wtorek, 2 listopada 2010

To była kula z ludzkich ciał. 320 fragmentów 96 ofiar

opr. kid
2010-11-02, ostatnia aktualizacja 2010-11-02 11:51

Miejsce katastrofy prezydenckiego tupolewa
Miejsce katastrofy prezydenckiego tupolewa
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

- Dlaczego prezydent Kaczyński spóźnił się na samolot do Smoleńska? Jak obecność gen. Błasika wpłynęła na zachowanie pilotów? Czy samolot był dobrze przygotowany? - te i inne pytania stawiają po analizie 57 tomów smoleńskiego śledztwa dziennikarze tygodnika ''Wprost'', którzy mieli wgląd do akt śledztwa. Ale opublikowany materiał niewiele wnosi do tego co już wiadomo. Potwierdza natomiast wcześniejsze informacje o bałaganie w pułku, obsługującym rządowe samoloty

Opublikowany we wtorek tekst "Zapis śmierci" to próba odpowiedzi na kluczowe pytania jak doszło do katastrofy. Część odpowiedzi znaliśmy już wcześniej, część pytań wciąż pozostaje bez odpowiedzi. Z akt śledztwa wynika - według "Wprost" - m. in., że:

Na samolot spóźnił się prezydent Kaczyński. Ale nie wiadomo dlaczego

Wylot był planowany na godzinę 6.30, a samolot odleciał o 7.27. "Wprost" nie znalazł w aktach odpowiedzi na pytanie czemu Kaczyński się spóźnił. Ocenia, że "raczej nie zaspał, wieczór poprzedzający wylot spędził spokojnie. Był w Belwederze na spotkaniu ze współpracownikami i u matki w szpitalu przy ul. Szaserów". "Około godz. 23 dnia 9 kwietnia prezydent powrócił do Pałacu Prezydenckiego" - opowiedział śledczym jego kierowca. Z zeznań Jarosława Kaczyńskiego wynika, że jego brat prezydent już około szóstej był na nogach, bo o tej godzinie do niego zadzwonił.

Część rodzin ofiar katastrofy uważa, że spóźnienie było główną przyczyną katastrofy, jednak, jak podkreśla "Wprost", samoloty z VIP-ami rzadko wylatują punktualnie: np. tupolew, który 7 kwietnia wiózł do Smoleńska Donalda Tuska, miał 50 minut poślizgu.

Przygotowania samolotu: awaria klimatyzacji

Mechanicy zaczęli przygotowywać tupolewa o czwartej rano. "Wprost" cytuje zeznania mechanika Krzysztofa F.: "Ok. 5.10 Przemysław L. () stwierdził, że na środkowym silniku nr 2 jest drobny wyciek. Polecił przerwanie czynności (). Podszedłem do niego i razem sprawdziliśmy, co jest przedmiotem wycieku. Pod silnikiem widać było plamę wielkości ok. 40 cm, jak później się okazało, plamę wody. Woda ta była prawdopodobnie pozostałością po myciu samolotu. Fakt ten stwierdziłem poprzez sprawdzenie lepkości tej cieszy, jej zapachu i jej smaku".

Dwa dni przed wylotem do Smoleńska tupolew był z premierem w Pradze. Podczas drogi powrotnej w samolot uderzył ptak, który uszkodził osłonę radaru i zadrapał lakier. Usterkę naprawiono i nałożono nowy lakier. Potem samolot został umyty. Stąd woda pod silnikiem. 10 kwietnia tupolew wystartował z drobną usterką: nie działała klimatyzacja. Mechanicy stwierdzili, że to nic groźnego i można lecieć. Naprawą mieli zająć się po powrocie.

Kto za sterami?

"Wprost" pisze, że "ostatecznej odpowiedzi na to pytanie prokuratorzy jeszcze nie znają. Faktem jest jednak, że badaniu tej hipotezy poświęcają bardzo dużo energii: o zwyczaje gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych, wypytywali wszystkich przesłuchiwanych pilotów, ich bliskich, a nawet znajomych. Łącznie kilkanaście osób".

