poniedziałek, 30 listopada 2009

Dziennik: wywiad z generałem Kiszczakiem

Generał chwali prezesa PiS za dowcip

Kiszczak chwali Kaczyńskiego za dowcip

Czesław Kiszczak zauroczony Jarosławem Kaczyńskim. "Wyskoczył do mnie z żartobliwymi pretensjami: Panie generale, pan internował brata, a mnie nie. Teraz brat robi wielką politykę, a ja nie mam czym się pochwalić" - tak jeden z autorów stanu wojennego wspomina obecnego szefa PiS.

W obszernym wywiadzie dla "DZIENNIKA Gazety Prawnej" jeden z autorów stanu wojennego robi obszerną analizę kilkudziesięcioletniej kariery komunisty. Opowiada o spotkaniu z Kim Ir Senem, o inwigilowaniu opozycji, o wódce (m.in. o tym jak bezpieka wypiła z Janem Pawłem II po kielichu) i o przyjaźni z generałem Wojciechem Jaruzelskim. Jeden z ciekawszych fragmentów dotyczy niszczenia akt po 1989 roku. Od tego wątku zaczyna się cały wywiad:


KAMILA WRONOWSKA, MICHAŁ MAJEWSKI:Czy pan osobiście niszczył teczki współpracowników SB?

CZESŁAW KISZCZAK: Zanim odpowiem, chcę powiedzieć, że służby specjalne w każdym państwie są jednym z filarów władzy. Im ten filar silniejszy, tym państwo mocniejsze. Praca z agenturą z moralnego punktu widzenia może nie zasługiwać na pochwałę, ale bez niej żadne państwo funkcjonować sprawnie nie może. Oficerowie służb, pozyskując współpracowników, gwarantują im utrzymanie tego faktu w tajemnicy. I oficerowie służb specjalnych PRL tej zasady przestrzegają. Dziś Polska ma o wiele szerzej rozbudowane służby, oparte głównie na pracy z tajnymi współpracownikami. To, co się dzieje wokół tych służb przez 20 lat, Polsce nie służy. W 1989 roku przychodzili do mnie, jako do szefa MSW, działacze opozycji, którzy byli tajnymi współpracownikami SB, wywiadu i kontrwywiadu. Naciskałem na guzik. Odbierał szef biura, w skład którego wchodziły archiwa. Prosiłem o przyniesienie teczki. Następnie dawałem ją mojemu gościowi. A on na zapleczu gabinetu wrzucał dokumenty do niszczarki.

Oryginały?

Oryginały.

I duplikaty nie zostawały?

Jeśli ten współpracownik wymieniał w meldunku 10 osób, to papier odbijano w 10 kopiach i trafiał on do 10 różnych teczek.

Ilu osobom zrobił pan taką przysługę?

Nikomu nie odmawiałem.

Kim były te osoby?

Porządni ludzie - działacze, politycy. Niektórych do dziś oglądam w telewizji.

Tadeusz Mazowiecki w czerwcu tego roku dał do zrozumienia, że pan go oszukiwał 20 lat temu w sprawie niszczenia akt SB. Premier słyszał od pana, że to, co się dzieje, jest "rutynowym paleniem duplikatów".

Na posiedzeniu prezydium rządu, które w oparciu o meldunek Jana Rokity zostało zwołane w tej sprawie, tłumaczyłem, że jest to robione w trosce o polityków solidarnościowych. Premier zapewniał mnie, że archiwa będą przez kilkadziesiąt lat chronione, a potem udostępnione wąskiej grupie historyków. Zameldowałem mu, że po powrocie do MSW opracuję depeszę zabraniającą brakowania dokumentów. Tak też zrobiłem. Z tą chwilą zaprzestano brakowania dokumentów tajnych i poufnych. Po posiedzeniu premier na boku spytał, co należałoby zrobić z tymi archiwami. Powiedziałem, żeby dał sto tysięcy dolarów, a kupimy kilka cystern paliwa lotniczego i puścimy archiwa z dymem. Niedługo potem premier powołał trzyosobową komisję, w której byli historycy: Andrzej Ajnenkiel, Jerzy Holzer i Adam Michnik. Po tygodniu ta trójka przybyła do MSW, mieli nieograniczony dostęp do teczek. Dostawali wszystko, o co prosili, i doszli do wniosku, że są to dokumenty, których nie warto pokazywać.

Bo?

Bo zacznie się publiczne urywanie sobie głów. Co zameldowali premierowi, tego nie wiem.

****

Jak pan spędza czas?

Wstaję o 9. Śniadanie. 400 metrów spacerku na bazar po zakupy. Jak jest pogoda i czuję się nieźle, to potem idę na dłuższy spacer. Niecała godzina marszu stałą trasą.

Działka?

800 metrów kwadratowych na Mazurach z dostępem do jeziora i drewnianym domkiem. Skromnie. Dostałem w czasach, w których mogłem sobie przyznać kilka kilometrów kwadratowych. Miejsce zostało wybrane z myślą o moim hobby, myślistwie.

Poluje pan?

W wyniku udaru mózgu prawie straciłem słuch w lewym uchu. Na prawe słyszę słabo. Nie mogę sobie pozwolić na strzelanie, bo ogłuchłbym zupełnie. Ale strzelałem dobrze, najlepiej z tzw. podrzutu, czyli z wolnej ręki, bez opierania broni.

A kto strzelał najlepiej?

Ojciec generała Petelickiego i szef BOR Olgierd Darżynkiewicz. Pierwszy był głównym łowczym w MON, drugi reprezentował Polskę na igrzyskach w strzelectwie.

Wojciech Jaruzelski polował?

Nieczęsto. Nie miał charakteru do polowania. To mól książkowy i gazetowy. Uważa, że takie przyjemności, jak polowanie, gra w brydża czy zbieranie znaczków, to strata czasu. Jest przecież tyle ciekawych książek do przeczytania.

Jaruzelski to pana przyjaciel?

Tak. Nawet kilka dni temu dzwonił. Długa rozmowa.

Pan jest z Jaruzelskim na ty?


On mi mówi na ty, ja do niego nadal "panie generale" albo "obywatelu generale"...

Zdarza się "towarzyszu generale"?

Nie. Proponował mi bruderszaft, wciąż ma pretensje o mówienie "panie generale". Nie sztuka być przyjacielem ministra obrony, premiera czy szefa PZPR. Trzeba mieć szacunek do człowieka. Ja takim szacunkiem darzę generała.

Odwiedza pana?

Czasem. Do niedawna co roku urządzaliśmy z żoną hucznie moje urodziny, 50 - 60 gości. Ale Jaruzelski na takie przyjęcia z wódką się nie nadaje. Każdy pił, ile mógł. Generał nie pije i nie znosi, kiedy piją wokół niego. Dawniej, kiedy zbliżały się jego urodziny, koledzy mnie delegowali, żebym dzwonił i zapowiedział, że chcemy przyjść z życzeniami. Sami faceci, bez kobiet. Mruczał, ale się zgadzał. Kiedyś się ośmieliłem i powiedziałem, że mógłby dobrą wódkę postawić. Obruszył się. Gdy przyszliśmy, wyciągnął z kredensu nalewkę, wlał do naparstków i schował butelkę. Chyba po to, żebyśmy się nie urżnęli.

Kto jest jeszcze pana przyjacielem?

Generałowie: Siwicki, Michał Janiszewski, który leży sparaliżowany, Henryk Dankowski. Także Hipolit Starszak. Wielu ludzi starego chowu. Rzadko widuję się z Jerzym Urbanem, którego zawsze wysoko ceniłem. Z Adamem Michnikiem od czasu do czasu się spotykam i z innymi działaczami dawnej opozycji. Porządni ludzie. Wpada czasem generał Władysław Ciastoń, który zaskakuje mnie cytowaniem wierszy mojej żony. Ja jestem noga do wierszy.

Pan, były oficer służb? Pan ma fenomenalną pamięć.

W zeszłym roku było lepiej.

Emeryturę panu obcięli?

Jeszcze nie. Czekam na rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego.

Do rozmowy włącza się żona generała

MARIA TERESA KISZCZAK: Nie byłoby zmartwienia, gdybyś zrobił jak twoi znajomi, którzy poszli w latach 90. do zarządów i rad nadzorczych spółek.

CZESŁAW KISZCZAK:Nie chciałem. Premier Mazowiecki proponował mi wysoko płatną synekurę. Odmówiłem, uważałem, że dla Polski zrobiłem, co mogłem. A pieniędzy za darmo brać nie chciałem. Renta inwalidzka mi wystarcza.

page

Zmienił pan zdanie o Lechu Wałęsie. Ostatnio powiedział pan, że należy mu się pomnik. W 1982 roku na posiedzeniu biura politycznego KC PZPR mówił pan, że to żulik, mały człowiek i chytry lis.


Podtrzymuję, co mówiłem, ale nie mówiłem tego publicznie. Wtedy ważyły się losy Wałęsy. Większość najwyższego forum opowiadała się za zmianą internowania w aresztowanie i osądzenie go. Ja postulowałem uwolnienie. Poparł mnie generał Jaruzelski i następnego dnia Wałęsa wrócił w domu. Zawsze mówiłem, że Wałęsa jest na cokole i nie ma siły, która by go stamtąd zdjęła. Pamiętajcie, że opozycja na ludziach władzy też wieszała psy. Urok walki politycznej. Popatrzcie, co się dzieje obecnie.

Dlaczego pan mówił "żulik"? Żulik to nawalony facet spod budki z piwem. W tym jest niesłychana pogarda.

Może to było zbyt mocne słowo.

Jest wiele pana wypowiedzi z lat 80., które są w podobnym tonie. "Zdegenerowany margines na utrzymaniu obcych służb" - to łagodność. Pół roku po wprowadzeniu stanu wojennego mówił pan, że "jeśli za mało było dotychczasowych lekcji, prowokatorzy odbiorą następne".

Normalne słownictwo w ustach każdego polityka. To były lata walki. Ale nie oceniajcie polityków na podstawie tego, co mówią, ale co robią. Wałęsa też nie zostawiał na nas suchej nitki. Byliśmy "zgniłkami" i "zaprzańcami".

Trudno się dziwić, skoro MSW urządzało prowokacje, jak zmanipulowanie jego rozmowy z bratem w ośrodku internowania.

