sobota, 17 marca 2012

John Demjaniuk nie żyje

13:18, 17.03.2012 /Spiegel


ZBRODNIARZ WOJENNY ZMARŁ W DOMU OPIEKI

Archiwum TVN24
John Demjaniuk, strażnik obozu koncentracyjnego, nazistowski zbrodniarz wojenny nie żyje. Skazany w 2011 roku za współudział w zabójstwie co najmniej 28 060 Żydów zmarł w Bawarii, w domu opieki. Miał 91 lat.
Informację lokalnego radia potwierdziła Komenda Główna Policji w Rosenheim, w Górnej Bawarii Południowej w sobotę - poinformował dziennik Der Spiegel. 91-latek zmarł w domu opieki w Bad Feilnbach koło Rosenheim. Policja nie chce na razie komentować przyczyn 
John Demjaniuk, uznany przez niemiecki sąd za winnego pomagania w... czytaj więcej »
śmierci. Prokuratura w Traunstein wszczęła już dochodzenie w sprawie zgonu.

Głośny proces

Demjaniuk, według prokuratury, służył jako strażnik w obozie koncentracyjnym w Sobiborze od marca do września 1943 r. Nie udowodniono mu żadnego konkretnego czynu, jednak sąd przychylił się do argumentacji prokuratury, że obóz służył planowemu mordowaniu ludzi, dlatego każdy, kto w nim służył, jest współwinny.

Jego obrońca w czasie procesu twierdził, że rzekoma legitymacja służbowa nr 1393 z obozu, to fałszywka rosyjskiej KGB. W swojej mowie końcowej, na której wygłoszenie potrzebował aż pięciu dni, oskarżał Niemców o próbę relatywizowania swojej winy za holokaust. Jak mówił, Demjaniuk to "ofiara represji" i "kozioł ofiarny", który pokutuje za niemieckie zbrodnie.

Demjaniuk nigdy jednak nie trafił za kratki. Sąd tuż po wyroku nakazał wypuścić 91-letniego zbrodniarza, motywując swoją decyzję bardzo podeszłym wiekiem skazanego.

"Iwan Groźny"

Iwan Demjaniuk urodził się w 1920 roku na Ukrainie. W 1940 roku mając 20 lat wstąpił do Armii Czerwonej. W 1942 roku dostał się do niemieckiej niewoli. Później zdecydował się jednak na współpracę z Niemcami i był szkolony w obozie SS w Trawnikach. Służył tam 
Prokuratura w Bawarii wszczęła nowe śledztwo w sprawie byłego strażnika... czytaj więcej »
jako strażnik w obozie koncentracyjnym w Sobiborze.

Po wojnie Demjaniuk podawał się za uchodźcę. W 1952 r. udało mu się wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. W USA, przyjął imię John i pracował tam jako mechanik samochodowy.

Kilkadziesiąt lat później, z zebranych dowodów wynikało, że to on może być tzw. "Iwanem Groźnym" z obozu w Treblince. W 1986 roku został więc wydany Izraelowi, a w 1988 roku, ze względu na współudział w zamordowaniu ponad 800 000 Żydów, został skazany na karę śmierci. Po pięciu latach uniewinnił go Sąd Najwyższy Izraela. Wtedy Demjaniuk wrócił do swojej rodziny w Seven Hills, w stanie Ohio.

Jednak Główny Urząd Ścigania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu zarządał ponownego rozpatrzenia jego sprawy. W maju 2009 roku Demjaniuk, którego Stany Zjednoczone pozbawiły obywatelstwa, został deportowany do Niemiec.

John Demjaniuk został uznany przez niemiecki sąd w maju 2011 r. za winnego pomagania w zamordowaniu 28 tysięcy Żydów w Sobiborze i skazany za to na pięć lat pobytu w zakładzie karnym.

Po werdykcie sądu w Monachium władze landu szukały dla niego miejsca pobytu w domu opieki dla osób starszych. Było to jednak trudno ze względu na to, że Demjaniuk był "bezpaństwowcem". Wreszcie trafił on do domu opieki w Bad Feilnbach jako "wymagający opieki". Demjaniuk zostanie pochowany w Niemczech na koszt państwa.

ab,adso/iga
 

"Nie ma daty śmierci ani miejsca pochówku"

18:48, 17.03.2012 /TVN24


MATKA ROZSTRZELANEGO: ONI TEGO NIE ZROBILI

TVN24
- Dzisiaj w skrzynce znalazłam list z Sądu Najwyższego, w którym napisano, że został wykonany wyrok na moim synu. Nie ma daty śmierci ani informacji o miejscu pochówku - mówi w rozmowie z TVN24 matka Uładzisłaua Kawalioua, straconego na Białorusi za współudział w zamachu w mińskim metrze.
Skazany przez białoruski sąd na karę śmierci za zamach w mińskim metrze w 2011 roku Uładzisłau Kawaliou został stracony - takie zawiadomienie z Sądu dotarło do rodziny Białorusina. O drugim skazanym, Dźmitryju Kanawałau, nie ma żadnych informacji od 30 listopada, dlatego istnieje podejrzenie, że również został stracony. Informował o tym jeden z białoruskich portali, ale wiadomość ta nie została potwierdzona.

Kara śmierci wykonywana jest na Białorusi przez rozstrzelanie.

