czwartek, 24 czerwca 2010

Nieznane rany na ciele Pyjasa

Ewa Łosińska 24-06-2010, ostatnia aktualizacja 24-06-2010 01:10

Ekshumacja szczątków zabitego w PRL studenta ujawniła obrażenia, których nie opisano po sekcji zwłok w 1977 r.

Stanisław  Pyjas
źródło: Forum
Stanisław Pyjas

Jak ustaliła „Rz”, podczas badania szczątków Stanisława Pyjasa odnotowano zmiany, których nie ujawniono tuż po jego śmierci.

– Mogę powiedzieć tylko, że te obrażenia zauważono w innej części ciała niż opisywane wcześniej i że są one dobrze widoczne – przyznaje prowadzący piąte już śledztwo w sprawie śmierci krakowskiego opozycjonisty prokurator Ireneusz Kunert z krakowskiego pionu śledczego IPN.

Prokurator czeka teraz na opinię biegłych po ekshumacji i oględzinach szczątków, która ma być gotowa najwcześniej po wakacjach. Sporządzą ją wspólnie specjaliści z Wrocławia, Bydgoszczy i Gdańska.

Część bliskich Pyjasa ma jednak zastrzeżenia do pracy śledczych. Jak pisała „Rz”, siostra opozycjonisty Alicja Przybysz chciała wstrzymania niedawnego pogrzebu i ponownych oględzin szczątków brata.

Siostrzenica ofiary Agnieszka Przybysz, która uczestniczyła w ekshumacji i oględzinach, twierdzi, że po ekshumacji zaginęły m.in. „dwa kuliste przedmioty wielkości ziaren grochu” wydobyte z grobu – być może kule.

Prokurator IPN odpiera zarzuty, by cokolwiek zaginęło między ekshumacją a badaniem zwłok we Wrocławiu. Ale wniosek, jaki złożyła do IPN Agnieszka Przybysz, został właśnie przekazany do krakowskiej prokuratury okręgowej. Ta zdecyduje, czy wszcząć w tej sprawie postępowanie.

– Osobne postępowanie wyjaśniające przeprowadzi także Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, czyli kierownictwo pionu śledczego IPN – zaznacza Kunert.

Kilka dni temu Alicja Przybysz zwróciła się też do IPN o przeprowadzenie eksperymentu procesowego z użyciem broni, jaką stosowano w latach 70. Chodzi o to, by stwierdzić, czy strzał z takiej broni w głowę mógł pozostawić podobne ślady jak te, które zaobserwowano po ekshumacji Stanisława Pyjasa.

– Wniosek został złożony na podstawie obserwacji kości czaszki, jakich dokonałam w Zakładzie Medycyny Sądowej we Wrocławiu 24 maja. Okrągłe ciemnopopielato zabarwione wgłębienia wewnątrz mózgoczaszki zostały pominięte w opisie obrażeń do protokołu w zakładzie – mówi Przybysz. – Moja mama złożyła także wniosek o zbadanie, czy kości czaszki Stanisława Pyjasa miały kontakt z przedmiotami metalowymi.

Aby przeprowadzić taki eksperyment, trzeba by przestrzelić czaszkę innego zmarłego, którego zwłoki znajdują się w prosektorium. „Rz” dowiedziała się nieoficjalnie, iż prokurator raczej się na to nie zdecyduje.

Kunert zapewnia jednak, że podejrzenie, iż Pyjas mógł zostać zastrzelony, nadal jest jedną z wiodących hipotez śledztwa. – Chciałbym, aby uwagi do pracy biegłych były zgłaszane, kiedy sporządzą opinię. Inaczej podważa się ich wiarygodność, zanim jeszcze odpowiedzieli na zadane im w trakcie śledztwa pytania – komentuje prokurator.

Do IPN dotarły już materiały zbierane do filmu „Trzech kumpli”. To ponad 200 godzin nagrań, które mogą mieć znaczenie dla postępowania.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki e.losińska@rp.pl

Rzeczpospolita

sobota, 19 czerwca 2010

Kim jest agent Mosadu? Oto szczegóły

Miał wiele tożsamości

Kim jest agent Mosadu? Oto szczegóły

Gdy zatrzymywano go na lotnisku Okęcie w Warszawie, miał przy sobie paszport na nazwisko Uri Brodsky. Ale okazuje się, że to tylko jedna z jdego tożsamości. Podróżując po Niemczech, podawał się bowiem za kogoś innego. Tygodnik "Der Spiegel" ujawnia szczegóły działalności agenta izraelskiego Mosadu.

