środa, 20 października 2010

Biuro Kutza zamknięte do poniedziałku. Przez pogróżki

- Na razie nie przyjmujemy interesantów, obawiamy się o nasze bezpieczeństwo - powiedziała nam Krystyna Klaczkowska, szefowa katowickiego biura Kazimierza Kutza. Kutz zapowiada, że zgłosi sprawę do prokuratury.

Decyzję Klaczkowska podjęła w środę, po konsultacji z posłem Kutzem. Po wypowiedzi Marka Migalskiego, który na swoim blogu obarczył Kutza polityczną i moralną winą za zbrodnię do jakiej doszło w Łodzi, pracownicy biura zaczęli odbierać telefony z pogróżkami. "W sensie politycznym i moralnym winnymi tej zbrodni są Palikot, Kutz, Niesiołowski i wszyscy ci, którzy brali udział w przemyśle nienawiści wymierzonym w Kaczyńskich i PiS" - napisał Migalski.

Kazimierz Kutz nie był zaskoczony. - Brawo! Wiedziałem, że coś takiego usłyszę. Liczyłem tylko, że padnie to z ust Kaczyńskiego - powiedział wtedy "Gazecie". Przypomniał, że gdy ktoś obrzucił podwórko jego domu farbą i rozwiesił na płocie jego nekrologi, nie krzyczał, że to wina Migalskiego.

Dziś Kutz mówi: - Europoseł wymienił trzy konkretne osoby jako winne tragedii w Łodzi. Podał trzy nazwiska. Można powiedzieć, że wystawił nas w ten sposób na egzekucję. Jako człowiek odpowiedzialny nie miałem innego wyjścia jak zamknąć biuro. Przynajmniej na kilka dni, przeczekać aż się trochę wyciszy. Europoseł chyba chciał w ten sposób złagodzić swojej stosunki z Jarosławem Kaczyńskim. Efekt jest jednak taki, że to podżeganie - mówi Kutz "Gazecie" dodając, że podejmie w tej sprawie kroki prawne.

Co na to Marek Migalski? - Pan Kutz może oddać sprawę do prokuratury. On ciągle robi coś przez kogoś. Przez to, że PO nic nie robiła dla Śląska wystąpił z partii, przez to co napisałem zamyka swoje biuro. Tymczasem od długiego już czasu wygaduje o PiS obrzydliwe rzeczy. Teraz informuje o zamykaniu biura bo chce odwrócić kota ogonem. - mówi Migalski - Pan Kutz nie siedzi w mojej głowie by wiedzieć czy chcę ocieplenia stosunku z prezesem. Niech lepiej zajmie się swoją osobą niż wiecznym ocenianiem innych - dodaje.

czwartek, 7 października 2010

Katowickie szyldy szpecą. A kiedyś było tak pięknie...

Anna Malinowska
2010-11-06, ostatnia aktualizacja 2010-11-06 16:32

Wygląd ulicy Dworcowej w latach 30. XX wieku świadczył o wielkomiejskości Katowic
Wygląd ulicy Dworcowej w latach 30. XX wieku świadczył o wielkomiejskości Katowic
fot. archiwum Muzeum Historii Katowic

Przedwojenne reklamy i szyldy można oglądać na wystawie zorganizowanej przez grupę pasjonatów na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. - To kolejny dowód świadczący o wielkomiejskości Katowic, aż chciałoby się do tamtych czasów powrócić - oceniają eksperci

Ulica Korfantego w latach 30. XX wieku
fot. archiwum Muzeum Historii Katowic
Ulica Korfantego w latach 30. XX wieku
Ulica Mickiewicza w latach 30.
fot. archiwum Muzeum Historii Katowic
Ulica Mickiewicza w latach 30.
Ulica 3 maja
fot. archiwum Muzeum Historii Katowic
Ulica 3 maja
Aleksandra Wilczyńska, doktorantka z Katedry Teorii Filozofii Prawa, kilka miesięcy temu porządkowała książki po swoim ojcu. Przerzucając kolejne woluminy na strychu, jej uwagę przykuł "Kalendarzyk Policji Województwa Śląskiego" wydany w 1938 r.

- Na końcu książki były stronice wypełnione reklamami i szyldami. Pierwsza z nich dotyczyła loterii. "Najmilszy prezent to zawsze los z Katafala Katowice ul. Dyrekcyjna 2, Katafal-synonim szczęścia". Czy ktoś dziś mówi, że coś może być najmilsze albo czy używa się określenia synonim? Czy informuje się o tym za pomocą ciekawej czcionki? Pozostałe szyldy jeszcze bardziej mnie ujęły - mówi Wilczyńska.


Z kalendarzykiem w ręku postanowiła sprawdzić, co dziś jest w miejscach, które tak elegancko w międzywojniu potrafiły się reklamować. Ku niemiłemu zaskoczeniu w miejscu przepięknego Salonu Wykwintnych Kapeluszy dziś jest Skarbek. - Wzięłam ze sobą aparat fotograficzny, by zestawić to, co było, z teraźniejszością. Po zdecydowanej większości tych miejsc nie ma śladu. Zostały często tylko kamienice, które albo zasłaniają płachty kolorowych reklam, albo jakość szyldów dziś istniejących zdecydowanie odbiega od tych wcześniejszych - dodaje Wilczyńska.