W trakcie procesu, który zakończył się w listopadzie ubiegłego roku, Kanawałau został uznany za sprawcę zamachu, a Kawaliou został skazany za współudział i niepoinformowanie o przestępstwie. 
Apele matki skazanego na śmierć za współudział w zamachu na mińskie metro w... czytaj więcej »
      Dzisiaj w skrzynce znalazłam list z Sądu Najwyższego, w którym napisano, że został wykonany wyrok na moim synu. Tu mam dokument, dzięki któremu odbiorę z urzędu stanu cywilnego świadectwo zgonu. Tu czytamy: wyrok Sądu Najwyższego z dnia 30 listopada został wykonany. Jest podpis zastępcy przewodniczącego. Nie ma daty śmierci ani informacji o miejscu pochówku. Nie informują mnie o tym      
Matka rozstrzelanego Uładzisłaua Kawalioua


- Dzisiaj w skrzynce znalazłam list z Sądu Najwyższego, w którym napisano, że został wykonany wyrok na moim synu. Tu mam dokument, dzięki któremu odbiorę z urzędu stanu cywilnego świadectwo zgonu. Tu czytamy: wyrok Sądu Najwyższego z dnia 30 listopada został wykonany. Jest podpis zastępcy przewodniczącego. Nie ma daty śmierci ani informacji o miejscu pochówku. Nie informują mnie o tym - mówi w rozmowie z TVN24 matka jednego ze skazanych, Lubou Kawalioua.

"Muszę poznać prawdę i będę walczyć do końca" 

Jak mówi, ostatni raz widziała się z synem 11 marca podczas specjalnego widzenia. W lutym nie dostałam zgody na spotkanie. Chyba wszystko mieli zaplanowane, bo o tym, że mogę się zobaczyć z synem, dowiedziałam się 10 marca, czyli dzień wcześniej. Nie rozmawialiśmy o zamachu: podczas widzeń nie wolno było o tym rozmawiać. Rozmawialiśmy tylko o codziennych sprawach – o przyjaciołach i o tym, co w domu. Na 1000 procent oni tego nie zrobili (nie dokonali zamachu -red.). i są na to dowody w aktach sprawy. Są tam badania i ekspertyzy, które potwierdzają ich niewinność - uważa matka straconego.

Według niej w procesie popełniono wiele błędów: wszystkie wnioski obrony i świadków wybuchu były uchylane, a adwokaci nie mieli dostępu do skazanych. - Było tam dużo różnych okoliczności, których sąd nie brał pod uwagę. Rozważał tylko jedną wersję wydarzeń: wszystkie dowody obrony były odrzucane. Teraz muszę dojść do siebie i zastanowić się, kto może mi pomóc. Muszę poznać prawdę i będę walczyć do końca - zapewnia.

jk/tr
 

wtorek, 13 marca 2012

Chory na raka Jaruzelski: Spodziewam się najgorszego


13.03.2012, 21:59
aFp
Gen. Wojciech Jaruzelski

Generał Wojciech Jaruzelski (89 l.) wyszedł ze szpitala po kolejnej chemioterapii. - Czuję się bardzo źle. Ze mną może być już tylko gorzej - mówi Faktowi. Generał zmaga się z nowotworem

– Właściwie to krążę między szpitalem i domem. Po kolejnych chemioterapiach wracam na trochę do domu i znowu do szpitala – opowiada nam gen. Jaruzelski. Rok temu po zapaleniu płuc i kłopotach z krążeniem lekarze zdiagnozowali u niego nowotwór. Po szczegółowych badaniach okazało się, że to chłoniak.

– Nie jest dobrze z moim zdrowiem. Bardzo źle się czuję. Nie bardzo mam nadzieję na to, że będę się lepiej czuł. Ze mną może być już tylko gorzej. Trzeba się spodziewać najgorszego – mówi nam generał.

>>> Jaruzelskiego uzdrawiał szaman wudu

Z powodu jego stanu zdrowia sądy zawiesiły dwa procesy, w których Jaruzelski zasiadał na ławie oskarżonych. W pierwszym procesie generał jest oskarżony o „sprawstwo kierownicze” masakry robotników Wybrzeża w grudniu 1970 r., gdzie w starciach z milicją i wojskiem zginęły 44 osoby, a 1160 zostało rannych. Druga sprawa dotyczy stanu wojennego. W tej generał odpowiada za kierowanie związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, który na najwyższych szczeblach władzy PRL przygotowywał stan wojenny w 1981 r. Inni oskarżeni w tej sprawie już usłyszeli wyroki – na 2 lata w zawieszeniu został skazany gen. Czesław Kiszczak (87l.). O tym, czy Jaruzelski będzie odpowiadał przed sądem, latem mają zadecydować lekarze.

>>> Kloss. Stawka na całe życie

Lekarze z wojskowego szpitala w Warszawie, gdzie leczy się generał nie chcą przekazywać szczegółów na temat stanu jego zdrowia. – Mogę tylko powiedzieć, że chłoniak to bardzo ciężka choroba – mówi płk Piotr Dąbrowiecki, rzecznik wojskowej kliniki przy ul. Szaserów. Sam generał twierdzi, że chciałby odpowiadać przed sądem. – Chciałbym podczas tych procesów powiedzieć to, co mam do powiedzenia. Ale stan zdrowia całkowicie mi to uniemożliwia – dodaje.

>>> Zobacz również: Idealne auto z Niemiec? Niekoniecznie…