Rozmowa jest autentyczna. Bracia sobie wypili po kielichu i dzielili majątek, który Wałęsa zdobył. To się nagrało na magnetofonie brata i na naszym służbowym. Jeśli dobrze pamiętam, to Wałęsa bardzo brzydko mówił o episkopacie.

To było zmontowane, zmanipulowane.

W 100 procentach autentyczne. Nikt tego nie zakwestionował. To była normalna walka polityczna - Wałęsa wieszał psy na nas, my na Wałęsie.

I na całej podziemnej opozycji, że żyje za pieniądze zagranicznych służb.

Uważamy się za pępek i sumienie świata. A Polska jest potrzebna mocarstwom do prowadzenia gier. Amerykanie i Zachód w latach 80. kupowali Polskę za drobne, a ja te drobne, czyli setki tysięcy dolarów, przepuszczałem przez ręce.

O czym pan mówi?

Przez związki zawodowe szły do Polski pieniądze. Kanały były opanowane przez polski wywiad. Podwładni mnie namawiali, żeby te pieniądze zbierać na Skarb Państwa. Ale po co? Wiedzieliśmy, ile pieniędzy przychodzi, do kogo idą, na co są rozdzielane.

Dobrze, że te pieniądze szły. Pomogły w rozmontowaniu komunizmu.

No tak, ale to były grosze. Ludzie na dole wydawali po 10, 20 dolarów. To były wtedy duże pieniądze. A część z tej pomocy, jak mi meldowali podwładni, szła do kieszeni. Z tego tytułu podobno niektórzy mają dziś duże majątki.

Kto? To insynuacja.

Nie będę się po latach i bez wglądu w dokumenty narażał na procesy.

Pan uważa, że PRL nie był represyjnym państwem? Na przykład konfiskowanie ludziom aut za to, że w bagażniku milicja znalazła kilka ulotek?

PRL było najmniej represyjnym państwem w obozie socjalistycznym. Zapominacie o tym, że od września 1986 roku nie było w Polsce więźniów politycznych. Na mój wniosek "amnestionowano" ich bez żadnych następstw prawnych. Od tego dnia nikogo za działalność opozycyjną nie aresztowano. Mówienie o konspiracji po tej dacie to bujda na resorach. Mówienie, że konfiskowano samochody, to przesada. Nie pamiętam takich faktów. Dziś też zabiera się samochody pijanym kierowcom.

To jednak coś innego. W PRL strzelano do ludzi.

Kiedy?

Na przykład w Gdyni w grudniu 1970 roku.

To było ponad 10 lat przed objęciem przeze mnie stanowiska szefa MSW. Tam doszło do tragicznego splotu wydarzeń. Takie sytuacje są potworne, ale zdarzały się na całym świecie.

Byłem wtedy zastępcą szefa kontrwywiadu. Po tragedii na Wybrzeżu groziło nam rozlanie się walk na cały kraj. Mogły być tysiące ofiar. Konieczne okazało się odsunięcie kluczowych postaci od władzy. Byłem pierwszym oficerem, który te zmiany proponował i przygotował. Działania polityczne okazały się skuteczne, ówczesne kierownictwo odeszło od władzy. Niedługo potem generał Jaruzelski zaprosił mnie, mało znanego pułkownika, wraz z rodziną na urlop w Zakopanem. Tam powiedział: "Czesławie, gdyby to się nam nie powiodło, to stracilibyśmy nie tylko epolety, ale i głowy".

Gdzie w ostatnich 40 latach w cywilizowanym świecie zdarzało się, że wojsko strzelało do cywili?

A Irak? Tam strzela się do niewinnych ludzi, straty liczone są w dziesiątkach tysięcy ludzi. A broni masowego rażenia nie znaleziono. A to był pretekst do wojny.

Pan się czuje odpowiedzialny za śmierć górników w Wujku?

Tak, to zrobili moi podwładni. Choć nie wydawałem rozkazu, a o tragedii dowiedziałem się po fakcie. Jest rzeczą potwierdzoną sądownie, że nikomu nie dałem zgody na użycie broni w rejonie Wujka. Poleciłem przerwać akcję i wycofać milicję oraz wojsko poza obręb kopalni. Broń została użyta w obronie własnej w oparciu o przepisy z 1955 roku.

Ostatnio Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że nie ma dowodów, że między górnikami i milicjantami doszło do walki wręcz.

Bzdury. To jak doszło do rozbrojenia trzech milicjantów? Film Kutza o kopalni Wujek jest w miarę obiektywny. Lali się kamieniami, kilofami.

To był dobry pomysł, żeby milicjanci i wojskowi szli do kopalni z ostrą amunicją?

Powtórzę. Mimo nalegań komendanta wojewódzkiego nie wydałem zgody na użycie broni.

Ale śmiertelne strzały były. Nie wykonano pana rozkazu?

Pierwotnie miałem takie zdanie. Ale po przeczytaniu dokumentów, po zapoznaniu się z opinią prokuratury, po decyzji sądu zmieniłem ocenę. Milicjanci uznali, że ich życie jest zagrożone. Na całym świecie w takiej sytuacji milicjanci, policjanci, wojskowi mają prawo użyć broni.

Dlaczego pan przywiązywał taką wagę do walki z Kościołem?

Całkowicie nieuprawniona teza. Lata, w których szefowałem MSW, to najjaśniejszy okres w stosunkach państwo - Kościół. Za moich czasów żaden ksiądz nie został aresztowany, zatrzymany lub rewidowany z wyjątkiem ks. Zycha zamieszanego w zabójstwo sierżanta Karosa. Zobaczcie, ilu księży aresztowano w ostatnim 20-leciu.

W SB, która panu podlegała, działał cały departament, który zajmował się walką z Kościołem.

Nie ja go utworzyłem, ja go zlikwidowałem. Przez całe lata 80. prowadziłem dialog z hierarchami. To są fakty, które potwierdzają historycy i strona kościelna. Opisuje to Peter Raina i ks. bp Alojzy Orszulik. Rozmowy rozpocząłem 14 lub 15 grudnia 1981 roku z kardynałem Franciszkiem Macharskim. Wszystkie postulaty Kościoła załatwiłem pozytywnie. Zaproponowałem przywrócenie stosunków Polska - Watykan, państwo - Kościół, a później dopuszczenie opozycji do współrządzenia krajem.

Generał Władysław Pożoga, pański zastępca w MSW, wspomina, że był pan w kontaktach z Kościołem cyniczny. Z jednej strony pan rozmawiał, z drugiej kazał inwigilować i zwalczać księży. Pożoga, kiedy pana zastępował, dostawał sterty materiałów z inwigilacji ludzi Kościoła.

Do Pożogi radzę podchodzić ostrożnie. Moi przeciwnicy w oparciu o te wypowiedzi wezwali go na świadka do sądu. Wszystko odwołał. Oskarżył autora książek o manipulację i miał go pozwać. Działania, o których wspomniał Pożoga, nie były wielkie, ale były. Mieliśmy problemy z własną opozycją, która naciskała, by atakować Kościół. Jaruzelski mnie bronił. Mieliśmy obok siebie NRD, Związek Radziecki i inne kraje, z których płynęły podszepty, aby tłamsić Kościół. Wymawiano nam, że mamy kapelanów w armii.

Ale po co w tę walkę angażowano tyle sił? Pożoga opowiada, że latach 80. popłynął z MSW rozkaz, żeby jednej niedzieli nagrać i przesłuchać 15 tys. kazań. Zrobiono to i wyszło, że raptem 3 proc. zawierało treści, które mogły mieć wymiar polityczny.

Ja kazałem nagrywać i analizować. Ktoś mi podpowiedział, że polityczne kazania to margines. Tak było. Dane z tych nasłuchów pozwalały mi rozładowywać antykościelne nastroje w partii.

Pracownicy pana resortu mieli zakaz chodzenia do Kościoła. Dlaczego, skoro stosunki państwo - Kościół układały się tak znakomicie?

W MSW pracowali ludzie niewierzący. Sami deklarowali niewiarę. Ale byli też wierzący.

I nie mogli chodzić do kościoła?

Nie wydałem zakazu. Było zalecenie jeszcze z lat 40. albo 50., ale patrzyłem na to przez palce. Partia to też swoista religia.

Przez palce? Pan jest oskarżony o wyrzucenie z resortu porucznika, który chodził do kościoła.

Nie tylko. Sierżanta też podobno za to zwolniłem. Ten oficer nie został zwolniony za chodzenie do kościoła, ale za okłamywanie przełożonych. W służbach specjalnych można okłamywać np. mamę, tatę, ale nie przełożonego. Takie są reguły.

Pan i generał Jaruzelski lansujecie tezę, że za zabójstwem księdza Jerzego Popiełuszki stał twardogłowy i wysoko notowany w Moskwie sekretarz KC PZPR Mirosław Milewski. Jakie macie dowody?

Nie ma bezpośrednich dowodów. Są poszlaki. Kilkanaście dni temu dziennikarze z Krakowa pokazali mi notatkę związaną z zatrzymaniem ks. Popiełuszki w 1983 roku. Nie znałem jej. Jej autorem jest ówczesny zastępca prokuratora generalnego Józef Żyto. Pisze on, że zatelefonował do Milewskiego, aby powiadomić go o wynikach rewizji w mieszkaniu kapłana. Rozmowa, jak wynika z notatki, dotyczy również zatrzymania. Milewski mówi, że musi to z kimś skonsultować, i prosi Żytę o telefon za chwilę. W kolejnej rozmowie przekazuje Życie, że zatrzymanie jest zasadne. Zamknięcie księdza za moimi plecami spowodowało napięcie w relacjach z Kościołem. Byłem umówiony z arcybiskupem Bronisławem Dąbrowskim, że żaden duchowny nie zostanie zatrzymany i zrewidowany bez mojej wiedzy. Ponadto uzgodniłem, że o każdym zatrzymaniu on będzie informowany. Kiedy zatrzymano księdza, arcybiskup zadzwonił z pretensjami. W zażegnywanie tego incydentu musiał się włączyć sam Jaruzelski. Miałem ostrą rozmowę z prokuratorem, Popiełuszkę zwolniono. Przeprosiłem Kościół. Wtedy nie czułem się na siłach, żeby sprawę wyjaśnić do końca. Wystarczyło mi utarcie nosa prokuraturze, Milewskiemu i warszawskiej organizacji partyjnej.

