wtorek, 28 września 2010

O co Rosati oskarża Żuławskiego?

2010-09-28 | Ostatnia aktualizacja: 16:42 | Komentarze: 12
LODZ  PLAN FILMU  quot;HOUSE quot;  21072006  NZ WEROIKA ROSATI 22 L   FOTO SLAWOMIR JARMUSZ
Adwokaci reprezentujący reżysera Andrzeja Żuławskiego i wydawców jego książki zatytułowanej "Nocnik" domagają się odrzucenia pozwu aktorki Weroniki Rosati, która twierdzi, że została w drastyczny sposób sportretowana na kartach "Nocnika". Decyzja ma zapaść w piątek. Sąd zdecydował już o zakazie rozpowszechniania książki na czas trwania procesu.

We wtorek przed Sądem Okręgowym w Warszawie zaczął się proces o ochronę dóbr osobistych, jaki Rosati wytoczyła Żuławskiemu i wydawcy jego książki. Żąda od nich 200 tys. zł zadośćuczynienia, przeprosin w mediach za naruszenie jej dóbr osobistych (głównie prawa do prywatności i godności jako kobiety) oraz zaprzestania dalszego naruszania jej dóbr.

Jeszcze wiosną br. sąd wydał postanowienie zakazujące dalszego rozpowszechniania "Nocnika" przez pozwanych - do czasu zakończenia procesu. Stało się to w ramach instytucji tzw. zabezpieczenia powództwa (wiele razy krytykowanej w mediach jako rodzaj "cenzury prewencyjnej" - PAP).

We wtorek adwokaci pozwanych wnieśli o odrzucenie pozwu, argumentując, że powódka nie jest tożsama z opisaną w książce postacią Esterki i dlatego nie ma tzw. legitymacji czynnej procesowej, czyli nie może być powódką w tej sprawie.

"O pannie Rosati nie ma ani słowa w tej książce" - mówił pełnomocnik wydawcy książki mec. Jerzy Naumann. Według adwokata, postacie literackie nie mogą być używane do wytaczania procesów, bo inaczej zniewolono by wolność artysty. Mec. Naumann wyraził przypuszczenie, że dopiero po lekturze recenzji książki powódka powzięła opinię, że Esterka to ona. Zdaniem mec. Naumanna "panna Rosati mogłaby być powódką tylko wtedy, gdyby to był dzieło dokumentalne, gdzie występowałaby pod swoim nazwiskiem".

"Esterka nie jest powódką, a pani Rosati może nią być w tej sprawie. Pełnomocnicy pozwanych to jedyne osoby, które twierdzą, że Esterka to nie pani Rosati" - mówił w sądzie jej pełnomocnik mec. Maciej Lach. Jego zdaniem, o odrzuceniu pozwu na tym etapie nie może być mowy. Adwokat dodał, że 99 proc. faktów co do postaci Esterki odnosi się do postaci Rosati.

1 października sąd zdecyduje, czy odrzucić pozew (co oznaczałoby koniec procesu). Decyzja będzie nieprawomocna.

Żuławski to urodzony w 1940 r. we Lwowie reżyser, pisarz, scenarzysta i aktor. Zadebiutował w 1971 r. filmem "Trzecia część nocy". Po wstrzymaniu przez cenzurę jego filmu "Diabeł" z 1972 r. Żuławski wyjechał do Francji, gdzie kręcił filmy m.in. z udziałem Romy Schneider i Isabelle Adjani. W 2001 r. otrzymał Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, a w 2002 r. francuski Order Legii Honorowej. Weronika Rosati (ur. 1984) to aktorka, znana z ról w telewizyjnych serialach, m.in. "Majka", "Kryminalni", "Londyńczycy", "M jak miłość". Ostatnio było o niej głośno w związku z rolą w filmie "Largo Winch 2", gdzie zagrała u boku Sharon Stone.

Jak podawały niektóre media, Rosati miała być przez jakiś czas związana z Żuławskim. W śmiałej obyczajowo książce - według mediów - Rosati występuje pod pseudonimem Esterka. Sam Żuławski przekonywał, że te elementy jego "dziennika intymnego" to fikcja, a Esterka nie jest tożsama z Weroniką Rosati, która "sama zgłasza się na ochotnika". "To niczego nie zmienia, bo wiele faktów z życia bohaterki pozwala ją jednoznacznie zidentyfikować" - mówił mec. Lach. Według niego, opisy bohaterki są w książce "bardzo drastyczne", co uzasadnia żądanie pozwu.

