sobota, 9 czerwca 2012

Cała nadzieja w Lewym


15 milionów euro - na tyle wyceniają go specjaliści. Ale droga na szczyt asa naszejreprezentacji nie była łatwa.

Robert na co dzień gra w Borussi Dortmund
 
/Piotr Blawicki /East News
"Jeszcze zanim się urodził, wiedzieliśmy, że zostanie gwiazdą sportu. Ojciec wybrał mu takie imię, żeby cudzoziemcy nie mieli problemu z wymową", wspomina Iwona, matka Roberta Lewandowskiego (24). Jeden z naszych najlepszych piłkarzy sport miał we krwi. "Tata był judoką, mama trenowała siatkówkę. A ja pokochałem futbol, gdy tylko zacząłem się bawić piłką" - zdradza Robert w rozmowie z SHOW. 

Jako mały chłopiec nie rozstawał się z piłką - nawet podczas posiłków trzymał ją pod stołem. Kiedy miał 8 lat, wszystko zostało podporządkowane meczom (w 1997 roku trafił do Varsovii Warszawa). Do tego stopnia, że tata Krzysztof prosił proboszcza, aby skrócił mszę komunijną, bo mały sportowiec śpieszył się na boisko. Koledzy nazywali wtedy Roberta "Bobkiem", bo był najmniejszy w drużynie. "Dziwiłam się, że w tych jego chudych nóżkach jest tyle siły"- uśmiecha się mama. 

REKLAMA

Czy rodzice namawiali go do trenowania? "Nie musieli, bo sam wiedziałem, do czego dążę" - mówi Lewandowski. I podkreśla, jak wiele zawdzięcza rodzicom. "To oni pomagali mi w dojazdach na treningi. Mieszkałem pod Warszawą, a w tamtym czasie nie było dobrej komunikacji". Robert musiał jechać 30 kilometrów busem, a później przesiadał się do tramwaju. Cała podróż zajmowała ponad dwie godziny. Trenował wtedy na boisku, które koledzy z Varsovii nazywali "kartoflanką". Przypominało pole, na którym sadzi się ziemniaki - sam piach, bez źdźbła trawy. 

Kiedy miał 16 lat, stracił ukochanego ojca. Chłopak musiał szybko wydorośleć. Matka wspomina, że Robert chciał ją odciążyć w utrzymaniu domu. Podpisał kontrakt z klubem Delta Warszawa i zaczął zarabiać - 1,5 tysiąca złotych miesięcznie. Kiedy zespół się rozpadł, Lewandowski trafił do Legii. Na sukces musiał jednak poczekać. Grał wtedy w rezerwie i rzadko strzelał gole. Powód? Banalny: naderwany mięsień. Legia pozbyła się go bez żalu. "Syn był załamany, bo była dla niego najważniejsza. Zmienił nawet dla niej szkołę" - mówiła dziennikarzom mama Roberta. I dodawała: "Zostawili go samemu sobie. Nikt mu nie poradził, co dalej. A wiedzieli, że niedawno stracił ojca". 

Pani Iwona wpadła wtedy w depresję. Ale, jak na silną kobietę przystało, wkrótce wzięła sprawy w swoje ręce. Wyprosiła, by syn mógł wrócić do poprzedniego liceum i zgłosiła go do trzecioligowego wówczas Znicza Pruszków, który zapłacił za transfer z Legii zaledwie 5 tysięcy złotych. Robert krzywił się na początku na zarobki, bo w Legii płacili mu 2,5 tysiąca złotych, a w Zniczu mniej. Nie stracił jednak motywacji. Wręcz przeciwnie: wyleczył kontuzję i w dwa sezony zdobył 38 goli. Wtedy klub sprzedał go z kolei Lechowi Poznań za... 1,5 mln zł. Był to najwyższy transfer w historii Znicza! Dalej wszystko potoczyło się jak w bajce. 