To wydarzenia na długo sprzed porwania. Pożoga oceniał, że Milewski nie stał za tą zbrodnią. Pana zastępca uważał, że Piotrowski ze swoją ekipą chciał Popiełuszkę zastraszyć i zwerbować.

To nie trzyma się kupy. Przed porwaniem Piotrowski rzucił kamieniem w pędzące auto, w którym jechał ksiądz. Omal nie spowodował śmierci Popiełuszki. Trzymał w gabinecie kamienie, które posłużyły do obciążenia ciała. Od początku bił księdza pałką po głowie, aż ten tracił przytomność. Tak się nie werbuje współpracowników. Może tak w latach młodości werbował Władysław Pożoga. To było zabójstwo z premedytacją.


Skoro chcieli zabić, to dlaczego łatwo wypuścili z rąk świadka Waldemara Chrostowskiego? Wystarczyło zawrócić auto, żeby go złapać.

Nie wiem. Z tego, co pamiętam, to Chrostowski był wysportowany, uciekał przez pola. Cała ta zbrodnia była prowokacją, która miała doprowadzić do usunięcia mnie ze stanowiska. Nowy szef MSW sprawców prawdopodobnie by nie ścigał.

W 1983 roku SB zorganizowała tzw. prowokację przy Chłodnej. W mieszkaniu księdza Popiełuszki znaleziono broń i amunicję. Na jednym z dokumentów jest pańska adnotacja: "Dusza mi się śmieje, ale pielgrzymka papieża".

To robiła warszawska prokuratura za wiedzą i zgodą generalnego prokuratora i Milewskiego. W 1983 roku pod nieobecność generałów Ciastonia i Płatka ówczesny pułkownik Adam Pietruszka prosił mnie kilka razy ustnie, żebym zgodził się na rewizję u Popiełuszki, bo tam jest nielegalna literatura i pieniądze opozycji. Nie mówił o broni, amunicji. Odmawiałem. W końcu poprosił pisemnie o zgodę. Znowu odmówiłem. A te słowa? Wielu się powołuje na moją rezolucję i ją cytuje. Ale nikt dokumentu z taką rezolucją nie ujawnił. Podejrzewam, że to kolejny pretekst do pokazywania mojej "dwulicowości w relacjach z Kościołem".

****

Pan, człowiek stojący na czele służb wojskowych, miał pod nosem oficera, który przez lata pracował dla CIA. Sprawa Kuklińskiego to pańska porażka zawodowa?


Odnoszę wrażenie, że w kasie pancernej szefa wywiadu wojskowego armii ZSRR leży gwiazda Bohatera Związku Radzieckiego dla Kuklińskiego.

Mówi pan tak, bo pana ograł.

Był moim przyjacielem, razem przechodziliśmy kurs na akademii w Związku Radzieckim. Kiedy byłem szefem wywiadu wojskowego, często przyjeżdżał z teczką przypiętą łańcuchem do ręki. Otwierał mi dokument na odpowiedniej stronie, ja podpisywałem. Mówiłem mu: "Rysiu, jesteś z kierowcą, z ochroną. Kielicha możesz wypić". Nigdy nie chciał się ze mną napić, pogadać dłużej. O agenturze bym mu nie powiedział, ale nawet zwykłe plotki byłyby dla Amerykanów ciekawe. Potem zostałem szefem kontrwywiadu. Znów do mnie przyjeżdżał z teczką. Znowu nie chciał ze mną gadać.

Do czego pan zmierza?

Moim zdaniem wywiad radziecki zabronił przekazywać do USA dane polskiego wywiadu i kontrwywiadu. A Kukliński mógł przekazywać to, co dotyczyło Sztabu Generalnego, bo to były sprawy ćwiczebne, lipne, nieprawdziwe. Faktyczne dokumenty III wojny były w Moskwie. Dostęp miało do nich kilka osób. I dopiero dokumenty moskiewskie decydowałyby o sposobie użycia wojsk polskich w czasie III wojny. Poza tym nie wierzę, że sam sfotografował 40 tys. dokumentów.

Wiadomo, jak wojsko miało być użyte. Miało iść na Hamburg, a potem na Kopenhagę.

Tego, jak miało być naprawdę, szybko państwo się nie dowiecie. To jest głęboko ukryte w Moskwie albo już zniszczone. Kolejny argument. Na początku lat 80. radzieckim attache wojskowym w Warszawie był Jurij Ryliew. Przed stanem wojennym został z Polski odwołany. I ten Ryliew w latach 90. udzielił moskiewskiej gazecie wywiadu, w którym stwierdził, że ostatnią jego czynnością w Polsce było wyekspediowanie agenta GRU płk. Kuklińskiego do Berlina. Podał, że Kukliński został zwerbowany przez Amerykanów w Wietnamie. GRU wyłapała tę sytuację i zwerbowała go pod groźbą ujawnienia informacji polskiemu kontrwywiadowi.

To są scenariusze filmów szpiegowskich. Można to potraktować jako czarny PR, który radzieccy robili Kuklińskiemu, bo ten robił w trąbę nie tylko was, ale również ich.

Niczego nie wykluczam, ale jest zbyt wiele przesłanek, które świadczą na korzyść tezy, którą przedstawiam.

Po co Rosjanie mieliby robić tę zawiłą kombinację?

Chodziło o przekonanie Amerykanów, że z powodu Polski nie wybuchnie III wojna światowa. A Kukliński to było w miarę pewne źródło. Miał kontakty z marszałkiem Kulikowem, Jaruzelskim, w Układzie Warszawskim, w Sztabie Generalnym. Na temat Kuklińskiego udzieliłem informacji Markowi Barańskiemu. On poszedł dalej i napisał książkę "Nogi Pana Boga", która ukaże się w grudniu. Jeden ze znajomych mówił mi, że będzie bomba wydawnicza.

Jak pan wytłumaczy, że zginęli synowie Kuklińskiego?

Opowiadano mi, że żona Kuklińskiego była prywatnie w Polsce. Obsiadły ją koleżanki. Współczuły, że straciła dzieci. Odparła: "Przestańcie, żyją".

Komu mówiła?

Powiedziałem. Koleżankom.

Kiedy pan był w ZSRR po raz pierwszy?

Prywatnie w 1964 roku i nie popisałem się błyskotliwością. Piastowałem stanowisko szefa kontrwywiadu Marynarki Wojennej. Pojechałem z żoną do sanatorium imienia Dzierżyńskiego w Soczi. Miesiąc odpoczywania w znakomitych warunkach, na zaproszenie szefa kontrwywiadu armii radzieckiej. Opiekował się nami jego pierwszy zastępca, generał lejtnant Ceniow, bohater wojny i przyjaciel Leonida Breżniewa. Prowadził ze mną dziwne rozmowy. Przekaz był taki, że w ZSRR jest źle. Myślałem, że to prowokacja. Nie domyślałem się, że on między słowami mówi, że zaraz będzie przesilenie i odwołają Nikitę Chruszczowa, który odpoczywał obok w Picundzie. Ceniow go zresztą pilnował i osobiście wiózł potem do Moskwy, gdzie Chruszczowa zdjęto ze stanowiska. Był też drugi sygnał, który przeszedł mi koło ucha. W sanatorium poznałem szefa ochrony Kremla. Zaproponował, że pokaże mi Kreml, jakiego nie oglądają delegacje. Po urlopie pojechaliśmy z żoną do Moskwy. Na koniec wycieczki po Kremlu przewodnicy pokazali mi cmentarz, na którym leżą przywódcy ZSRR. Nad każdym grobem cokół z wyrzeźbioną głową. Rzeźby brakowało tylko przy nagrobku Stalina. Uznałem, że to objaw niechęci ekipy Chruszczowa do Józefa Wissarionowicza. Na zakończenie pobytu przyjęcie. Szef kontrwywiadu wypytuje o wrażenia. Mówię, że świetne. Ale on naciska, żebym powiedział, co mi się nie podobało. Wypaliłem w końcu, że wszyscy na cmentarzu są uczczeni, a Stalin rzeźby nie ma. Cisza. W końcu generał rzucił: "Czesławie Janowiczu, nie denerwuj się. W ciągu tygodnia będzie!". Znów nie zrozumiałem. Wróciłem do kraju. Ledwie usiadłem za biurkiem i przyszła wiadomość, że Chruszczow zdjęty, a na jego miejsce przychodzi Breżniew, który przychylniej patrzył na Stalina.

Poznał pan Breżniewa?

Osobiście nie, ale w połowie lat 70. już nie dało się z nim rozmawiać. To był już poważnie chory człowiek. Gwałtownie się starzał i nie potrafił powiedzieć paru zdań z pamięci. Powinien być odsunięty, ale taki stan rzeczy odpowiadał faktycznie rządzącemu triumwiratowi, w którym byli szef dyplomacji Gromyko, marszałek Ustinow i stojący na czele KGB Andropow.

Jurija Andropowa, który został następcą Breżniewa, znał pan chyba dobrze?

Twardy, ale inteligentny człowiek. Wyrocznia radzieckich służb. Kiedy był pierwszym sekretarzem, wielokrotnie mnie zapraszał na Kreml. Nie pojechałem. Uważałem, że kontakty z głową państwa radzieckiego to sprawa Jaruzelskiego. Mnie w latach 80. podszczypywał najbliższy współpracownik Andropowa Władimir Kriuczkow, mózg późniejszego puczu przeciw Gorbaczowowi w 1991 roku. Przepytywał, kogo widzielibyśmy na stanowisku, gdyby zabrakło Jaruzelskiego. Kiedy wymienił wspominanego już Milewskiego, parsknąłem śmiechem. On mnie zaczął przekonywać, że kiedyś z Andropowem już wyciągnęli mało znanego działacza i to był świetny ruch. Chodziło mu o Węgry w 1956 roku. "Skompromitowane kierownictwo musiało odejść i znaleźliśmy prowincjonalnego sekretarza Janosza Kadara. Zobacz, Czesławie Janowiczu, co z niego wyrosło. Prawdziwy mąż stanu!" - opowiadał.

Andropow rządził krótko, trochę ponad rok. Na co umarł?