Co wynika z zeznań? Wdowa po generale zapewnia, że generał "był bardzo pryncypialny, jeśli chodzi o bezpieczeństwo. A nawet jeśli 10 kwietnia wszedł do kokpitu, to na pewno nie po to, by wywierać presję na pilotów. Wręcz przeciwnie, pewnie chciał być zderzakiem chroniącym załogę przed naciskami i pytaniami w stylu: "Czy wylądujemy o czasie?", "Czy zdążymy?"

Wdowy innych pilotów Tu 154 mówią jednak, że Błasik miał w zwyczaju wchodzić na pokład i zajmować miejsce pilota. Według byłego dowódcy Wojsk Lądowych gen. Waldemara Skrzypczaka, postępowanie Błasika nie było niczym nadzwyczajnym. Do kokpitu lubili zaglądać także i inni generałowie. "Takie zachowania wyższych przełożonych z Sił Powietrznych były powszechną praktyką" - zeznał.

"Wprost" ocenia, że niezależnie od jej formy, obecność Błasika musiała działać deprymująco na pilotów. Bo był z nimi w konflikcie. Wdowa po techniku Andrzeju Michalaku mówiła o szkoleniu survivalowemu w Zakopanem, do którego generał "zmusił" żołnierzy z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Piloci oceniali, że zajęcia z przetrwania w trudnych warunkach nie miały sensu dla załóg samolotów transportowych, które nie mają szans na katapultowanie się, a co za tym idzie na przeżycie. Błasik miał być bardzo niezadowolony, powiedzieć, że jeśli piloci nie mają kondycji, to ją sobie wyrobią - co nastąpiło pod postacią forsownych marszów z ciężkimi plecakami po górach.

Czy loty z Lechem Kaczyńskim były wyjątkowe?

"10 kwietnia żona wstała o 3 w nocy, wyszykowała sobie mundur i niechętnie ale udała się na lotnisko" - zeznał w prokuraturze wdowiec po funkcjonariuszce BOR. Jego zdaniem żona nie lubiła latać z Lechem Kaczyńskim. "Główny problem polegał na wiecznym spóźnianiu się (). W zasadzie nie zdarzało się, aby prezydent był o czasie. Prezydent potrafił się spóźnić trzy godziny".

Z akt prokuratury wynika, że lotów z Lechem Kaczyńskim nie lubili piloci i stewardesy. Wszyscy powtarzali, że prezydent spóźniał się najczęściej z wszystkich, a jego kancelaria była nieprzewidywalna.

Śledczy sprawdzają wątek presji, jaką piloci czuli po wyprawie do Gruzji 12 sierpnia 2008 r., gdy samolot miał wylądować w Gandżi w Azerbejdżanie, ale Lech Kaczyński osobiście zażądał, by zmieniono plany i wylądowano w stolicy Gruzji Tbilisi. Pilot kpt. Grzegorz Pietruczuk (drugim pilotem był wówczas kpt. Arkadiusz Protasiuk) odmówił wykonania rozkazu. MON nagrodził go za to srebrnym krzyżem za zasługi dla obronności, ale prezydent nie chciał już z nim latać, Przemysław Gosiewski zaś w swej interpelacji poselskiej nazwał jego zachowanie "niesubordynacją, tchórzostwem i odmawianiem wykonywania rozkazów". Większość osób służących w pułku mówi o presji jaką odczuwali piloci po tym wydarzeniu. Uczestnicząca w locie gruzińskim stewardesa Monika K. zeznawała: "Arek Protasiuk wspierał Pietruczuka w tej decyzji odmowy lądowania w Tbilisi. Później, już po powrocie do kraju, Pietruczuk miał nieprzyjemności. Arek wiedział o nich, dochodziło wręcz do sytuacji, że ludzie z Kancelarii Prezydenta niby w żartach mówili o nim "Grzegorz Tchórzliwy". Była to bardzo niezdrowa sytuacja."