Najgłośniejszym przypadkiem zabezpieczenia powództwa był sądowy zakaz emisji w latach 90. filmu "Witajcie w życiu" Henryka Dederki o korporacji Amway (główny wątek procesu wciąż trwa). Spotkało się to z krytyką w mediach; pojawiły się głosy o powrocie cenzury. Inne tego typu decyzje dotyczyły m.in. książki o Edycie Górniak, wypowiedzi o związkach Zygmunta Solorza ze służbami specjalnymi PRL, klipów różnych partii w kampaniach wyborczych. Z kolei w marcu br. sąd prawomocnie oddalił wniosek wdowy po Ryszardzie Kapuścińskim o wydanie takiego zakazu książki Artura Domosławskiego o znanym pisarzu. Sam proces wytoczony przez wdowę za tę książkę ma się zacząć w listopadzie.

Źródło: PAP

poniedziałek, 27 września 2010

World Series of Poker Europe czyli pokerowi milionerzy w Londynie

Łukasz Miszewski, Londyn
2010-09-23, ostatnia aktualizacja 2010-09-23 15:10
Phil Ivey
Phil Ivey

Czym dla gracza NFL jest pierścień mistrzowski zdobyty, oprócz licznych siniaków, w Super Bowl, dla skoczka narciarskiego zwycięstwo w Turnieju Czterech Skoczni, a kopacza futbolówki Złota Piłka magazynu France Football, tym dla zawodowego pokerzysty jest bransoletka oznaczająca triumf w cyklu zawodów World Series of Poker. Od trzech lat karciani milionerzy zjeżdżają też do Londynu, by rozegrać między sobą europejską wersję tego turnieju.

W zamierzchłych czasach poker był domeną odzianych w swetry studentów na amerykańskich kampusach, którzy grali ze sobą na małe stawki do białego rana, zupełnych amatorów zjeżdżających tłumnie do pustynnej Nevady, by przez weekend zatracić się w którymś z dziesiątek, setek kasyn Las Vegas czy Reno oraz zawodowych szulerów cieszących się raczej złą sławą. O ile w ogóle można to nazwać sławą.


Potem pojawiły się transmisje telewizyjne z zawodów pokerowych, które sprowadziły sportową wersję tej gry pod tak zwane strzechy, a jeszcze później globalna sieć z setkami serwisów dla graczy, umożliwiająca każdemu, kto ma tylko internetowe łącze mierzyć się każdego dnia z tysiącami zawodników z całego świata. Nawet tych z tymi najwyższej półki.


To, co kiedyś było rozrywką, wymagającą wielu umiejętności, ale wciąż rozrywką, dziś jest prawdziwym narosłym wokół pokera przemysłem. Prawdziwym i niezwykle dochodowym. Obecny w tym roku na WSOPE Phil Ivey, jedna z największych niekwestionowanych gwiazd światowego pokera, na samych turniejowych stołach zarobił już w swojej karierze 13 milionów dolarów. Dużo? Dużo. Jeszcze więcej jednak zgarnął do swojej kieszeni w grach pozaturniejowych. Wyzwany na pojedynek przez teksańskiego miliardera i pokerowego zapaleńca Andy`ego Beala, ograł go w ciągu trzech dni na kolejne 16 milionów.


Ivey jest przede wszystkim znakomitym pokerzystą. Środowisko zawodowe uważa go za najbardziej wszechstronnego gracza na świecie. Zdobył do tej pory siedem bransoletek WSOP. Ale to także maniak adrenaliny i sytuacji, w których potężne sumy pieniędzy szybko zmieniają właściciela. Gra w kości, rzuca monetą, bierze udział w turniejach golfowych, gdzie stawką jest milion dolarów za dołek. Wymieńcie cokolwiek, gdzie szybko można wygrać lub stracić sześciocyfrową kwotę, a on na pewno już to robił.


Myliłby się jednak ten, kto uważa, że poker jest hazardem w czystej postaci. To prawdziwy sport, w którym liczą się opanowanie, umiejętność szybkiego podejmowania decyzji i przewidywania posunięć przeciwnika oraz tysiące, setki tysięcy żmudnie rozgrywanych partii. A także oczywiście szczęście. Nie ono jest jednak najważniejsze. Gdyby tak było, zawodnicy niezmiennie od lat pojawiający się w czołówce ważnych zawodów, tacy jak wspomniany Ivey, Andy Bloch czy Allen Cunningham byliby największymi farciarzami tego świata.