Przebywał on w Niemczech jako Alexander Verin. Analiza jego podróży, pobytów w hotelach i płatności, dokonywanych kartami kredytowymi wykazała, że posługiwał się także nazwiskiem Uri Brodsky - napisał "Spiegel".

Mężczyzna z paszportem wystawionym na nazwisko Uri Brodsky został zatrzymany 4 czerwca na Okęciu w Warszawie na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania.

Niemiecka prokuratura zwróciła się do Polski o wydanie Izraelczyka, który podejrzany jest o poświadczenie nieprawdy i pomoc w sfałszowaniu dokumentów niemieckich.

Brodsky miał brać udział w przygotowaniach do zamachu na lidera radykalnego palestyńskiego ugrupowania Hamas w styczniu tego roku w Dubaju. Jak pisze "Spiegel", pomógł on w zdobyciu niemieckiego paszportu jednemu z późniejszych zamachowców, także domniemanemu agentowi izraelskich służb. To Brodsky miał zlecić adwokatowi z Kolonii złożenie wniosku o paszport.

"W Berlinie panuje spore oburzenie z powodu tego, że izraelskie służby specjalne powołały się w uzasadnieniu wniosku o przyznanie niemieckiego paszportu na rzekome prześladowania ze strony nazistów w III Rzeszy" - ujawnia "Spiegel".

Według mediów mężczyzna, któremu wydano niemiecki paszport na nazwisko Michael Bodenheimer, twierdził, że jego rodzice uciekli z III Rzeszy przed prześladowaniami Żydów.

"Spiegel" pisze, że rząd federalny nie wstrzyma ze względów politycznych dochodzenia przeciwko Izraelczykowi, pomimo nacisków ze strony izraelskich władz.

"W zaangażowanych w sprawę ministerstwach panuje zgodna opinia, że postępowanie odbywać się musi na podstawie czysto prawnych kryteriów" - cytuje "Spiegel" anonimowego członka rządu w Berlinie.

Rozmówca tygodnika dodaje, że ustawowo możliwe wstrzymanie postępowania ze względu na ważny interes publiczny nie wchodzi w grę.

Izraelski minister handlu Benjamin Ben-Eliezer powiedział "Spieglowi", że "zobowiązaniem Izraela jest chronić (zatrzymanego) przed wydaniem". "Ale nawet jeśli dojdzie do procesu w Niemczech, nie może to zaszkodzić dobrym stosunkom naszych państw" - dodał.

W czwartek polska prokuratura wysłała do Sądu Okręgowego w Warszawie wniosek o przekazanie Brodsky'ego do Niemiec.

czwartek, 10 czerwca 2010

Polscy śledczy mają zwiazane ręce

Cezary Gmyz 09-06-2010, ostatnia aktualizacja 10-06-2010 02:17

To nieprawda, że kontrolerzy nie mieli uprawnień, by zabronić lądowania prezydenckiego Tu-154

–   Premier   Tusk  powinien  poprosić  premiera  Putina,  by  strona rosyjska  przyspieszyła realizację pomocy prawnej – mówi „Rz” pełnomocnik rodzin  ofiar Rafał Rogalski
autor: Radek Pasterski
źródło: Fotorzepa
– Premier Tusk powinien poprosić premiera Putina, by strona rosyjska przyspieszyła realizację pomocy prawnej – mówi „Rz” pełnomocnik rodzin ofiar Rafał Rogalski

Jest pan jedną z niewielu osób, które znają materiał dowodowy zgromadzony przez polską prokuraturę w sprawie tragedii smoleńskiej. Czy podziela pan opinię o tym, że za katastrofę byli odpowiedzialni polscy piloci?

Rafał Rogalski, pełnomocnik rodzin ofiar, m.in. rodziny Kaczyńskich: Teoria o wyłącznej winie pilotów jest zdecydowanie przedwczesna. Z uwagi na rozwojowy charakter śledztwa być może powstanie nawet konieczność wykluczenia winy pilotów. To będzie zależało od wyników ostatecznych ustaleń. Aktualnie w aktach znajdują się już materiały, które wskazują na co najmniej współwinę innego podmiotu.

Jakiego?

