czwartek, 26 stycznia 2012

Magda M. nagle znika z Facebooka, czyli co się przydarzyło dziennikarzowi Polsatu


Klaudiusz Slezak, Polsat News
26.01.2012 , aktualizacja: 26.01.2012 13:11
A A A Drukuj
Zdjęcie zamieszczone na profilu Magdy M.FacebookZdjęcie zamieszczone na profilu Magdy M.
Poznaliśmy się - choć nie wiem, czy to właściwe słowo - dokładnie 22 listopada 2011 r. - zaczyna swoją opowieść Klaudiusz Slezak, 29-letni reporter Polsat News. Zagadkową historię, która mu się przytrafiła, opisuje poniżej. Może Wy wiecie o niej coś więcej...
Fragment rozmowy Klaudiusza Slezaka z Magdą M.
Facebook/profil Klaudiusza Slezaka
Fragment rozmowy Klaudiusza Slezaka z Magdą M.
Klaudiusz Slezak - zdjęcie profilowe z FB
Facebook
Klaudiusz Slezak - zdjęcie profilowe z FB
To Ona wysłała zaproszenie na Facebooku. Magda M. (nie podaję jej nazwiska, zaraz będzie jasne dlaczego). Zdjęcie na profilu zapadało w pamięć. Młoda, ładna kobieta patrzyła mi prosto w oczy. Już wtedy miała sporo znajomych - gdzieś około stu. Znałem prawie każdego. Reporterzy, wydawcy, prezenterzy, blogerzy. Głównie pracownicy TVN, ale nie tylko. Byli też moi koledzy z Polsatu, z TVP i innych mediów.

Mam w TVN specjalną pozycję

W profilu niewiele informacji. Skończyła Uniwersytet Warszawski, lubi Legię, pracuje w ITI jako człowiek od PR-u. Do tego wiele razy zaznaczone "Lubię to" na oficjalnych stronach pracowników TVN. Beata Tadla, Rozmowy Rymanowskiego, etc...

Zaczynamy rozmawiać. Codziennie kilka, czasem kilkanaście krótkich informacji. To czas, kiedy w środowisku dużo mówi się o rozstaniu Kamili Biedrzyckiej-Osicy z TVN24. Ona (Magda M.) jest jedną z promujących akcję "Żądamy powrotu Kamili B-O". To wzbudza moje pierwsze podejrzenia. Czy człowiek od PR-u może występować przeciwko decyzji swojej korporacji? Magda M. twierdzi, że może. Ma w TVN specjalną pozycję. Pisze, że pokłóciła się o tę sprawę z Adamem P. (członkiem zarządu TVN), że pracuje na tym samym piętrze co On i powiedziała mu, co myśli.

Zdjęcie zamieszczone na facebookowym profilu Magdy M.

Magda M. wychodzi za mąż

U Niej dzieje się dużo. Ogłasza światu, że jest w ciąży. Gratulacje składa sporo osób, w tym także ja. Niedługo potem pisze, że jej narzeczony rozwala auto. Jej auto. Ukochane. Kolejni "przyjaciele" z Facebooka wyrażają ubolewanie. Jaka to wielka strata i jakie to musi być trudne.

Ciągle wymieniamy się krótkimi informacjami. Może nawet kilkadziesiąt dziennie? Nalegam na spotkanie przy kawie. Będzie na pewno - odpowiada - tyle, że później. Teraz ma sporo na głowie. Niedługo potem wychodzi za mąż. Ślub skromny, wesela nie ma. Obiad, tylko dla rodziny, w Kazimierzu Dolnym. Wielkie wesele będzie w przyszłym roku. Jestem zaproszony.

Jestem Magda nie Magdalena. Tak mam w papierach

Kim jest Jej mąż? Nazywa się Michał Borkowski. Pracuje w kancelarii Glass-Brudziński w Warszawie. Z ciekawości zaglądam na stronę. Nie ma go w zespole. Pytam Ją o to: "Michał pracuje tam od niedawna. Nie zdążyli zaktualizować strony"

Chwilę później sprawdzam w Google samą Magdę M. Trochę to trwa, ale jest! Magdalena M. pracuje dla Onetu. Jej numer telefonu to xxx xxx xxx. Jest też zdjęcie, ale zupełnie nie pasuje do tego z FB. Znowu pytam.