- Poker to wspaniała gra wymagająca umiejętności - mówi jeden z czołowych graczy naszego globu Howard "Profesor" Lederer, jeden z założycieli serwisu FullTiltPoker.net, zrzeszającego najlepszych graczy na świecie. "Profesor" wie, co mówi - na turniejowych stołach zarobił już ładne kilka milionów dolarów. - Czy przypadkowy człowiek z ulicy może ograć zawodowca? Tak. Na krótką metę - uzupełnia Chris Ferguson, jeden z koni pociągowych stajni Lederera i tegoroczny kandydat do pokerowego Hall of Fame.


Powiedzieć, że środowisko najlepszych na świecie graczy jest zróżnicowane, to jak nie powiedzieć niczego. Mike Matusow to były krupier, Andy Bloch ma doktorat z elektrotechniki zdobyty w Massachusetts Institute of Technology, prawdopodobnie najlepszej uczelni technicznej świata, przy okazji zrobił także doktorat z prawa na Harvardzie. Ferguson ma tytuł doktora informatyki, choć dojście do niego zajęło mu 18 lat. Cunningham przez pokera rzucił studia na kalifornijskim uniwersytecie UCLA. Dziś wszystkich ich łączy tylko jedno - są obrzydliwie bogaci, a rozmowy z dziennikarzami odbywają się w delikatnym blasku roleksów (choć na przykład jedna z legend tego sportu, urodzony w Kopenhadze, ale na co dzień mieszkający w Monte Carlo Gus Hansen wychodzi do prasy o kulach, w dresie oraz znoszonych tenisówkach). Żaden z nich nie zmieniłby też teraz swoich życiowych wyborów. - Przez kilka lat żałowałem rzucenia uczelni, zdając sobie sprawę, że z reguły masz tylko jedną szansę, żeby ją skończyć. Ale biorąc pod uwagę to, jak toczy się moje życie, obecnie niczego nie żałuję - mówi Cunnigham.


A jak się toczy? Spektakularnie, zwłaszcza, że większość światowej pokerowej czołówki uwielbia adrenalinę i wszelkiego rodzaju wyzwania. Niepozorny 24-latek z New Jersey Tom Dwan zaproponował Philowi Ivey, że wypłaci mu okrągły milion dolarów, jeśli ten powstrzyma się przez rok od jedzenia mięsa. Mistrz najpierw domagał się dwóch milionów, ale w końcu przystał na zakład. Wytrzymał trzy tygodnie, do momentu, w którym nie wybrał się do restauracji i ktoś koło niego nie zamówił kurczaka.


Wśród maniaków tej dyscypliny największe nazwiska graczy cieszą się estymą równą tej towarzyszącą gwiazdom rocka. Znany fan pokera Robert Kubica deklaruje, że ze wszystkich osób żyjących lub nie, najbardziej chciałby zjeść kolację z Sebastianem Lobem i Gusem Hansenem. - To niech do mnie zadzwoni - kwituje to krótko Duńczyk.


Czwarta edycja istniejącego od 2007 roku World Series of Poker Europe składa się z pięciu turniejów, rozgrywanych od 14 do 28 września w londyńskim Empire Casino. Jak na razie któregokolwiek z pierwszych trzech eventów - w Six Handed No Limit Hold`Em, Pot Limit Omaha i No Limit Hold`Em - nie wygrał żaden z największych pokerzystów, którzy zjechali do stolicy Anglii. Co nie zmienia faktu, że ich zwycięzcy zainkasowali kolejno 170, 160 i 130 tysięcy funtów. Dla prawdziwych gwiazd pokera to równie prawdziwe drobne, ale liczy się prestiż i wspomniana wcześniej bransoletka. Bo to tytuły WSOP a nie stan konta, wpisują się na stałe do historii tego sportu. World Series of Poker Europe 2010 skończy się głównym turniejem w No Limit Hold`Em, w którym zawodnicy będą się mierzyć między 23 a 28 września.

niedziela, 26 września 2010

Aktor i bank: stare małżeństwo. Historia związku Kondrata z ING

Vadim Makarenko
2010-09-20, ostatnia aktualizacja 2010-09-19 23:08

Związek Marka Kondrata z ING trwa już 12 lat, co jest ewenementem na skalę światową. Jakim cudem aktor i bank wytrzymali ze sobą tyle czasu?

