poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Krzysztof "Diablo" Włodarczyk

Walka o miłość



Trzydzieści tabletek antydepresyjnych ledwie mieści się w męskiej dłoni. Połknął je wszystkie. To był impuls. Wołanie o pomoc. Miał szczęście, oprzytomniał i zanim zaczęły działać, zdążył wybrać numer do przyjaciela. A potem był szpital, chwile strachu i to jedno wciąż powtarzane pytanie: dlaczego? Tylko u nas wywiad z najsłynniejszym polskim bokserem.

Krzysztof "Diablo" Włodarczyk

Menedżer Andrzej Wasilewski mówi krótko: „Dziś najważniejsze dla Krzyśka jest ułożenie życia z żoną. Kłopoty małżeńskie były przyczyną depresji, w jaką wpadł”.

Kiedy karetka wiozła go do szpitala, Małgosi nie było w kraju. Komórkę prawie natychmiast zablokowały bombardujące ją wiadomości. Nie odpisywała. Od tamtego czasu minęły ledwie dwa tygodnie. Diablo jest pod opieką psychiatrów, mówi o szybkim powrocie na ring. O swoim życiu osobistym: „Chcę wszystko wyprostować”. O Małgosi: „Od początku wiedziałem, że to ta kobieta”. Ale w wywiadzie przyznaje szczerze, że życie z nim to ciągła walka. Znoszenie jego przygód i zdrad. Podnosił się po niejednym nokaucie, a jednak tym razem będzie mu trudno jak nigdy znów stanąć na nogi. Bo dziś mistrz świata walczy o wszystko, co kocha.

Musiałeś kiedyś o swoją żonę Małgosię bić się na pięści?

Na szczęście nie. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, nie miała nawet piętnastu lat. Tomek, dziś szwagier, urządzał swoją osiemnastkę, Gosia latała, pomagała. Fajnie spędziliśmy czas, ale wtedy jeszcze nic między nami nie zaiskrzyło. Nie widzieliśmy się rok, może dwa. Aż raz Tomek zadzwonił i umówiliśmy się większą grupą na dyskotekę. Szalałem tak, że wszyscy pytali: „Coś ty brał, chłopaku?”. A ja umiem się świetnie bawić bez dopalaczy, bez alkoholu. Piję dwa, trzy razy w roku. Muzyka mi w tańcu nie przeszkadza (śmiech). Tego wieczoru tańczyliśmy z Gosią, a jakiś czas później zaprosiłem ją do Łodzi na swoją walkę. Odwiedzała akurat znajomych w Skierniewicach, ale ja byłem zdesperowany. Pojechałem po nią dwie godziny przed imprezą. Przeżyła szok, widząc, jak prowadzę. Biegiem wpadłem wtedy na halę.

Trener się wściekł?

Strasznie, ale zaraz w pierwszej czy może drugiej rundzie znokautowałem przeciwnika. „To już? Ależ z ciebie wariat” – chyba tyle wtedy powiedziała (śmiech). Ale musiałem się jej spodobać, bo zaczęliśmy się spotykać. Od samego początku wiedziałem, że to ta kobieta, że będą miał z nią dziecko. Odbieraliśmy na tych samych falach. Rozumie mnie.

I chyba bardzo kocha, potrafiła Ci wiele wybaczyć.

Wiele przygód, brzydko mówiąc, zdrad czy wpadek. Inna powiedziałaby: „Ej, facet, to koniec, spadaj”. A my porozmawialiśmy jak dorośli ludzie, dziękuję jej za to. Dziś mam koleżanki, ale to tylko koleżanki, Olga, Ola, Aśka, Pola, Agnieszka. Fajnie się spotkać, pogadać. Gosia mówi: „Jesteś niepoprawnym kobieciarzem. Bez kobiet byś zwariował”. A ja wiem, że byłbym skończonym kretynem, gdybym teraz ukrywał jakiś romans. Młodość się kiedyś kończy, tylko ludzie zostają. Dobrze, gdyby był obok ktoś, kto poda tę przysłowiową szklankę herbaty.

Szacunek. To piękne, gdy ludzie potrafią przejść razem kryzys i iść dalej razem.

Ktoś pomyśli, że jestem dwulicowy. Tu mówię o rodzinie, a on dopiero co widział mnie roześmianego z jakąś dziewczyną. Taki jestem. Gdybym ją całował albo łapał za pupę, byłbym kawałem bydlaka. Ale ja tylko idę i rozmawiam. Nic w tym złego. Gosia oswoiła się z tym, że mogę z kimś zatańczyć, pogadać i niekoniecznie chcieć czegoś więcej. Ufamy sobie.

Bywa, że ze sklepu wychodzisz z kilkoma parami butów, bo nie potrafisz odmówić ekspedientce. A jak dziewczyna uwiesi Ci się na ramieniu, odmówisz?