"Zwykła zbieżność nazwisk" - słyszę w odpowiedzi. Poza tym Ona nigdy nie używa imienia Magdalena. Od zawsze jest Magdą. Tak ma w papierach. Dlaczego zatem nie ma o niej nigdzie wzmianki? Znowu jest wytłumaczenie. To przez pracę w korporacji. Nie pozwalają się Jej nigdzie udzielać. Choć jest człowiekiem od PR-u, to musi działać incognito. Nie może nawet dawać wykładów, choć UW wiele razy ją o to prosił.

Magda, spotkajmy się!

Dużo rozmawiamy o "naszym" środowisku zawodowym. O tym kto, z kim, i gdzie. Ma dużą wiedzę, zwłaszcza jeśli chodzi o TVN. Doskonale orientuje się w sympatiach i antypatiach zespołu z Wiertniczej [TVN ma siedzibę na ul. Wiertniczej w Warszawie - red.].

Moją pracą też się interesowała. Kazała Jej "sama góra". Chodziło o jakiś nowy projekt. Nie potrafiła jednak podać szczegółów. Na liście "do sprawdzenia" byłem ja i kilku moich kolegów ze stacji.

Wracam do propozycji spotkania przy kawie. Dobrze nam się rozmawia przez Facebooka, to tym bardziej dobrze nam się będzie rozmawiało w rzeczywistości. Dla nas obojga to jest oczywiste. Tylko ten czas. Akurat teraz go nie ma.

Zdjęcie zamieszczone na facebookowym profilu Magdy M.

Nasi wspólni znajomi "Lubią to"

Magda wyjeżdża do Krakowa uczyć "tych matołów, którzy nic nie rozumieją". Kawa umówiona. Będzie zaraz po powrocie z Krakowa. Faktycznie tam jest. Informuje mnie o tym Facebook: "Magda checked in Balice Airport", czytam potem.

Chwilę później okazuje się, że przylatuje do Niej mąż, Michał. Z niespodzianką. Lecą razem do Pragi na romantyczny weekend. Fajnie, choć z kawy znowu nici. Widzę, że co chwila ktoś klika "Lubię to". Inni komentują "Lajkonikuj laj laj". Wszystkich komentujących znam. Osobiście.

Jestem w Jej typie

Po powrocie nadal nie ma czasu się spotkać - nawał obowiązków. Moją pracę zna, ogląda i lubi. Twierdzi nawet, że tylko dla mnie rezygnuje z weekendowych Faktów TVN na rzecz Wydarzeń Polsatu. Do tego wszystkiego "jestem w Jej typie". Jaki to typ? Slezakowy - czytam. Moje nazwisko zna i nie przekręca? Nieźle!

Nadal dużo rozmawiamy. Głównie o pierdołach. Upominam, że kiedy prowadzi, to nie wolno Jej pisać na FB i używać komórki. Piszę, że już nie jest odpowiedzialna tylko za siebie, ale także za swoje dziecko...

Rozmawiamy o tym, jak to jest po porodzie (jestem ojcem dwójki dzieci, więc opowiadam o moich doświadczeniach). Ona twierdzi, że zupełnie o tym nie myśli. Że jak tylko urodzi, to pójdzie się upić. Na FB wrzuca kolejne swoje zdjęcie. Kobieta z tacą niesie drinki. Widać niewiele. Wielkie okulary zasłaniają twarz. Podpis: kiedyś to miałam figurę.

O figurze też rozmawiamy. Przekonuję, że "brzuszki są piękne". Ona ma inne zdanie. W ciążę nie chciała zachodzić, ale mąż się uparł. Odbiera auto z warsztatu. Informacja na FB znów okraszona jest kilkoma komentarzami i "lubię to".

Zdjęcie zamieszczone na facebookowym profilu Magdy M.

Kto z Was zna Magdę M.? OSOBIŚCIE?

Ciągle jednak coś nie daje mi spokoju. Proszę koleżankę z Wiertniczej o sprawdzenie bazy pracowników. Występuje tam jedynie Magdalena M. z Onetu (zupełnie inna osoba, to już wiem). Trudno. Wyjdę na głupka. Zaczynam po kolei pytać moich znajomych o Magdę M. Kto ją zna? OSOBIŚCIE!