Zdaniem żony zmarłego pilota jej mąż był poddawany wówczas presji. Dowództwo przypuszczało, że symuluje on chorobę. "Ktoś z pułku dzwonił i pytał, czy aby na pewno bierze leki i jest chory. Pojawiały się sugestie, że celowo tak postąpił, chcąc uchylić się od lotu z prezydentem". Z zeznań kolegów wynika, że dostał wtedy ksywę "Arkadiusz Chorowity".

Ciało prezydenta znaleźli Rosjanie

Zderzenie samolotu z ziemią nastąpiło o 8.41 czasu polskiego. Ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego znaleziono o 9.30. Wstępnej identyfikacji dokonali funkcjonariusz BOR i konsul ambasady w Moskwie. Wbrew sensacyjnym doniesieniom, wciąż powtarzanym przez niszową prasę w Polsce, na miejscu katastrofy nie doszło do strzelaniny między BOR-owcami, a funkcjonariuszami rosyjskiej Federalnej Służby Ochrony. BOR-owcy, którzy czekali na Kaczyńskiego w Katyniu, byli nieuzbrojeni - Rosjanie nie zgodzili się na wwóz i posiadanie przez nich broni służbowej. Według zeznań BOR-owców, Rosjanie nie zgodzili się na obecność polskiej ochrony na lotnisku Siewiernyj. Był tam tylko kierowca ambasadora w Moskwie Jerzego Bahra. To funkcjonariusz oddelegowany do służby w Moskwie.

Zaraz po odnalezieniu zwłok prezydenta konsul Stanisław Ł. poprosił Rosjan o pozostawienie ciała na miejscu katastrofy. Chodziło o to, by Jarosław Kaczyński, który był już w drodze do Smoleńska, dokonał oficjalnej identyfikacji zwłok jeszcze na lotnisku. "Rosyjski prokurator jedynie mówił, że chcą zabrać ciało z polany i złożyć je z honorami w jakimś godnym miejscu" - relacjonował w prokuraturze funkcjonariusz BOR Jarosław S. Polacy się na to nie zgodzili. "Nie wybuchła żadna kłótnia" - zgodnie zeznali wszyscy polscy pracownicy ochrony.

Nikt nie przeżył katastrofy, zwłoki 96 osób w 320 fragmentach

Kilkadziesiąt minut po wypadku po lotnisku rozeszła się plotka, że trzy osoby przeżyły. "Dotarła do nas informacja, że w stanie ciężkim przewieziono je do szpitala" - zeznał funkcjonariusz BOR Krzysztof D. Plotka miała pochodzić z polskich mediów, które podały, że z lotniska odjechały trzy karetki. "Okazało się, że nic takiego nie miało miejsca" - powiedział w prokuraturze R. z Biura Ochrony Rządu.

Wielu świadków zdarzenia, którzy tuż po tragedii byli na miejscu katastrofy, a później nie brali udziału w akcji wydobywania zwłok, zeznawało, że nie widziało ciał zabitych. Jeden z rosyjskich strażaków relacjonuje: "W środku wraku było miejsce "kula", w której były ludzkie ciała. Te ciała były przemieszane. Samolot jest "rurą", a jak samolot się odwróci do góry nogami, ludzie odczepiają się z siedzeniami od podłoża samolotu. Pasy od siedzeń przecinają ludzkie ciała, a te ciała po uderzeniu samolotu o powierzchnię przyciągane siłą grawitacji udają się w jedno miejsce". Z ekspertyzy Instytutu Medycyny Sądowej w Moskwie wynika, że przebadano 320 fragmentów zwłok.