Są wersje, które zakładają odpowiedzialność strony polskiej, ale są i takie, które zakładają odpowiedzialność strony rosyjskiej. W tym drugim przypadku chodzi o odpowiedzialność rosyjskiej kontroli lotów. W śledztwie prowadzonym przez polską prokuraturę żadna z tych wersji nie została wykluczona kategorycznie, a wszelkie przeciwne twierdzenia nie mają oparcia w materiale dowodowym.

Co wynika z zeznań rosyjskich kontrolerów, które ujawniła TVP?

Wynika z nich, że teza Edmunda Klicha (polskiego przedstawiciela przy Międzypaństwowej Komisji Lotniczej – red.) o wyłącznej odpowiedzialności polskich pilotów jest nieuprawniona i że rosyjscy kontrolerzy wprowadzali ich w błąd co do ścieżki lotu. Dopiero w ostatnich sekundach lotu pojawiły się komendy, które miały ten błąd naprawić. Porównując ścieżkę schodzenia samolotu z komendami wydawanymi przez Rosjan, nietrudno dojść do wniosku, że komendy były niewłaściwe. W zeznaniach obu kontrolerów są też zastanawiające sprzeczności. Nie wiemy dokładnie, jaką rolę w całej procedurze odgrywał kontroler, a jaką jego pomocnik. Nie wiem też, co podczas lądowania Tu-154 w wieży robiła trzecia osoba zidentyfikowana z imienia i nazwiska. Wersji powodów jej obecności i zadań można stworzyć wiele.

Pojawiły się też wątpliwości co do badań lekarskich, jakie kontrolerzy mieli przejść tuż przed katastrofą.

Tak. Nie jest jasne, w jakim byli stanie. Protokół w tym miejscu był poprawiany. Z pierwszej wersji wynikało, że kontrolerzy przeszli w tym dniu badania lekarskie. Z poprawionej – że badania się nie odbyły. To może rodzić podejrzenia, że ktoś chce ukryć, iż kontrolerzy byli niedysponowani. Nie dysponujemy na teraz jakimkolwiek materiałem dowodowym wykluczającym wątpliwości co do stanu dyspozycji kontrolerów.

Niedysponowani, czyli nietrzeźwi?

Nie mogę tego wykluczyć, zwłaszcza że nie mamy też informacji, czy po katastrofie przeszli testy na obecność alkoholu. Podkreślam jednak, że to hipoteza. Ale zastanawiające jest to, że – jak wynika ze stenogramu – wprowadzali pilotów w błąd i wydawali komendy z opóźnieniem.

Kim są ci kontrolerzy?

Tutaj też pojawiają się wątpliwości, zwłaszcza co do kontrolera o nazwisku Ryżenko. Zastanawiające jest, że jego delegacja na lotnisko Siewiernyj kończyła się 10 kwietnia, czyli w dniu katastrofy.

Jak ocenia pan decyzję o ujawnieniu stenogramów z kokpitu Tu-154?

Jako pełnomocnik rodzin ofiar byłem zdecydowanie za ujawnieniem treści tych zapisów. Ale chciałem, by odbyło się to na określonych zasadach. Z zapisami powinna się najpierw zapoznać prokuratura. I to ona powinna po analizie zadecydować, kiedy ujawnić stenogram, tak by nie zaszkodziło to dobru śledztwa. Przed publikacją z zapisem powinny zapoznać się rodziny osób, które zginęły w katastrofie, a dopiero potem społeczeństwo. Wątpliwe prawnie są też kompetencje Rady Bezpieczeństwa Narodowego do podjęcia decyzji o publikacji stenogramu. Myślę, że polscy prokuratorzy, którzy prowadzą to postępowanie, nie byli zachwyceni nagłym ujawnieniem stenogramu. Osobiście nie byłbym na ich miejscu zadowolony.

To nie jest przecież standardowa sytuacja, gdy prokurator zmuszony jest powziąć wiedzę o bardzo ważnym dowodzie z mediów, nikt nawet nie pyta go o zdanie, czy natychmiastowe ujawnienie nie zaszkodzi śledztwu. Stawiam w tym miejscu retoryczne pytanie: czy decydenci ujawnienia zapoznali się choćby z jedną kartą akt sprawy, czy przeprowadzili jakąkolwiek rozmowę z prokuratorami bezpośrednio zaangażowanymi w sprawę, czy ktokolwiek zapytał ich o zdanie? Wątpię. Fakt, iż rosyjscy kontrolerzy mogli się zapoznać z tymi zapisami zanim zostaną być może ponownie przesłuchani w drodze pomocy prawnej na wniosek polskiej prokuratury, może zaszkodzić śledztwu. O innych komplikacjach ze względu na dobro postępowania wspominać nie będę.