Wspólny Przyjaciel Nr 1: - Magda to fajna dziewczyna z TVN-u. Pracuje na 3 piętrze. Ja: Znasz OSOBIŚCIE? WPN1: - Nie, osobiście to nie. WPN2: - Ja nie znam, ale Cz. ją zna. WPN3: - Znam, ale tylko tak przelotnie. Osobiście to chyba nie. WPN4: - Fajna, miła dziewczyna. Ja: - OSOBIŚCIE? WPN4: - Wstyd się przyznać, ale osobiście to nie.

Podczas moich rozmów z Magdą M. pada jeszcze jedno nazwisko. Bardzo znana twarz z Wiertniczej. Podobno były przyjaciółkami. Razem chodziły kupować buty. No trudno. Wyjdę na głupka. Piszę do bardzo znanej twarzy z Wiertniczej mail z pytaniem, czy zna Magdę M.? Nie dostaję odpowiedzi. Mimo to jestem już właściwie pewien...

Michał Borkowski? Nigdy tu taki nie pracował

Pod pozorem wyjazdu za granicę proszę o numer telefonu. Na odpowiedź czekam ok. 20 minut. Podobno była pod prysznicem. Próbuję sprawdzić, do kogo numer należy. Od znajomych policjantów słyszę, że muszę złożyć zawiadomienie. Ale co mam tam napisać? Że "coś jest nie tak"?

Dzwonię do kancelarii Glass-Brudziński. Tam ma pracować Jej mąż. - Michał Borkowski? Nie... nikt taki nigdy tu nie pracował - słyszę w słuchawce.

Kiedy to ustalam, Magda M. jest "dostępna" na FB. Na wszelki wypadek ściągam jej zdjęcia profilowe i piszę, że chcę się Jej czymś pochwalić. Jest bardzo zainteresowana. Piszę: - Przeprowadziłem dziennikarskie śledztwo. Jedyne, czego żałuję, to że wziąłem się za to zbyt późno. Zgubiło mnie przekonanie, że "to przecież niemożliwe".

Kilkadziesiąt sekund później Jej konto na FB przestaje istnieć.

"Tu Klaudiusz. Co z naszą kawą?"

W poszukiwaniu prawdziwej Magdy M. robię jeszcze dwie rzeczy. Piszę maila do szefowej działu PR w TVN z pytaniem o Magdę M. W załączniku dodaję zdjęcia. "Nikt taki nigdy tu nie pracował" - czytam w odpowiedzi.

Raz jeszcze odnajduję numer do Magdaleny M. (tej z Onetu o nazwisku jak "moja" Magda M.). Wysyłam sms: "Tu Klaudiusz. Co z naszą kawą?". Dostaję odpowiedź: "???". Dzwonię.

Magdalena M. nigdy nie słyszała mojego imienia i nazwiska. Nie umawiała się ze mną na kawę, a na FB wchodzi sporadycznie. Głównie, żeby pogadać z koleżankami. Kiedy opowiadam jej o sprawie Magdy M., jakby się ożywia.

Mówi, że chyba ktoś taki pracuje w TVN, bo... przed świętami dostała coś pocztą, co było przeznaczone dla Magdy M. Jakieś zaproszenie. Sama chciała je oddać imienniczce, ale w systemie nikogo takiego nie znalazła. - A jeśli ktoś taki nie istnieje? - pytam. "To niemożliwe, przecież przyszło zaproszenie!". Dziś trudno ustalić, kto wysłał list do fikcyjnej postaci. Magdalena M. zaproszenie oddała.

Czyją twarz miała Magda M

Ostatni trop jaki mam to zdjęcia. Z pomocą przychodzą znajomi z portalu Gazeta.pl, którzy (w zupełnie magiczny dla mnie sposób) odnajdują w internecie źródło ich pochodzenia. Wszystkie pliki zostały pobrane z serwisu Deviantart.com . Umieściła je tam młoda fotografka o pseudonimie iKate. Według opisu jest na nich "Paula".

iKate okazuje się być Katarzyną Napiórkowską. Ma stronę (knapiorkowska.com). Tam znajduję jej numer telefonu. Nie odbiera. Ale odpowiada na sms-y.

Streszczam sprawę Magdy M. "Zdjęcia na FB były kradzione. Ja mam wyłączne prawa do nich i nikomu ich nie udostępniałam". Sprawą nie jest zdziwiona. "Często się to zdarza" - pisze w kolejnym smsie.