Nagranie z chwili katastrofy

Wstrząsający jest fragment o ostatniej rozmowie pasażera Tu 154. Poseł PSL Leszek Deptuła zadzwonił do żony. W krótkim nagraniu na poczcie głosowej poseł krzyczy "Asia, Asia!", a w tle "słychać było głos tłumu, krzyk ludzi". - Nagranie trwało 2-3 sekundy. Trzaski były krótkie, ostre dźwięki. Tak jakby łamał się wafel lub plastik - relacjonuje żona posła Joanna Krasowska-Deptuła.

Załoga na Siewiernym w niepełnym składzie, zeznania kontrolerów nieścisłe

Zgodnie z wymogami rosyjskiego prawa stację meteorologiczną powinno obsługiwać trzech pracowników etatowych. "W dniu 10 kwietnia był tylko jeden pracownik, to znaczy ja" - zeznał Michaił R., naczelnik stacji meteorologicznej miejscowej jednostki wojskowej. Według jego zeznań, brakowało kierowcy-obserwatora meteorologicznego i technika meteorologa. Według zeznań Michaił R. "wykonywał obowiązki wszystkich trzech pracowników".

Polska prokuratura dostała od Rosjan dwa komplety zeznań osób, które były w wieży kontrolnej lotniska Siewiernyj - Pawła Plusnina (wersja odręczna i maszynopis) i dwa - Wiktora Ryżenki (wersja odręczna i maszynopis). Wszystkie pochodzą z 10 kwietnia. Zeznania Plusnina są bardzo podobne, ale nie identyczne. Na pierwszej wersji wpisano godziny przesłuchania: 15.30-18. Znajduje się w niej bardzo ważny fragment dotyczący rozmów z załogą tupolewa: "Zaniżyłem widoczność do 400 m, ponieważ myślałem, że załoga samodzielnie podejmie decyzję o przekierunkowaniu się na zapasowe lotnisko i że taka widoczność obudzi czujność samolotu, chociaż w rzeczy samej widoczność ta mieściła się w granicach 800 m". Według maszynopisu przesłuchanie odbyło się między 16.10 a 18. W tej wersji brakuje też fragmentu, w którym Plusnin tłumaczyłby powody zaniżenia widoczności.

Podobnie jest z Ryżenką. Pierwszy protokół to maszynopis, są na nim godziny: 14-15. Druga wersja jest odręczna. Według niej przesłuchanie odbyło się między 14 a 16. W drugiej kopii znajduje się też fragment, którego nie ma w maszynopisie: "Około godziny 7 Plusnin i ja nie odbyliśmy badań lekarskich, ponieważ w punkcie zdrowia nikogo nie było". Co więcej, protokół jest pomazany i można się domyślać, że pierwsza wersja tego zdania brzmiała odwrotnie: "Około godziny 7 Plusnin i ja odbyliśmy badania lekarskie, w wyniku których stwierdzono, że jestem zdrowy".

Lotniska zapasowe - tylko w teorii

Według informacji wyczytanych przez dziennikarzy "Wprost" w aktach śledztwa, plan lotu przewidywał zapasowe lotniska w Mińsku i Witebsku, ale nikt nie wiedział, jak prezydent miałby stamtąd dotrzeć do Katynia. Mińsk i Witebsk leżą na Białorusi. Rosjanie mogliby więc co najwyżej odebrać Lecha Kaczyńskiego na granicy.

"Wprost" publikuje też umieszczony w aktach zapis rozmów oficerów Centrum Operacji Powietrznych, Centrum Hydrometeorologii z których wynika, że w czasie, gdy prezydencki tupolew od kilkunastu minut leżał roztrzaskany w lesie pod Smoleńskiem, oficerowie nadzorujący w Polsce lot wciąż zastanawiali się, które lotnisko zapasowe jest najlepsze. Nie byli pewni, czy Witebsk i Briańsk leżą na Białorusi, czy w Rosji, nie mieli też przygotowanych odpowiednich map.