Jego droga na szczyt nie była łatwa
 
/- /East News

Podczas debiutu w meczu z GKS Bełchatów Lewandowskiemu wystarczyły 4 minuty, by strzelić gola. A strzelił go pięknie, piętą. Już wtedy młodego piłkarza obserwowali selekcjonerzy. Widzieli, że był inny niż jego rówieśnicy, którzy po każdym zdobyciu bramki biegali wokół boiska jak szaleni. A Robert tylko lekko się uśmiechał i wracał do gry. Dzięki niemu Lech Poznań wywalczył Mistrzostwo Polski w 2010 roku, a sam piłkarz został najlepszym strzelcem ekstraklasy. W końcu po długich negocjacjach władze Lecha Poznań doszły do porozumienia z Borussią Dortmund i sprzedały swojego faworyta za bagatela 4,5 miliona euro. Początki piłkarza w Niemczech nie były łatwe. Polak siedział na ławce dla rezerwowych. Niemieckie media nazywały go "Lewandoofskim" (po niemiecku "doof" znaczy głupi). Przedstawiano go jako nieudacznika, który nie potrafi wykorzystać sytuacji bramkowych. Jego transfer w pierwszym sezonie okrzyknięto jednym z najgorszych w historii Borussii Dortmund. Ale Robert wierzył, że potrzebuje po prostu czasu i miał rację. Kiedy Lucas Barrios (dotychczasowa gwiazda zespołu) doznał kontuzji, Lewandowski dostał szansę, którą doskonale wykorzystał. Z drugiego napastnika stał się jednym z najlepszych piłkarzy Bundesligi. 

W tym roku "Lewy" dwukrotnie upokorzył najsłynniejszą niemiecką drużynę - Bayern Monachium. Najpierw zdobył bramkę w meczu, który decydował o mistrzostwie Niemiec, a potem strzelił tzw. hat-tricka, czyli trzy bramki w jednym meczu podczas rozgrywek o Puchar Niemiec. Na miejscu "Lewangolskiego" (jak ochrzcili go dziennikarze) wielu sportowców poczułoby się jak gwiazda. Ale nie on. Choć Robert jest dziś wyceniany na 15 milionów euro i został okrzyknięty największą nadzieją Polaków na najbliższe mistrzostwa, zachowuje się nad wyraz skromnie. Na pytanie SHOW, czy czuje na swoich barkach ciężar odpowiedzialności, odpowiedział: "Podchodzę do tego spokojnie. Rozegrałem już chyba pięćdziesiąt kilka meczy, ale nie jestem wyczerpany, bo dbam o siebie". 

O jego życiu prywatnym wiadomo niewiele. Jego serce należy do Anny Stachurskiej, zawodniczki karate, którą poznał jeszcze w liceum. Robert niechętnie o niej opowiada, ale dla SHOW zrobił wyjątek: "Kiedy przy piłkarzu jest ta druga bliska osoba, to jest mu dużo łatwiej. My często przeżywamy na boisku wzloty i upadki, więc potrzebujemy z kimś bliskim porozmawiać". Jak spędzają wolny czas? "Lubię siedzieć w domu. Zwykle mam tylko dwa, trzy dni, by na kanapie przed telewizorem pooglądać film. Takie proste rzeczy najbardziej mnie cieszą".

Robert nie jest typem faceta, który wymaga od partnerki, by rezygnowała dla niego z własnej kariery. Właśnie dlatego para żyje trochę na odległość. Raz wyjeżdża na zgrupowanie on, raz ona, często się mijają. "Ale przecież nie jesteśmy na tyle starzy, żeby sobie z tym nie poradzić" -  śmieje się Robert i dodaje: "Pobierzemy się w przyszłym roku, ale nic więcej na razie nie zdradzę".

Iwona Zgliczyńska, Dor





PRZEMYSŁAW TYTOŃ: NIE ZALEŻY MI NA TYM


wczoraj, 21:23Przemysław Langier Onet Sport
Przemysław Tytoń
fot. PAP/EPA

Wszystko jest otwarte. Na pewno zwycięstwo by nas przybliżyło do awansu, ale musimy szanować ten punkt - powiedział po inauguracyjnym meczu Euro 2012 z Grecją (1:1) bohater polskiej drużyny, Przemysław Tytoń. Przypomnijmy, golkiper PSV Eindhoven rozpoczął mecz na ławce rezerwowych, a po wejściu na murawę obronił rzut karny.

Onet Sport: Chyba nie spodziewałeś się jeszcze przed meczem, że po nim będziesz tym najbardziej rozchwytywanym z Polaków?

Przemysław Tytoń: Szczerze powiem, nie zależy mi na tym. Bardziej bym się cieszył, gdybyśmy wygrali ten mecz. Ale cóż, było 1:1, jest jak jest.

Zaraz po wejściu na murawę, podniosłeś ustawioną przez Karagounisa piłkę i ją ucałowałeś. Grek po tym ustawiał ją ponownie. Chciałeś go w ten sposób zdekoncentrować?