O tak. Boję się podobnych przygód. I wysokich dziewczyn (śmiech). Gosia ma te idealne 167 cm wzrostu. Na palcach jednej ręki policzę wysokie dziewczyny, z którymi się umawiałem. Czuję się przy nich niekomfortowo. Kocham strasznie moich rodziców, podziwiam ich. Mama ma 182 cm wzrostu, tata tyle samo. A tak poważnie, nie jestem z rodziny rozwodników albo z takich, co porzucają żony, mają dzieci na boku. Całym sercem jestem z Gosią, a ona ze mną. Kocham ją za to, że zawsze jest sobą. Nigdy nie udawała. Nie zrobiła czegoś przeciwko mnie. Nie zadała mi bólu. I nie przejmuje się tym, co ludzie piszą, bezwarunkowo mnie wspiera. Gdyby nie ona, już dawno bym się poddał, zrezygnował z boksu.

Bałeś się kiedyś, że nokaut może Cię zmienić w „warzywo”? Kiedy na deski położył Cię „Byk” – Tomasz Bonin – po raz pierwszy mówiłeś o strachu. Boisz się przed walką?

To właśnie było widać ostatnio. Im więcej myśli się o tym, co może się stać, tym mniej się ryzykuje. Taka reguła: im bardziej masz zajętą głowę, tym mniej skuteczny jesteś na ringu. Wiem, że muszę traktować boks jak inni pracę za biurkiem. Tyle lat ćwiczę, mam wypracowane odruchy. To powinno grać tak, że wchodzę na ring i staję się maszyną.

Ale nie jesteś maszyną, masz żonę, synka. Dlatego przed walką znikasz z domu, żeby o nich na chwilę zapomnieć?

Muszę się odizolować. Mam w domu ośmiolatka. Kiedy Czaruś przychodzi do mnie, przytula się i mówi „tatuś”, rozklejam się. A jeśli potem wychodzę na trening, dopiero pod sam jego koniec potrafię wziąć się w garść. Rodzina to największe, jak do tej pory, osiągnięcie w moim życiu. W bardzo młodym wieku chciałem mieć dziecko. Skończyłem 21 lat, gdy dowiedziałem się, że zostanę ojcem. Wcześnie? Ale ja na to czekałem. Gosia ma za sobą poród kleszczowy. Chyba nigdy w życiu nie płakałem tak, jak wtedy w szpitalu. Nie mogłem pomóc ani jej, ani dziecku, rozkleiłem się zupełnie. Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze córki i syna, ale rozumiem, że Gosia nie marzy o kolejnej ciąży. Chce mieć trochę swobody. Wciąż słyszę: „Mamy jeszcze czas”. Nie chcę być starym ojcem, rozmawiamy o tym.

Syn interesuje się tym, co robisz?

Boks to dziś dla niego czarna magia. Wydaje mi się, że on boi się oglądać walki. Parę razy mama czy chrzestna chciały mu puścić walkę. Nie chciał oglądać, mówił: „Tata i tak wygra”. Kiedy wracam, zawsze mnie pyta: „Wygrałeś?” I cieszy się: „Super, to mamy pieniążki. Będę mógł coś sobie kupić?”. Tak to wygląda z jego perspektywy dziecka. Ale nie jest rozpuszczony. Do szczęścia wystarczy mu zestaw klocków Lego.

Ponad 10 lat temu przeszedłeś na zawodowstwo, bijesz się dla pieniędzy. Warto?

Bywa, że się buntuję, przeklinam pod nosem, to nie zawsze jest praca wymierna do zarobków.

Myślałam, że mistrz świata w boksie pewnie ma jakąś nieziemską posiadłość z basenem. Przeczytałam, że mieszkacie we troje w 70 metrach w bloku w Piasecznie.

Polska to nie Ameryka (śmiech). Daj spokój, możemy o tym nie mówić? Mój przyjaciel Waldek pytany o życie, ma taką odpowiedź: „Nieustanne pasmo sukcesów i powodzeń”. Ładne, tak chcę myśleć. Miałbym się non stop dołować? Jezu, nie zarabiam stu tysięcy miesięcznie, nie jeżdżę porsche cayenne. Ważniejsi od stanu konta są ludzie. Bardzo brakuje mi rodzinnych spotkań. Babcia miała malutkie mieszkanko, a spotykało się tam kilkanaście osób i to było coś wspaniałego. Teraz dla wielu ważne są tylko pieniądze. A dla mnie rodzina, wspólnota, to, że każdy na każdego może liczyć. Mam dosłownie garstkę przyjaciół, ale naprawdę sprawdzonych.

Zadzwonisz do nich w środku nocy?

No jasne. Rozbiłem samochód za Radomiem, pierwsza w nocy, dzwonię do Krzyśka. Idzie na ósmą rano do pracy, ale odpowiada bez zastanowienia: „Jestem za godzinę”. Innym razem podjeżdżam na stację, zatankowałem cały zbiornik. I okazuje się, że nie mam portfela, żadnych pieniędzy. I znów telefon: „Przyjedziesz?”. Był po 15 minutach. Szwagrowi Tomkowi, serdecznemu przyjacielowi, padł zimą samochód w Tarnowskich Górach. Noc, mróz aż do kości przeszywał, pojechałem. Wracaliśmy potwornie długo. W aucie bez ogrzewania, co chwila zamarzała szyba,trzeba było skrobać szron. Obaj długo nie zapomnimy tej drogi. Jest Adaś, Jacek, Norbert, Wiesław, no i na pierwszym miejscu moja Gosia. Możemy na sobie polegać.