I tak obfotografowane zostały miejsca, w których działał m.in. M. Szczeponik & Co Import kawy i herbaty, najstarsza i największa na Śląsku składnica sportowa, kino dźwiękowe Union ze "stale pierwszorzędnym repertuarem filmów", salony dla pań czy Hala Hamburska, w której codziennie można było kupić świeże ryby morskie i rzeczne.

Wilczyńska wraz z grupą przyjaciół postanowiła swoimi spostrzeżeniami podzielić się i zorganizować ekspozycję. - Wystawa pokazuje piękno dawnych Katowic. Dobrze by było, gdyby miasto wróciło do takich tradycji. My, jako uczelnia, dbamy o to, by studentów nam nie brakowało. Dobrze jednak byłoby, żeby po "szychcie" mogli tu też coś ciekawego robić - mówił podczas wernisażu prof. Zygmunt Tobor, dziekan Wydziału Prawa i Administracji.

Jadwiga Lipońska-Sajdak, dyrektorka Muzeum Historii Katowic, podkreśla, że przed wojną Katowice były miastem na poziomie europejskim. - Wraz z rozwojem przemysłu do miasta ściągały kadry, inteligencja. Trzeba było im coś zaoferować. Kupcy czy restauratorzy prześcigali się więc w pomysłach. Był sklep z odzieżą angielską lepszy niż w Warszawie, bez problemu można było kupić najlepsze trunki itd. Działały też tory wyścigowe, Torkat, mieliśmy regularne linie lotnicze. Stąd ta dbałość o szczegół: szyld był wizytówką, równie ważną jak sam towar. Piękne szyldy tworzyły z kolei ciekawą ulicę - uważa dyrektorka.

Zdaniem urbanisty Macieja Borsy nieciekawe, mało estetyczne czy nieprzemyślane reklamy są dziś zmorą wielu polskich miast. - Każdy z handlowców robi to na swój sposób. Na ulicy nie przedstawia to spójnej i ciekawej całości. Wystarczy pojechać do Mediolanu i przejść się po Galerii Wiktora Emmanuela, gdzie wszystkie szyldy są czarne, a na nich umieszczone są złote litery. Nawet McDonald's musi się tam tak reklamować. Nasze społeczeństwo musi do tego jeszcze dorosnąć, bo jak na razie skazani jesteśmy na krzykliwe plakaty i dziwaczne nazwy, najczęściej angielsko brzmiące. Ulica przez to wszystko wygląda jak zlepek tego, co się komu podoba - kwituje.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice


Więcej... http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,8623528,Katowickie_szyldy_szpeca__A_kiedys_bylo_tak_pieknie___.html#ixzz14azSADup

środa, 6 października 2010

Sasin: Uderzył mnie pośpiech w przejmowaniu władzy 10 kwietnia

luk, PAP
2010-10-06, ostatnia aktualizacja 2010-10-06 18:24
Jacek Sasin
Jacek Sasin
Fot. prezydent.pl

O braku funkcjonariuszy BOR na lotnisku w Smoleńsku 10 kwietnia i pośpiechu, by obowiązki prezydenta przejął Bronisław Komorowski - mówił były wiceszef Kancelarii Prezydenta Jacek Sasin na spotkaniu z zespołem Macierewicza.

Marszałek Bronisław Komorowski przemawia na lotnisku Okęcie
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
Marszałek Bronisław Komorowski przemawia na lotnisku Okęcie
Wrak prezydenckiego Tu-154, który runął przed lotniskiem w Smoleńsku 10 kwietnia
Fot. Mikhail Metzel ASSOCIATED PRESS
Wrak prezydenckiego Tu-154, który runął przed lotniskiem w Smoleńsku 10 kwietnia
Sasin, który 10 kwietnia rano przebywał na cmentarzu w Katyniu, relacjonował podczas posiedzenia zespołu, że na miejscu katastrofy Tu-154M był około godziny po tym zdarzeniu. Rozmawiał wówczas telefonicznie z ministrem prezydenckiej kancelarii Andrzejem Dudą, który relacjonował mu działania podjęte w Warszawie przez Kancelarię Sejmu.

- (Duda) powiedział mi, iż jest takie oczekiwanie ze strony marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, wyrażone przez szefa Kancelarii Sejmu (Lecha Czaplę), aby stwierdzić, że nastąpiły konstytucyjne przesłanki do tego, by pan marszałek Komorowski rozpoczął wykonywanie funkcji prezydenta - tłumaczył Sasin. Jak dodał, Duda miał w tym kontekście użyć słów: "Tu już trwa zamach stanu".

Według relacji Sasina, Duda spytał Czaplę na jakiej podstawie stwierdzono zgon prezydenta. Na co - dodał - miał usłyszeć odpowiedź, że na podstawie medialnych doniesień o katastrofie i zgonie prezydenta. - Minister Duda zdecydowanie odmówił podjęcia działań na tej podstawie - powiedział Sasin.

