niedziela, 24 lipca 2011

Amy już tu nie mieszka


dzisiaj, 07:10 Paweł Piotrowicz / Onet.pl
Amy Winehouse (fot. Getty Images)
Amy Winehouse (fot. Getty Images)

Żyła na krawędzi, wzbudzała kontrowersje, a kłopoty były jej specjalnością. Mimo to przedwczesna śmierć Amy Winehouse to dla całego muzycznego świata ogromny szok. Szok i zarazem wielka strata.

Najprościej powiedzieć: "To było do przewidzenia" lub "Sama sobie zgotowała ten los". Siedząc za klawiaturą komputera łatwo jest przecież ferować wyroki, oceniać i osądzać. Zwłaszcza anonimowo, nie mając o krytykowanej przez siebie gwieździe wiedzy wykraczającej poza to, co podają media, nie znając jej psychiki ani podłoża problemów, z jakimi się boryka – czy raczej borykała. Zataczająca się na scenie Amy Winehouse wywoływała róże emocje – uśmiech, współczucie, zażenowanie, niekiedy pogardę. Była jednak na tyle łakomym kąskiem, że w doniesieniach prasowych na jej temat rzadko pojawiała się refleksja, iż stoi za tym autentyczna choroba. "Ma za dużo kasy!", "Odbiło jej!" – grzmiały komentarze. I grzmią również teraz, tyle że w czasie przeszłym.

Amy Winehouse nie żyje (zdjęcia: 17)

  • amy
  • amy
  • amy
  • amy

"Jesteś teraz wolna"

Amy Winehouse zmarła w sobotę, 23 lipca 2011 roku – ciało piosenkarki znaleźli wezwani przez pogotowie ratunkowe policjanci w jej mieszkaniu przy londyńskim placu Camden. Przyczyna śmierci nie jest jeszcze znana – wyjaśnić ma ją zaplanowana na 24 lipca autopsja. Pod domem gwiazdy zbierają się dziennikarze, a fani składają znicze i kwiaty.

Z całego świata od razu zaczęły napływać kondolencje, wstrząśnięta jest cała branża muzyczna. "Boże miej litość!!! W tej chwili mam tego serdecznie dość!" – napisała w serwisie społecznościowym Twitter Rihanna, po chwili dodając "Mam autentycznie złamane serce". "RIP Amy Winehouse. Niech wreszcie znajdzie pokój" – skomentowała Katy Perry. "Właśnie się dowiedziałem. Czuję ból. Czuję złość. Odpocznij piękna dziewczyno, odpocznij. Jesteś teraz wolna!" – napisał Ricky Martin.

Zobacz teledyski Amy Winehouse!


Anioł w skórze demona

Amy nie była aniołkiem, co o tego nie ma wątpliwości. Nie była jednak, jak chciała część prasy, dekadenckim demonem, mającym zgubny wpływ na młodzież. Nawet jeśli gros jej tekstów dotyczyło seksu, imprez i narkotyków, nie były to tanie teksty o balangach. Przeciwnie, z jej twórczości, między wierszami, dało się wyczytać ogromną wrażliwość autorki. Można ją było niekiedy odebrać jako wołanie o pomoc. – Piszę tylko o rzeczach, które mi się przytrafiły i przeszłości, z którą nie mogę sobie poradzić – zapewniała Amy. I rzeczywiście: "Rehab", "Back to Black", "You Know I'm No Good" czy "Tears Dry on Their Own" to nic innego jak piekielnie szczera wiwisekcja własnego upadku.

Amy Winehouse 1983-2011 (zdjęcia: 17)

  • amy
  • amy
  • amy
  • amy

Winehouse słynęła z niewyparzonego języka. – Jestem muzykiem, a nie kimś kto w drodze do swoich 15 minut sławy próbuje być dyplomatą. Stawiam na uczciwość i szczerość – tłumaczyła. Cokolwiek by o niej sądzić, nikogo nie udawała. Jak mówiła, słuchała wyłącznie wewnętrznego głosu małego dziecka, które tkwiło głęboko w jej wnętrzu. A dziecko, wiadomo, czasem może nabroić. Sama wielokrotnie obiecywała poprawę. – Myślę, że powinniśmy sobie zdawać sprawę, że ludzie mają prawo do błędów.