Nie, nie... Zrobiłem to tylko dlatego, żeby poczuć piłkę w rękawicach. Na stadionie jest bardzo sucho. Innego celu nie miałem.

Przy ławce Wojtek Szczęsny zdążył jeszcze coś ci powiedzieć. O czym mówił?

Szczerze mówiąc, nie pamiętam. Podchodzę do tego tak, że był to miły gest z jego strony. Nieważne, kto gra. Dla każdego liczy się tylko drużyna.

A trener Smuda co powiedział?

Że obronię rzut karny.

Jak oceniasz szanse na wyjście z grupy po tym remisie?

Wciąż one są. Wszystko jest otwarte. Na pewno zwycięstwo by nas przybliżyło do awansu, ale musimy szanować ten punkt. Grecy naprawdę nie są złą drużyną i pokazali tutaj, że mimo tak niekorzystnych okoliczności, potrafili strzelić nam bramkę. Ale teraz już musimy myśleć o kolejnym spotkaniu. W nim trzeba zwyciężyć.

Dlaczego Grecy w "10" okazali się mocniejsi, niż przed stratą zawodnika?

Nie wiem... Może po prostu siadło im to wszystko na ambicję. Widziałem, że bardzo gestykulowali, gdy sędzia wyrzucił ich zawodnika. Nie spodobało im się to i obudziła się ich natura.

Czy zmieniło się twoje nastawienie do całego turnieju? Teraz przyszedł czas na ciebie w bramce...

Nie, przygotuję się do meczu z Rosją normalnie. Do dzisiejszego meczu też się przygotowywałem. Różne rzeczy przecież się zdarzają i kolejny raz wyszło to dzisiaj.

czwartek, 7 czerwca 2012

Agent numer 0006926


Agnieszka Urazińska, Maciej Stańczyk
2012-06-06, ostatnia aktualizacja 2012-06-06 14:32

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
 Fot. Bartosz Makowczynski / AG

- Gdyby kogoś okradł... Ale on chciał tylko ludziom pomagać - babcia Michała K. rozkłada ręce. I płacze: - Jak przestępcę go potraktowali.

Michał K. to przystojniak - ma dwa metry wzrostu, piwne oczy i atletyczną budowę. Kawaler z podłódzkiego Zgierza w czarnej koszulce z napisem "ABW" wyglądał rewelacyjnie i budził respekt. 

Na kłopoty - ABW

W 2007 r. Michał K. jedzie do Czech, a tam złodzieje okradają mu służbowy samochód. Idzie na policję. W czasie przesłuchania "ujawnia się". 

- Poinformowanie policji czeskiej, że pracuję w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, przyspieszyło czynności formalne - przyzna później. - Policjanci konwojowali mnie w drodze powrotnej do granicy.

Kłopoty go nie opuszczają. Wkrótce ktoś włamuje się na jego konto internetowe i Michał K., chcąc nie chcąc, znów ma do czynienia z policją - tym razem naszą, krajową, w swoim rodzinnym Zgierzu. I znów rzuca od niechcenia, że jest agentem. Nie da się inaczej, bo w czasie przesłuchania musi pilnie porozmawiać przez telefon z kimś z ABW w służbowej sprawie. 

Michał K.: - Po przesłuchaniu nawiązałem kontakty z policjantami z Wydziału PG KPP w Zgierzu, którzy teraz są funkcjonariuszami CBŚ. Miałem większy dostęp do informacji związanych z prowadzonym postępowaniem. Dzięki tym informacjom udało mi się ustalić, kto faktycznie włamał się na moje konto. Obserwowałem tę osobę, robiłem zdjęcia i poznałem jej życie prywatne. Chciałem tylko dokładnie to opisać i oddać pełne materiały do prokuratury.

W 2008 roku znów drobne problemy. Jedzie za szybko i dostaje mandat. Odwiedza straż miejską w Zgierzu, pokazuje legitymację oficera ABW i pyta, czy da się karę anulować. 

- Komendant nie robił problemów, powiedział tylko, żebym napisał oświadczenie, że spieszyłem się na miejsce pełnienia służby. Po złożeniu tego oświadczenia komendant anulował mandat - wspomina.