Czy Ty się czymś denerwujesz? Wciąż wycierasz ręce serwetką.

Takie małe natręctwa (śmiech). Mam tendencję do łapania bakterii, więc w kółko myję ręce. W publicznej toalecie spuszczam wodę nogą. Byłem ostatnio z kolegą w Tesco. Ktoś tam mnie poznał i chciał się przywitać. Nie rwałem się, bo miał bardzo brudne ręce – normalne po całym dniu pracy. Otrzepał je, ale nie stały się przez to czyste. „Może żółwik?” – zaproponowałem. Nie chciałem wyciągać ręki. Jeszcze niedawno Gośka krzyczała na mnie, bo patyczkami higienicznymi non stop świdrowałem sobie w uchu. Trochę mi przeszło. Ale mam swoje wariactwa.

Gosia jest od brudnej roboty, ona łapie w domu za wiertarkę, wkręca śrubki, a Ty się przyglądasz?

Nie wiem, co jest ze mną, ale zamiast naprawić, potrafię zepsuć. Ostatnio urwałem drzwiczki od szafki. Otwierałem jakoś tak niefortunnie. Ukręciłem też śrubkę, próbując ją przykręcić. Ale za to bardzo chętnie zajmuję się synem. Z gotowaniem też nie mam problemu.

Twoje małe przyjemności…

… Hm, bolesne pytanie. Jazda na motorze to moja miłość, a raczej kochanka. Daje tak niezwykłe poczucie wolności. Tyle że właśnie sprzedałem motor, ścigacz GSX-R1000, duża moc. Zrobiłem to na prośbę moich promotorów.

Miałeś wypadek?

Przewróciłem się kiedyś na intruderze 1800. Waży 350 kg, byłem w takim szoku, że sam go podniosłem. Ostrożnie jeździłem, a mimo to w ubiegłym roku miałem taką sytuację, że nic, tylko się przeżegnać na koniec. Na trasie katowickiej zajechała mi drogę ciężarówka. Minąłem ją na grubość lakieru, a jechałem ze 200 na godzinę.

Żona jeździła z Tobą?

Do pewnego momentu, potem przestała. Ustaliliśmy, że gdyby nie daj Boże coś… to któreś z nas musi tego młodego człowieka wychować. Zapytałem ją: „A co by było, gdybym miał wypadek i przeżył sparaliżowany?”. Nie zastanawiała się: „No jak ja mogłabym cię zostawić”. Wszystko w życiu może się zdarzyć. Świat ci się wali, lecisz do tyłu, ale ktoś cię łapie i mówi: „Nie! Stop! Idziemy do przodu”. Obyśmy nie musieli tego sprawdzać, ale tak byłoby z nami.

Wierzysz w Boga?

Jestem strasznie wierzący. Nie chodzę do kościoła, ale często noszę ze sobą różaniec. Dostałem piękny, zrobiony przez byłego zawodnika. Miał raka, dziś nie ma żołądka, ale żyje. Nie muszę się modlić w kościele, modlę się przed walką. Teraz mam w głowie jedno, chcę jeszcze pokazać kibicom fajny boks. Następna walka to będzie moje dla nich podziękowanie.

Chociaż tak wielu w Ciebie zwątpiło?

Dam ci przykład: Adam Małysz. Odniósł wielki sukces, a gdy powinęła mu się noga, niemal żywcem go pogrzebali. „To już koniec!” – krzyczeli. Nie mówię o wszystkich, są prawdziwi kibice, ale też wielu takich, co wolą pogwizdać, skrytykować: „On się nie nadaje”. Zero optymizmu. Zgodzisz się ze mną, że cierpimy na syndrom Polaka? Jak ktoś widzi, że inny ma lepiej, więcej – czuje ból. I dzwoni na policję albo z donosem do urzędu skarbowego. Rzucić kłodę pod nogi, w tym jesteśmy pierwsi. Pewnie jakby wybuchła trzecia wojna światowa, złapalibyśmy się wszyscy za ręce, krzycząc chórem: „Walczmy!”. A tak walczymy ze sobą. Słyszałem takie głosy: „To przeciwnik powinien wygrać”. Co jest, do diabła? Lepiej brzydko wygrać, niż pięknie przegrać. Wyniki idą w świat. Powinniśmy cieszyć się z każdego sukcesu, ze wszystkiego, co rozsławia Polskę. Kraj po takich przejściach.

Chciałbyś wierzyć, że wszyscy Cię lubią?