Jak decyzja o ujawnieniu stenogramu może wpłynąć na kontakty polskiej i rosyjskiej prokuratury?

Mariusz Kazana przed wylotem mówił wyraźnie, że wizyta nie jest przygotowana

Obawiam się, że niekorzystnie. Ujawnienie odbyło się mimo sprzeciwu Rosjan. A polskie śledztwo bazuje na tym, co ustalą Rosjanie. Boję się, że teraz może stanąć w miejscu, bo Rosjanie niechętnie będą przekazywać materiały ze swojego postępowania. Błędem było, że na początku nie podjęto z nimi negocjacji, by prowadzić wspólne śledztwo nie zaś dwa odrębne. Polscy prokuratorzy sformułowali już hipotezy śledcze, ale bez rosyjskich materiałów nie ma szansy, by je potwierdzić lub wykluczyć.

Jakich ważnych materiałów brakuje polskim śledczym?

Jest ich bardzo wiele. Przede wszystkim chodzi o protokoły oględzin miejsca katastrofy, protokoły przesłuchań świadków, zapisy rozmów na stanowisku kontroli, dokumentację ostatniego remontu tupolewa w Samarze w Rosji. Chcielibyśmy też ustalenia, jak często kontrolerzy kontaktowali się z Moskwą, bo wiemy, że były takie kontakty. Chcielibyśmy poznać treść tych rozmów. Niezbędne są też zapisy rozmów, jakie były prowadzone z iłem-76, który nie zdecydował się na lądowanie w Smoleńsku. Mamy niepotwierdzoną informację, że załoga iła sama zrezygnowała z lądowania. Trzeba jednak sprawdzić, czy to nie wieża zakazała im lądowania. Nie jest bowiem prawdą, że kontrolerzy nie mieli uprawnień, by zabronić lądowania.

Czy to prawda, że wieża podawała pilotom nieprecyzyjne dane?

Tak. Kontrolerzy twierdzą, że podali polskiej załodze gorsze dane na temat widoczności, niż były w rzeczywistości. Tłumaczą, że chcieli zniechęcić tupolewa do lądowania. Moim zdaniem to było działanie absolutnie niedopuszczalne. Pilot, podejmując decyzję, powinien dysponować danymi nie gorszymi ani nie lepszymi, lecz prawdziwymi. Rodzi się w tym miejscu pytanie, ile jeszcze nieprawdziwych informacji podali rosyjscy kontrolerzy polskim pilotom.

Na podstawie opublikowanego stenogramu formułowane są tezy o naciskach na pilotów. Czy są uprawnione?

Z formułowaniem tez powinniśmy poczekać na ustalenia polskich ekspertów, którzy dostali kopię zapisów z kokpitu. Z tego, co do tej pory opublikowano, nie wynika, że był jakikolwiek nacisk ze strony generała Andrzeja Błasika (szefa Sił Powietrznych, który aż do katastrofy był w kokpicie – red.). Jeżeli chodzi o dyrektora protokołu dyplomatycznego Mariusza Kazanę, to właśnie jemu mogło szczególnie zależeć na lądowaniu w Smoleńsku, a nie na lotniskach zapasowych. Problem w tym, że można było lądować w Mińsku lub Witebsku, ale nic nie było tam przygotowane, by przetransportować polską delegację na miejsce uroczystości. Mamy relacje świadków twierdzących, że Kazana przed wylotem mówił wyraźnie, iż wizyta nie jest przygotowana i w grę wchodzi tylko lądowanie w Smoleńsku. Podkreślam jednak: powinniśmy poczekać na odczytanie zapisu z kokpitu przez polskich ekspertów. W tej chwili 20 proc. materiału jest niezrozumiałe. Z tego, co na razie wiemy, formułowanie tezy o naciskach ze strony gen. Błasika, a tym bardziej prezydenta jest niedorzeczne i świadczące o złej woli tych, którzy takie oświadczenia składają.

Dlaczego stenogram ujawniono tak szybko?

Było to spowodowane naciskiem ze strony opinii publicznej. Wydaje mi się jednak, że bezpośrednią przyczyną była bardzo kłopotliwa dla rządzących informacja, która pojawiła się rano w dniu ujawnienia stenogramów, że z pułku specjalnego chce odejść 30 osób.

