mig, PAP
2011-08-02, ostatnia aktualizacja 2011-08-02 22:01
Nie różnimy się z MAK co do faktów, różnimy się co do ich interpretacji - mówili we wtorek przedstawiciele polskiej komisji wyjaśniającej okoliczności katastrofy smoleńskiej. Różnice w "interpretacji faktów" były jednak znaczne. Mimo to Polacy podkreślają, że są gotowi do spotkania z ekspertami z MAK i dyskusji.
- Raport Millera vs MAK. Lądowanie czy próbne podejście? [NAJWAŻNIEJSZE RÓŻNICE]
- Raport Millera: Rosjanie współwinni katastrofy? Oto, czego nie zrobili, a co zrobili źle
- MAK: Błasik w kokpicie "to była bezpośrednia presja"
- W Rosji o raporcie Millera: Mocny i uczciwy
- Raport Millera. Dziesiątki polskich błędów: w czasie lotu, przed lotem...
Komisja Millera: Nasze stenogramy dowodzą, że piloci nie chcieli lądować
Rosjanie swoje stenogramy przygotowali jeszcze w lipcu ubiegłego roku, polskie gotowe były w maju 2011 - przypomnieli wieczorem członkowie polskiej komisji. Podkreślali, że fakt, że polska komisja pracowała nad wyjaśnieniem przyczyn katastrofy sześć miesięcy dłużej niż MAK, może wpływać na inną interpretację faktów. Także Centralne Laboratorium Kryminalistyczne zdecydowanie dłużej odczytywało zapisy rozmów z kokpitu i z wieży w lotnisku w Smoleńsku. I to właśnie te odczyty - według Polaków - potwierdziły, że polscy piloci nie chcieli lądować, a jedynie zejść do minimalnej wysokości 100 metrów.
Komisja Millera: "Niech Rosjanie udowodnią, że załoga chciała lądować"
- Z punktu widzenia zasady współpracy załogi wieloosobowej każda komenda wydana przez pilota czy dowódcę musi być potwierdzona przez pilota monitorującego, czyli tego, który był drugim pilotem. Dowódca załogi ponad wszelką wątpliwość po przekroczeniu 100 metrów - niestety wg wskazań wysokościomierza radiowego - wydał komendę 'odchodzimy na drugi krąg'. Potwierdził tę komendę drugi pilot. W lotnictwie nie ma czegoś takiego, żeby - jeżeli jest wydana komenda i jest potwierdzona - nic się nie działo i żeby ktoś czekał dalej - mówił jeden z członków komisji, Maciej Lasek. - Rosjanie mówią, że opierają się na faktach, nie na hipotezach. Więc niech przedstawią fakt, że załoga chciała lądować - dodawał Grochowski. Lasek dodał, że samo odejście nie udało się z powodów wskazanych w raporcie polskiej komisji, m.in. z powodu niewłaściwego wyszkolenia załogi i "przyjęciem niewłaściwego sposobu realizacji" tego manewru.
Rosyjscy eksperci podczas specjalnej konferencji ws. polskiego raportu stwierdzili też, że stan lotniska i praca kontrolerów nie miały wpływu na katastrofę, a osoby pracujące na wieży nie były pod presją przełożonych. Polacy twierdzą co innego. - Z odpisu korespondencji wynika, że praca całej grupy kierowania lotami i zastępcy dowódcy bazy lotniczej (płk. Nikołaja Krasnokutskiego - red.) była pod presją. To wynika z tej korespondencji i ze słów, które tam padają - podkreślał ppłk Robert Benedict. - Kontroler lotów jest osobą, która jest odpowiedzialna za wszystkie działania grupy kierowania lotami. W żadnym wypadku nie był to zastępca dowódcy bazy z Tweru. Kontroler nie powinien dopuścić do tego, żeby zastępca dowódcy bazy w Twerze nawiązał korespondencję radiową z polską załogą, a to miało miejsce - powiedział z kolei płk Grochowski.