Miał chore nerki, był na dializie. Byłem u niego na spotkaniu w 1981 roku. Zrobił przerwę i zaprowadził mnie na zaplecze. Wyciągnął butelkę francuskiego koniaku i jeden kieliszek. Powiedziałem, że sam nie pijam. Wziął mnie do następnego pokoju. A tam wielki stół zastawiony lekarstwami. Mówi, że każdego dnia to przyjmuje. Z generałem Jaruzelskim pojechaliśmy na jego pogrzeb w 1984 roku. Po uroczystości delegacje składały kondolencje i wyrazy uszanowania nowemu przywódcy Konstantinowi Czernience. Kiedy przyszła moja kolej, złapał moją dłoń i nie chciał puścić. W końcu wydusił: "Spasiba". Odeszliśmy i mówię do Jaruzelskiego: "Niedługo na drugi pogrzeb, przylecimy". Generał poprosił, żebym nic już nie mówił.

Jak radzieckie służby przyjęły wyniesienie do władzy Gorbaczowa?

To, co zaczął mówić półgębkiem, gdy został sekretarzem generalnym KPZR, budziło niepokój, nawet przerażenie w kremlowskich kręgach władzy. Byłem w Moskwie niedługo po jego wyborze, na przyjęciu wydanym przez szefa KGB gościło całe kierownictwo resortu. Kiedy pojawił się toast na cześć generała Jaruzelskiego, poczułem się zobowiązany wygłosić podobny pod adresem Gorbaczowa. Mówię, jaki młody, zdolny i że proponuję wypić za jego pomyślność. Nikt nie wstał, zero oklasków. To nie była niechęć. To była wrogość.

Jaki był wpływ towarzyszy radzieckich na wydarzenia w Polsce w końcówce lat 80.? Na ile byli informowani przez was, na ile zbierali wiadomości samodzielnie?

Radzieccy, wśród których się obracałem, mieli pełen przegląd sytuacji z różnych źródeł. Uważali, że to, co się dzieje, jest zagrożeniem dla spójności bloku socjalistycznego, i namawiali nas do zlikwidowania opozycji.

Gorbaczow też?

Mówię o ludziach z resortów siłowych. Gdyby ta ekipa zrobiła pucz przeciw Gorbaczowowi wcześniej, na przykład w 1989 roku, to wzięliby władzę. Spóźnili się. W 1991 roku zmiany zaszły już za daleko. W trakcie polskich przemian Rosjan bardzo interesował Okrągły Stół i rozmowy władzy z Kościołem. Do tego stopnia, że mój znajomy szef GRU zainstalował agenta w moim otoczeniu, gdy byłem szefem MSW. Chodzi o majora Marka Z., który został zatrzymany przez UOP w 1993 roku. Z. wchodził w skład grupy, która przygotowywała tajne dokumenty, na przykład na temat rozmów z Wałęsą w 1988 i 1989 roku.

I nie domyślił się pan?

Podejrzewałem. Zrobiłem nawet pewien trik, który mnie w tym upewnił. Wezwałem współpracowników i powiedziałem: "Spotykam się z Wałęsą, będę omawiał takie i takie sprawy, chodzi mi o osiągnięcie takich i takich celów". Poprosiłem o przygotowanie wystąpienia, bo zawsze chodziłem na spotkania z tekstem. Po cichu napisałem zupełnie inne. Szybciutko umówiłem się z rezydentem radzieckich służb w Warszawie. I wyłapałem znajome melodie z tych kartek, z których nie zamierzałem korzystać.


I co pan zrobił?

Wiedziałem, że to Z. lub druga osoba z otoczenia. Trzecią: pułkownika dyplomowanego Ryszarda Iwanciowa, wykluczyłem. Był członkiem AK i krewnym pierwszego dowódcy AK gen. Karaszewicza-Tokarzewskiego. Był moim zastępcą w wywiadzie wojskowym. Miałem przez niego wiele kłopotów, ale zawsze go broniłem. Nie mogłem wszystkich wyrzucać. Ważne, że wiedziałem, kto donosi.

Skoro jesteśmy przy służbach bloku sowieckiego. Pan znał długoletniego nadzorcę Stasi Ericha Mielkego?

Ponad 40 lat na stanowisku, miał słabość do archiwów. Przedziwną przygodę z nim przeżyłem. Poprosił mnie w 1982 roku, żeby jego ludzie mogli wejść do naszych archiwów. Mówił, że chodzi o dokumenty, które pomogłyby osądzić zbrodniarzy hitlerowskich. Zgodziłem się. Obfotografowali, co chcieli. Moja rewizyta w NRD. Przyjęcie w willi Wannsee, w której 40 lat wcześniej zapadła decyzja o eksterminacji Żydów. Mielke wygłasza toast po rosyjsku i robi delikatne wycieczki pod moim adresem za brak współpracy w kwestii dokumentów. Mówię, że jego ludzie dostali dostęp do archiwów. A on, że nie pozwolono im wziąć oryginałów. Potem wyszło, że Mielke wszedł w układ z instytutem w Hamburgu, któremu za duże pieniądze sprzedawał oryginały. Papiery jechały do miejsc, w których już nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego. Nie wiem, czy on to robił dla dobra NRD-owskich służb, czy dla własnej korzyści. Ja otrzymywałem od Mielkego tylko kopie.

Jakie?


Na przykład na temat wiedzy gestapo o Armii Krajowej. Intrygowała mnie, do dziś intryguje sprawa aresztowania komendanta głównego AK generała Stefana Grota-Roweckiego. Wielka postać. O tym mogę rozmawiać godzinami. Tajemnicza historia z kilkorgiem znanych agentów gestapo w tle. Chciałem nawet w latach 80., będąc szefem MSW, napisać pracę na ten temat. W końcu najciekawsze dokumenty przekazałem historykowi Andrzejowi Kunertowi. Wykonywałem na przykład eksperymenty, żeby dokładnie sprawdzić, jak długo jedzie się z siedziby gestapo w alei Szucha do budynku przy Spiskiej, gdzie aresztowano Grota.

Jeździł pan i mierzył czas na stoperze?

Podwładni jeździli.

Skoro jesteśmy przy autach, jakim samochodem pana wożono do pracy?

Z zasady nikt mnie nie woził do MSW. Jeździłem sam, małym peugeotem 204. Dieslem, żeby było taniej.

Żartuje pan?

Miałem kierowcę, ale rzadko korzystałem. Lubiłem tego peugeota. Napisałem nawet do premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, żeby mi go sprzedano po cenie rynkowej. Szef gabinetu Bieleckiego odpisał, żebym stanął do przetargu. Machnąłem ręką. Napisałem książkę i kupiłem nowe auto.



Pan był z generałem Jaruzelskim w latach 80. w Korei Północnej u Kim Ir Sena.

To jedno z najdziwniejszych doświadczeń. Zaczęło się już na lotnisku w Phenianie. Czekał na nas nieprzebrany, wiwatujący tłum. Po drodze to samo, dziesiątki tysięcy ludzi karnie wyprowadzonych na ulice. Na trybunach stadionu tysiące ludzi układało obrazy z plansz...

...w tym wizerunek Jaruzelskiego.

Tak. W tym wszystkim najnormalniej zachowywał się Kim. Klepał po plecach, uśmiechał się, mówił do rzeczy. Ale na oficjalnym przyjęciu też była dziwna sytuacja. Zauważyłem, że rusza się obrus. Zajrzałem pod spód, a tam siedział oficer, który masował stopy Kima. Gdy nas przyjmował, nie był już okazem zdrowia. Miał na szyi dużą narośl. Zdjęcia robiono mu tylko z jednej strony, żeby się to nie wydało. Przekonywał nas do medycyny naturalnej. Dobrze mu szło. Namówił nawet generała Jaruzelskiego na kieliszek żeńszeniówki.

****

Pan uważa, że został niesprawiedliwie oceniony przez wolną Polskę?

Powinno się ze mną obchodzić inaczej. Zwyczajnie, po ludzku, bez przesady w jedną lub drugą stronę.

Dlaczego?

Nie zasłużyłem na afronty. Na przykład było 20-lecie rządu Mazowieckiego i na tę uroczystość do Sejmu mnie nie zaproszono. Zaproszono mnie jedynie na uroczysty koncert.

To nie było pana święto, pan w 1989 roku reprezentował reżim.

Wystarczy minuta refleksji, aby zdać sobie sprawę, że dzisiejsza Polska jest również moją zasługą. Wybory dzięki mnie odbyły się bez "cudów nad urną". Uszanowaliśmy wynik głosowania. Oddaliśmy władzę w pokojowy sposób. Jestem jednym z twórców Okrągłego Stołu, 31 sierpnia 1988 zaproponowałem Wałęsie i biskupowi Dąbrowskiemu 161 miejsc w Sejmie, wolne wybory do Senatu, wybór prezydenta, reformy polityczne i gospodarcze, w tym wolny rynek i udział "Solidarności" w budowaniu koalicji. Wszystko to obiecałem "Solidarności", która w latach 1988 - 1989 była bardzo słaba. Proszę przeczytać wspomnienia Bronisława Geremka, Zbigniewa Bujaka, Jarosława Kaczyńskiego.

Mówi pan "pokojowo". Dlaczego miało być inaczej? ZSRR był zajęty swoimi sprawami. Kto miał strzelać? W wojsku, w MSW i partii nie było nastroju do strzelania, raczej rezygnacja.

Nikt nie chciał strzelać. Ale wystarczyła jedna kompania ZOMO, żeby dać sobie radę. Wielu ludzi ówczesnej opozycji przyznaje, że to by wystarczyło.

Poznał pan braci Kaczyńskich?

Najpierw Lecha. Brał udział w negocjacjach w Magdalence, które poprzedziły Okrągły Stół. Zabierał głos rzadko, ale konkretnie. Mówił prawniczym i wypranym z emocji językiem. Już w trakcie obrad Okrągłego Stołu obecny prezydent przedstawił mi brata. Muszę powiedzieć, że zaimponował mi bystrym umysłem. Wyskoczył do mnie z żartobliwymi pretensjami: "Panie generale, pan internował brata, a mnie nie. Teraz brat chodzi z nożyczkami i obcina kupony, robi wielką politykę, a ja nie mam czym się pochwalić". Powiedziałem, że nic straconego, bo jestem szefem MSW, kodeks karny obowiązuje, mogę to nadrobić. Spodobał mi się jako człowiek, który w trudnej sytuacji potrafi zachować się dowcipnie.