Dariusz Bereżewski wciąż jest szefem zgierskich strażników, a Michał K. wbił mu się w pamięć. - Bo taki miśkowaty i pewny siebie. Po gestach i sposobie mówienia widać było, że pracuje w służbach. W stanach wyższej konieczności zamieniamy mandaty na pouczenia. Na przykład jak prędkość przekroczy karetka albo policjant na służbie. Tu też się skończyło na pouczeniu, bo człowiek się spieszył w służbowej sprawie do pobliskiej jednostki wojskowej. 

Podczas tamtej wizyty K. ma jeszcze czas zaprzyjaźnić się z jednym ze strażników. Bierze go na bok, przekonuje, że strażnik się marnuje w służbie. Obiecuje, że załatwi mu pracę w ABW. 

- Miał się ze mną skontaktować jakiś agent. Czekałem, ale nikt się nie odezwał - mówi werbowany strażnik. 

Nie wszystkie mandaty daje się anulować i tak agent Michał K. poznaje zgierskiego komornika. Trafia do niego, by prosić o zmniejszenie kosztów postępowania komorniczego naliczonych od niezapłaconego mandatu. 

Michał K.: - Pojechałem do komornika Czesława K., okazałem mu legitymację służbową ABW i zapytałem, czy można obniżyć koszty egzekucji. K. powiedział, że jest na świeczniku u ministra Kwiatkowskiego i nie może nic z tym zrobić. Zaczął mi opowiadać, że też kiedyś pracował w służbach specjalnych. Ogólnie sobie porozmawialiśmy o pracy w ABW. Powiedział mi, że jeśli będę czegoś potrzebował, uzyskać jakąś informację, to mogę się do niego zwrócić.

Agent Michał w akcji

Ale nie samymi kłopotami żyje agent ABW. Pewnego razu Michał K. odwiedza w zgierskim urzędzie swoją znajomą i jest świadkiem, jak mężczyzna próbuje odebrać w okienku cudzy dowód osobisty. Urzędniczki orientują się, że to oszust, i wzywają policję. Mężczyzna na widok radiowozu odpycha urzędniczkę i próbuje uciec. 

Michał K.: - Ja wtedy zagrodziłem drogę ucieczki tej osobie, wyjąłem legitymację i powiedziałem tej osobie, że jest zatrzymana. Policjanci przejęli zatrzymanego, nie pytali mnie o szczegóły.

Kolejny raz wkracza do akcji w osiedlowej Biedronce, gdy jest świadkiem kradzieży. - Wyjąłem legitymację i powiedziałem tej osobie, że jest zatrzymana - opowiada.

Agent Michał wychodzi z ukrycia także wtedy, gdy widzi pijanego rowerzystę. Wzywa policję, powołuje się na swoją funkcję. Później wspomina to tak: - Policja i karetka przyjechały bardzo szybko. Nie chcieli legitymacji służbowej, spisali mnie tylko z dowodu osobistego.

10 kwietnia 2010 r. Michał K. widzi nieprzytomnego mężczyznę leżącego na chodniku. Nie pozostaje obojętny - dzwoni na numer alarmowy 112, informuje przy okazji, że jest funkcjonariuszem ABW. 

K. daje się poznać przyjaciołom jako człowiek, który nie odmawia pomocy. Gdy przychodzi do niego koleżanka, która podejrzewa męża - żołnierza - o zdradę, K. wsiada w samochód i jedzie do Leźnicy Wielkiej, gdzie stacjonuje kawaleria powietrzna. Bramę przekracza na legitymację funkcjonariusza ABW. Ucieka się do podstępu - dowódcy jednostki mówi, że potrzebuje jak najwięcej informacji o R. (mężu podejrzewanym o niewierność), gdyż ten chce przejść do ABW i trzeba go "prześwietlić". Dostaje informacje o przebiegu służby żołnierza, o jego zwyczajach i życiu towarzyskim w jednostce. Niestety, nie udaje mu się ustalić, czy R. zdradza żonę i z kim.


Więcej... http://wyborcza.pl/1,87648,11878258,Agent_numer_0006426.html#ixzz1x757QldP

Agent Michał werbuje. W Zgierzu udaje mu się pozyskać kontakt operacyjny o pseudonimie "Zizi". Zna go z podstawówki. "Zizi" nie miał w życiu szczęścia - handluje na rynku papierosami i alkoholem z przemytu. 

Michał K.: - Powiedziałem, że albo od dzisiejszego dnia będzie dla mnie pracował, a jak nie, to go wsadzę do więzienia. On się przestraszył, gdyż niedawno wyszedł. Odtąd prawie przez trzy lata "Zizi" systematycznie informuje agenta o tym, co się dzieje w lokalnym światku przestępczym. 

