niedziela, 24 lipca 2011

Postrach Dalekiego Wschodu


21 lip, 16:13 Maciej Szopa / Polska Zbrojna
Marynarze z "Emdena" opuszczają wrak krążownika, 30 grudnia 1914 roku
Marynarze z "Emdena" opuszczają wrak krążownika, 30 grudnia 1914 roku

Rajd niemieckiego krążownika "Emden" wzbudził podziw nawet wśród wrogów. Krążownik SMS "Emden" został zbudowany w gdańskiej Stoczni Cesarskiej i wszedł do służby w 1909 roku. Wkrótce potem niewielka, uzbrojona w dziesięć 105-milimetrowych dział jednostka została skierowana do ochrony niemieckich kolonii na Dalekim Wschodzie. Przez pierwsze kilka lat głównym zadaniem załogi krążownika było demonstrowanie siły wobec buntujących się tubylców.

Do zdobycia wielkiej chwały potrzebna była jednak wielka wojna, która rozpoczęła się w sierpniu 1914 roku. "Emden" upolował pierwszą ofiarę już 4 sierpnia. Podczas samotnego wypadu na Morze Japońskie zajął rosyjski parowiec "Riazań", który został następnie doprowadzony do niemieckiej bazy w Tsing Tao (Kiau-Czou) i przezbrojony na krążownik pomocniczy.

Wybuch wojny sprawił, że Niemiecka Eskadra Dalekowschodnia znalazła się na straconej pozycji. Choć w jej skład wchodziły dwa krążowniki pancerne i cztery lekkie (a mogła też liczyć na wiele mniejszych i pomocniczych jednostek), jej dni na Pacyfiku były policzone. Swoje okręty kolonialne wystawiły przeciw Niemcom: Rosja, Wielka Brytania i Francja, a Japonia i Australia mogły skoncentrować na tym akwenie całą swoją morską potęgę. Dowodzący Eskadrą Dalekowschodnią wiceadmirał Maksymilian von Spee zdawał sobie sprawę z tego, że jedyną szansą na ocalenie okrętów i ludzi będzie przedarcie się do Europy. Próbę tę podjęły wszystkie krążowniki z wyjątkiem "Emdena". Dowodzący nim kapitan Karl von Müller zasugerował w czasie narady, że jedna agresywnie działająca jednostka odwróci uwagę od uciekającej przez Pacyfik eskadry. Von Spee zgodził się ze swoim podkomendnym, pozwolił mu na samodzielne działania, nakazał też przygotowanie zapasów węgla dla krążownika w kilku punktach zaopatrzeniowych.

Nabrani na komin

Po oddzieleniu się od eskadry 13 sierpnia "Emden" i towarzyszący mu węglowiec "Markomania" skierowały się w rejon szlaków handlowych we wschodniej części Oceanu Indyjskiego. Potężny akwen był w owym czasie uznawany za "wewnętrzne jezioro" Imperium Brytyjskiego. Panował tutaj olbrzymi ruch statków handlowych, których ochrona pozostawiała zazwyczaj wiele do życzenia. Po odebraniu informacji o przebywającym w okolicy brytyjskim krążowniku "Yarmouth" dowódca "Emdena" postanowił upodobnić swój okręt do potencjalnego przeciwnika. Postawiono więc dodatkowy, czwarty komin. Przyszłe ofiary nawet pozdrowią korsarza, a o pomyłce dowiedzą się dopiero wtedy, gdy będzie za późno.

"Emden" wdarł się na brytyjski szlak handlowy i stał się wilkiem w stadzie owiec. Po wpłynięciu w głąb Zatoki Bengalskiej zatapiał bądź włączał do swojego zespołu posiłkującego brytyjskie parowce. W sumie było ich siedem, każdy o pojemności większej niż 3 tysiące ton brutto. Schwytane załogi były przesadzane na pokłady spotykanych neutralnych jednostek, a cały proces odbywał się z poszanowaniem obowiązujących konwencji. 22 września niemiecki okręt stanął na redzie Madrasu. Ostrzeliwał port przez 10 minut, w wyniku czego spłonęły 2 miliony ton ropy i został uszkodzony jeszcze jeden statek. Krążownik zatapiał kolejne jednostki, co paraliżowało żeglugę w całej wielkiej zatoce. Ruch statków handlowych wstrzymano, a alianci zaczęli ściągać kolejne okręty. "Emdenem" straszono nawet dzieci na Cejlonie. Do dziś w języku tamilskim wyjątkowo sprytna osoba nazywana jest emdeną.