Próba bez mikrofonu

Ostatni raz Winehouse pokazała się publicznie trzy dni temu, podczas londyńskiego iTunes Festival. Wyszła na scenę w trakcie koncertu swojej 15-letniej chrześnicy Dionne Bromfield. Amy, choć ograniczyła się jedynie do tańczenia w rytm piosenki "Mama Said", wydawała się być w całkiem niezłej formie. To cieszyło, zwłaszcza że ostatnie miesiące nie nastrajały jej fanów zbyt optymistycznie. Osoby z otoczenia gwiazdy mówiły, że nie radzi sobie z własnymi problemami i wróciła do alkoholu i narkotyków. Niedawno przeszła zresztą terapię w klinice odwykowej Priory w Londynie – chciała oczyścić się przed europejską trasą koncertową. Usłyszała wtedy od lekarzy. – Albo całkowicie zerwiesz z alkoholem, albo czeka cię śmierć.

Amy Winehouse 1983-2011 (zdjęcia: 17)

  • amy
  • amy
  • amy
  • amy

Zerwać się nie udało, a inaugurujący tournee występ z 18 czerwca w Belgradzie był dla dwudziestu tysięcy Serbów ogromnym rozczarowaniem, zakończonym skandalem i gwizdami. Amy, będąca wyraźnie "pod wpływem" nie potrafiła nawet utrzymać mikrofonu, a jej śpiew kojarzył się alkoholowym majaczeniem. Fragmenty "widowiska” stały się przebojem" serwisu YouTube. Media znowu miały pożywkę. Nic więc dziwnego, że menadżer gwiazdy odwołał jej kolejne koncerty, w tym ten z Bydgoszczy, który miał się odbyć 30 lipca.


Głos ciemności

Nazywano ją nową królową soulu, choć trudno było przyrównywać jej styl do znanych z list przebojów div w rodzaju Whitney Houston czy Mariah Carey – soul Amy Winehouse był bardziej ciemny, mroczny i organiczny, więcej w nim było pasji i żywiołu. Artystka odświeżyła jego formułę, zgrabnie poruszając się po wielu innych konwencjach muzyki popularnej, zwłaszcza jazzu, funky i R’n’B. Stylowo nawiązywała do lat 60., ale w bardziej zawadiackim niż kiedykolwiek stylu, podrasowanym niemalże rockandrollowym pazurem. Świetnie komponowała, pisała chwytliwe teksty, ale jej największym atutem był kontraltowy głos, za sprawą którego przyrównywano ją do Arethy Franklin czy Macy Gray. Tyle że Amy nikogo nie podrabiała. Była jedyna w swoim rodzaju.

Sukces, jaki osiągnęła, zadziwił branżę muzyczną, zwłaszcza że związany był ze stylistką retro – jej druga i ostatnia płyta "Back To Black" z 2006 roku zdobyła pięć statuetek Grammy i znalazła aż dziewięć milionów nabywców. Jak na dzisiejsze standardy to ogrom, a przecież najbliższe tygodnie z pewnością ten wynik wywindują.

Amy Winehouse 1983-2011 (zdjęcia: 17)

  • amy
  • amy
  • amy
  • amy

Kolczyk mieć w nosie

Amy od dzieciństwa była ambitna, utalentowana i niepokorna. Urodziła się 14 września 1983 roku w londyńskiej dzielnicy Southgate, w rodzinie o jazzowych tradycjach. Swój pierwszy zespół – Sweet 'n' Sour – zespół założyła jako dziesięciolatka. Po jego rozpadzie próbowała swoich sił w Sylvia Young Theatre School, z którego wyrzuconą za… wstawienie sobie kolczyka do nosa. W wieku szesnastu lat była już sprawną gitarzystką i wokalistką. Na graniu i komponowaniu spędzała po kilka godzin dziennie.


Kontrakt płytowy podpisała dzięki znajomemu wokaliście Tylerowi Jamesowi, który rozesłał jej demo do wytwórni. Ostatecznie dołączyła do Island Records, części Universal Music, któremu została wierna do samego końca. Pierwszy album, "Frank", nie odniósł wielkiego sukcesu – a to za sprawą dość jazzowej zawartości. Po sukcesie "Back To Black" został jednak odkryty na nowo.

