niedziela, 22 lipca 2012

Polska-Chiny

Polacy wygrali w Katowicach 81:79 (23:21, 14:21, 20:17, 24:20) w drugim towarzyskim meczu z reprezentacją Chin

Dla biało-czerwonych mecze towarzyskie były to pierwszymi sprawdzianami przed kwalifikacjami do mistrzostw Europy 2013, które rozpoczną 15 sierpnia. Od wtorku do czwartku Polacy wystąpią w międzynarodowym turnieju w Sofii, gdzie spotkają się kolejno z Ukrainą, Bułgarią i Turcją.

W niedzielnym meczu w reprezentacji Polski znów zabrakło na parkiecie Macieja Lampego, leczącego kontuzję kostki. Z kolei amerykański trener Chińczyków Bob Donewald Jr. dał w tym dniu odpocząć kapitanowi drużyny, rozgrywającemu Liu Wei oraz najlepszemu na boisku w sobotnim spotkaniu (22 pkt, 10 zbiórek) 25-letniemu środkowemu Yi Jianlianowi, który w ostatnich pięciu latach grał w NBA w takich klubach jak Milwaukee Bucks, New Jersey Nets, Washington Wizards i Dallas Mavericks.

Wielki dramat wicemistrzyni olimpijskiej. W Londynie bez Włoszczowskiej?



Jakub Ciastoń
22.07.2012 , aktualizacja: 22.07.2012 21:18
A A A Drukuj
Maja Włoszczowska

Maja Włoszczowska (Fot. Marek Podmokły/ Agencja Gazeta)

Maja Włoszczowska, zeskakując z roweru na treningu we Włoszech, poważnie zwichnęła prawą kostkę, ma też złamaną kość śródstopia i być może naderwane więzadło. W poniedziałek rozstrzygnie się, czy pojedzie na igrzyska, ale szanse są minimalne.
Włoszczowska była uznawana za kandydatkę do medalu. Cztery lata temu w Pekinie zdobyła srebro, w 2010 r. wywalczyła tytuł mistrzyni świata, rok temu z MŚ przywiozła srebrny medal, od lat utrzymywała się w ścisłej czołówce.

Do fatalnej kontuzji doszło w Livigno, gdzie 28-letnia kolarka przebywała na ostatnim zgrupowaniu przed środowym wylotem do Londynu. - Maję wyniosło na jednym z zakrętów i żeby się nie przewrócić, zeskoczyła z roweru, ale tak nieszczęśliwie podparła się nogą, że doznała kontuzji. Poza tą kostką nawet się nie podrapała - opowiadał PAP zasmucony Marek Galiński, trener Włoszczowskiej.

Polka trafiła do włoskiego szpitala, gdzie nastawiono jej zwichniętą nogę, a potem unieruchomiono ją na wyciągu i wykonano pierwsze badania. - To klasyczny uraz w kolarstwie górskim. Niektórzy zapominają, że w tym sporcie poza jazdą na rowerze trzeba też bardzo dużo biegać w trudnym terenie. Doszło do zwichnięcia stawu skokowego i złamania piątej kości śródstopia - opowiada Sport.pl dr Robert Pietruszyński, lekarz PZKol.

W niedzielę późnym wieczorem (a jeśli nie, to w poniedziałek rano) Włoszczowska miała przylecieć do Katowic prywatnym samolotem swojego głównego sponsora Dariusza Miłka, właściciela firmy CCC, a stamtąd trafić do Bierunia do kliniki dr. Krzysztofa Ficka specjalizującego się w urazach kolarzy, od lat współpracującego PZKol i zespołem Włoszczowskiej. Ficek przeprowadzał w przeszłości zabieg m.in. u Anny Szafraniec.

W poniedziałek mają być przeprowadzone kluczowe badania - rezonans magnetyczny i być może tomografia. - Dopiero one pokażą charakter uszkodzenia, do jakiego doszło w więzadłach. Od tego będzie zależało dalsze leczenie, a także to, czy jest jeszcze szansa wyjazdu na igrzyska - podkreśla dr Pietruszyński. - Jeśli więzadła są zerwane, to po herbacie - wzdychał trener Galiński.

Zerwanie oznacza operację i wielomiesięczną przerwę w startach, przy naciągnięciu i naderwaniu można próbować leczenia zachowawczego, ale rehabilitacja to też kwestia tygodni. W Polsce w weekend pojawiały się optymistyczne głosy, że jeśli więzadła ocalały, to Włoszczowska przez trzy tygodnie się wykuruje i w Londynie pojedzie. - To są życzenia. Mamy za mało informacji. To jest poważny uraz. Nie wiemy np. także, jak dokładnie wygląda to złamanie kości. Poczekajmy. Gdyby Maja nie pojechała, to byłaby wielka strata. Takiej zawodniczki zastąpić się nie da - mówi dr Pietruszyński.