Dlaczego pan pozwalał na inwigilację kluczowych uczestników obrad Okrągłego Stołu?

Sporadyczne działania, bez ładu, prowadzone siłą rozpędu. Trudno było kilkadziesiąt tysięcy pracowników SB w ciągu jednego dnia pozbawić pracy. To wymagało czasu. Mnie podlegało wówczas 200 tysięcy podwładnych, wśród których niewielu było zwolenników Okrągłego Stołu.

Ale to chyba nie działało tylko siłą rozpędu. Pan czerpał w ten sposób istotne informacje wykorzystywane w negocjacjach?

To było bez znaczenia i w niczym nie pomagało.

Pan poznał Jana Pawła II?

Nie, ale mimo to miałem z nim kilka przeżyć. Mogłem dzięki Karolowi Wojtyle zrobić dużą karierę, ale się nie popisałem.

Jak to?

Po śmierci Jana Pawła I przyjechał do Warszawy mój teść. Należał do rady parafii, z której wywodzi się kardynał Franiszek Macharski. I kardynał w czasie spotkania rady prawdopodobnie opowiadał, że na poprzednim konklawe, po śmierci Pawła VI, Wojtyła omal nie został papieżem. Zapytałem teścia: "Ciekawe, kogo wybiorą?". On odparł: "Jak to kogo? Wojtyłę!". Zlekceważyłem to. W październiku 1978 roku poleciałem do Budapesztu na spotkanie szefów wywiadów armii Układu Warszawskiego. Po polowaniu nad Balatonem budzimy się i szef wywiadu radzieckiej armii mówi: "Pozdrawliaju!". "Z czym?" - pytam. "Ty znajesz" - odpowiada i klepie po plecach. Za chwilę to samo robi Bułgar, Węgier, Niemiec. W końcu zaczęli pytać, kto to jest Wojtyła. Zrozumiałem. Żałowałem, że nie zapytałem teścia o szczegóły. Wystarczyło napisać informację i ją rozesłać. Byłbym prorokiem. W następnym roku przed pierwszą pielgrzymką wezwał mnie i kilku innych oficerów minister obrony generał Jaruzelski. Powiedział, żebyśmy pomyśleli o prezencie od wojska dla Jana Pawła II. Przypomniałem sobie, że ojciec papieża służył w Wadowicach w batalionie 12. Pułku Piechoty jako porucznik. Dałem swoim zadanie, żeby przeszukali archiwa. Znaleźli grubą teczkę jego akt personalnych z mnóstwem odręcznych dokumentów. Przepiękna polszczyzna. Widać, że gruntownie odebrane lekcje kaligrafii. I zabraliśmy z tej teczki oryginały. Ściągnęliśmy z RFN piękną skórę cielęcą, a nasi introligatorzy w wywiadzie zrobili album z imieniem i nazwiskiem ojca papieża. Każdy rękopis został zalany celofanem z jednej i drugiej strony. Wyszło cudo. Papieżowi bardzo się to spodobało.

Dlaczego pan się nie spotkał z papieżem? W trakcie jego pielgrzymek w 1983 i 1987 roku był pan osobą numer 2 w PRL.

Nie dostałem formalnego zaproszenia.

Kościół nie chciał?

W żadnym wypadku. Nasza strona.

Jaka wasza strona? Wasza strona to był pan...

Komitet Centralny. Nie zapraszali, mam taki zwyczaj, że jak mnie nie zapraszają, to nie chodzę. Nawet do córki nie idę, jak nie zadzwoni i nie powie: "Tata, wpadaj". Ale papież spotkał się z moimi ludźmi w 1983 roku. Bardzo mu zależało, żeby przejść się po górach. I poszedł. Na trasie odpadali kardynałowie, potem biskupi i księża. W końcu zostało przy nim tylko dwóch młodych oficerów Biura Ochrony Rządu. Po wycieczce szef BOR generał Darżynkiewicz zaproponował papieżowi śniadanie. Jan Paweł II pyta: "A co macie?" Kiełbasę. "Eee" - mówi. Szynkę. "Eee". Darżynkiewicz był zrozpaczony. Powiedział, że są jeszcze pstrągi górskie. "Świeże? Będą zaraz?" - spytał papież. Zarządził, żeby BOR-owcy z nim zjedli. "Chyba generał Kiszczak nie zabrania śniadania z papieżem?" - rzucił. I jeszcze po kielichu czystej zaordynował do pstrąga. Tak papież zjadł śniadanie z bezpieką. Mnie już w III RP jeden z biskupów indagował, czy przypadkiem nie wybieram się do Włoch, bo chce mnie przyjąć papież. Jednak nie pojechałem.

Spotyka się pan z objawami niechęci na ulicy?

Nie. Natomiast masowo mnie ludzie rozpoznają. Wielu podchodzi, zagaduje. Patrzą na mnie jak na wariata, kiedy zaczynam chwalić ostatnie rządy.

Za co pan chwali?

Jest lepiej. Gdy jako szef MSW i podobno drugi człowiek w państwie jeździłem na działkę, to musiałem wozić w bagażniku kanister z paliwem. Po to, żebym miał jak wrócić. A teraz stacje mam co kilometr. W każdym sklepie mogę kupić wszystko.

O co ludzie pana pytają?

Najczęściej, kiedy będzie w Polsce porządek.

Nasza kiepska konstytucja, czyli jak bardzo Polacy nie lubią rządzić

Nasza kiepska konstytucja, czyli jak bardzo Polacy nie lubią rządzić

(© Wojciech Barczyński/POLSKA)

Polska Piotr Zaremba

2009-11-27 14:21:34, aktualizacja: 2009-11-28 15:20:50

Mamy dziś w polskim Sejmie cztery partie, które mogą łatwo tworzyć sensowne koalicje. Za to absurd sytuacji, gdy lider partii rządzącej jest premierem, a lider opozycji prezydentem, więc muszą rządzić wspólnie, bije po oczach - pisze Piotr Zaremba

Polacy mają wybierać. Między systemem kanclerskim, w którym cała władza koncentruje się w rękach premiera i pochodzi z siły większości parlamentarnej, a systemem dającym duże uprawnienia prezydentowi pochodzącemu z wyborów powszechnych.

Nawet teraz, kiedy Donald Tusk - przez ostatnie dwa lata chwiejący się hamletycznie między tymi dwoma biegunami - opowiedział się za systemem kanclerskim, ważny polityk jego partii Jarosław Gowin przypomniał od razu: Jeśli Polacy nie chcą wszechwładnego kanclerza, mogą chcieć prezydenta.
Ale Polacy jak na razie wybierać za bardzo nie chcą. Sondaż GfK Polonia ujawnił chaos w ich opiniach.

85 procent ankietowanych chce prezydenta z wyborów powszechnych, co zakłada z góry pewną jego siłę, na kontrze do parlamentarnego rządu. Dwie trzecie akceptuje prawo wetowania przez prezydenta ustaw, co jest z tym pierwszym poglądem spójne. Zarazem 57 procent chce ograniczenia prezydenckich uprawnień - "aby cała władza należała do rządu". Tu o konsekwencji nie ma mowy, raczej o grze skojarzeń i sympatii.

Można by się tym nie przejmować. Przy tak skomplikowanych tematach jak projekty konstytucji obywatele są raczej "wyborczym mięsem" potwierdzającym ewentualnie w referendum albo w następnych wyborach to, co wymyślą światli przywódcy. Jednak zwłaszcza obecna ekipa rządząca, tak mocno wczytująca się w społeczne nastroje, może te sprzeczne odczucia brać pod uwagę. Czy Polacy bardziej nie lubią Lecha Kaczyńskiego, czy bardziej lubią prezydenta jako symbol, a siebie jako jego wyborców? Oto dylemat.

Ta gmatwanina ocen może być dodatkowym czynnikiem zniechęcającym Tuska do zrobienia czegokolwiek poza zadekretowaniem kolejnej rwącej się debaty. Obok niepewności, czy da się to w ogóle zrobić w tak ciasnych terminach, i obok niejasności, czy obecnemu liderowi PO się to w ogóle opłaca.

Ta niepewność skłania komentatorów do uznania, że temat jako zasłona dymna dla PR-owskich interesów wart jest co najwyżej czysto politycznych, nieco cynicznych podsumowań. Ale nie da się wykluczyć, że któraś z kolei konstytucyjna debata będzie czymś więcej niż zbiorem pretekstów i politycznych sympatii oraz fobii. I że się odbędzie do końca.

Warto więc ustalić, o czym mówimy. I od razu zająć się pierwszym mitem. Alternatywa: rząd kanclerski albo system prezydencki, jest w dużej mierze pozorna, choć politycy od czasu do czasu do niej wracają.

Amerykański sen
System prezydencki w czystej postaci występuje w Stanach Zjednoczonych. Prezydent jest tam równocześnie głową państwa i szefem rządu, silnym i nieusuwalnym - poza skomplikowaną procedurą impeachmentu karzącą za naruszenie prawa. Warto jednak przypomnieć, że i amerykański parlament, Kongres, jest o wiele bardziej niezależny od władzy wykonawczej niż w krajach europejskich - nie można go na przykład w ogóle rozwiązać.

Obie strony - prezydent i Kongres - mają rozliczne możliwości blokowania się nawzajem. Prezydenckie weto (obalane większością 2/3) pozwala szefowi państwa blokować niechciane ustawodawstwo, ale też wiele kwestii, łącznie z nominacjami, zależy od Kongresu.

W teorii może więc dojść w każdej chwili do pata, zwłaszcza gdy prezydent reprezentuje inną partię niż kongresowa większość. Tak silny prezydent jak Ronald Reagan przez sześć z ośmiu lat swoich rządów musiał się borykać z demokratycznymi Senatem i Izbą Reprezentantów. Jeśli sobie poradził, to dzięki niespójnemu charakterowi amerykańskich partii. Pomijając prezydenckie wybory, gdy republikanie i demokraci stanowią jedność, nie ma tam dyscypliny, zawiera się doraźne sojusze. Reagan mógł przeforsować wiele swoich pomysłów, bo sprzyjała mu, choć nie w każdej sprawie, część opozycji.