Droga do zatracenia

Już jako nastolatka Amy miała liczne problemy mentalne, związane z depresją, samookaleczeniami i zaburzeniami odżywiania, choć próbowała wtedy wyłącznie miękkich narkotyków. Z tymi twardymi zetknęła po wydaniu płyty "Frank". Uzależnienie nasiliło się w 2006 roku, po śmierci babci, z którą była bardzo blisko. Na narkotyki wydawała fortunę – 2008 roku wartość jej majątku szacowano na 10 milionów funtów, a rok później – na zaledwie milion. Większość miała wydać na imprezy i siedmiomiesięczny pobyt na wyspie St. Lucia. Szybko stała się ulubienicą paparazzi, z każdym rokiem coraz mniej kojarzoną z muzyką, a coraz bardziej z narkotykami, alkoholem, a nawet bijatykami – trzy lata temu pobiła w pubie Marokańczyka, który nie chciał jej ustąpić miejsca przy stole bilardowym.

Amy Winehouse 1983-2011 (zdjęcia: 17)

  • amy
  • amy
  • amy
  • amy

Amy kilkakrotnie przedawkowała – lubiła aplikować sobie mikstury kokainy, ecstasy, ketaminy i marihuany. Stała się synonimem upadłej gwiazdy ze skłonnością do autodestrukcji. To wszystko, w połączeniu z problemami z bulimią i anoreksją, sprawiło, że wyglądała na znacznie starszą niż była w rzeczywistości.


W "klubie" z Morrisonem

Dwa lata temu w mrocznym egzystencjalnym tunelu Winehouse pojawiło się jednak światełko nadziei, a to za sprawę nowego partnera gwiazdy, reżysera Rega Travissa, który miał mieć na nią bardzo pozytywny wpływ. Dzięki niemu Amy odstawiła na pewien czas używki i wzięła się do pracy nad nowymi piosenkami. "Wróciła do życiowej formy!" – donosiły media. Niestety, związek niedawno ostatecznie się rozpadł.

Efektem chwilowej poprawy miała być płyta, która jest już zresztą ponoć nagrana. I pewnie się ukaże. Jeśli tak, sukces ma zapewniony, bez względu na zawartość. Niepotwierdzone doniesienia mówiły o "mnóstwie nowych doskonałych kawałków", utrzymanych w "stylistyce podobnej do drugiego albumu".

W chwili śmierci Amy miała 27 lat, tyle samo co Jimi Hendrix, Jim Morrison, Janis Joplin czy Kurt Cobain. Ale jeśli w przyszłości będzie uznawana za równie wielką legendę, to raczej ze względu na coś więcej niż zbieżność liczb czy przynależność do jakiegokolwiek pośmiertnego klubu, najbardziej nawet ekskluzywnego.

Postrach Dalekiego Wschodu


21 lip, 16:13 Maciej Szopa / Polska Zbrojna
Marynarze z "Emdena" opuszczają wrak krążownika, 30 grudnia 1914 roku
Marynarze z "Emdena" opuszczają wrak krążownika, 30 grudnia 1914 roku

Rajd niemieckiego krążownika "Emden" wzbudził podziw nawet wśród wrogów. Krążownik SMS "Emden" został zbudowany w gdańskiej Stoczni Cesarskiej i wszedł do służby w 1909 roku. Wkrótce potem niewielka, uzbrojona w dziesięć 105-milimetrowych dział jednostka została skierowana do ochrony niemieckich kolonii na Dalekim Wschodzie. Przez pierwsze kilka lat głównym zadaniem załogi krążownika było demonstrowanie siły wobec buntujących się tubylców.

Do zdobycia wielkiej chwały potrzebna była jednak wielka wojna, która rozpoczęła się w sierpniu 1914 roku. "Emden" upolował pierwszą ofiarę już 4 sierpnia. Podczas samotnego wypadu na Morze Japońskie zajął rosyjski parowiec "Riazań", który został następnie doprowadzony do niemieckiej bazy w Tsing Tao (Kiau-Czou) i przezbrojony na krążownik pomocniczy.