Marek Konrad w reklamie banku ING
Fot. ING
Marek Konrad w reklamie banku ING
Marek Konrad w reklamie banku ING
Fot. ING
Marek Konrad w reklamie banku ING
- Pamiętam pierwszą rozmowę z prezesem OFE Nationale-Nederlanden. Powiedział, że pierwszy kontrakt reklamowy będzie bardzo niski, bo cały budżet na stworzenie tego funduszu w Polsce również jest skromny - wspomina swoje początki w reklamie Marek Kondrat. - Menedżerowie tej firmy z Zachodu nie mieli o mnie pojęcia, dla nich byłem niczym aktor bułgarski, to jest zrozumiałe.

Ale to był rok 1998. W wyniku reformy emerytalnej wprowadzanej przez rząd Jerzego Buzka grupy finansowe zaczęły na potęgę zakładać otwarte fundusze emerytalne, które przez najbliższe dwa lata były motorem polskiego rynku reklamowego. Marek Kondrat stanął wówczas w blokach startowych obok innych swoich kolegów, jak Bogusław Linda, Wojciech Malajkat czy Zbigniew Zamachowski. - Oczywiście, że na początku nikt nie spodziewał się, że współpraca potrwa tak długo - mówi Roman Jędrkowiak, były szef marketingu ING.

Po 12 latach twarz aktora kojarzy się Polakom z ING tak samo jak słynny lew w logo tego banku. Klienci największych agencji reklamowych w kraju byliby skłonni zapłacić za reklamę z jego udziałem 912 tys. zł - ustalił "Forbes" i po raz kolejny umieścił Kondrata na pierwszym miejscu w rankingu najcenniejszych gwiazd polskiego show-biznesu. "To najwyższa kwota w historii tego zestawienia" - komentował magazyn. Menedżerowie z centrali holenderskiej grupy finansowej już dobrze kojarzą aktora. Dwa lata temu, podczas spotkania za granicą jeden z nich zapytał: - Ile to już lat pan dla nas pracuje?

- Dziesięć - odpowiedział Kondrat.

- Mój boże, nie ma takich kontraktów reklamowych! - zdziwił się.

Niewidoczny na Pudelku

To prawda. - W rankingu światowych gwiazd "Forbesa" nie ma nikogo, kto pracowałby dla marki dłużej niż przez rok, dwa lata: czy to Brad Pitt dla zegarków Tag Heuer, Samuel Jackson dla banku Barclays czy Maria Szarapowa dla biżuterii Tiffany's - wymienia Jakub Kamiński, szef agencji reklamowej Brain, która od sześciu lat przygotowuje reklamy z udziałem Marka Kondrata.

Długoterminowy mariaż z wielką gwiazdą jest kosztowny i zazwyczaj bardzo kruchy. Znani aktorzy i sportowcy mają swoje słabości, które odpowiednio nagłośnione potrafią szybko przekreślić współpracę. Gdy pięć lat temu brytyjski dziennik "Daily Mirror" opublikował zdjęcie modelki Kate Moss wąchającej kokainę, kontrakt reklamowy wypowiedział jej odzieżowy gigant H&M. Gdy w zeszłym roku wyszło na jaw, że znany golfista Tiger Woods miał niezliczoną liczbę kochanek, reklamy z jego udziałem wstrzymały m.in. Tag Heuer oraz Pepsico. A Marek Kondrat? - Nie jest atrakcyjny dla tabloidów, bo co niby mogłyby o nim napisać? Że poszedł do sklepu po bułki? Jest zbyt nudny dla "Faktu" czy Pudelka - ocenia Jędrkowiak. Aktor rzadko pojawia się w kolorowych magazynach, kronikach towarzyskich czy telewizyjnych talk-show. Nawet jego samochód - choć z wyższej półki - nie rzuca się w oczy. Od czerwonego ferrari reklamowa twarz ING woli nissana infinity.