Reprezentuje pan pięć rodzin, które straciły bliskich w katastrofie. W jakiej są sytuacji?

Bardzo chcą poznać prawdę o katastrofie, niezależnie od tego, jaka ta prawda jest. Ogromnie przeżywają to, co się stało. To się czuje. Są też zaniepokojeni, że choć od tragedii minęły dwa miesiące, Rosjanie nie przekazują materiałów ze śledztwa i że do tej pory żaden wniosek o pomoc prawną nie został zrealizowany. Rodziny chcą skonsolidować swoje działania, powołując stowarzyszenie. Chodzi też o to, by skoordynować działania z pełnomocnikami innych rodzin.

Jak odebrał pan wiadomość o tym, że okradziono ofiary tragedii?

To kolejny sygnał, że teren katastrofy nie był prawidłowo zabezpieczony. Można też domniemywać, że oględziny miejsca tragedii były przeprowadzone niezgodnie z zasadami kryminalistyki. Źle świadczy to o stronie rosyjskiej. Oględziny miejsca katastrofy to czynność zasadniczo niepowtarzalna, tylko wyjątkowo przeprowadza się je po raz drugi. Już po rosyjskich oględzinach znajdowano części maszyny, nie mówiąc już o fragmentach ciał. Teren nie był zabezpieczony, a w dodatku ziemia została przekopana. Nie przyczynia się to do wyjaśnienia przyczyn tragedii.

Co wiemy dziś na temat wyników sekcji zwłok ofiar?

Niewiele. Właściwie to nie wiadomo, czy sekcje zostały w ogóle wykonane. Do Moskwy wysłano trzy grupy patomorfologów, kryminalistyków i biologów, którzy chcieli brać udział w sekcjach zwłok. Kiedy jednak dotarli na miejsce, Rosjanie oświadczyli, że sekcje zostały już wykonane.

Media przecież donosiły o tym, że w sekcjach brała udział minister zdrowia Ewa Kopacz, która ma doświadczenie w medycynie sądowej.

To przekłamanie. Pani minister pomagała w identyfikacji. Z całą odpowiedzialnością mówię – nie ma żadnych informacji, by w którejkolwiek sekcji zwłok brał udział jakiś polski patomorfolog. Bulwersuje mnie też sposób traktowania szczątków ofiar. Nie wszystkie ciała, które zachowały się w stosunkowo dobrym stanie, zostały ubrane przed włożeniem do trumien. Wiem o kilku takich przypadkach udokumentowanych fotograficznie. Ubierano tylko ofiary, których rodziny na czas dostarczyły odzież. Ponosi za to odpowiedzialność również strona polska.

Co można zrobić, by przyspieszyć śledztwo?

Polscy śledczy liniowi bardzo chcą dotrzeć do prawdy, ale wobec braków dowodowych (te są przecież w Rosji) mają związane ręce. Potrzebna jest wola najwyższych władz polskich oraz Prokuratury Generalnej (apeluję w tym miejscu), by wymusić na Rosjanach przekazanie wszelkich materiałów i zrealizowanie naszych wniosków o pomoc prawną. Tymczasem premier Donald Tusk twierdzi, że nie chce ingerować w śledztwo, bo prokuratura jest niezależna. Tu jednak nie chodzi o żadną ingerencję w śledztwo. Jestem przekonany, że szef rządu zaskarbiłby sobie przychylność opinii publicznej, gdyby zadzwonił do premiera Putina, który okazywał mu tyle sympatii, z prośbą o to, by strona rosyjska przyspieszyła realizację pomocy prawnej. Wszak sam minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski przyznał, że ze strony rosyjskiej idzie to wolno.

Czym wobec braku rosyjskich materiałów zajmuje się polska prokuratura?

Badany jest np. wątek związany z być może polskimi zaniedbaniami w toku przygotowania wizyty w Katyniu. Chodzi m.in. o zaniedbania związane z ochroną, przelotem czy też jakże specyficzną odrębnością organizacyjną wizyt premiera i prezydenta. Niestety, mamy do czynienia nie tylko z opóźnieniami ze strony Rosjan, ale także polskiego MSZ. Z tego, co wiem, polscy prokuratorzy wciąż czekają na komplet dokumentacji dotyczącej przygotowań wizyty Lecha Kaczyńskiego i wcześniejszej o trzy dni Donalda Tuska. Dokumentacja może nam odpowiedzieć na kilka jakże istotnych pytań.

—rozmawiał Cezary Gmyz