Nikt mnie nie musi lubić. Od tego mam rodzinę. Niech szanują. Myślę, co zrobić z karierą? Przyznaję, że po tym jak ostatnio obroniłem tytuł mistrza świata, przelatywało mi przez głowę, żeby dać sobie spokój. Nie dość zawalczyłem. Ale Gocha mówi: „Krzysiek, nawet najlepszym się zdarza”. I tak jest. Wkurwiłem się na siebie, emocje mną szarpały. Zostanę na ringu! Jeszcze Włodarczyka zapamiętają z tych najwspanialszych walk. Jestem ambitnym skurwysynem. Wóz albo przewóz, zobaczymy.

- rozmawiała Monika Kotowska

**************************

Krzysztof „Diablo” Włodarczyk

Urodził się 19 września 1981 roku w Warszawie. Treningi bokserskie rozpoczął w wieku 14 lat w warszawskiej Gwardii. Jako junior zdobył w Polsce wszystko, co było do zdobycia. Stoczył 66 walk, wygrał 61, w tym aż 44 przed czasem. Mając 19 lat, przeszedł na zawodowstwo i przyjął pseudonim Diablo. 2 kwietnia 2011 roku po raz drugi obronił tytuł mistrza świata federacji WBC w wadze junior ciężkiej. Po 12 rundach wygrał niejednogłośnie na punkty z Portorykańczykiem Francisco Palaciosem. Publiczność wygwizdała obu zawodników. Ma żonę i 8-letniego synka.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Sikorski: szkoda, że prezydent Lech Kaczyński mnie nie usłuchał

dzisiaj, 18:08 Jacek Nizinkiewicz / Onet.pl
Radoslaw Sikorski, fot. Slawomir Kaminski/Agencja Gazeta
Radoslaw Sikorski, fot. Slawomir Kaminski/Agencja Gazeta

- Publicznie prosiłem prezydenta Kaczyńskiego, aby jechał do Charkowa i Miednoje. Wiem, że podobnie argumentowali niektórzy jego współpracownicy. Szkoda, że nie usłuchał. A wyborca niech wyciągnie wnioski, czy losy Polski można powierzyć ludziom, którzy przez wiele miesięcy rzucali absurdalne oskarżenia i szafowali hipotezami o sztucznej mgle, helu, bombie próżniowej, Tutce jako o bombowcu strategicznym, dobijaniu rannych itd. - odpowiedział w drugiej części rozmowy z Onet.pl Radosław Sikorski na pytanie czy czuje się współodpowiedzialny za katastrofę smoleńską. Szef MSZ odniósł się również do oskarżeń go przez białoruskie media o śmierć Andrzeja Leppera: "Dla dziennikarzy białoruska propaganda w związku ze śmiercią Leppera jest ważniejsza niż wizyta ministra spraw zagranicznych Chin. A propos, właśnie z nim odbywałem rozmowy w ranek samobójstwa Andrzeja Leppera. Mam nadzieję, że Mińsk uzna to za wystarczające alibi".

Z Radosławem Sikorskim- Ministrem Spraw Zagranicznych, wiceprzewodniczącym PO - rozmawia Jacek Nizinkiewicz

Jacek Nizinkiewicz: Samobójstwo Andrzeja Leppera wydaje się panu oczywiste?

Radosław Sikorski: W jego przypadku piedestał był wyższy, a otchłań głębsza, więc i stres musiał być większy. Jeśli do tego dodać problemy rodzinne, finansowe, prokuratorskie, to limit stresów mógł zostać przekroczony. Psychika ludzka nie wszystko jest w stanie wytrzymać.

- Jarosław Kaczyński utrzymuje , że Lepper chciał się z nim spotkać, a szef "Gazety Polskiej" mówi, że Lepper chciał potwierdzić wersję Kaczyńskiego dotycząca afery gruntowej.

- Wszyscy jeszcze pamiętamy, kto nasłał na Leppera prowokatorów z CBA. I to akurat w momencie gdy – wydawało mi się – Lepper naprawdę chciał przejść na jaśniejszą stronę mocy. Nie warto komentować urojeń tych, którzy przez długi czas epatowali teoriami spiskowymi w związku z katastrofą smoleńską, a teraz próbują robić to samo w związku ze śmiercią Andrzeja Leppera.

- Białoruski MSZ apeluje do polskiego rządu: "Apelujemy do polskich władz o przeprowadzenie obiektywnego i wszechstronnego śledztwa tej tragedii. Zalecamy stronie polskiej zaprosić niezależnych ekspertów międzynarodowych, którzy pomogą wykluczyć jakiekolwiek wątpliwości w obiektywności śledztwa". Czy odpowiedział pan na apel białoruskiego MSZ? Zostaną powołani niezależni eksperci międzynarodowi?

- Myślę, że władze białoruskie sporo wiedzą o tym jak można zlikwidować niewygodnego biznesmena, działacza praw człowieka czy właśnie polityka. Każdy sądzi po sobie.

- Czy Polska w dalszym ciągu przewodzi Unii Europejskiej? O prezydencji Polski jest ostatnio bardzo cicho, jakby była ona bez większego znaczenia.