Piloci tupolewów często łamali przepisy

"Wprost" pisze, że piloci latający tupolewami lądowali wcześniej w tak trudnych warunkach jakie były 10 kwietnia w Smoleńsku. Lesław P., były pilot Tu-154, niegdyś pracujący w 36. pułku razem z kpt. Arkadiuszem Protasiukiem, zeznał m. in.: "Nie wykluczam, że Protasiuk mógł schodzić samolotem poniżej dozwolonej wysokości. Z mojej pracy wiem, że wielokrotnie lądowano przy niższej widzialności, tj. poniżej 60 metrów. Wtedy wpisywano wartość minimalną, by nie narażać się na nieprzyjemności".

Samoloty niebezpieczne, piloci źle wyszkoleni

Przesłuchiwani zeznawali, że członkowie ich rodzin bali się latać tupolewami, narzekali na ich stan techniczny. Sami piloci narzekali na braki kadrowe i przemęczenie. Wdowa po mjr. Robercie Grzywnie, drugim pilocie w locie do Smoleńska, mówiła, że sytuacja w pułku przypominała "zamawianie taksówki, gdy brakuje taksówkarzy". Piloci tupolewa narzekali też, że są źle wyszkoleni, od dwóch lat nie mieli ćwiczeń na symulatorach.

Wiesław F., były pilot 36. pułku, oceniał, że chodziło o oszczędności "To my, piloci, domagaliśmy się tych szkoleń. Dowództwo spoza pułku, które było decyzyjne pod względem finansowym, było niechętne takim szkoleniom". Wszyscy przesłuchani żołnierze znający pilota prezydenckiego samolotu zgodnie stwierdzili, że Arkadiusz Protasiuk nie był skłonny do brawury i ryzyka. Z części zeznań wynika jednak, że Protasiuk bardzo chciał się wykazać, bo awansował wolniej od kolegów "chciał pokazać, że jest bardzo dobrym pilotem".

Cały raport w tygodniku "Wprost"

Źródło: Gazeta Wyborcza


Więcej... http://wyborcza.pl/1,105743,8599278,To_byla_kula_z_ludzkich_cial__320_fragmentow_96_ofiar.html#ixzz147mbWUyo


Partie psują Trybunał

Ewa Siedlecka
2010-11-02, ostatnia aktualizacja 2010-11-02 06:52

Trybunał Konstytucyjny
Trybunał Konstytucyjny
Fot. Sławomir Kamiński / AG

Tylko jeden z pięciu kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego ma pozytywną rekomendację środowisk prawniczych. Czeka nas Trybunał jednorodny światopoglądowo - konserwatywny

Dzisiaj upływa termin zgłaszania kandydatur na cztery zwalniające się miejsca w Trybunale. Nieoficjalnie wiadomo, kogo zgłoszą PO, PSL i PiS.

Od kilku miesięcy środowiska prawnicze apelują do polityków, by skonsultowali z nimi kandydatów do TK. Zgodnie z konstytucją mają się "wyróżniać wiedzą prawniczą". Uniwersyteckie wydziały prawa przedstawiły politykom listę kilkunastu rekomendowanych osób. Politycy nie wysłuchali apeli. Wśród zgłoszonych kandydatur tylko jedną - prof. Tulei - rekomendowały środowiska prawnicze, w tym trzech b. prezesów TK.

Rekomendowani przez PO

Prof. Bogusław Banaszak z Uniwersytetu Wrocławskiego za rządów PiS został szefem Rady Legislacyjnej przy premierze. Był doradcą rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego. Przygotował dla niego opinię krytykującą unijną Kartę Praw Podstawowych jako dokument zbędny i niejasny. Rzecznik zalecił wtedy rządowi PiS-LPR-Samoobrony nieprzystępowanie do rozdziału Karty pt. "Solidarność" zawierającego prawa socjalne (m.in. ochronę zdrowia) i związkowe. Tak się też stało.

Jako członek Rady Legislacyjnej prof. Banaszak negatywnie zaopiniował też ustawę o równym traktowaniu. Uznał ją za zbędną.