Rosjanie: Błasik wywierał presję. Polacy: nie ma dowodów
Rosjanie podkreślali też, że polscy piloci prezydenckiego tupolewabyli pod bezpośrednią presją dowódcy Sił Powietrznych Andrzeja Błasika . Ale według polskich ekspertów z zebranych materiałów i nagrań nie wynika, by gen. Błasik wywierał bezpośrednią presję na załogę. Rejestratory głosu nie wychwyciły żadnej wypowiedzi, która by wskazywała, że gen. Błasik wpływał na załogę, np. próbował wydawać dyspozycje - zaznaczył płk Grochowski. Lasek z kolei - nawiązując do wypowiedzi, która padła w Moskwie, że MAK odnosi się do faktów, a nie do hipotez - podkreślał, że faktem jest, iż gen. Błasik nie wywierał żadnej bezpośredniej presji na załogę, a hipotezą - że sama jego obecność wywierała tę presję.
Polscy eksperci do Rosjan: gdzie są dokumenty?
Maciej Lasek przypomniał też, jak wielu dokumentów strona rosyjska nie przekazała Polakom. - Spowodowało to, że wiele naszych analiz musiało być przeprowadzone na dokumentach - tak jakby - wyższego rzędu, czyli na dokumentach, które opisywały tworzenie takich instrukcji - powiedział Lasek. Stwierdził, że polskiej komisji pracowałoby się łatwiej, gdyby MAK, zgodnie z zasadami współpracy międzynarodowej, przekazał odpowiednią dokumentację. Skomentował też słowa szefa komisji technicznej MAK, Aleksieja Morozowa, który stwierdził, że jego zdaniem strona polska "nie potrafi albo nie chce" przyznać, iż lot do Smoleńska według rosyjskich reguł miał status lotu "międzynarodowego nieregularnego". Morozow argumentował, że taki status lotu oznaczał, że nie było możliwości zamknięcia lotniska 10 kwietnia. Dodał też, że samo lotnisko Smoleńsk Siewiernyj było "otwarte i działające", a nie "czasowe otwarte" - jak podawał polski raport. Lasek pytał dziś, czy "z punktu widzenia fizyki i obserwacji pewnych zdarzeń, choćby na wskaźniku radiolokatora", lot wojskowy i lot cywilny czymś się różnią. - Czy ten samolot wyglądał inaczej? Nie - oświadczył członek polskiej komisji ds. katastrofy Tu-154M. - My nie polemizujemy z MAK-iem w zakresie określenia, jakie przepisy miały zastosowanie do tego rodzaju lotu - dodał Lasek.
"Przy analizie taśmy z lotniska powinien być Polak"
Inny przedstawiciel komisji Millera, inżynier lotniczy Edward Łojek, powiedział z kolei, że taśma z rejestratora w wieży kontroli lotów w Smoleńsku (której polska komisja nie otrzymała) nie zacięła się - jak podawały media - lecz nastąpiło zwarcie lub "przerwa w kablu". - Byłoby jasne wszystko w tej kwestii, gdyby strona rosyjska po prostu analizę tej taśmy przeprowadziła w obecności przedstawiciela polskiego. Wtedy by nie było wątpliwości - dodał płk. Grochowski.
Jak dodał ppłk Benedict, kierownik strefy lądowania mówił, że sprawdził kamerę i magnetowid i stwierdził, że są sprawne; gotowe do pracy, a samo urządzenie było specjalnie montowane na loty 7 i 10 kwietnia, gdy w Smoleńsku mieli lądować premier Donald Tuk i prezydent Lech Kaczyński. Poprzedni rejestrator był bowiem niesprawny. Przedstawiciele komisji Millera mówili też, że podczas oblotu lotniska w Smoleńsku chcieli być na wieży, a nie w samolocie, który wykonywał oblot. MAK usprawiedliwiał niedopuszczenie Polaków do oblotu tym, że wykonywał go samolot wojskowy.
Szef komisji badającej katastrofę smoleńską, minister SWiA Jerzy Miller skomentował dzisiejsze wystąpienie MAK krótko: "Nic nowego". Jak dodał, za kluczową uznaje zapowiedź MAK dotyczącą rozmów z polskimi ekspertami: "Będziemy dalej z polskimi specjalistami rozmawiać". To "zachęta do wspólnego spotkania" - ocenił Miller. Minister nie wykluczył, że może dojść do spotkania polskiej komisji z ekspertami z MAK.