Na zdjęciach [Katarzyna Napiórkowska zgodziła się, bym je pokazał przy publikacji o fikcyjnej Magdzie M.] jest Paulina. Modelka nie chce jednak się ze mną kontaktować. Nie chce też ujawniać swoich danych osobowych. Muszę to uszanować. I w tym miejscu urywają się wszystkie tropy.

Epilog

Nadal nie wiem, z kim rozmawiałem przez półtora miesiąca. Nie mam pojęcia, po co ten ktoś to zrobił... Mogę jedynie napisać, po co ja całą sprawę opisałem.

Jeśli ktoś potrafił stworzyć fikcyjną postać w tak specyficznym środowisku, jak dziennikarskie (jesteśmy podejrzliwi, potrafimy weryfikować informacje, wszyscy się znamy - również z ludźmi z konkurencji)... to może to zrobić właściwie wszędzie.

Tyle.

Może Wy wiecie, kim jest Magda M.?

Zdjęcia ''Magdy M.'' dzięki uprzejmości Katarzyny Napiórkowskiej: knapiorkowska.com

środa, 25 stycznia 2012

Co kryją oryginalne nagrania z kokpitu Tu-154?


Gazeta Polska Gazeta Polska | aktualizacja (07:51)
zobacz galerię

fot. AFP / INTER-STATE AIR COMMITTEEWrak Tu-154 na płycie lotniska w Smoleńsku

opinie

Wyniki badań kopii zapisów rozmów w kabinie Tu-154, wykonane przez krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych, oznaczają przełom w śledztwie smoleńskim. Wykluczyły nie tylko obecność gen. Błasika w kabinie, ale także rzekome tragiczne zderzenie z brzozą. Jednak zbadanie oryginałów taśm jeszcze bardziej przybliżyłoby nas do prawdy. Zapisy te, jak ustaliła „GP”, mogą kryć nieznane nam fakty. 

Także w opublikowanych ostatnio stenogramach są zapisy, które należałoby wyjaśnić. M.in. załoga, pytana o ilość paliwa, zameldowała o godz. 8:18:31, że ma 12,5 tony, pięć minut później – o 8:23:57 – że pozostało jej 11 ton. Dziesięć minut później, o godzinie 8:33:27 zameldowała, że ma 12 ton. Fakt, że ta informacja występuje także w wersji polskiego instytutu, oznacza, że nie jest to pomyłka w odsłuchu, tylko taki przekaz był na taśmie przedstawionej w Rosji jako oryginał. Co było powodem takiej informacji, nie wiadomo. Być może było to zwykłe przejęzyczenie.


REKLAMA  Czytaj dalej


Bezgłośne zderzenie z brzozą

Niewątpliwie odczyt polskich biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Sehna, zaprzeczający obecności gen. Błasika w kabinie, obala teorię naciskową. Głosu generała po prostu nie ma na taśmie. Te pomówienia były, jak już dziś wiemy, wymysłem komisji Jerzego Millera.

Na taśmie nie ma też rzekomego uderzenia w brzozę, co, według raportów MAK i komisji Millera, miało zapoczątkować tragedię. Ekspertyza biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych wykazuje, że odgłosy opisane w tamtych raportach jako „dźwięki zderzenia się z drzewami” (w raporcie Rosjan) albo „ciągły sygnał akustyczny” i „odgłos przypominający stuknięcie” (w polskim raporcie) to „odgłosy przemieszczających się przedmiotów”. Zaczynają się one jeszcze przed momentem rzekomego uderzenia w drzewo i trwają do końca tragedii. Ten fakt podkreślił na konferencji 19 stycznia br. Antoni Macierewicz, przewodniczący sejmowego zespołu ds. katastrofy smoleńskiej.

Ale te odczyty, przełomowe w śledztwie, nie są dowodem, że w innym miejscu (miejscach) Rosjanie nie dokonali manipulacji. Już wcześniej, w październiku 2010 r., na drugiej, poprawionej przez Rosjan kopii, krakowscy eksperci odczytali m.in. także przełomową komendę „Odchodzimy”, która dowodziła, że załoga podjęła decyzję o odejściu na drugi krąg (jednak „coś” uniemożliwiło jej skuteczne wykonanie tego ratującego życie manewru) i słowa „Tam jest takie obniżenie”, świadczące, że piloci mieli świadomość, jakie jest ukształtowanie terenu. 