Bardzo sceptyczny jest dr Ficek. - Więzadła to tylko jeden z czynników. Uraz jest bardzo poważny. Złamanie kości jest wielofragmentowe, doszło do uszkodzenia tkanek miękkich. Masywność tego urazu każe skupić się raczej na razie na powrocie do chodzenia. Start za trzy tygodnie? Zdroworozsądkowo - wykluczony, teoretycznie - możliwy, ale raczej nie należy o tym myśleć - powiedział Sport.pl dr Ficek.

Jeśli spełni się najczarniejszy scenariusz i Włoszczowska do Londynu nie pojedzie, PZKol może w ostatniej chwili wysłać w jej miejsce inną zawodniczkę. Na liście rezerwowej są Paulina Gorycka i Anna Szafraniec. Trenerem tej pierwszej jest Andrzej Piątek, były szkoleniowiec Włoszczowskiej, skonfliktowany ostatnio z władzami związku. - Paula wygrała z Anią w tym roku trzy razy i mam nadzieję, że w takim przypadku to będzie miało znaczenie, a nie polityka związku - powiedział nam Piątek. Jego zdaniem Gorycka już wcześniej mogła zakwalifikować się do kadry (poza Włoszczowską jest w niej jeszcze Aleksandra Dawidowicz), ale PZKol nie brał jej pod uwagę, bo formalnie wciąż była juniorką.

PZKol na wtorek zwołał konferencję prasową, na której oficjalnie poinformuje o wynikach badań Włoszczowskiej i ewentualnie o tym, kto ją zastąpi w Londynie.

Prometeusz - ofiara hollywoodzkiego marketingu

20 lipca 2012, 23:21 Foto: mat. prasowe | Video: youtube.com Prometeusz

Pierwsze pół filmu to obietnica tego, czym mógł być, gdyby Scott nie poszedł na łatwiznę. Drugie - to uświadamianie nam, dlaczego nie mógł, bo nakręcił film bez scenariusza, którego uratować nie mogli nawet świetni aktorzy. Od miesięcy 20th Century Fox zapowiadało „Prometeusza” jako arcydzieło dekady, wydarzenie roku. Co dostaliśmy w zamian? Wielkie Nic odziane w 150 mln dolarów.

Gdyby oceniać tylko warstwę wizualną można by uznać „Prometeusza” za objawienie. Scott - absolwent londyńskiej Royal Academy of Art - myśli obrazami i robi kino wysmakowane plastycznie. Na ekranie jest więc pięknie: rewelacyjne obrazki, urodziwi i zdolni, dobrze obsadzeni aktorzy. Zdjęcia Dariusza Wolskiego są wspaniałe. Statek, jego wnętrze, stroje załogi wyglądają wręcz genialnie. To samo z efektami specjalnymi. Film został nakręcony w technice 3D i jest bodaj najlepszym jej produktem zaraz po „Avatarze”. W kategoriach technicznych zapewne może liczyć na serię Oscarów.

Kino ma znów swoją królową

Uważana dziś za najp...
czytaj dalej »
Tyle komplementów. Schody zaczynają się, gdy przejdziemy do warstwy myślowej przedsięwzięcia. W pierwszej części filmu Scott przywdziewa szaty mędrca. Zapowiada ciąg dalszy opowieści o walce rasy ludzkiej z pozaziemską, a nawet filozoficzny dyskurs między nauką i wiarą. Po twórcy „Łowcy Androidów” spodziewamy się wiele, nasze apetyty więc rosną. Niestety, szybko przychodzi rozczarowanie. Scott serwuje nam papkę z dialogami na poziomie telenowel i serią pozbawionych logiki zdarzeń.
Prometeusz - oficjalny trailer
Wideo: youtube.com Prometeusz - oficjalny trailer