- Bo dziennikarze wolą zajmować się sprawami, które uważają za ważniejsze. Dla pana też białoruska propaganda w związku ze śmiercią Leppera jest ważniejsza niż wizyta ministra spraw zagranicznych Chin. A propos, właśnie z nim odbywałem rozmowy w ranek samobójstwa Andrzeja Leppera. Mam nadzieję, że Mińsk uzna to za wystarczające alibi (śmiech).

- Rząd teraz nie epatuje prezydencją, po to żeby we wrześniu i na początku października grać nią w kampanii wyborczej?

- Informujemy o naszej prezydencji na bieżąco i dostajemy za nią w UE dobre noty, ale jak Polsce coś dobrze idzie, to mało kogo to obchodzi.

- Nieprawda, obchodzi i to bardzo, tylko wydaje mi się, że rząd teraz daje społeczeństwu odpocząć od prezydencji, po to żeby odbić to sobie we wrześniu i październiku w trakcie kampanii. Jak Polska może pomóc przezwyciężyć kryzys w UE?

- W tematach finansowych, Polska która nie jest w strefie euro, ma ograniczone kompetencje. Grupa euro powinna szybciej ratyfikować traktat o stworzeniu funduszu rezerwowego dla strefy euro, który jest pilnie potrzebny. Potrzebna jest również regulacja agencji ratingowych. Agencje zawiodły, kiedy nie oceniły właściwe ryzyka związanego z inwestowaniem w prywatne obligacje śmieciowe w USA, i znowu teraz, gdy popełniły błąd w ocenie ryzyka związanego z zadłużeniem USA. To są prywatne firmy, które są własnością wielkich grup kapitałowych, które jednocześnie inwestują na giełdach i których opinie mają na te giełdy wpływ.

- Czego możemy się spodziewać w najbliższym czasie po prezydencji Polski?

- Intensywnie pracujemy nad organizacją szczytu Partnerstwa Wschodniego już we wrześniu. Przedtem w Sopocie odbędzie się Gymnich, czyli nieformalne spotkanie ministrów spraw zagranicznych w obecności wysokiej przedstawiciel ds. polityki zewnętrznej Unii Catherine Ashton. To są spotkani bez urzędników. Będzie można przeprowadzić prawdziwe konsultacje. Czeka nas również trudna debata o stosunku UE do ewentualnego zgłoszenia w ONZ przez Palestynę rezolucji o niepodległości. Za naszej prezydencji podpiszemy też traktat rozszerzeniowy z Chorwacją.

- Ale we wrześniu i na początku października będzie działo się jeszcze więcej tych ważnych rzeczy, pod względem medialnym?

- Musimy być przygotowani na wydarzenia typu turbulencje na rynkach finansowych. Musimy zachować rezerwy i zdolności organizacyjne na wydarzenia podobne do tych w Libii, Syrii, czy w Rogu Afryki. Tam rozgrywa się biblijna plaga, podczas której już zginęły dziesiątki tysięcy dzieci, a głód grozi milionom. I to wszystko jest o wiele ważniejsze niż to, kto komu w Polsce przygadał w telewizji.

- Wracając do naszych wschodnich sąsiadów, mówiąc w wywiadzie dla "Financial Times", że prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenko powinien wziąć przykład z gen. Wojciecha Jaruzelskiego i pokojowo oddać władzę, naprawdę pan wierzył, że to jest możliwe?

- Skoro nasz model przejścia od dyktatury do demokracji jest studiowany w takich miejscach jak Syria, Birma i Egipt, to tym bardziej mógłby być rozważony u sąsiada. Przypomnę, że gen. Jaruzelski, który odpowiada za śmierć Polaków, po dzień dzisiejszy mieszka w swoim domu, a partia, która z wyczerpania oddała pokojowo władzę, trzy lata później odzyskała ją w sposób demokratyczny. Wydaje mi się, że dla dyktatorów scenariusz Jaruzelskiego jest znacznie lepszy niż scenariusz Ben Alego, Mubaraka czy Milosevica. W Mińsku udzielono azylu byłemu prezydentowi Kirgistanu Kurmanbekowi Bakijewowi, więc zapewne analizują tam takie scenariusze.

- Ale czy takimi wypowiedziami nie drażni pan jeszcze bardziej naszego wschodniego sąsiada z którym i tak mamy złe stosunki?