Pamiętajmy, że oryginalne taśmy (rejestratory) zniknęły na kilka godzin – rzekomo nie można było odnaleźć skrzynek po katastrofie, co wydaje się dziwne, ponieważ emitują sygnał, który umożliwia ich namierzenie nawet na dnie oceanu. Gdy je odnaleziono, zostały przewiezione do Moskwy bez asysty polskich służb. Praca krakowskich ekspertów opierała się na którejś z kolei kopii oryginału (pierwsza kopia została wykonana dopiero 31 maja 2010 r. i brakowało na niej... kilkunastu sekund). Mamy więc prawo powątpiewać w autentyczność zapisów. 



Dziwne zakłócenia

Na kopii zapisów rozmów z kokpitu Tu-154 o godz. 8:39:42 pojawia się np. „zaburzenie sygnału we wszystkich czterech kanałach, trwające ok. 0,4 s, wynikające ze zniekształcenia powierzchni taśmy na odcinku ok. 3 cm (karbowanie taśmy)” – czytamy w stenogramach przygotowanych przez specjalistów z Krakowa. Zakłócenie nastąpiło dziwnym trafem tuż przed ostatnią fazą lotu – dwie minuty przed katastrofą. W stenogramach dołączonych do raportu Millera zakłócenia te opisane zostały jako „chwilowe obniżenie amplitudy sygnału we wszystkich kanałach”.


REKLAMA  Czytaj dalej


To nie wszystkie wątpliwości.

– Prokurator Szeląg mówił podczas konferencji 16 stycznia br., że polscy eksperci poddali badaniunagrania pod kątem „ciągłości i unikalnej zmienności częstotliwości prądu, który zapisał się na nagraniu”. Problem polega na tym, że na pokładzie Tu-154 nie ma zakłócającego źródła prądu zmiennego, a same skrzynki są zasilane prądem stałym 27 lub 36 V. Ewentualne zakłócenia prądem zmiennym mogły pojawić się jedynie na cyfrowej kopii w czasie jej przegrywania z oryginału w pomieszczeniu MAK, np. od świetlówek lub sieci energetycznej. Prawdopodobnie prokurator potwierdził wiarygodność cyfrowej kopii, a nie oryginału – mówi „GP” bloger E2RDO z salonu24, specjalista z branży informatycznej, który zajmował się analizą tych danych. Jego zdaniem, jeśli takie zakłócenia, o których mówił prokurator, wystąpiły i były zidentyfikowane przez biegłych, to wręcz wskazuje na fałszerstwo. 

Takie prawdopodobieństwo istnieje. Przypomnijmy, że polscy śledczy na początku listopada 2011 r. mieli kłopoty z odsłuchaniem nagrań z kokpitu, ponieważ „kopia nagrań z rejestratora rozmów, którym dysponuje prokuratura, zakłócona jest »buczeniem«, które pojawiło się tam najprawdopodobniej spowodowane przez rosyjski prąd” – informował wówczas tvn24.pl 

Krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych starał się usunąć owo „buczenie”, ale żeby to zrobić, biegli powinni poznać częstotliwość prądu, jaka była w momencie kopiowania nagrań z oryginalnych taśm w Moskwie. Ówczesny ambasador RP w Rosji Jerzy Bahr, do którego zwrócili się prokuratorzy, ustalił, że te informacje mogą zostać pozyskane jedynie poprzez wystosowanie przez ambasadę noty dyplomatycznej do rosyjskiego MSZ. Śledczy wybrali inną drogę – zwrócili się z prośbą o ustalenie niezbędnych danych w (szóstym już) wniosku skierowanym do rosyjskich śledczych. TVN24 informował wówczas, że polscy biegli chcieli poznać częstotliwość prądu, bowiem „dzięki temu można sprawdzić, czy nagranie rzeczywiście skopiowano w Moskwie i czy w nie ingerowano”. 

(...)

Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski 

Snajperzy: "Biała śmierć" i 26 latka, która zabiła 309 osób


wczoraj, 10:18Mariusz Surosz Onet
Fot. Getty Images/FPM
Fot. Getty Images/FPM

Snajper jest jak myśliwy. Jego zadaniem jest bezwzględne zabijanie i terroryzowanie wroga. Wróg musi wiedzieć, że wychylenie się zza zasłony oznacza pewną śmierć. Byli i są wyjątkowymi, świetnie wyszkolonymi i skutecznymi żołnierzami, ale przez nieprzyjaciół traktowani są niemalże jak zawodowi mordercy. Jeśli snajpera ujęto żywego, to mimo że nosił mundur i podlegał prawu międzynarodowemu, najczęściej był rozstrzeliwany na miejscu.