Tymczasem w rejonie działań niemieckiej jednostki znalazł się zespół złożony z brytyjskiego krążownika pancernego "Minotaur", australijskich krążowników "Sydney" i "Melbourne" oraz japońskiego "Ibuki". Poszukiwania prowadziły też rosyjski krążownik lekki "Żemczug" oraz brytyj skie "Yarmouth" i "Hampshire". Tymczasem von Müller, nie do końca świadomy wywołanego przez siebie zamieszania, zawinął do brytyjskiej kolonii na wysepce Diego Garcia. Jej władze, które nie wiedziały nic o wybuchu wojny, przyjęły Niemców serdecznie, a nawet umożliwiły im dokonanie drobnych napraw. Na korsarski szlak "Emden" powrócił 16 października. W ciągu kilku następnych dni posłał na dno jeszcze sześć statków.

Rozzuchwalony bezkarnością von Müller postanowił rozprawić się ze zorganizowaną przeciw niemu obławą. W nocy z 27 na 28 października "Emden" wpłynął we mgle do portu w Pinang (dzisiejsza Indonezja). Znajdował się tam mocny przeciwnik – rosyjski krążownik "Żemczug", który przechodził właśnie rutynowy przegląd maszyn. Niemiecki okręt niepostrzeżenie dostał się w pobliże nieprzyjaciela. Nawet jeśli ktoś go zauważył, to wziął za jednostkę sojuszniczą. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że samotny korsarz dopuściłby się tak zuchwałego czynu. "Emden" odpalił w kierunku "Żemczuga" torpedę, a następnie otworzył ogień z minimalnej odległości. Rosyjski okręt poszedł na dno, nie oddawszy ani jednej salwy.

W Pinang doszło do zamieszania. Załoga "Emdena" została zmuszona do opuszczenia portu przez francuską kanonierkę "D’Iberville". Gdy oddała ogień, Niemcy upewnili się, że okrętów nieprzyjaciela jest znacznie więcej. Za uchodzącym krążownikiem ruszył w pościg francuski torpedowiec "Mosquet", który podjął próbę ataku. "Emden" wykonał jednak błyskawiczny zwrot na burtę, ostrzelał słabszego przeciwnika, zabrał na pokład ocalałą załogę, a następnie zniknął w bezmiarach oceanu.

Nosił wilk razy kilka

Po udanym rajdzie na Pinang szczęście "Emdena" się skończyło. Przez następne dwa tygodnie okręt krążył, nie mogąc przechwycić żadnego statku. Na jedyną zdobytą w tym czasie jednostkę przeładowano jeńców z "Mosqueta". Von Müller postanowił wreszcie dokonać kolejnej zuchwałej akcji – zniszczenia brytyjskiej radiostacji na Wyspie Kokosowej i przecięcia przebiegającego tam podmorskiego kabla telegraficznego.

Po przybyciu na miejsce 9 listopada okazało się, że obsada brytyjskiej stacji nie nabrała się na sztuczkę z kominem i natychmiast wysłała meldunek o napotkaniu korsarza. Von Müller nie przejął się tym jednak. Sądził, że w promieniu 250 kilometrów nie ma żadnych nieprzyjacielskich jednostek. Niemcy wysadzili na brzegu pięćdziesięcioosobowy desant, który zniszczył radiostację i przeciął kabel. W tym samym czasie na horyzoncie pojawił się jednak nowoczesny australijski krążownik "Sydney". Okręt ten eskortował właśnie konwój ze zdążającymi na Bliski Wschód oddziałami australijskimi i meldunek radiostacji dotarł do niego w momencie, kiedy znajdował się nieopodal wyspy. "Sydney" był wyposażony w osiem 152-milimetrowych dział, mógł też rozwinąć większą prędkość od niemieckiej jednostki. Von Müller porzucił swój oddział na wyspie i zaczął ucieczkę. Po 20 minutach "Emden" dokonał nagłego zwrotu i wystrzelił w kierunku Australijczyków salwę torpedową. "Sydney" zdołał jednak wykonać unik i kontynuował pościg. Trafiał przy tym coraz częściej, przez co niemiecka jednostka powoli zamieniała się w ledwo unoszący się na wodzie wrak. O godzinie 11.15 korsarz osiadł na rafie koralowej.