Stanisław Rymar, były prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, nie ma żadnego dorobku naukowego. Na stronie jego kancelarii Rymar i Wspólnicy jest informacja, że "specjalizuje się w prawie cywilnym, karnym, sportowym oraz w postępowaniu sądowym cywilnym i karnym". Z prawem konstytucyjnym nie miał do czynienia.

Od 2007 r. jest członkiem Trybunału Stanu z rekomendacji PO; funkcja to symboliczna, bo ten trybunał jest akurat ciałem martwym.

Rymar w maju 2011 r. skończy 70 lat. Wtedy nie mógłby zostać wybrany do TK, bo jego sędziowie powinni spełniać kryteria takie jak sędziowie Sądu Najwyższego, oni zaś przechodzą w stan spoczynku po ukończeniu 70 lat. Jeśli jednak sędzia TK już jest wybrany, limit wieku nie obowiązuje. Kadencja w TK trwa dziewięć lat, więc pod jej koniec Rymar będzie już człowiekiem sędziwym.

Prof. UJ Piotr Tuleja jest dyrektorem Zespołu Wstępnej Kontroli Skarg Konstytucyjnych i Wniosków w TK. Doktoryzował się z ochrony praw człowieka w konstytucji, ma też wiele publikacji na temat praw i wolności człowieka i prawa konstytucyjnego. W środowisku prawniczym ma wyśmienitą opinię. Jego kandydaturę wysunął Uniwersytet Jagielloński i trzech b. prezesów TK.

Rekomendowany przez PSL

Prof. UW Marek Zubik, szef Rady Legislacyjnej przy premierze, ma 36 lat, ledwo więc spełnia kryteria ustawowe. Czy jednak w tym wieku nawet dobry prawnik jest wystarczająco doświadczony, by orzekać w TK?

W środowisku prawniczym prof. Zubik oceniany jest jako człowiek robiący dynamiczną karierę, o już bogatym dorobku. - To prawnik teoretyk o dobrym warsztacie, choć nie z tych, którzy wyznaczają nowe kierunki myślenia - ocenia jeden z profesorów.

Gorszą opinię ma jako pracownik. Był w latach 2002-07 wicedyrektorem Zespołu Wstępnej Kontroli Skarg Konstytucyjnych i Wniosków w TK. Potem rzecznik Janusz Kochanowski mianował go swoim zastępcą (był nim do czerwca br.). Jak mówi jego były szef - b. prezes TK Jerzy Stępień - odejście prof. Zubika nie było stratą dla Trybunału, bo nie odznaczył się wytężoną pracą. W biurze RPO opinie są podobne.

Dla rzecznika opracował projekt zaskarżenia do TK przepisów ustawy antyaborcyjnej, które dopuszczają aborcję w razie zagrożenia życia lub zdrowia kobiety i gdy płód jest ciężko i nieodwracalnie uszkodzony. Ostatecznie Janusz Kochanowski nie zaskarżył ich do Trybunału.

Na macierzystym Wydziale Prawa i Administracji UW prof. Zubik wywołał niedawno kontrowersje udziałem w cyklu wykładów organizowanych przez Opus Dei dla studentów skupionych wokół Ośrodka Akademickiego "Przy Filtrowej" (w Warszawie). Wbrew akademickim zasadom niedyskryminacji i otwartości wykładów mogła słuchać wyłącznie "młodzież męska".

Prof. Zubik kandyduje do TK, choć funkcję szefa Rady Legislacyjnej przyjął cztery miesiące temu na czteroletnią kadencję. Czy takie zmienianie funkcji dobrze świadczy o stosunku do służby publicznej?

Rekomendowana przez PiS

Prof. UW Krystyna Pawłowicz specjalizuje się w prawie gospodarczym. Jest znana z eurosceptycyzmu. Odradzała przystąpienie Polski do traktatu lizbońskiego, twierdząc, że jest sprzeczny z konstytucją (niedługo TK rozpatrzy wniosek grupy posłów PiS w tej sprawie). Opowiada się za szeroką lustracją. Z rekomendacji PiS zasiadła w radzie nadzorczej TVP i Trybunale Stanu.