Tak to się zaczęło

Angielski major Hesketh-Prichard trafił do Francji jako obserwator ministerstwa wojny. Był luty 1915 roku. Front zastygł. Obie strony konfliktu, czyli Niemcy z jednej strony, a z drugiej Francuzi i Brytyjczycy nie mieli na tyle sił, by przełamać linię obrony wroga. Toczono zatem wojnę pozycyjną. Majora zainteresowała, że Brytyjczycy tracą każdego dnia co najmniej pięciu żołnierzy, którzy giną od pojedynczych strzałów. A był taki dzień, że zginęło ich 18!

Okazało się, że Brytyjczycy byli terroryzowani przez niemieckich snajperów! Nie byli w stanie ich zlikwidować, ponieważ niemalże każde wychylenie się z okopu kończyło się śmiercią. Ten sam problem mieli również Francuzi, którzy przez długi czas sądzili, że ich oficerowie giną trafieni zabłąkanymi kulami! Dopiero jeden z jeńców wyjaśnił im, dlaczego tak się dzieje.

Niemcy nie mieli przed wojną snajperów, ale kiedy zobaczyli, jak rozwija się sytuacja na froncie, to nie tylko powołali do wojska myśliwych, ale też zarekwirowali w całym kraju lunety od karabinów myśliwskich, wyselekcjonowali najlepszych strzelców i skutecznie nękali wroga.

Manekin i Indianin

Hesketh-Prichard wymyślił sposób, w jaki ustalić można ustalić skąd strzela snajper. Na długim kiju umieszczał sztuczną głowę w hełmie. Ulepiona była z rozmoczonego papieru. Aby złuda była pełna, w usta manekina wkładano papierosa. Kiedy jeden z żołnierzy wystawiał sztuczną głowę ponad okop, drugi zasysał podłączony do papierosa długi gumowy węży, aby snajper widział, że papieros się żarzy. Na podstawie wlotu kuli ustalano przybliżony kierunek strzału i artyleria ostrzeliwała Niemca. Major Hesketh-Prichard nie zadowolił się swoim wynalazkiem, szybko doszedł do wniosku, że najlepszą obroną przed snajperami jest posiadanie swoich strzelców wyborowych. Przekonał dowódców i w sierpniu 1916 roku powstała w Linghen we Francji akademia szkoląca snajperów.

Najsłynniejszym snajperem I wojny światowej był Kanadyjczyk Francis Pegahmagabow. Koledzy nazywali go Peggy. Był Indianinem z plemienia Odżibwejów. Urodził się w rezerwacie w prowincji Ontario. Do wojska zgłosił się jako ochotnik i znalazł się w pierwszym kanadyjskim kontyngencie, który przyjechał walczyć w Europie. Pegahmagabow był trzykrotnie odznaczony medalem za odwagę. Był świetnym zwiadowcą i strzelcem. Na jego konto zapisano 378 zastrzelonych Niemców, a około 300 wziął do niewoli podczas akcji zwiadowczych!

Pegahmagabow przeżył wojnę. Zmarł w Kanadzie w 1952 roku.

Snajper wszech czasów – „Biała śmierć”

30 listopada 1939 roku Związek Radziecki napadł na Finlandię. Moskwa wcześniej podporządkowała sobie Litwę, Łotwę I Estonię. To samo chciała uczynić z Finami. Zażądała od rządu fińskiego oddania strategicznego terytorium, rozbrojenia umocnień na granicy i możliwości założenia bazy wojskowej. W zamian oferowała niezamieszkałe tereny tajgi. Kiedy Finlandia odrzuciła „propozycję”, artyleria radziecka ostrzelała rosyjską wioskę przygraniczna oskarżając o to wojsko fińskie. W zamierzeniu Stalina miało być to błyskawiczne zwycięstwo. Przewaga i to miażdżąca była po stronie Armii Czerwonej.

To podczas tej wojny narodziła się legenda „Białej śmierci”, bo tak z trwoga w głosie nazywali Rosjanie snajpera Simo Häyhä. Fin miał wtedy 34 lata. Od dziecięcych lat polował, strzelał wyjątkowo celnie. Strategia fińskiej obrony polegała na tym, że żołnierze walczyli w oddziałach, które znajdowały się, jak najbliżej ich miejsc zamieszkania. Znali zatem doskonale teren, w których przyszło im toczyć boje.

