szef PE Jerzy Buzek (PO), który wykazał m.in. oszczędności w wysokości 190 tys. zł i 4 tys. euro, a także dwa mieszkania - 48 i 36 m kw. - o wartości 40 tys. zł i 35 tys. złotych.



B. minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro (PiS) to z kolei rekordzista, jeśli chodzi o zaciągnięte kredyty i pożyczki. Spłaca kredyt mieszkaniowy zaciągnięty na 15 lat w Banku BPH na sumę ponad 49 tys. CHF, pożyczkę hipoteczną w wysokości prawie 143 tys. zł, pożyczkę gotówkową w wysokości około ok. 47 tysięcy złotych, a także kredyt samochodowy zaciągnięty na siedem lat w Raiffeisen Bank o wartości prawie 66,5 tys. złotych.



Ziobro posiada przy tym oszczędności w złotówkach - 17 tys. i w euro - 8 tys. Jest - jak podaje w oświadczeniu - m.in. współwłaścicielem 22-arowej działki i domu o wartości 167 tys. zł, 125-metrowego, wartego około 565 tys. zł mieszkania. Ma również udział w nieruchomości rolnej o powierzchni 44 ary wartej 120 tys. zł. W swym majątku wykazał też dwa samochody.



Kredyty do spłacenia mają też - jak deklarują w oświadczeniach - Kowal, Olejniczak, Bielan i Zemke. Polityk SLD spłaca 210 tys. zł kredytu zaciągniętego na zakup mieszkania dla córki. (PAP)



mkr/ ajg/ par/ jbr/







.

(PAP)