Wybuch wojny sprawił, że Niemiecka Eskadra Dalekowschodnia znalazła się na straconej pozycji. Choć w jej skład wchodziły dwa krążowniki pancerne i cztery lekkie (a mogła też liczyć na wiele mniejszych i pomocniczych jednostek), jej dni na Pacyfiku były policzone. Swoje okręty kolonialne wystawiły przeciw Niemcom: Rosja, Wielka Brytania i Francja, a Japonia i Australia mogły skoncentrować na tym akwenie całą swoją morską potęgę. Dowodzący Eskadrą Dalekowschodnią wiceadmirał Maksymilian von Spee zdawał sobie sprawę z tego, że jedyną szansą na ocalenie okrętów i ludzi będzie przedarcie się do Europy. Próbę tę podjęły wszystkie krążowniki z wyjątkiem "Emdena". Dowodzący nim kapitan Karl von Müller zasugerował w czasie narady, że jedna agresywnie działająca jednostka odwróci uwagę od uciekającej przez Pacyfik eskadry. Von Spee zgodził się ze swoim podkomendnym, pozwolił mu na samodzielne działania, nakazał też przygotowanie zapasów węgla dla krążownika w kilku punktach zaopatrzeniowych.

Nabrani na komin

Po oddzieleniu się od eskadry 13 sierpnia "Emden" i towarzyszący mu węglowiec "Markomania" skierowały się w rejon szlaków handlowych we wschodniej części Oceanu Indyjskiego. Potężny akwen był w owym czasie uznawany za "wewnętrzne jezioro" Imperium Brytyjskiego. Panował tutaj olbrzymi ruch statków handlowych, których ochrona pozostawiała zazwyczaj wiele do życzenia. Po odebraniu informacji o przebywającym w okolicy brytyjskim krążowniku "Yarmouth" dowódca "Emdena" postanowił upodobnić swój okręt do potencjalnego przeciwnika. Postawiono więc dodatkowy, czwarty komin. Przyszłe ofiary nawet pozdrowią korsarza, a o pomyłce dowiedzą się dopiero wtedy, gdy będzie za późno.

"Emden" wdarł się na brytyjski szlak handlowy i stał się wilkiem w stadzie owiec. Po wpłynięciu w głąb Zatoki Bengalskiej zatapiał bądź włączał do swojego zespołu posiłkującego brytyjskie parowce. W sumie było ich siedem, każdy o pojemności większej niż 3 tysiące ton brutto. Schwytane załogi były przesadzane na pokłady spotykanych neutralnych jednostek, a cały proces odbywał się z poszanowaniem obowiązujących konwencji. 22 września niemiecki okręt stanął na redzie Madrasu. Ostrzeliwał port przez 10 minut, w wyniku czego spłonęły 2 miliony ton ropy i został uszkodzony jeszcze jeden statek. Krążownik zatapiał kolejne jednostki, co paraliżowało żeglugę w całej wielkiej zatoce. Ruch statków handlowych wstrzymano, a alianci zaczęli ściągać kolejne okręty. "Emdenem" straszono nawet dzieci na Cejlonie. Do dziś w języku tamilskim wyjątkowo sprytna osoba nazywana jest emdeną.

Tymczasem w rejonie działań niemieckiej jednostki znalazł się zespół złożony z brytyjskiego krążownika pancernego "Minotaur", australijskich krążowników "Sydney" i "Melbourne" oraz japońskiego "Ibuki". Poszukiwania prowadziły też rosyjski krążownik lekki "Żemczug" oraz brytyj skie "Yarmouth" i "Hampshire". Tymczasem von Müller, nie do końca świadomy wywołanego przez siebie zamieszania, zawinął do brytyjskiej kolonii na wysepce Diego Garcia. Jej władze, które nie wiedziały nic o wybuchu wojny, przyjęły Niemców serdecznie, a nawet umożliwiły im dokonanie drobnych napraw. Na korsarski szlak "Emden" powrócił 16 października. W ciągu kilku następnych dni posłał na dno jeszcze sześć statków.

Rozzuchwalony bezkarnością von Müller postanowił rozprawić się ze zorganizowaną przeciw niemu obławą. W nocy z 27 na 28 października "Emden" wpłynął we mgle do portu w Pinang (dzisiejsza Indonezja). Znajdował się tam mocny przeciwnik – rosyjski krążownik "Żemczug", który przechodził właśnie rutynowy przegląd maszyn. Niemiecki okręt niepostrzeżenie dostał się w pobliże nieprzyjaciela. Nawet jeśli ktoś go zauważył, to wziął za jednostkę sojuszniczą. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że samotny korsarz dopuściłby się tak zuchwałego czynu. "Emden" odpalił w kierunku "Żemczuga" torpedę, a następnie otworzył ogień z minimalnej odległości. Rosyjski okręt poszedł na dno, nie oddawszy ani jednej salwy.