Zginęło 134 Niemców, a 65 zostało rannych. Straty australijskie były znacznie mniejsze: trzech zabitych i trzynastu rannych. Von Müller i 177 członków załogi "Emdena" dostali się do niewoli, gdzie z uwagi na swoje dokonania byli traktowani z szacunkiem. Kapitan został nawet wymieniony na brytyjskiego jeńca i powrócił do kraju. Niewoli uniknął oddział desantowy, który przez kraje arabskie dotarł do Turcji. Byli to jedyni marynarze Eskadry Dalekowschodniej, którzy zdołali znowu znaleźć się w kraju.

Podpis pod fot.: Marynarze z "Emdena" opuszczają wrak krążownika, 30 grudnia 1914 roku.

Autor: Maciej Szopa Źródła: Polska Zbrojna

piątek, 22 lipca 2011

Leszek Miller - mężczyzna, który nigdy nie kończy. KULISY POLITYKI

Przeciwnicy nieraz składali go już do politycznego grobu. Jednak Leszek Miller (65 l. ) nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Ma startować do Sejmu z pierwszego miejsca listy SLD w Gdyni. Mawiał, że mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Kiedy ma zamiar skończyć? - Teraz uważam, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie kończy - mówi nam były premier.

SONDA

Leszek Miller wróci do wielkiej polityki?

78%
22%

A jeszcze kilka lat temu wydawało się, że nastąpił koniec Leszka Millera. Był 2007 rok, lewica już od dwóch lat dusiła się w opozycji. Kiedy działacze SLD zjechali do siedziby partii przy ul. Rozbrat w Warszawie, aby zatwierdzić przed wyborami listy, w powietrzu czuło się strach przed wyborczą klęską.

Partyjny spęd przebiegał chaotycznie, kolejne wystąpienia zagłuszane były przez szum plotkujących działaczy, którym już nawet nie chciało się słuchać liderów. Nagle sala ucichła w skupieniu - przemawiał Leszek Miller.

Już wtedy było wiadomo, że w SLD nie ma dla niego miejsca, mimo to go słuchali. Miller w dramatycznym wystąpieniu zrezygnował z członkostwa w partii. Kiedy wychodził z sali, towarzysze żegnali go oklaskami na stojąco. Dziś wielu ludzi, którzy byli wtedy na sali, jest już na politycznej emeryturze. A Miller wraca. Jak to się dzieje?


Ze stołówki do rządu


Miller po raz pierwszy zabłysnął w 1989 roku, kiedy jako sekretarz KC PZPR zorganizował w stołówce partyjnego gmachu spotkanie z opozycyjną młodzieżą z NZS. - Był nowym zjawiskiem w polityce - wspomina uczestnik tamtego spotkania Piotr Skwieciński (48 l.), wtedy opozycjonista, potem szef PAP. - Był z grupy, która stanowiła ostatni personalny kaprys Jaruzelskiego. Byli bardziej otwarci na zmiany niż starsi towarzysze - ocenia. - Ale potem pokazał, że jest człowiekiem do bólu cynicznym. Kreowano takie złudzenie, że Miller to lider dawnego aparatu, a Aleksander Kwaśniewski uosabia nowoczesną lewicę. Tymczasem oni się tak podzielili, bo musieli jakoś pogodzić różne grupy wyborców - uważa publicysta.