- Białoruś w ubiegłym roku nie skorzystała z oferty, którą złożyłem jej w imieniu UE. Osobiście, w towarzystwie szefa dyplomacji niemieckiej Guido Westerwelle, spotkałem się z prezydentem Łukaszenko, za co byłem krytykowany. Mam nadzieję, że dzisiaj wszyscy rozumieją logikę tamtego ruchu. UE wyciągnęła rękę do Łukaszenki, która została odrzucona. Gdybyśmy tego nie zrobili, dziś spekulowano by, że może trzeba było wykonać jakiś gest wobec Mińska. Teraz to Białoruś pierwsza musiałby wykonać ruchy uwiarygodniające. Wzywam prezydenta Białorusi, żeby zwolnił więźniów politycznych. Wtedy możemy wrócić do rozmów UE-Białoruś o perspektywach pomocy dla Białorusi po przeprowadzeniu wolnych demokratycznych wyborów. I proszę o naszych białoruskich partnerów o jedno: nie sądźcie, że szarże propagandowe przeciwko Polsce przyspieszą zmianę stanowiska Europy. Nie będzie zmiany polityki wobec Białorusi bez zgody Polski. A Polska wesprze Białoruś, gdy tylko ta zacznie szanować własnych obywateli.

- Gen. Jaruzelski oddając pokojowo władzę okazał się patriotą?

- Czy aby pan mnie nie prowokuje do wyrazistych wypowiedzi (śmiech)? Dyskusja o roli gen. Jaruzelskiego w historii Polski, podobnie jak dyskusja o Powstaniu Warszawskim, nigdy się nie skończy.

- Jakie informacje poszły w świat po raporcie Millera i raporcie MAK? Czyja prawda przebiła się do opinii światowej na temat katastrofy smoleńskiej?

- Warto było czekać na tłumaczenia raportu Millera, bo dzisiaj nasz raport dominuje w przekazie światowym. Dlatego, że uznano go za pełniejszy i bardziej profesjonalny.

- Gdy jest pan pytany przez przedstawicieli innych rządów o to, dlaczego zginał prezydent Polski i wielu ważnych ludzi, to co pan odpowiada?

- Piloci popełnili serię ewidentnych błędów. W tych błędach utwierdzała ich nie dość profesjonalna i nie dość stanowcza kontrola naziemna.

- Dlaczego publicznie - nie mając wiedzy - przekonywał pan o winie pilotów już kilkadziesiąt minut po katastrofie?

- Jeśli się schodzi w gęstej mgle tak nisko, jak zrobili to piloci TU 154M, to nie trzeba być ekspertem, żeby wiedzieć, że było to nieroztropne. Dzisiaj mamy raport i jedyne co potrzebuję zrobić, to odesłać na stronę internetową KPRM.

  Według pana kontrolerzy rosyjscy nie są współwinni tej katastrofy?

- Raport odpowiada na wszystkie pytania i przedstawia wiarygodne wyjaśnienia.

- Nie czuł się pan nigdy współodpowiedzialny za tę katastrofę, jak uważa Jarosław Kaczyński i PiS?

- Publicznie – w programie Tomasza Lisa - prosiłem prezydenta Kaczyńskiego, aby jechał tego roku do Charkowa i Miednoje. Wiem, że podobnie argumentowali niektórzy jego współpracownicy.  Szkoda, że nie usłuchał. A wyborca niech wyciągnie wnioski, czy losy Polski można powierzyć ludziom, którzy przez wiele miesięcy rzucali absurdalne oskarżenia i szafowali hipotezami o sztucznej mgle, helu, bombie próżniowej, Tutce jako o bombowcu strategicznym, dobijaniu rannych itd.

- Proszę powiedzieć, czy Polska może cokolwiek zrobić dla Birmy?

- Rozmawiałem kilka dni temu z Aung San Suu Kyi, laureatką pokojowego Nobla i przywódczynią demokratycznej opozycji w Birmie. Rozmawiałem w rocznicę tamtejszego powstania , kiedy to zginęły tysiące osób. Birma marzy o pokojowym scenariuszu przejścia do demokracji, i z nas bierze przykład. Gorąco popiera powołanie proponowanej przez Polskę Europejskiej Fundacji na Rzecz Demokracji. Polska jest coraz bardziej postrzegana jako kraj o marce, który walczył o wolność, skorzystał na tej wolności i teraz potrafi się nią dzielić. W Warszawie tworzymy centrum myślenia i działania na rzecz demokracji, na który składa się ODHiR - największa agencja systemu OBWE, odpowiedzialna za nadzorowanie wyborów, Wspólnota Demokracji, a także ważne think thanki, takie jak GMF i Europejska Rada Stosunków Zagranicznych. Mam nadzieję, że będą następne.

- I na koniec, czy po wywiadzie dla Onet.pl będzie pan sprawdzał poprawność komentarzy na pański temat?

- Idę na urlop, który spędzę u siebie na wsi, więc zerknę. Mam nadzieję, że nasza rozmowa zainspiruje czytelników do dyskusji o Polsce, a nie tylko do tradycyjnej wymiany bluzgów. Polska przestrzeń internetowa zasługuje, żeby przez portale i gazety być traktowana równie poważnie, jak to się dzieje w Niemczech, gdzie fora na portalach - sporym nakładem środków - są moderowane.

- Dziękuję za rozmowę.

Koniec części drugiej.