W Pinang doszło do zamieszania. Załoga "Emdena" została zmuszona do opuszczenia portu przez francuską kanonierkę "D’Iberville". Gdy oddała ogień, Niemcy upewnili się, że okrętów nieprzyjaciela jest znacznie więcej. Za uchodzącym krążownikiem ruszył w pościg francuski torpedowiec "Mosquet", który podjął próbę ataku. "Emden" wykonał jednak błyskawiczny zwrot na burtę, ostrzelał słabszego przeciwnika, zabrał na pokład ocalałą załogę, a następnie zniknął w bezmiarach oceanu.

Nosił wilk razy kilka

Po udanym rajdzie na Pinang szczęście "Emdena" się skończyło. Przez następne dwa tygodnie okręt krążył, nie mogąc przechwycić żadnego statku. Na jedyną zdobytą w tym czasie jednostkę przeładowano jeńców z "Mosqueta". Von Müller postanowił wreszcie dokonać kolejnej zuchwałej akcji – zniszczenia brytyjskiej radiostacji na Wyspie Kokosowej i przecięcia przebiegającego tam podmorskiego kabla telegraficznego.

Po przybyciu na miejsce 9 listopada okazało się, że obsada brytyjskiej stacji nie nabrała się na sztuczkę z kominem i natychmiast wysłała meldunek o napotkaniu korsarza. Von Müller nie przejął się tym jednak. Sądził, że w promieniu 250 kilometrów nie ma żadnych nieprzyjacielskich jednostek. Niemcy wysadzili na brzegu pięćdziesięcioosobowy desant, który zniszczył radiostację i przeciął kabel. W tym samym czasie na horyzoncie pojawił się jednak nowoczesny australijski krążownik "Sydney". Okręt ten eskortował właśnie konwój ze zdążającymi na Bliski Wschód oddziałami australijskimi i meldunek radiostacji dotarł do niego w momencie, kiedy znajdował się nieopodal wyspy. "Sydney" był wyposażony w osiem 152-milimetrowych dział, mógł też rozwinąć większą prędkość od niemieckiej jednostki. Von Müller porzucił swój oddział na wyspie i zaczął ucieczkę. Po 20 minutach "Emden" dokonał nagłego zwrotu i wystrzelił w kierunku Australijczyków salwę torpedową. "Sydney" zdołał jednak wykonać unik i kontynuował pościg. Trafiał przy tym coraz częściej, przez co niemiecka jednostka powoli zamieniała się w ledwo unoszący się na wodzie wrak. O godzinie 11.15 korsarz osiadł na rafie koralowej.

Zginęło 134 Niemców, a 65 zostało rannych. Straty australijskie były znacznie mniejsze: trzech zabitych i trzynastu rannych. Von Müller i 177 członków załogi "Emdena" dostali się do niewoli, gdzie z uwagi na swoje dokonania byli traktowani z szacunkiem. Kapitan został nawet wymieniony na brytyjskiego jeńca i powrócił do kraju. Niewoli uniknął oddział desantowy, który przez kraje arabskie dotarł do Turcji. Byli to jedyni marynarze Eskadry Dalekowschodniej, którzy zdołali znowu znaleźć się w kraju.

Podpis pod fot.: Marynarze z "Emdena" opuszczają wrak krążownika, 30 grudnia 1914 roku.

Autor: Maciej Szopa Źródła: Polska Zbrojna

piątek, 22 lipca 2011

Leszek Miller - mężczyzna, który nigdy nie kończy. KULISY POLITYKI

Przeciwnicy nieraz składali go już do politycznego grobu. Jednak Leszek Miller (65 l. ) nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Ma startować do Sejmu z pierwszego miejsca listy SLD w Gdyni. Mawiał, że mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Kiedy ma zamiar skończyć? - Teraz uważam, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie kończy - mówi nam były premier.

SONDA

Leszek Miller wróci do wielkiej polityki?

78%
22%

A jeszcze kilka lat temu wydawało się, że nastąpił koniec Leszka Millera. Był 2007 rok, lewica już od dwóch lat dusiła się w opozycji. Kiedy działacze SLD zjechali do siedziby partii przy ul. Rozbrat w Warszawie, aby zatwierdzić przed wyborami listy, w powietrzu czuło się strach przed wyborczą klęską.