Jako "człowiek z betonu" Miller został sekretarzem generalnym Socjaldemokracji Rzeczpospolitej. Z czasem SdRP wchłonęła mniejsze lewicowe partie i przekształciła się w Sojusz Lewicy Demokratycznej. - Miller to wymyślił. Pamiętam, że wielu protestowało. Ale on postawił na swoim i wypaliło - opowiada Marek Dyduch (54 l.), prawa ręka Millera z czasów jego rządów.

Swoje polityczne dzieło Miller poprowadził do historycznego zwycięstwa w 2001 roku. Partia zdobyła ponad 40 proc. głosów i lewica triumfalnie wprowadziła się do gabinetów władzy, a Miller zajął ten najważniejszy - premiera.

Od kanclerza do młynarza


W rządzie zyskał sobie miano "żelaznego kanclerza". - Jak ktoś mu podpadł, nie było zmiłuj. Opieprzał nas jak uczniaków - opowiada jeden z ministrów w rządzie SLD. - Leszek to taki zawadiaka z Żyrardowa. Potrafi być do bólu brutalny. A jak były jakieś konflikty między ministrami, kazał nam - niczym w PZPR - pisać notatki wyjaśniające - opowiada nasz rozmówca. 

Swoją twardość Miller pokazał już podczas rządów lewicy w latach 1993-97. - Mieliśmy do podzielenia jakieś dodatkowe pieniądze. Baśka Blida chciała je wydać na budownictwo socjalne. Ale Leszek - wtedy minister pracy - wciął się i powiedział wprost, że Baśka te pieniądze zmarnuje. I ona się wtedy popłakała na posiedzeniu rządu - opowiada nam uczestnik awantury.

Miller nie tolerował żadnych wybryków, szczególnie pijaństwa. Młodsi działacze szybko odkryli, że najlepszy sposób na politycznego rywala to zabrać go na partyjną imprezę, spić, a potem przedstawić Millerowi. - Dla starych Miller jeszcze był wyrozumiały, ale młodzik po czymś takim mógł żegnać się z partyjną karierą - wspomina jeden z działaczy.

Ale nawet "żelaznemu kanclerzowi" partia rozeszła się w szwach. - Po wygranej w 2001 roku na Rozbracie zrobiły się pustki - wspomina Dyduch, wtedy sekretarz generalny partii. - Wszyscy poszli do rządu, a ja tam zostałem sam. Rozumiem, że Miller musiał skoncentrować się na członkostwie w UE, ale zabrakło wtedy umacniania partii - dodaje.

Miller napotkał też rywala - prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego (57 l.). Bratobójcza walka doprowadziła w końcu do największego kryzysu lewicy w III RP. Zbudowany przez Millera partyjny monolit nagle się rozleciał. Marek Borowski (65 l.) wyprowadził z SLD grupę polityków i założył konkurencyjną Socjaldemokrację Polską.

To jednak pryszcz w porównaniu z aferami, z jakimi po dziś dzień kojarzą się rządy SLD. Była ta największa - afera Rywina, ale też dwie mniej dziś pamiętane: starachowicka i orlenowska. - Najwięcej złego zrobił Rywin - przyznają ludzie lewicy. Opozycja zaczęła wyciągać na jaw wszystkie grzechy i grzeszki. Nie pomogło zahamowanie finansowej zapaści kraju czy wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej. Sympatię ludzi Miller odzyskał tylko na chwilę w 2003 roku, kiedy to cudem przeżył katastrofę rządowego śmigłowca. Lewica musiała pożegnać się z władzą.

W 2005 roku SLD poniosło sromotną klęskę - z wynikiem 11,3 proc. było czwarte, za PiS, PO i Samoobroną. - Wtedy już na Millera nie wołali "żelazny kanclerz", tylko "młynarz" - od siwych włosów - wspomina jeden z działaczy SLD.

Miller jednak za nic nie chciał się poddać. Nie chcieli go w SLD, to poszedł do Andrzeja Leppera (57 l.). W 2007 roku z list Samoobrony startował do Sejmu z Łodzi. Chciał zagrać na nosie dawnym kolegom, skończyło się kompromitującym wynikiem nieco ponad 4 tys. głosów. Upokorzony porażką Miller musiał pożegnać się z parlamentem.