Rozmawiał: Jacek Nizinkiewicz

W pierwszej części rozmowy z Onet.pl Radosław Sikorski powiedział m.in.: "Nie mam zamiaru teraz sentymentalizować o Andrzeju Lepperze. Jego śmierć zaskoczyła o tyle, że wydawał się być mocnym człowiekiem. Ale od razu pomyślałem, że mógł popełnić samobójstwo. Każdy polityk przeżywa dołek po odejściu z funkcji i różnie sobie z tym radzimy". - Szczególne zainteresowanie mediów białoruskich Andrzejem Lepperem przypomina mi, że wtedy kiedy Andrzej Lepper wchodził do rządu PiS, zabiegałem o to żeby wykorzystać szansę i przeprowadzić wobec Leppera szczegółową procedurę dopuszczenia do tajemnicy państwowej. Była to jedyna szansa dowiedzenia się o dziwnych powiązaniach międzynarodowych Andrzeja Leppera. Z Instytutem Schilllera z jednej strony i różnymi szemranymi środowiskami na Wschodzie z drugiej. Niestety polityka zwyciężyła. Ale to w jakiś sposób ujmujące, że reżim Aleksandra Łukaszenki pamięta o swoim przyjacielu - dodał szef MSZ.

20-tysięczny piknik na publicznej egzekucji


met
2011-08-13, ostatnia aktualizacja 2011-08-14 00:03

Egzekucja Raineya Bethei
Egzekucja Raineya Bethei
Fot. AP

20 tysięcy osób przyjechało 14 sierpnia 1936 roku, obejrzeć egzekucję Raineya Bethei, czarnoskórego gwałciciela i mordercy. Tak wielkie zainteresowanie wywołał fakt, że egzekucję miała wykonać kobieta. Nakręcony przez media cyrk wokół wydarzenia, sprawił, że była to zarazem ostatnia, wykonana publicznie, kara śmierci w USA.

Rainey Bethea urodził się około 1909 roku. Niewiele wiadomo o jego dzieciństwie i młodości. Gdy miał 10 lat osierociła go matka. Gdy miał 17 lat zmarł mu ojciec. Więcej wiadomości o nim przetrwało od momentu, gdy w 1933 roku przyjechał Owensboro w Kentucky.

Pracował jako robotnik. Mieszkał przez rok w piwnicy, potem wynajął pokój. Dwa razy siedział w więzieniu za kradzież, oraz pijaństwo i naruszanie porządku.

Gwałt i zabójstwo

Wczesnym rankiem, siódmego czerwca 1936 roku, pijany Bethea, po dachu kuchni, wszedł przez okno do pokoju 70-letniej pani Edwards. Kobieta obudziła się. Zanim zdążyła krzyknąć, brutalnie ją przydusił i zgwałcił. Korzystając z tego, że kobieta była nieprzytomna zaczął szukać jej kosztowności.

Znalezione pierścionki zaczął przymierzać. W tym celu zdjął swój więzienny, celuloidowy, czarny pierścień i położył na szafce kuchennej. Był kompletnie pijany i zapomniał go zabrać. Wyszedł z sypialni a ukradzioną biżuterię ukrył w pobliskiej stodole.

Odkrycie morderstwa

Około godziny 11.00, mieszkająca na dole rodzina pana Thomasa B. Smitha zorientowała się, że nie widzieli jeszcze tego dnia pani Edwards. Tom Smith próbował otworzyć drzwi do jej pokoju, ale w zamku od środka, tkwił klucz. W końcu zajrzał przez lufcik nad drzwiami. Zobaczył bałagan w pokoju. Pani Edwards leżała na łóżku. Miała siniaki na twarzy i ślady duszenia na szyi. Sprowadzono koronera. Pani Edwards nie żyła.

W pokoju było dużo śladów błota z butów. Znaleziono celuloidowy pierścień. Kilka osób skojarzyło, że widziało go na ręku Raineya Bethei. W pokoju znaleziono też jego odciski palców. Badanie śladów papilarnych to wtedy była nowość. Trzy dni później Bethea został zauważony, osaczony i zatrzymany przez policję.

Przyznał się

Podczas pierwszego przesłuchania Bethea przyznał się do gwałtu i uduszenia pani Edwards. Sędzia zdecydował o przetransportowaniu go do więzienia w Louisville. Bał się, że w Owensboro może zostać zlinczowany.

Na trzecim przesłuchaniu Bethea wyznał gdzie schował skradzione kosztowności. Policja przeszukała stodoły i znalazła je.

Prawo stanu Kentucky przewidywało krzesło elektryczne, w razie skazania na śmierć za zbrodnię zabójstwa. W przypadku gwałtu można było dokonać publicznej egzekucji przez powieszenie. Prokurator postawił mu zarzut gwałtu. Był to jedyny zarzut, jaki przedstawiono Bethei.

Podczas procesu Bathei przesłuchano 21 świadków oskarżenia. Obrona nie przedstawiła swoich i nie zadawała pytań. Ława przysięgłych naradzała się cztery i pół minuty. Orzekła śmierć przez powieszenie. Próby odwołania się od wyroku nic nie dały.