Kilka lat temu brytyjska BBC na swojej stronie internetowej uruchomiła giełdę gwiazd Celebdaq i zaproponowała odbiorcom zabawę polegającą na inwestowaniu w gwiazdy niczym w firmy. Innymi słowy, chętni mogli kupować i sprzedawać niby-akcję w Davidzie Beckhamie albo Madonnie. W tych nietypowych transakcjach liczyły się różne parametry, ale jednym z kluczowych była ekspozycja, czyli to, gdzie i ile razy gwiazda się pojawiała, jakie kontrakty podpisywała, czy dostała angaż do kolejnej kampanii, czy do kolejnych zawodów. Im więcej dobrych informacji było wokół danej osoby, tym większa była szansa na wzrost jej notowań. Gdyby na tym parkiecie notowany był Marek Kondrat, "inwestorzy" mieliby problem, bo poza reklamami ING jest prawie niewidoczny. W branży marketingowej pojawiają się nawet głosy, że to nie aktorstwo (udział w prawie stu produkcjach filmowych i telewizyjnych), lecz właśnie reklama utrzymuje go na topie społecznej świadomości. - Gdyby nie reklamy ING, byłby zapomnianą gwiazdą - przekonywał mnie niedawno szef jednej z agencji PR.

- Specjalnie nie przejmuję się tym, co ludzie o tym mówią. W ciągu ostatnich 12 lat robiłem filmy znaczące, od "Pułkownika Kwiatkowskiego" po "Dzień Świra" czy "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" Marka Koterskiego. Z obliczem artystycznym wziąłem rozbrat, bo minęła moja epoka, nie czułem już związku emocjonalnego z tym zawodem - tłumaczy Kondrat.

Niezaorany w reklamie

Gdy pytam agencje reklamowe o wielkie gwiazdy, za które już nie chcą płacić, słyszę nazwisko Adama Małysza. - To fantastyczny sportowiec i tego nikt mu nie zabierze. Ale po tym jak reklamował: Pocztę Polską, Atlas, Goplanę, Winiary, Red Bulla, Generali, okna Veka oraz Lotos, szefowie marketingu w firmach dostają wysypki na sam dźwięk jego nazwiska - mówi szef dużej agencji proszący o anonimowość. Małysz nie jest wyjątkiem. Często podpisując kolejny kontrakt z celebrytą firma albo pracująca dla niej agencja myślą raczej o szybkim, jednorazowym strzale niż o współpracy na lata. Z kolei same gwiazdy traktują swój udział w reklamie jako zwyczajne dorabianie do pensji.

ING robi wszystko, by swojego gwiazdora "nie zaorać". - Nie ma go w reklamach prasowych ani na billboardach. Tylko telewizja, ewentualnie kina - mówi były szef marketingu ING. W efekcie Polacy nie mają poczucia, że "Kondrat jest wszędzie". Z drugiej strony ekspozycji aktorowi mogłoby pozazdrościć wiele znanych marek. W ciągu ostatnich czterech lat na reklamy z jego udziałem bank wydał łącznie 135 mln zł brutto (bez rabatów i upustów). - To mniej więcej tyle, co w całym 2009 r. na reklamę wszystkich swoich marek przeznaczyły takie firmy, jak Coca-Cola, GlaxoSmithKline czy Maspex - wylicza Paweł Jagiełło z domu mediowego Pan Media Western obsługującego ING. Choć w tym czasie Marek Kondrat zagrał w 83 reklamówkach, widać, że ludzie wciąż czekają na niego w kinach. Fragmenty jego wystąpienia na festiwalu muzycznym "Przystanek Woodstock" na YouTube obejrzano w ciągu czterech dni ponad 100 tys. razy. - I to bez żadnej promocji - podkreśla Jagiełło. - Nie jest to gwiazda młoda, ale młodzi doskonale go kojarzą.

- Nie jestem postacią epatującą młodością, rześkością ani animuszem - zgadza się Kondrat. - Są we mnie natomiast zawarte cechy związane z trwałością i powtarzalnością, co dla banku jest cenne. Prawdopodobnie kimś takim jestem, skoro kontrakt jest przedłużany przez tyle lat.