Kompleks Żyrardowa


Wielu w SLD liczyło, że zaszyje się w domu na warszawskim Wilanowie, gdzie mieszka razem z żoną Aleksandrą. Znają się od czasów młodości. Ślub kościelny wzięli w 1969 roku. Pewnie pobraliby się wcześniej, ale Miller musiał odbyć służbę wojskową na okręcie marynarki ORP "Bielik". Owocem ich związku jest syn Leszek, którego na lewicy przezywają Juniorem. Dziś w wolnych chwilach Millerowie zabawiają wnuczkę Monikę.

Jaki Miller jest w domu, z rodziną? Tego nie wiedzą nawet najbliżsi polityczni współpracownicy. Czym się interesuje, co go kręci?

- Jedno wiem na pewno, on ma kompleks Żyrardowa i tego, że nigdy nie odebrał porządnego wykształcenia - mówi nam jeden z jego dawnych współpracowników (Miller to absolwent Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR). - Ale jak to on, potrafi z tego uczynić atut. Cały czas się stara, cały czas się uczy. Kiedy zaczynaliśmy, to my wymyślaliśmy mu te ładnie brzmiące hasełka. Ale on zaczął wytrwale pracować nad sobą i potem już sam je sobie szykował - mówi.

Budowniczy szyldu


Dla wielu Miller jest symbolem porażek lewicy po 2005 roku. - Wielu chce dalej zrzucać na Millera winę za przegraną. Zapomina się, że to on stworzył SLD, jakie dziś znamy. Kiedyś naszą siłą byli ludzie, dziś ich już nie ma i okazuje się, że stworzony przez Millera szyld jest naszą największą bronią. To jego wielka zasługa - przekonuje Dyduch. Czy to dlatego Miller jest dziś fetowany jak za starych dobrych czasów? Na jego 65. urodziny zjechała cała lewicowa śmietanka. A dawny rywal Aleksander Kwaśniewski wygłosił na cześć jubilata długą przemowę pochwalną. - Z Millerem jest tak, że można go lubić albo nie, ale nie sposób nie doceniać jego wiedzy politycznej, doświadczenia i kompetencji - mówił w wywiadzie dla "Polska the Times" Kwaśniewski.

Miller już deklaruje, że zmienił zdanie w sprawie tego, jak kończy prawdziwy mężczyzna. - Nie kończy nigdy - żartuje. Czy już przymierza się do ław poselskich? - Za wcześnie jeszcze, żeby o tym mówić - ucina skromnie.



Więcej
http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/leszek-miller-mezczyzna-ktory-nigdy-nie-konczy-kulisy-polityki_196926.html

sobota, 16 lipca 2011

Nic nie zabrałem. Ja tylko zabiłem!


Tomasz Surdel, Atalaya
2011-05-29, ostatnia aktualizacja 2011-07-16 08:09

Jarosław Frąckiewicz i Celina Mróz, trójmiejscy kajakarze zabici nad Ukajali w Peru, nie stracili życia z powodu naruszenia jakiegokolwiek lokalnego zwyczaju. Oni po prostu trafili na złych ludzi, którzy urządzili sobie polowanie.

Jarosław Frąckiewicz i Celina Mróz
tierralatina.pl
Jarosław Frąckiewicz i Celina Mróz
Zdjęcia z akcji peruwiańskiej policji
Fot. YouTube
Zdjęcia z akcji peruwiańskiej policji
Celina Mróz na biwaku
Fot. Facebook
Celina Mróz na biwaku
Legła w gruzach wersja, początkowo przyjęta przez peruwiańskich śledczych, mówiąca, że polscy kajakarze rozgniewali pijanych Indian, rozbijając bez pytania o zgodę obozowisko w pobliżu osady Aririca. 40-letni Roger Mauricio Ruiz, który przyznał się do zabicia Jarosława Frąckiewicza, wyjaśnił, że żadnego obozowiska nie było. Małżeństwo z Gdańska nawet nie wyszło na ląd. Zostali zabici na rzece, w kajaku, gdy spokojnie spływali Ukajali.