Przygotowania do egzekucji

Wykonanie wyroku należało do szeryfa hrabstwa. A szeryfem Daviess County była kobieta, Florence Thompson, matka czwórki dzieci. Została nim po śmierci męża, który był wybrany na to stanowisko. Wśród setek listów jakie dostała, jeden był szczególny. Były policjant z Louisville, Arthur L. Hash zaoferował się, że wykona egzekucję za nią. Miał to zrobić bezpłatnie, ale chciał pozostać anonimowy. Florence Thompson od razu się na to zgodziła.

Zgłosił się też do niej Phil Hanna, rolnik, który był ekspertem od wieszania i pomagał w tym. Wieszanie Bathei byłby 70 egzekucją, w której pomagał. Sam nigdy nie pociągnął za dźwignię, ale nadzorował przygotowania. Był kiedyś świadkiem nieudanej egzekucji. Skłoniło go to do przestudiowania wszystkich dostępnych materiałów na ten temat. Potem pomagał profesjonalnie, bezboleśnie wieszać skazańców. Jedynym czego chciał w zamian, była broń zbrodniarza.

6 sierpnia 1936 roku gubernator stanu Kentucky podpisał nakaz wykonania egzekucji.

Cyrk wokół egzekucji

Dzień przed egzekucją Owensboro przeżywało oblężenie. Ludzie przyjeżdżali pociągami, autostopem. Grupa 22 ciekawskich z Dixon przyjechała szkolnym autobusem. Wszystkie hotele w mieście były pełne. Ludzie stali całą noc, niektórzy spali na ulicach.

Swoich reporterów przysłały redakcje gazet z całego kraju. Część dziennikarzy przyleciała samolotami. "The Chicago Times" przysłało specjalny wóz wyposażony między innymi w telefoto. Agencja Associated Press i gazety z Louisville przygotowały most powietrzny dla swoich fotoreporterów. Fotografowie wierzyli, że uwiecznią historyczną chwilę - pierwszą w historii USA egzekucję przez powieszenie wykonaną przez kobietę.

Ostatnie godziny

Zgodnie ze zwyczajem strażnicy więzienni spytali Raineya Betheę co chce dostać na swój ostatni posiłek. O czwartej popołudniu, 13 sierpnia zjadł: pieczonego kurczaka, kotlet schabowy, ziemniaki puree, ogórki kiszone, chleb kukurydziany, ciasto cytrynowe, i lody.

Późnym wieczorem więzienie w Louisville, gdzie siedział Behea, odwiedził fotoreporter, który uwiecznił go skutego kajdankami, stojącego pomiędzy strażnikami.

Był u niego też, pomagający w przygotowaniu egzekucji, Phil Hanna. Upewnił się, że skazaniec będzie miał ręce skute z przodu. Poinstruował Betheę, że ma stanąć na znaku "X" na zapadni.

Około pierwszej w nocy konwój ze skazańcem ruszył do Owensboro. W drodze Bethea stwierdził, że umrze szczęśliwy i pogodzony z Bogiem.

Dzień egzekucji

Około czwartej nad ranem konwój dotarł do Owensboro. Dookoła miejsca egzekucji zebrały się tłumy. Szacuje się, że do liczącego 25 tysięcy mieszkańców miasta, przybyło na widowisko, 20 tysięcy przyjezdnych. Żeby mieć lepszy widok, ludzie stali na dachach.

Phil Hanna wszedł na rusztowanie szubienicy. Zawiesił konopny sznur z dobrze naoliwioną pętlą. Otworzył zapadnię, żeby sprawdzić, czy dobrze działa.

O 5.12 wstało słońce

Nadszedł czas egzekucji. O 5:21 Bethea wyruszył w konwoju pod szubienicę. Dojście pod rusztowanie zajęło mu dwie minuty. Zatrzymał się przed schodami. Zdjął buty i skarpetki. Założył czyste skarpetki i bez butów wszedł na górę. Stanął na znaku "X". Na platformie byli między innymi: szeryf Florence Thompson, Phil Hanna i Arthur L. Hash, który, o czym nikt nie wiedział, miał pociągnąć za dźwignię. Był ubrany w biały garnitur i niestety kompletnie pijany.

Bathei umieszczono na głowie czarny worek. Trzy skórzane pasy skrępowały jego ramiona, uda i kostki. Pętla została założona na szyję skazańca. Hanna sprawdził, czy jest dobrze założona. Dał znak Hashowi, żeby pociągnął za dźwignię. Ten jednak nic nie zrobił. Stał jak zamurowany. Hanna krzyknął do niego "zrób to!". Dalej nic się ni stało. Wtedy jeden z zastępców szeryfa oparł się o dźwignię. Bethea spadł osiem stóp w dół i zawisł. Czternaście minut później dwóch lekarzy stwierdziło jego zgon.

Wobec tego, że główny spodziewany news dnia - egzekucja wykonana przez kobietę, spalił na panewce, tytuły w gazetach głosiły "Ludzie jedli hot dogi, gdy człowiek umierał na szubienicy".