Przenieśmy to teraz na chwilę na polski grunt. Wyobraźmy sobie prezydenta Lecha Kaczyńskiego postawionego wobec Sejmu zdominowanego przez Platformę Obywatelską. Albo prezydenta Donalda Tuska borykającego się z Sejmem PiS-owskim. Ten system po prostu by nie działał. Zablokowałby się. Tam gdzie partie stały się zwartymi armiami, trzeba szukać innych rozwiązań.

Francuski węzeł gordyjski
W Europie najbliżej systemu prezydenckiego znalazła się, choć nie w pełni, Francja. Jego geneza jest tam jednak inna. W USA istniał on od początku państwa. Nad Sekwaną został zainstalowany pod koniec lat 50. przez charyzmatycznego przywódcę Charles'a de Gaulle'a jako odpowiedź na słabości IV Republiki z rozdrobnionym parlamentem i niestabilnymi, często upadającymi rządami. We Francji nie zniesiono odpowiedzialności rządu przed parlamentem. Ale poddano rząd kurateli wybranego w powszechnych wyborach prezydenta. To on przewodniczy ministrom i podpisuje rządowe rozporządzenia.

Ten system działał dobrze, dopóki kolejni prezydenci - najpierw sam patriarchalny de Gaulle, potem bardzo długo gaulliści, wreszcie socjalista François Mitterrand - mieli wpływać na rządy o własnej barwie politycznej. W parlamencie dominowała bowiem ich partia. System zaciął się jednak w roku 1986, kiedy Mitterrandowi wybrano Izbę Deputowanych o centroprawicowej większości.

Powstał problem: jak socjalista ma przewodniczyć nie swojemu rządowi? Czy ma podpisywać rozporządzenia, z którymi się nie zgadza? Uzgadniać politykę zagraniczną z nieswoim premierem Jacques'em Chirakiem? Francuzi sobie z tym poradzili. Kultura polityczna wygrała z logiką. A jednak ta ich słynna cohabitation była politycznym i intelektualnym absurdem. Aktualne pozostaje do dzisiaj pytanie, po co obie strony są zmuszone wykonywać tyle zbędnych wygibasów? Zwłaszcza że główny kłopot francuskiej polityki, który stał u podstaw reformy de Gaulle'a - rozdrobnienie parlamentu - w tym czasie zniknął. Francuzi byli już wtedy i są dziś nadal podzieleni na dwa silne bloki. Które dzięki konstytucji musiały współrządzić.

I znów - wyobraźmy sobie taką cohabitation w Polsce - kraju homeryckich wojen o krzesło. Nie do wyobrażenia - wcale nie tylko, jak nam się powtarza, z powodu charakterów Kaczyńskiego i Tuska. Także natury coraz bardziej zabetonowanych partii.

Niemiecka instrukcja obsługi pralki
Niewiele innych w pełni demokratycznych krajów zaaplikowało sobie, zwłaszcza po drugiej wojnie światowej, który był czasem generalnej demokratyzacji, systemy prezydenckie. W krajach Trzeciego Świata były one najczęściej przykrywką dla dyktatur, nawet w Ameryce Łacińskiej, gdzie tylko formalnie stanowiły kopię tego, co wymyślono kiedyś w Waszyngtonie. W Europie, pomijając półautorytarne kraje takie jak Rosja czy Białoruś, najsilniejszego prezydenta poza Francją miała Finlandia. Ale przecież zafundowała sobie w latach 90. reformę, bardzo go osłabiając.

Wiele krajów europejskich nie miało i nie ma z tym problemów, bo symbolem i najwyższym reprezentantem państwa, kimś, kto przyjmuje ambasadorów, podpisuje traktaty jak notariusz i otwiera sesje parlamentu, jest u nich król. Sprowadzony do roli mistrza ceremonii, odczytujący orędzia, które pisze mu premier. Natomiast dla przewartościowań powojennych w państwach, gdzie nie ma dynastii, najbardziej charakterystyczny wydaje się przykład naszego zachodniego sąsiada.

Z jednej strony, konstytucja Republiki Federalnej Niemiec z roku 1949 to szczegółowy opis rozmaitych kontrolnych procedur, które mają zabezpieczać tej kraj przed recydywą dyktatorskich praktyk. Coś w rodzaju, jak powiedziałby współtwórca naszej ustawy zasadniczej poseł Jerzy Ciemniewski, instrukcji obsługi pralki. Po 12 latach fenomenu Hitlera było się przed czym zabezpieczać.

Z drugiej - sprowadzenie prezydenta do roli symbolicznego reprezentanta wybieranego przez parlament i skoncentrowanie władzy w rękach kanclerskiego rządu było reakcją na inne traumatyczne doświadczenie Niemców. W okresie międzywojennym przywiązani do tradycji cesarskiej podzielili oni władzę między rząd parlamentarny a silnego prezydenta. Stało się to powodem wewnętrznego zablokowania organów władzy i sprzyjało autorytarnym praktykom podminowującym Republikę Weimarską. Zanim Hitler zniszczył demokrację, popsuł ją prezydent Hindenburg.

Tak naprawdę dziś jednego z najsilniejszych prezydentów ma w Europie Polska. Nie tak silnego, jakim chciał go widzieć Lech Wałęsa, który popychał nasz kraj ku rozwiązaniom niedemokratycznym, próbując zmienić swoją kancelarię w drugi rząd wpływający poza parlamentarną kontrolą na wojsko czy służby specjalne (zapomniany dziś aspekt działalności tego patrona III RP). Ale dostatecznie silnego, aby używał swojej pozycji do zmiany kierunku polityki państwa w wielu dziedzinach. Dzięki mocnemu wetu, nie do końca jasnym przepisom pozwalającym się wtrącać w politykę zagraniczną i wielu innym większym i mniejszym gwarancjom. Jest to władza raczej burzenia niż budowania, ale władza realna.

W jaki sposób się tego dorobiliśmy? Wydaje się, że dla Polaków sama nazwa "prezydent" była symbolem nostalgii za własnym suwerennym państwem. Nieprzypadkowo w PRL marionetkowe Stronnictwo Demokratyczne, chcąc zyskać popularność, proponowało właśnie powrót do tej tradycji. A skoro chce się mieć koniecznie prezydenta rezydującego jak kiedyś w pałacu, trzeba mu też dać choćby skrawek uprawnień. Zwłaszcza że choć Józef Piłsudski nigdy urzędu prezydenckiego nie przyjął, konstytucja kwietniowa z 1935 roku powiązała prezydenturę z tradycją silnej, w istocie autorytarnej władzy.

Na dokładkę prezydent stał się na skutek splotów okoliczności istotnym czynnikiem transformacji. Najpierw był przez moment w osobie Jaruzelskiego gwarantem pozycji komunistów. To mogłoby się nawet stać później argumentem za gruntownym okrojeniem jego kompetencji. Ale z kolei Lech Wałęsa wykorzystał wybory prezydenckie z 1990 roku do stoczenia pierwszej wielkiej bitwy politycznej i sięgnięcia po władzę, która wydawała się realna. Na moment te wybory stały się też okazją do aktywizacji Polaków - starcie partii chyba by takiej roli nie odegrało. Po takim doświadczeniu trudniej już było sprowadzić polską prezydenturę do wymiaru symbolu.

Polska prezydentura, czyli alibi
Kolejną okolicznością był ton debaty w Komisji Konstytucyjnej między rokiem 1994 a 1996. Śledziłem ją od początku do końca. Większość jej członków była owładnięta obsesją poszukiwania władzy ograniczonej, budowania ustroju pełnego organów wzajemnie się blokujących. I o ile na przykład politycy Unii Wolności głosili ten pogląd z przekonania, o tyle lewica pisała ustrój pod konkretne sytuacje. Nieprzypadkowo, gdy Aleksander Kwaśniewski sięgnął w 1995 roku po władzę prezydencką, natychmiast znalazło się w projekcie miejsce dla silniejszego weta czy przepisów nierozdzielających precyzyjnie kompetencji w dziedzinie polityki zagranicznej.

Jednym z nielicznych oponentów takiego kierunku w komisji był Jan Rokita przestrzegający z uporem wyznawcy konserwatywnych stańczyków, że Polsce potrzebna jest władza silna i zdecydowana. Rokita wręcz zarzucał polskim elitom, że budując taki ustrój, boją się rządzenia. I coś w tym jest. Czy w innym przypadku - przechodząc do czasów dzisiejszych - lider rządzącej partii wyposażony w realną władzę premiera marzyłby o urzędzie, który poza reprezentowaniem daje głównie możliwość wkładania innym kija w szprychy? Czy opozycja korzystałaby z taką ochotą z własnego prezydenta do paraliżowania decyzji obdarzonej świeżym mandatem większości, nie bacząc, że jej samej przyjdzie może rządzić za kilka lat? A ugrupowanie przy sterze rządów przyjmowało to alibi dla własnej niemożności jak błogosławieństwo.

W tym zablokowanym ustroju wyraża się po trosze wiara Polaków (ujawniana w sondażach) w system, w którym wszyscy rządzą razem - koalicja z opozycją. Kwaśniewski nadał nawet temu rojeniu kształt instytucjonalny, żądając od premiera Buzka, aby dopuścił jego przedstawicieli do posiedzeń swego rządu.

Ten model ma zresztą swoich obrońców, czasem kierujących się szczerym przekonaniem. Jacek Żakowski zauważył niedawno, że silne prezydenckie weto nie pozwala większości zapanować nad mniejszością. Przywołał nawet sensowne weta nielubianego przez siebie Kaczyńskiego - na przykład w sprawie ustawy medialnej. Dodałbym takich wet więcej, tyle że co z tego? Jeśli rząd cieszący się zaufaniem ponad połowy posłów nie może realizować swojego programu, choćby błędnego, po co w ogóle wybierać parlament?

Lek na patologie dwupartyjności
W tym czasie znikła zresztą większość przesłanek za silną prezydenturą - choćby obawa przed politycznym rozdrobnieniem, które uczyni z głowy państwa ostatnia deskę ratunku, strażnika stabilności. Dziś mamy w parlamencie cztery partie, które mogą tworzyć łatwo koalicje. Absurd sytuacji, gdy lider jednego ugrupowania jest premierem, a lider opozycji prezydentem, i mają się dogadywać, bije za to po oczach.