Partyjny spęd przebiegał chaotycznie, kolejne wystąpienia zagłuszane były przez szum plotkujących działaczy, którym już nawet nie chciało się słuchać liderów. Nagle sala ucichła w skupieniu - przemawiał Leszek Miller.

Już wtedy było wiadomo, że w SLD nie ma dla niego miejsca, mimo to go słuchali. Miller w dramatycznym wystąpieniu zrezygnował z członkostwa w partii. Kiedy wychodził z sali, towarzysze żegnali go oklaskami na stojąco. Dziś wielu ludzi, którzy byli wtedy na sali, jest już na politycznej emeryturze. A Miller wraca. Jak to się dzieje?


Ze stołówki do rządu


Miller po raz pierwszy zabłysnął w 1989 roku, kiedy jako sekretarz KC PZPR zorganizował w stołówce partyjnego gmachu spotkanie z opozycyjną młodzieżą z NZS. - Był nowym zjawiskiem w polityce - wspomina uczestnik tamtego spotkania Piotr Skwieciński (48 l.), wtedy opozycjonista, potem szef PAP. - Był z grupy, która stanowiła ostatni personalny kaprys Jaruzelskiego. Byli bardziej otwarci na zmiany niż starsi towarzysze - ocenia. - Ale potem pokazał, że jest człowiekiem do bólu cynicznym. Kreowano takie złudzenie, że Miller to lider dawnego aparatu, a Aleksander Kwaśniewski uosabia nowoczesną lewicę. Tymczasem oni się tak podzielili, bo musieli jakoś pogodzić różne grupy wyborców - uważa publicysta.

Jako "człowiek z betonu" Miller został sekretarzem generalnym Socjaldemokracji Rzeczpospolitej. Z czasem SdRP wchłonęła mniejsze lewicowe partie i przekształciła się w Sojusz Lewicy Demokratycznej. - Miller to wymyślił. Pamiętam, że wielu protestowało. Ale on postawił na swoim i wypaliło - opowiada Marek Dyduch (54 l.), prawa ręka Millera z czasów jego rządów.

Swoje polityczne dzieło Miller poprowadził do historycznego zwycięstwa w 2001 roku. Partia zdobyła ponad 40 proc. głosów i lewica triumfalnie wprowadziła się do gabinetów władzy, a Miller zajął ten najważniejszy - premiera.

Od kanclerza do młynarza


W rządzie zyskał sobie miano "żelaznego kanclerza". - Jak ktoś mu podpadł, nie było zmiłuj. Opieprzał nas jak uczniaków - opowiada jeden z ministrów w rządzie SLD. - Leszek to taki zawadiaka z Żyrardowa. Potrafi być do bólu brutalny. A jak były jakieś konflikty między ministrami, kazał nam - niczym w PZPR - pisać notatki wyjaśniające - opowiada nasz rozmówca. 

Swoją twardość Miller pokazał już podczas rządów lewicy w latach 1993-97. - Mieliśmy do podzielenia jakieś dodatkowe pieniądze. Baśka Blida chciała je wydać na budownictwo socjalne. Ale Leszek - wtedy minister pracy - wciął się i powiedział wprost, że Baśka te pieniądze zmarnuje. I ona się wtedy popłakała na posiedzeniu rządu - opowiada nam uczestnik awantury.

Miller nie tolerował żadnych wybryków, szczególnie pijaństwa. Młodsi działacze szybko odkryli, że najlepszy sposób na politycznego rywala to zabrać go na partyjną imprezę, spić, a potem przedstawić Millerowi. - Dla starych Miller jeszcze był wyrozumiały, ale młodzik po czymś takim mógł żegnać się z partyjną karierą - wspomina jeden z działaczy.

Ale nawet "żelaznemu kanclerzowi" partia rozeszła się w szwach. - Po wygranej w 2001 roku na Rozbracie zrobiły się pustki - wspomina Dyduch, wtedy sekretarz generalny partii. - Wszyscy poszli do rządu, a ja tam zostałem sam. Rozumiem, że Miller musiał skoncentrować się na członkostwie w UE, ale zabrakło wtedy umacniania partii - dodaje.