Żeby mnie brali za gościa

Dobre serce gubi Michała K. W styczniu 2011 r. wybiera się w sprawie rodzinnej do 31. Wojskowego Oddziału Gospodarczego w Zgierzu, ale dowódca ma wątpliwości, czy jest tym, za kogo się podaje. 

Oto fragment notatki służbowej ABW: "Pokazał dokument przypominający legitymację służbową i usiłował przyspieszyć przeniesienie swojego kuzyna do innej jednostki wojskowej".

Dalej sprawy toczą się bardzo szybko: Michał K. zostaje zatrzymany, a jego mieszkanie - przeszukane. Okazuje się, że jest alergikiem z kategorią wojskową D, jeździ starym oplem i ma maleńką córeczkę. Że zdarzyło mu się w życiu być klerykiem, a później ochroniarzem z miesięcznym dochodem 1,7 tys. zł. Ale w ABW nigdy nie był. 

K. przyznaje się do oszustwa. - To, co mną kierowało, to była chęć dostania się do pracy jako funkcjonariusz ABW. Ja chciałem bardzo pracować w tym zawodzie. Za funkcjonariusza ABW podawałem się, bo chciałem, by inni brali mnie za gościa, za szychę. To jest szacunek i prestiż pracować w takiej instytucji - zeznaje w śledztwie. Tłumaczy, że nakłonił do współpracy "Ziziego", bo marzył o ABW - liczył, że jeśli w czasie rekrutacji wykaże się znajomością zgierskiego półświatka, będzie miał większe szanse na przyjęcie do służby. 

W mieszkaniu Michała K. policjanci znajdują futerał z kajdankami, pistolet hukowy z kaburą, plakietkę z napisem "kat. przepustka stała" na smyczy ABW, plik dokumentów parafowanych przez niego. W szafce na ubrania w firmie ochroniarskiej, gdzie pracował, jest czarna koszulka z logo ABW. 

Policjanci znajdują też "legitymację służbową" ABW na jego nazwisko o numerze 0006426.

W ABW zapewniają, że agenta o takim numerze w służbach nie ma. 

Michał K.: - Podrobiłem legitymację ABW, bo się interesuję tą służbą.

Wzór legitymacji znalazł w internecie, wydrukował ją na drukarce atramentowej. Zdjęcie zeskanował z dowodu osobistego i wkleił. Legitymację zalaminował urządzeniem, którego używał do laminowania rodzinnych zdjęć. 

Żeby udowodnić narzeczonej, że naprawdę pracuje w ABW, trzymał w domu teczki z napisem "ściśle tajne". 

- Pierwszy raz miałem do czynienia z taką sprawą - przyznaje Michał Stasiak z łódzkiego oddziału ABW. - Natomiast samo postępowanie było dość proste. Dowody mieliśmy niepodważalne. K. poddał się karze dobrowolnie.

- Bardzo żałuję tego, co zrobiłem, nigdy nie chciałem działać na szkodę państwa - tłumaczy się fałszywy agent. Zapewnia, że z oszustwa nie czerpał korzyści finansowych. 

Dostaje zarzut: "posługiwanie się podrabianą legitymacją i podawanie się za agenta ABW".

Wyrok - dwa lata w zawieszeniu na pięć i 1,4 tys. zł grzywny. 

Odwiedzamy Michała K. w zgierskim mieszkaniu, gdzie jest zameldowany. - Nie ma go, nie wiem, gdzie jest, i nie chcę wiedzieć - rzuca młoda kobieta, która otworzyła drzwi.

Babcia: - Rzadko go widuję. Wstydzi się ludzi. Zamknął się w sobie, pracy nie może znaleźć. 

- Na strażnika by się nadawał, bo obyty, wykształcony i wysportowany. Na pewno przeszedłby proces rekrutacji - mówi Dariusz Bereżewski, szef zgierskich strażników miejskich. - Ale teraz za późno, bo karany. Szkoda.

Wypowiedzi Michała K. pochodzą z przesłuchań przeprowadzonych przez prawdziwych oficerów ABW

Źródło: Gazeta Wyborcza


Więcej... http://wyborcza.pl/1,87648,11878258,Agent_numer_0006426.html?as=2&startsz=x#ixzz1x764TIhQ