Uderzał mnie nadzwyczajny pośpiech Kancelarii Sejmu

Sasin relacjonował, że w kolejnym telefonie do Dudy z Kancelarii Sejmu poinformowano go, że prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew zadzwonił do premiera Donalda Tuska i przekazał informację, że prezydent Lech Kaczyński zginął w katastrofie lotniczej. Dodał, że wówczas zostały uruchomione procedury przejęcia funkcji prezydenta przez ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego. Sasin podkreślił, że te działania Kancelarii Sejmu miały miejsce 10 kwietnia między godziną 11 a 12. - Podczas gdy ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego zostało zidentyfikowane przez jego brata Jarosława Kaczyńskiego dopiero w godzinach wieczornych 10 kwietnia i wtedy mógł być stwierdzony zgon i wystawione dokumenty potwierdzające zgon - zaznaczył.

Sasina, jak mówił, uderzał "nadzwyczajny pośpiech" Kancelarii Sejmu, który, według niego, nie miał żadnego uzasadnienia. - Nasz kraj nie był bezpośrednio zagrożony jakimikolwiek wydarzeniami czy to wewnętrznymi, czy zewnętrznymi, które nakazywały podejmowanie takich działań, które, nie chciałbym używać słów "być może", ale przynajmniej na granicy prawa, być może z przekroczeniem konstytucji się odbywały - ocenił.

Na lotnisku w momencie katastrofy nie było funkcjonariuszy BOR

Minister stwierdził także, że gdy przybył na miejsce katastrofy ok. godz. 9.30-9.40 czasu polskiego, nie była tam prowadzona akcja ratunkowa. Jak mówił, w pewnej odległości od wraku stały karetki pogotowia, a wokół nich zgromadzony był personel medyczny. - I to, co mnie wtedy uderzyło, to że właściwie akcja ratunkowa jako taka na miejscu katastrofy nie jest prowadzona - zaznaczył. Sasin dodał też, że według jego wiedzy na lotnisku w momencie katastrofy nie było funkcjonariuszy BOR. - Mamy bardzo rozbieżne informacje w tym przypadku, bo mamy z jednej strony stwierdzenie (szefa BOR) gen. Mariana Janickiego, że funkcjonariusze BOR znajdowali się na lotnisku. Ja mogę stwierdzić ze swojej wiedzy i swojej obserwacji, że tak po prostu nie było - podkreślił na konferencji prasowej po posiedzeniu zespołu. Relacjonował, że gdy dowiedział się, że doszło do wypadku, poprosił funkcjonariusza BOR dowodzącego pozostałymi znajdującymi się na cmentarzu w Katyniu, by skontaktował się z BOR-owcami przebywającymi na lotnisku i spytał, co się tam wydarzyło. - Dla mnie było absolutnie naturalne, (...) że na lotnisku są funkcjonariusze, którzy będą w stanie udzielić nam informacji, co się wydarzyło. On mnie poinformował, że takiej możliwości nie ma, bo funkcjonariusze BOR na lotnisku nie przebywają - oświadczył Sasin.

Jak mówił, spytał wówczas funkcjonariusza BOR, kto będzie chronił prezydenta po lądowaniu. - Dostałem informację, że ci funkcjonariusze, ekipa, która leci z prezydentem samolotem - powiedział. - Ale jeśli gen. Janicki twierdzi, że było inaczej, to być może ci funkcjonariusze byli w jakiś sposób zakonspirowani. Ale ani ja, ani nikt z Kancelarii Prezydenta, ani też, jak się okazuje, ci funkcjonariusze BOR, którzy byli na cmentarzu, takiej wiedzy nie mieli - dodał.

Byliśmy przekonani, że będzie jedna wizyta

Podczas posiedzenia zespołu Macierwicza Sasin zaprzeczył, jakoby decyzja o rozdzieleniu wizyt premiera i prezydenta w Katyniu była konsultowana z Kancelarią Prezydenta. Jak mówił, od momentu zgłoszenia przez Lecha Kaczyńskiego chęci wzięcia udziału w uroczystościach w Katyniu nie było oficjalnych rozmów z Kancelarią Prezydenta w tej sprawie. - Byliśmy przekonani, że będzie jedna wizyta - tłumaczył. Według Sasina, kontaktów nie było aż do momentu, w którym do Kancelarii Prezydenta wpłynęło pismo wiceministra SZ Andrzeja Kremera z 23 lutego. Proszono w nim o potwierdzenie ostateczne, że prezydent chce uczestniczyć w uroczystościach w Katyniu i przewodniczyć polskiej delegacji. Jak zaznaczył Sasin, także wtedy Kancelaria była przekonana, że będzie to wspólna wizyta prezydenta i premiera. - Ale to nie trwało długo, bo 3 marca był komunikat medialny, że te wizyty będą rozdzielone. Dowiedzieliśmy się o tym z mediów - podkreślił Sasin.

Szef zespołu Antoni Macierewicz poinformował, że zespół będzie chciał spotkać się z ministrem Dudą. Macierewicz powiedział PAP, że w piątek przedstawi kalendarium dotyczące wydarzeń przed wylotem Tu-154 do Smoleńska 10 kwietnia.