Aktualny pozostał właściwie jeden argument za tym, aby prezydenta nie redukować do roli przecinacza wstęg i notariusza. System kanclerski symbolizuje demokratyczną zasadę pełnej kontroli parlamentu nad rządem, ale powstaje pytanie, kto skontroluje kontrolera. Zwłaszcza w kraju, gdzie partie są tworami oligarchicznymi i mocno zamkniętymi.

Można by odpowiedzieć, że skontrolują sądy czy media, ale w Polsce mamy z tym niejaki kłopot. Jest więc trochę racji w uwadze konstytucjonalisty Bartłomieja Nowotarskiego wygłoszonej na seminarium poświęconym 10-leciu konstytucji, że prezydent może być lekiem na patologie systemu dwupartyjnego. Mam tu świadomość paradoksu, bo przez lata modliliśmy się o taki system jako gwarantujący stabilne rządzenie.

Jeśli prezydent ma być kimś obdarzonym autorytetem, kto miałby nie przeszkadzać parlamentarnej większości w rządzeniu, ale patrzeć jej na ręce, może należy pozbawić go silnego weta czy kompetencji zagranicznych, ale pozostawić mu parę uprawnień "praworządnościowych", jak kierowanie ustaw do Trybunału Konstytucyjnego, weto, ale łatwe do odrzucenia, jedynie odraczające decyzję, czy możliwość alarmowania opinii publicznej przez orędzia. W tej sytuacji musiałby być nadal wybierany przez ogół obywateli. Wątpliwe bowiem, aby większość parlamentarna wybrała kogoś, kto miałby choćby w teorii ambicję wpływania na cokolwiek.

Nie jest to propozycja bezsensowna - jak rozumiem, to są zresztą postulaty takich ludzi jak Andrzej Zoll czy Jerzy Stępień. Wiele krajów europejskich mających słabszego prezydenta niż Polska wybiera go jednak w powszechnych wyborach. Są to między innymi: Austria, Portugalia, Irlandia, Islandia, Rumunia, Bułgaria, Słowenia czy Litwa. Bylibyśmy więc w niezłym towarzystwie.

Argument, że polityków wyłanianych w ten sposób skazujemy na debatę o wszystkim - od budownictwa po Unię - więc i na wszechstronne obietnice wyborcze, jest sensowny, ale ta kwadratura koła wydaje mi się mimo wszystko najmniej ryzykowna. Możliwe przecież, że osłabienie prezydenckich uprawnień zmieniłoby charakter kampanii. Możliwe, że ludzie o ambicjach liderów po prostu by do nich nie stawali. Prezydent wybrany w takim trybie miałby siłę niezbędną do występowania w roli arbitra w chwilach kryzysu, ale nie miałby narzędzi, aby szkodzić rządowi.

Zwłaszcza że utrzymanie powszechnych wyborów prezydenckich miałoby jeszcze jedną zaletę. Piotr Skwieciński zwrócił uwagę w "Rzeczpospolitej", że przy zabetonowaniu systemu partyjnego te wybory to ostatnia, skądinąd także wątła, szansa na zaistnienie nowych politycznych podmiotów i środowisk. Warto więc na nią chuchać i dmuchać.

Wszystko to oczywiście kwestia teorii. Po kilku dniach od ogłoszenia konstytucyjnej debaty premier czeka na swój klub parlamentarny, a klub na premiera, aby zrobić pierwszy krok. Obrońcy obecnego ustroju jako idealnego mogą spać spokojnie, a Polacy - równie spokojnie udzielać nielogicznych odpowiedzi na pytania o wymarzoną konstytucję.
Piotr Zaremba

Drugi garnitur unijnych polityków nie dostanie realnej władzy

(© AP)

Polska

2009-11-21 17:27:50, aktualizacja: 2009-11-21 17:27:50

Giganci Europy postawili na swoim. To oni tak naprawdę będą rozdawać karty, a nie mało znani politycy, jak Belg Herman Van Rompuy, który został prezydentem Unii, czy szefowa unijnej dyplomacji Brytyjka Catherine Ashton - uważa David Charter z "The Times"

Kiedy pojawiły się pierwsze komunikaty, że za unijną dyplomację odpowiadać będzie lady Ashton, nawet ci orientujący się w kulisach polityki w Brukseli pytali: kto to właściwie jest? Bo w przeciwieństwie do nowego prezydenta Unii Europejskiej, belgijskiego premiera, Brytyjka nie liczyła się absolutnie na wyborczej giełdzie. A jednak to ona będzie miała teraz pod sobą armię dyplomatów, urzędników, pomocników, którzy tworzyć będą nowe oblicze Wspólnoty Europejskiej.

Sama Ashton na pierwszym spotkaniu z dziennikarzami onieśmielona nieco zdawała się mówić: no i co z tego, że niewielu mnie do tej pory poznało. Ja teraz swoimi działaniami udowodnię, że naprawdę nadaję się na to stanowisko. Przyznała jednak od razu, iż dopiero kilka dni temu dowiedziała się, że jej kandydatura na wysokiego przedstawiciela jest dyskutowana. Sugestia została podjęta podczas czwartkowego spotkania socjalistycznych liderów, na którym brytyjski premier Gordon Brown ostatecznie zarzucił swe starania na rzecz prezydentury Tony'ego Blaira.

- Dowiedziałam się, iż miałam wielkie poparcie - powiedziała z wrodzoną skromnością lady Ashton. - Przełożyło się ono na dalsze spotkania z premierami europejskich rządów. - Wybrano mnie jednomyślnie, myślę, że są oni zadowoleni z wypracowanej decyzji - mówiła o tych, od których decyzji zależał jej wybór.

Jak dodała, swój autorytet w międzynarodowych negocjacjach zamierza czerpać z Rady Ministrów Spraw Zagranicznych UE, której będzie teraz przewodniczyć. - Mam nadzieję, że z moim wsparciem, wkładem i doświadczeniem rada będzie dyskutować, ustalać poglądy. I to będzie głos, którym przemówię - zapowiada lady Ashton.

Baronessa Catherine Ashton of Upholland ma już w kieszeni nominację na stanowisko wysokiego przedstawiciela Unii Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa i wydaje się z tego bardzo zadowolona. Brytyjska polityk Partii Pracy nigdy wcześniej nie wygrała żadnych wyborów, ma jednak ogromny talent do pojawiania się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Wielu twierdzi, że to wielki plus, który niezauważanego polityka może niekiedy zaprowadzić na najwyższe szczyty. I tak się stało tym razem.

Nieco ponad rok temu lady Ashton wypłynęła na szersze wody, kiedy to z polecenia brytyjskiego premiera Gordona Browna zastąpiła lorda Mandelsona na stanowisku komisarza Unii Europejskiej ds. handlu międzynarodowego. Po części stało się tak dlatego, że rząd chciał uniknąć dodatkowych wyborów, koniecznych w razie powołania na ten urząd jakiegoś parlamentarzysty.
Była akurat pod ręką, gdy David Miliband, brytyjski minister spraw zagranicznych, wycofał się z wyścigu o fotel wysokiego przedstawiciela UE ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa. Nagle okazało się, że poszukiwany jest dyplomata z centrolewicy, przedstawiciel większego państwa - a najchętniej kobieta, by za jednym zamachem uciszyć rosnący hałas z powodu wąskiej reprezentacji kobiet na najwyższych szczeblach unijnych struktur.

W Brukseli Ashton cieszy się opinią doświadczonego i kompetentnego negocjatora, który zwykle osiąga swoje cele. - Może nie zlikwiduje wszystkich korków, ale jest znakomitym budowniczym mostów, a właśnie na tym ma polegać jej praca - powiedział jeden z dyplomatów. - Podczas swojej krótkiej kadencji w Komisji Europejskiej zdążyła zrobić jak najlepsze wrażenie. Jej zadaniem będzie budowanie konsensusu wśród 27 przywódców. To idealna kandydatka na to stanowisko.

O Catherine Ashton wiadomo niewiele. Potrafi ona idealnie oddzielać życie zawodowe od prywatnego, to ostatnie starannie skrywa przed opinia publiczną. Wiemy za to tyle, że jest żoną Petera Kellnera, znanego dziennikarza i działacza społecznego, założyciela serwisu YouGov. Ma dwoje własnych dzieci i troje przybranych. W 1999 roku otrzymała zaszczytny tytuł szlachecki i dożywotnie parostwo za przewodniczenie Business in the Community, organizacji pozarządowej zwalczającej nierówność społeczną. Wkrótce potem objęła stanowisko podsekretarza stanu w ministerstwie edukacji, a następnie podsekretarza w departamencie sprawiedliwości. W 2007 roku premier Brown powołał ją do gabinetu jako przewodniczącą Izby Lordów. Z tego ostatniego epizodu swojej kariery zbiera tylko same pozytywne opinie.

- Baronessa Ashton była najlepszym przewodniczącym Izby Lordów. Ktoś, kto był w stanie skutecznie rządzić naszymi parami, nie będzie miał najmniejszego problemu z unijnymi ministrami - zapewnił Denis MacShane, były minister ds. Europy.Mało znana laburzystka, którą niespodziewanie wybrano na pierwszego ministra spraw zagranicznych Europy, zadeklarowała już w piątek, a więc w dosłownie kilka godzin po swoim wyborze, iż zamierza udowodnić, że jest właściwą osobą na właściwym miejscu.

Baronessa Ashton of Upholland przyznaje że czuje się zaszczycona decyzją tych, którzy powierzyli jej nowe stanowisko. Lady Ashton wie jednak doskonale, że pojawiła się wśród kandydatów po tym, jak liderzy europejskich socjalistów potwierdzili swe weto wobec wyboru Tony'ego Blaira na stanowisko prezydenta Rady Europejskiej. Uznali jednak, że Wielkiej Brytanii należy się w zamian drugi z nowych urzędów. Lady Ashton przyznała, że byli inni kandydaci na urząd wysokiego przedstawiciela, zapewniła jednak, iż jest gotowa dołączyć do szefów dyplomacji najpotężniejszych państw. - W ciągu najbliższych miesięcy i lat zamierzam pokazać, że jestem najlepszą osobą na ten urząd - powiedziała w wywiadzie dla czwartego kanału radiowego BBC. - Myślę, że sporo osób przyznałoby, iż tak jest w istocie, i dlatego zostałam wybrana. Zgadzam się oczywiście, że byli inni kandydaci, wszyscy świetni i utalentowani. Mam jednak nadzieję, że moje wyjątkowe zdolności pokażą w końcu, iż dokonano najlepszego wyboru.