Nie tylko twarz

Twarze aktorów w reklamach są dziś codziennością, ale 12 lat temu gwiazdy polskiego ekranu były ostro krytykowane za mariaż z kosmetykami, napojami czy firmami finansowymi. Dostało się też Kondratowi, ale udało mu się wyjść z tego obronną ręką, bo nawet w reklamach ING był sobą, czyli grającym swoją rolę aktorem. - Nie macha do widzów rączką i nie przekonuje: "Kupcie to". Każda reklama wykorzystuje jego warsztat i doświadczenie, a przez to Marek jest wiarygodny dla widza. Bajki czy orędzie prezydenta to też kawał aktorskiej pracy - uważa Jędrkowiak.

Kondrat bierze udział w przygotowaniach kolejnych reklamówek: spotyka się z agencją, omawia scenariusze i może nawet wetować pomysły zgłaszane przez agencję reklamową. Czy z tego prawa korzysta? - Zdarzało się - ucina Jakub Kamiński, szef Brain. Przykładów nie zdradza. Kondrat również unika szczegółów i twierdzi, że odrzucał pomysły na reklamy "wcześniej", gdy dostawał kilkanaście projektów i wybierał jeden. - Teraz to się praktycznie nie zdarza, pracuję od wielu lat z tymi samymi ludźmi, starzeję się na ich oczach i coraz mniej w tym wszystkim chodzi o wyścig i dynamizm - wyjaśnia. Gdy kilka lat temu ING przygotował reklamówkę, w której walizka z pieniędzmi ciągnie aktora prosto do banku, zaczął dostawać e-maile od widzów. "Komu jak komu, ale panu nie wypada!" - przekonywali. - Trafiło na opór godności i wziąłem to sobie do serca, podobnie jak moi "oprawcy" - żartuje aktor.

"Oprawcy" są ci sami od sześciu lat, bo ING nie zmienił przez ten czas pracującej dla niego agencji reklamowej ani domu mediowego. W efekcie za reklamy banku odpowiada to samo niewielkie grono osób, w którym wszyscy się doskonale znają i mają wspólny cel. Kontrakt można przedłużyć, ale wytworzyć takie relacje i to w branży reklamowej, w której rządzi szybki zysk, nie jest łatwo.

Aktor nie ma poczucia, że się sprzedał i jest wykorzystywany. Mówiąc o ING, używa liczby mnogiej: "zrobiliśmy, zbudowaliśmy, udało nam się". Zapytany o to wprost przyznaje: - Ten bank to jakby moje ciało. Pączkowo-herbaciany bank regionalny na moich oczach zamienił się w nowoczesną instytucję obsługującą klientów przez internet. Nie dałem jej jedynie twarzy i nazwiska, zżyłem się z nią. Jeżdżę z jej pracownikami po regionach, spotykam się z najlepszymi klientami.

Więcej fanów niż przeciwników

ING już dziś wie, że za dwa lata aktor nie pojawi się w reklamach innej firmy. Choć - jak zaznacza mój rozmówca - "nikt nie ma na to papierów". A chciałoby go wielu - producenci aut, luksusowych akcesoriów, odzieży czy alkoholu. Kondrat w ING jest obiektem zazdrości prawie w każdym banku w Polsce. Z badań takich firm jak GfK Polonia czy Millward Brown SMG/KRC wynika bowiem, że borykamy się z deficytem znanych osób, które mają dużo więcej fanów niż przeciwników. Większość gwiazd, jak np. Doda, Jerzy Owsiak czy Tomasz Lis, polaryzuje ludzkie odczucia. Są zbyt wyraziści albo reprezentują poglądy, które zrażają do nich sporą część odbiorców. Marek Kondrat jest jednym nielicznych wyjątków od tej reguły i jego odejście byłoby sporym ciosem dla ING. Dlatego ktokolwiek będzie chciał go zatrudnić, będzie musiał zapłacić dużo więcej niż niecały milion złotych, który pojawił się w rankingu "Forbes". Ile? Nie wiadomo. Reklamowe gaże Kondrata udało się utrzymać w tajemnicy przez 12 lat. Aktor twierdzi, że wycena w rankingu "Forbesa" "nie jest zgodna z tym, w jaki sposób jest oceniany przez swoją instytucję". - Jest jednak zgodna z ideą, którą uprawiamy bank i ja. Idea ta nie polega na atrakcyjności doraźnej. Nie pierwszy raz jestem na pierwszym miejscu na tej liście, choć agencje reklamowe działają bez sentymentu. To uznanie naturalności bytu i braku poszukiwania szybkiego poklasku - mówi Kondrat.

Źródło: Gazeta Wyborcza