Häyhä był dla Rosjan jak duch. Na mundur miał założony biały maskujący kombinezon. Zbliżał się niepostrzeżenie do Rosjan, zabijał i znikał. Przygotowując swoje stanowisko polewał śnieg wodą, aby go zmrozić, aby strzał nie wzniósł nawet najmniejszego tumanu śniegu. W ustach trzymał lód, nie chcąc by para z ust zdradziła jego pozycję. Jego karabin nie był wyposażony w lunetę, bo Fin obawiał się, że mógłby go zdradzić refleks światła odbity we szkle lunety. Poza tym twierdził, że karabin z lunetą wymaga od strzelca podniesienia wyżej głowy przy strzale, a to rodziło kolejne zagrożenie. Podczas trzymiesięcznych „polowań” Fin zabił 505 czerwonoarmistów. Kiedy nie był snajperem, walczył używając karabinu maszynowego. Ponoć przy pomocy tej broni zabił jeszcze 200 nieprzyjaciół.

Przez 96 dni Rosjanie nie byli w stanie unieszkodliwić Fina. Tylko raz odłamek rozdarł jego kurtkę. 6 marca Häyhä został trafiony w twarz. Do końca życia miał zniekształcone oblicze. Przytomność odzyskał po tygodniu w szpitalu. Akurat w dniu, kiedy podpisywano pokój. Finlandia przegrała wojnę, ale zachowała niepodległość. - Robiłem to, co mi rozkazano. Najlepiej jak umiałem – odpowiadał Simo Häyhä na pytania dziennikarzy dotyczące jego wojennej przeszłości. Zmarł w domu opieki dla weteranów wojennych w 2002 roku.



O niej śpiewała Ameryka

Snajperzy byli nie do zastąpienia podczas II wojny światowej. Mimo zastosowania na dużą skalę broni maszynowej, okazało się, że ukryci strzelcy potrafili wstrzymać niejedno natarcie. Dlatego też Niemcy, którzy w okresie międzywojennym zaprzestali szkolenia snajperów pospiesznie naprawiali swój błąd już podczas wojny. O znaczeniu snajperów boleśni przekonali się Amerykanie, kiedy w 1944 roku wylądowali w Normandii. Zdarzało się, że całe mniejsze oddziały były wystrzelane przez niemieckich strzelców.  

Rosjanie szybko przekonali się, że kobiety mogą być świetnymi snajperami. Potrafiły cierpliwie godzinami czekać na pojawienie się wroga a strzelały nie gorzej niż mężczyźni. W Armii Czerwonej służyło ich 2 tys. Wojnę przeżyła co czwarta. 

 „Dobrze znana, sławna panno Pawliczenko/Twoją ojczyzną jest Rosja, walka twoją grą/Twój uśmiech świeci jasno jak poranne słońce/ Ale ponad trzystu nazistów padło z twojej broni” – śpiewał w latach 40. Woody Guthrie. Amerykański pieśniarz jest w Polsce prawie nieznany, choć jego piosenki śpiewali m.in. Bruce Springsteen i Johnny Cash. Ludmiła Pawliczenko, przyjechała do USA w 1942 roku. Partia postanowiła wykorzystać bohaterkę propagandowo. Wysłano ją, by przekonała Amerykanów, że powinni się bardziej zaangażować w wojnę w Europie i dostarczać sprzęt wojenny ZSRR. Ze swej roli wywiązała się nad wyraz dobrze. Jeździła po USA i Kanadzie, wygłaszała odczyty, apelowała o pomoc. W Białym Domu przyjął ja prezydent Roosvelt. Dostała od niego w prezencie rewolwer Colt.

Miała 26 lat, była już wdową, oficerem Armii Czerwonej i snajperem, który zabił 309 nieprzyjaciół, w tym 36 snajperów. Jako 14-latka zaczęła uprawiać strzelectwo. Tuż przed napaścią Niemiec na ZSRR ukończyła historię na Uniwersytecie Moskiewskim. Zgłosiła się do wojska. Brała udział w obronie Odessy i Sewastopola. Była ranna, szkoliła innych snajperów.