Wskazała, iż po odwołaniu komisarza ds. handlu Petera Mandelsona z Brukseli do Londynu to ona wzięła na siebie ciężar negocjacji handlowych z Chinami na najwyższym szczeblu. Będąc jednak przez lata członkinią Izby Lordów, w tym także jej przewodniczącą, lady Ashton nie ma doświadczenia w sprawowaniu urzędu z bezpośredniego wyboru. - Czuję się zaszczycona. Jestem świadoma, że inni zostali wybrani i dlatego spędzam mnóstwo czasu w Parlamencie Europejskim - powiedziała. - Dlatego też, gdy przewodziłam Izbie Lordów, byłam świadoma roli Izby Gmin, posłów i znaczenia wybranych reprezentantów. Choć sama nie poddałam się głosowaniu, to spędziłam 28 lat, negocjując na różnego rodzaju forach.

Baronessa musi mieć jednak świadomość, że jako przedstawicielka Wysp Brytyjskich dostała to stanowisko na otarcie łez, bo taka była logika czwartkowego spotkania w Brukseli. Wbrew przewidywaniom, że szczyt przeciągnie się nawet na weekend, na pożegnalnej, jak się okazało, kolacji z udziałem unijnych szefów państw udało się szybko dojść do porozumienia. Patową sytuację przełamał wspomniany Gordon Brown, który na spotkaniu z przywódcami socjalistycznymi przed szczytem zrezygnował z poparcia dla Blaira. Zaskoczona swoim awansem lady Catherine Ashton nie miała nawet przygotowanego przemówienia, kiedy wystąpiła z Van Rompuyem na konferencji prasowej. Telefon z pytaniem, czy przyjmie nową posadę, otrzymała dopiero po tym, jak Brown zdecydował się poprzeć jedynego poza Blairem Brytyjczyka, który miał szansę objąć jedno z dwóch najwyższych stanowisk unijnych. Ashton była komisarzem przez 13 miesięcy, odkąd lord Mandelson został ściągnięty do rządu.

Brytyjka tak naprawdę nie ma doświadczenia w sprawach zagranicznych. Według Browna nominacja ta pokazuje, że Wielka Brytania jest w centrum przyszłości Europy i wiedzie prym w dziedzinie zwiększania udziału kobiet w polityce. Premier nie pokajał się za forsowanie kandydatury Blaira, chociaż już od jakiegoś czasu powinno być dla niego oczywiste, że prezydenta wybierze centroprawica oraz że szwedzka prezydencja określiła jego rolę jako przede wszystkim mediacyjną. Politycy obecni na spotkaniu socjalistów wyrazili gotowość poparcia kandydata brytyjskiego na stanowisko wysokiego przedstawiciela.

Padły co prawda nazwiska lorda Mandelsona i Geoffa Hoona, ale Brown zdecydował się na lady Catherine Ashton. Kiedy na konferencji prasowej ogłoszono jej imię, skonfundowani tym wyborem niemal wszyscy dziennikarze zaczęli za pomocą swoich netbooków przeczesywać zasoby internetowe w poszukiwaniu informacji o Catherine Ashton.

Równie wielkim zaskoczeniem było nazwisko przyszłego prezydenta Unii Europejskiej. Zanim liderzy zasiedli do kolacji, brytyjskim targiem uzgodniono, iż prezydentem zostanie kandydat centroprawicy Herman Van Rompuy. W czwartkowy wieczór zapewne to jego nazwisko królowało w rankingach najczęściej zadawanych haseł w internetowych wyszukiwarkach. W roli znawców występowali wtedy skwapliwie belgijscy dziennikarze, którzy na każdym kroku powtarzali z dumą, że Unia zyska naprawdę świetnego polityka i lidera.

Ale wybór tak mało znanej pary na wysokie stanowiska Unii Europejskiej wywołał gigantyczną falę krytyki ze strony europejskiej prasy, która wytknęła, że Wspólnota Europejska najwyraźniej nie ma żadnych ambicji, wybierając na swoich pryncypałów ludzi bez wielkich nazwisk. Rozczarowany Tony Blair - choć był wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sprawy - ostatecznie uznał jednak, iż Gordon Brown zrobił dla niego wszystko, co tylko mógł. Obaj musieli przyjąć do wiadomości, że sama Unia nie chciała, by przysłaniał ją cień znanego polityka, jakim jest Blair, na którego wiadrami wylewano słowa krytyki za ślepe podążanie za Wielkim Bratem. Chodzi tu o znienawidzonego dzisiaj ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych George'a W. Busha, uchodzącego za architekta bezsensownej wojny w Iraku i odpowiedzialnego za rozpoczęcie wojny w Afganistanie, o której zakończeniu jakoś zapomniał.
Z pozoru mało znany na europejskiej arenie premier Belgii to bezbarwny urzędnik, biurokrata, a więc idealny szef Rady Europejskiej, jak oficjalnie nazywa się w unijnej nomenklaturze prezydent UE. Nie jest bowiem tajemnicą, że większość krajów członkowskich nie chciała na tym stanowisku politycznego celebryty i silnej postaci, ale sprawnego organizatora, i Rompuy wręcz doskonale pasuje do takiego właśnie profilu przezroczystego polityka.

Jest to niezwykle doświadczony ekonomista z ponad 30-letnim stażem w polityce. Reprezentuje te cechy, na które stawia dziś Unia. Z jednej strony jest politykiem pojednania. W Belgii ma bowiem za sobą sukces, jakim było zakończenie ciągnącego się w nieskończoność kryzysu rządowego. Dwie główne społeczności kraju - Walonowie i Flamandowie - nie mogły przez wiele miesięcy dogadać się w sprawie sformowania wspólnego rządu królestwa. Mówi się, że gdyby nie on, Belgia do dziś byłaby krajem bez rządu, a tak Rompuy poskładał kraj, w którym jeszcze nie tak dawno, bo zaledwie w 2008 roku, mówiło się realnie o rozpadzie królestwa Belgów na dwie części: zamożniejszą flamandzką i biedniejszą francuskojęzyczną. To może być jego główny atut w Unii, której większość aktywności polega na godzeniu wody z ogniem.

Polityk, który pogodził Walonów i Flamandów, może znakomicie sprawdzić się w nowej roli prezydenta Unii Europejskiej. Równie ważny jak jego talent do kreowania kompromisu jest program gospodarczy, który wdrażał w Belgii w krótkim okresie dotychczasowych rządów. Położona w sercu Europy Belgia zmaga się obecnie z poważnym deficytem budżetowym i kryzysem, które Rompuy postanowił leczyć, nakładając podatki na sektor bankowy i energetyczny.

Tego typu podejście może jednak przydać się w Unii, w której szefostwo Komisji Europejskiej z José Manuelem Barroso na czele było wcześniej poważnie krytykowane za bezczynność w obliczu kryzysu, który stopniowo zaciskał pętlę na Starym Kontynencie. Rompuy podoba się także ekologom, którzy forsują w UE pakiet klimatyczny zakładający poważne ograniczenie emisji CO2 w krajach członkowskich. Stojąc na czele rządu Belgii, Rompuy nie wahał się wycisnąć z kontrolującego belgijski sektor energetyczny francuskiego koncernu GDF Suez ćwierć miliarda euro na fundusz rozwoju odnawialnych źródeł energii. Pytanie, czy będzie teraz równie konsekwentny w działaniu jak na swoim niewielkim belgijskim podwórku.

Ten chadecki polityk mógł też liczyć na uznanie unijnych tuzów z powodu wstrzemięźliwego podejścia do rozszerzania Unii Europejskiej. Ta ostatnia w obliczu kryzysu nie jest już tak skłonna do finansowania rozwoju kolejnych nowych członków. Z wyborów, jakie padły podczas szczytu w Brukseli, niespecjalnie zadowolona jest Turcja, aspirująca do wejścia w struktury Unii Europejskiej. Belgijski polityk od dawna znany jest ze swego sceptycznego podejścia do tych zamierzeń. Wiadomo jednak, że to nie jego zdanie będzie w tej materii decydujące.

Rompuy zwykł argumentować, że we wspólnocie o chrześcijańskich korzeniach, jaką jest Unia, nie ma miejsca dla kraju, który geograficznie też leży poza Europą. Wielu specjalistów zarówno w Turcji, jak i w Europie odczytuje jednak te argumenty jako uprzedzenia Belga nie tyle wobec geografii, co religii. W Turcji bowiem dominującą religią jest sunnicki islam, a krajem rządzi ugrupowanie, które jawnie odnosi się do wartości religijnych. Wybór Rompuya na prezydenta Unii Europejskiej dla Ankary oznacza więc, że na co najmniej dwa i pół roku - bo tyle trwa jego kadencja - może plany wejścia do UE odwiesić na kołku.

To jednak odległa przyszłość. Na razie nie wiadomo jeszcze, jakie będą dokładnie kompetencje nowego unijnego prezydenta. Wiadomo za to już, że będzie zarabiał ponad 300 tysięcy euro rocznie, czyli więcej niż prezydent najpotężniejszego kraju na świecie, czyli Stanów Zjednoczonych. Będzie miał ponadto do dyspozycji nie tylko limuzyny służbowe czy wspaniałe biura, ale będzie miał także poczucie, że to do niego właśnie - jako reprezentanta półmiliardowej społeczności - będą dzwonić najważniejsze osoby na kuli ziemskiej. Być może jednak i on, i szefowa unijnej dyplomacji szybko przekonają się, że te najważniejsze telefony będą przekierowywane z Brukseli do Berlina i Paryża, bo - jak widać gołym okiem - to te dwa kraje rozgrywają najważniejszą kartę w Unii. Ani kanclerz Niemiec, ani francuski prezydent nie pozostawiają wątpliwości, kto jest filarem Wspólnoty, kto ma w niej największe wpływy.
Tłum. Z. Mach