Zatrzymanie zabójcy to efekt bezprecedensowej współpracy lokalnych Indian z organami ścigania. Indiańscy liderzy zobowiązali się do pomocy i wyrazili wolę, by wyjaśnić okoliczności śmierci Polaków, w otwartym, przepraszającym liście do rodzin zabitych, a także do wszystkich Polaków i Europejczyków.

I już 24 godziny później Felipe Suarez, szef wspólnoty Tahuarapa znajdującej się na przeciwległym do osady Aririca brzegu Ukajali, poinformował, że jego ronderos, czyli indiańskie oddziały samoobrony istniejące od czasów wojny ze Świetlistym Szlakiem, wytropiły i zatrzymały jednego z zabójców.

Przekazanie go policji nastąpiło w poniedziałek w Tahuarapa właśnie, gdzie popłynęliśmy z silną obstawą peruwiańskiej piechoty morskiej. I nawet ci doświadczeni komandosi z niedowierzaniem kręcili głowami, słysząc pierwsze deklaracje zabójcy.

Roger Mauricio Ruiz spokojnym, cichym głosem opowiadał, że na pomysł zabicia kajakarzy wpadł jego 24-letni siostrzeniec Fredy, który zauważył kajak przepływający obok wioski. - Wujku, to są pelecaras, trzeba ich zabić! - tłumaczył siostrzeniec. Pelecaras, dosłownie: zeskrobywacze twarzy, to rodzaj pishtacos, legendarnych złych białych, którzy zakradają się do wiosek, aby zabijać Indian. - Ja mówiłem, że nie, że nie powinniśmy im nic robić, bo przecież się oddalają, ale on naciskał, abyśmy ich jednak zabili. No i w końcu postanowiliśmy, że tak zrobimy. Wzięliśmy strzelby i łuki, w pięć osób wsiedliśmy do łódki i zaczęliśmy ich gonić - wyjaśnił Roger.

Podczas późniejszej wizji lokalnej zabójca pokazał miejsce zbrodni. - Tutaj ich dogoniliśmy. Bez zadawania żadnych pytań zaczęliśmy strzelać z odległości jakichś 6-7 metrów. Najpierw Fredy strzelił ze strzelby w pierś kobiety, potem ja także ze strzelby w pierś mężczyzny. Później jeszcze jeden z naszych towarzyszy wystrzelił do nich z łuku. Gdy po chwili wrzucałem ich ciała do wody, już nie żyli - wyjaśnił Roger. Wydarzyło się to najprawdopodobniej 27 maja, około godziny 16.

Taką wersję potwierdził indiański drwal, który płynął wówczas w górę rzeki i zaintrygowany odgłosami strzałów zbliżył się, aby zobaczyć, co się dzieje. Roger z kompanami przekładali wówczas tuż przy brzegu rzeczy polskich turystów z kajaka do swojej łodzi. Ciał już nie było. Roger zagroził drwalowi, że jeśli piśnie komuś słówko o tym, co widział, to też może zostać zabity. - Przestraszyłem się, bo Roger ma opinię złego człowieka. Mówi się, że kilka lat temu zabił swoją krewną - wyjaśnił świadek prokuratorowi.

Najbardziej wartościowy ekwipunek Jarka i Celiny zabrał Fredy, pozostali mieszkańcy osady rozdzielili między siebie przedmioty bez większej wartości: polskojęzyczny przewodnik po Peru czy kosmetyki. - A ty co sobie wziąłeś? - prokurator zapytał Rogera. - Ja naprawdę nic nie wziąłem. Ja tylko zabiłem! - odparł bez wahania.

Peruwiańska policja jest już na tropie pozostałych uczestników zbrodni, która wstrząsnęła całym Peru. Twierdzą, że jest szansa na odzyskanie przynajmniej części ekwipunku, który Fredy zabrał ponoć po to, aby sprzedać w Pucallpie, największym mieście regionu. - To był zwykły bandycki rabunek. Te opowiadania o pishtacos, pelecaras to bajki - twierdzi major Carlos Bouroncle Herrera, szef policji w Atalayi.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Więcej... http://wyborcza.pl/1,75477,9684901,Ja_tylko_zabilem_.html#ixzz1SGJIFzmP