To robiło wrażenie na Amerykanach. Była rozchwytywana przez media. W magazynie Time z 28 września 1942 roku można przeczytać jej wypowiedź: „Jestem zaskoczona pytaniami, jakie zadawały mi dziennikarki w Waszyngtonie. Czy one wiedzą, że jest wojna? One zadawały mi głupie pytania jakiego pudru używam!”

Nie dziwi jej zniecierpliwienie. Przyjechała z innego świata, gdzie trwała wojna, gdzie na jej oczach ginęli przyjaciele. Ludmiła Pawliczenko wróciła do Moskwy. Została odznaczona Orderem Bohatera ZSRR. Zmarła w 1974 roku. Miała 58 lat.

Najsłynniejszy

Wasilij Zajcew to najsłynniejszy, choć nie najskuteczniejszy snajper świata. Jeśli o wartości strzelca świadczy ilość zabitych wrogów, to Zajcewa wyprzedza 13 jego rodaków. Pierwsza trójka na liście snajperów zabiła łącznie 1805 nieprzyjacielskich żołnierzy Michaił Surkow - 729, Iwan Sidorenko – 542 a Wasilij Kwaczantiradze 534.

Zajcew ma na swoim koncie 400 potwierdzonych celnych trafień. Przeszedł do legendy podczas obrony Stalingradu. Wtedy to w nieco ponad miesiąc zabił 225 wrogów, w tym 11 snajperów. Stał się ikoną, bo jeszcze podczas walk w Stalingradzie, radziecka propaganda nagłaśniała jego sukcesu „ku pokrzepieniu serc” innych żołnierzy. To o nim nakręcono dwa filmy fabularne: rosyjski „Anioły” z 1993 roku i amerykański "Wróg u bram” z 2001 roku, gdzie Zajcewa grał hollywoodzki gwiazdor Jude Law. Zajcew zmarł w 1991 roku. Jego życzeniem było, aby być pochowany w mieście, którego bronił. Dopiero 15 lat po śmierci przeniesiono szczątki snajpera i złożono w Wołgogradzie, czyli dawnym Stalingradzie

Diabeł

Po II wojnie światowej snajperzy walczyli już w każdej wojnie. Postęp techniczny nie spowodował, że zrezygnowano z ich usług. 

„Po zabiciu pierwszych, później jest już łatwo. Nie muszę się psychicznie przygotowywać. Patrzę w lunetę, najeżdżam na cel krzyżykiem i zabijam nieprzyjaciela wcześniej, niż on zabije moich kolegów” – napisał w książce „American Sniper: The Autobiography of the Most Lethal Sniper in U.S. Military History” Chris Kyle.

Książka wyszła w USA kilka tygodni temu. Kyle ma dziś 37-lat i twierdzi, że będąc strzelcem wyborowym elitarnej jednostki US Navy SEAL podczas służby w Iraku zabił 255 wrogów. Oficjalne dane amerykańskiej armii mówią jednak, że zabitych było 160, ale i tak ta liczba jest wystarczająca, by z pierwszego miejsca usunąć Adelberta Waldrona III, który w Wietnamie zabił 109 wrogów.

Pierwszą ofiarą Kyle’a była kobieta, która zbliżała się do grupy marines z granatem w ręku. Strzelił bez zawahania na rozkaz przełożonego. Za swoje największe osiągnięcie Kyle uważa strzał z odległości prawie dwóch kilometrów, kiedy w 2008 roku w Bagdadzie trafił mężczyznę przygotowującego do odpalenia rakietę mającą trafić amerykański konwój. „Moją kulę prowadził wtedy Bóg” – powiedział dla dziennika New York Post.

W listopadzie 2004 roku w ciągu kilku dni Kyle zlikwidował 40 wrogów. Doszło do tego podczas drugiej bitwy o Faludżę. Miasto opanowane zostało przez sunnickich powstańców wspieranych przez Al-Kaidę. Amerykanie zaatakowali. Kyle pisze, że urządził sobie stanowisko w jednym z mieszkań wykorzystując do tego znajdujące się tam dziecięce łóżeczko. Godzinami śledził z okna okolicę. Kiedy pojawiała się wroga sylwetka z bronią zabijał. Przyjaciele nazwali go „Legenda”, wrogowie „Diabłem z Ramadi” (od nazwy miasta, gdzie stacjonował) i wyznaczyli nagrodę za jego głowę – 20 tys. dolarów.

Autor: Mariusz SuroszŹródła: Onet