Źródło: Gazeta Wyborcza


Więcej... http://wyborcza.pl/Polityka/1,103835,8598198,Partie_psuja_Trybunal.html#ixzz147lvnUl7

środa, 20 października 2010

MAK znalazł przyczynę katastrofy pod Smoleńskiem

2010-10-20 | Ostatnia aktualizacja: 14:39 | Komentarze: 47
MAK: w raporcie 72 wnioski o przyczynach katastrofy

MAK: w raporcie 72 wnioski o przyczynach katastrofy Fot. Mikhail Metzel / AP

MAK ustalił 72 wnioski dotyczące pośrednich i bezpośrednich przyczyn katastrofy smoleńskiej - poinformował w środę w Moskwie przedstawiciel Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego.

Siedem rekomendacji MAK po katastrofie smoleńskiej będzie przekazanych polskiej i rosyjskiej instytucji odpowiedzialnej za lotnictwo cywilne - oświadczył w środę w Moskwie przedstawiciel MAK, na konferencji po przekazaniu stronie polskiej projektu raportu końcowego.

Wiceszef MAK Oleg Jermołow sprzeciwił się twierdzeniom mediów, że wrak rozbitego pod Smoleńskiem polskiego samolotu jest źle zabezpieczony. "Teren lotniska jest chroniony. Oczywiście względy pogodowe mają znaczenie, ale nie było możliwości przeniesienia wraku do hangaru" - powiedział.

Jermołow podkreślił, że nie ma danych, by mówić, że ktoś niszczył wrak. Przyznał, że w celu przeniesienia dużych fragmentów maszyny i ułożenia ich w tzw. obrysie, rosyjscy funkcjonariusze musieli je przecinać na mniejsze części.

Jak poinformowano, podczas prowadzenia postępowania przez MAK, szczątki samolotu, będące dowodem w śledztwie, były w dyspozycji Komitetu. "Kiedy komisja techniczna otrzyma uwagi polskiej strony i będzie opublikowany raport, te dowody rzeczowe będą zwrócone Komitetowi Śledczemu Prokuratury Generalnej Federacji Rosyjskiej" - powiedział Jermołow.

Wiceszef MAK odnosząc się do kwestii, kiedy ewentualnie szczątki samolotu mogłyby wrócić do Polski, odpowiedział, że pytanie to należy kierować do rosyjskiej prokuratury. "Rozumiem, że to pytanie interesuje polskie społeczeństwo" - dodał i zapewnił, że MAK nie będzie przeciwko przekazaniu szczątków.

"Komisja techniczna ustaliła przyczyny techniczne, systemowe i przyczyny pośrednie sprzyjające katastrofie. Będzie to opublikowane po sformułowaniu przez stronę polską swoich uwag i opracowaniu na tej podstawie ostatecznej wersji raportu. Tak stanowi Załącznik 13 do Konwencji Chicagowskiej" - zapewnił Jermołow. Strona polska ma na przedstawienie swoich uwag 60 dni.

Według przedstawiciela MAK, nad dokumentem pracowała "wielka grupa" ekspertów cywilnych i wojskowych, w tym specjaliści z Rosji, Polski i USA. "Strona polska była zaznajomiona z materiałami" - podkreślił.

Ujawniono, że w raporcie MAK są m.in. sprawozdania z badań szczątków samolotu, rejestratorów w maszynie i na wieży kontrolnej, rezultaty eksperymentów na symulatorach automatycznych i komputerowych, a także ocena działań załogi Tu-154 M oraz wieży kontroli lotów w Smoleńsku przeprowadzona przez ekspertów z dziedziny psychologii, lotnictwa i kontroli ruchu powietrznego.

Źródło: PAP