Miller napotkał też rywala - prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego (57 l.). Bratobójcza walka doprowadziła w końcu do największego kryzysu lewicy w III RP. Zbudowany przez Millera partyjny monolit nagle się rozleciał. Marek Borowski (65 l.) wyprowadził z SLD grupę polityków i założył konkurencyjną Socjaldemokrację Polską.

To jednak pryszcz w porównaniu z aferami, z jakimi po dziś dzień kojarzą się rządy SLD. Była ta największa - afera Rywina, ale też dwie mniej dziś pamiętane: starachowicka i orlenowska. - Najwięcej złego zrobił Rywin - przyznają ludzie lewicy. Opozycja zaczęła wyciągać na jaw wszystkie grzechy i grzeszki. Nie pomogło zahamowanie finansowej zapaści kraju czy wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej. Sympatię ludzi Miller odzyskał tylko na chwilę w 2003 roku, kiedy to cudem przeżył katastrofę rządowego śmigłowca. Lewica musiała pożegnać się z władzą.

W 2005 roku SLD poniosło sromotną klęskę - z wynikiem 11,3 proc. było czwarte, za PiS, PO i Samoobroną. - Wtedy już na Millera nie wołali "żelazny kanclerz", tylko "młynarz" - od siwych włosów - wspomina jeden z działaczy SLD.

Miller jednak za nic nie chciał się poddać. Nie chcieli go w SLD, to poszedł do Andrzeja Leppera (57 l.). W 2007 roku z list Samoobrony startował do Sejmu z Łodzi. Chciał zagrać na nosie dawnym kolegom, skończyło się kompromitującym wynikiem nieco ponad 4 tys. głosów. Upokorzony porażką Miller musiał pożegnać się z parlamentem.

Kompleks Żyrardowa


Wielu w SLD liczyło, że zaszyje się w domu na warszawskim Wilanowie, gdzie mieszka razem z żoną Aleksandrą. Znają się od czasów młodości. Ślub kościelny wzięli w 1969 roku. Pewnie pobraliby się wcześniej, ale Miller musiał odbyć służbę wojskową na okręcie marynarki ORP "Bielik". Owocem ich związku jest syn Leszek, którego na lewicy przezywają Juniorem. Dziś w wolnych chwilach Millerowie zabawiają wnuczkę Monikę.

Jaki Miller jest w domu, z rodziną? Tego nie wiedzą nawet najbliżsi polityczni współpracownicy. Czym się interesuje, co go kręci?

- Jedno wiem na pewno, on ma kompleks Żyrardowa i tego, że nigdy nie odebrał porządnego wykształcenia - mówi nam jeden z jego dawnych współpracowników (Miller to absolwent Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR). - Ale jak to on, potrafi z tego uczynić atut. Cały czas się stara, cały czas się uczy. Kiedy zaczynaliśmy, to my wymyślaliśmy mu te ładnie brzmiące hasełka. Ale on zaczął wytrwale pracować nad sobą i potem już sam je sobie szykował - mówi.

Budowniczy szyldu


Dla wielu Miller jest symbolem porażek lewicy po 2005 roku. - Wielu chce dalej zrzucać na Millera winę za przegraną. Zapomina się, że to on stworzył SLD, jakie dziś znamy. Kiedyś naszą siłą byli ludzie, dziś ich już nie ma i okazuje się, że stworzony przez Millera szyld jest naszą największą bronią. To jego wielka zasługa - przekonuje Dyduch. Czy to dlatego Miller jest dziś fetowany jak za starych dobrych czasów? Na jego 65. urodziny zjechała cała lewicowa śmietanka. A dawny rywal Aleksander Kwaśniewski wygłosił na cześć jubilata długą przemowę pochwalną. - Z Millerem jest tak, że można go lubić albo nie, ale nie sposób nie doceniać jego wiedzy politycznej, doświadczenia i kompetencji - mówił w wywiadzie dla "Polska the Times" Kwaśniewski.

Miller już deklaruje, że zmienił zdanie w sprawie tego, jak kończy prawdziwy mężczyzna. - Nie kończy nigdy - żartuje. Czy już przymierza się do ław poselskich? - Za wcześnie jeszcze, żeby o tym mówić - ucina skromnie.



Więcej
http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/leszek-miller-mezczyzna-ktory-nigdy-nie-konczy-kulisy-polityki_196926.html