Wszystko już było

Zaczyna się od tego, że zespół badaczy odkrywa wskazówkę wiodącą ich do tajemnicy o  początkach ludzkości na ziemi. Starożytne malowidła na skale, wskazują na prawdopodobieństwo przybycia kosmitów na ziemię, wiele tysięcy lat temu. Grupa specjalnie przygotowanych naukowców, szykuje więc wyprawę mającą odnaleźć w kosmosie życie, które dało początek gatunkowi ludzkiemu. Nim jednak tak się stanie, na nieznanym lądzie, przyjdzie im stoczyć walkę o przetrwanie.  Brzmi znajomo nieprawdaż? Filmów o „obcych”, którzy dali nam początek, a potem próbowali zniszczyć było przecież mnóstwo. Ridley Scott zamierzał więc popłynąć na znanym, i dość ogranym motywie. Nie byłoby w tym jednak nic złego gdyby konstruując fabułę, wysilił na oryginalność, a przynajmniej zadbał o to, by było równie ciekawie jak efektownie. Niestety, trwający 2 godziny film (co jak widowisko science-fiction nie jest czasem długim) nuży się nieskończenie, czemu widownia podczas seansu ziewając szeroko, i komentując owe dłużyzny daje wyraz.

Świat zarabia na zyski Hollywood

Aż 69 proc. wszystki...
czytaj dalej »
Recenzent nie ma prawa jednak zdradzać fabuły, nawet przy tak niskim poziomie jej atrakcyjności. Trudno jednak zaprzeczyć, że jest ona kompletnie pozbawiona logiki. Poziom scenariusza filmu , który miał być wydarzeniem roku, nie sięga wyżej niż nader ograniczona myślowo seria o „Transformersach”. Tyle, że w przypadku tych ostatnich nikt nie oczekiwał głębokich treści, zaś Scott twórca kultowych dzieł gatunku - wspomnianego „Obcego” i „Łowcy Androidów”, zawsze miał wielkie ambicje.

Niestety, od czasu gdy będący efektownym kiczem „Gladiator” w jego reżyserii, otrzymał głównego Oscara, dawny Scott  przepadł bez wieści. (Przypomnijmy, że to właśnie on nakręcił później nieszczęsnego „Hannibala” – chybioną kontynuację „Milczenia owiec”, złośliwie zwaną „Mózgiem w potrawce”, od jednej z kuriozalnych scen filmu.) Miejsce niepokornego filmowca, który umiał sprzeciwić się hollywoodzkim schematom (patrz genialna „Thelma i Luiza”), zajął reżyser, którego kolejne produkcje były jedynie realizacją do bólu poprawnych i przewidywalnych pomysłów producentów. Zgodnych z marketingową linią fabryki snów - „dajemy widzom to, co się sprawdziło, i co z pewnością kupią”.

Ten miś przeklina, pije i pali jointy. "To obrzydliwie zabawny film"

Kinomani pokochali p...
czytaj dalej »
I tylko aktorów żal

A wydawałoby się, że z taka ekipą aktorską Scott nie będzie się bał eksperymentować i postawi na formalnie ryzykowne, oryginalne rozwiązania. Obsada filmu jest bowiem doborowa, i tylko żal, że aktorzy nie bardzo mają czego grać, dwojąc się i trojąc, by uwiarygodnić pozbawione logiki sceny. Stosunkowo najlepszą sytuacje ma grający androida Michael Fassbender – niemal „wykastrowany” z męskości, elegancki i androgeniczny, ale wnoszący do napuszonej całości elementy humoru i luzu. Charlize Theron lodowato zimna niczym w roli skądinąd znakomitej Raveny - złej królowej ze „Śpiącej królewny i łowcy”, też ratuje swoją postać. Nie jest jednak w stanie, podobnie jak Fassbender, uratować filmu. W najgorszej sytuacji jest Naomi Rapace (niezapomniana Lisbeth Salander z trylogii „Millennium”) której Scott każe zmagać się z dylematem wyboru między wiarą a nauką. Im bliżej finału, tym bardziej fabuła zbliża się do granicy absurdu i poza nerwowym zerkaniem na zegarek, nie pozostaje nic innego, jak stukać się palcem w czoło. Napięcie jakie udało się zbudować reżyserowi w pierwszej części filmie, pod koniec jest już jedynie wspomnieniem, a najbardziej cieszy nas widok napisów końcowych na ekranie. O ile „Aliena” w euforii zachwytu nazwano nawet „Zbrodnią i karą" kina, o tyle „Prometeusz” mógłby co najwyżej awansować do miana powiedzmy… ”Kodu Leonarda da Vinci” w wersji science-fiction (z naciskiem na fiction!).

Nowy "Batman" dostał owacje na stojąco

"To nie tylko n...
czytaj dalej »
Śmieszy też i dziwi kategoria R przyznana filmowi, sugerująca, że to obraz dla dorosłych. Przy infantylnej fabule,  zachowaniu bohaterów, miotających się niczym dzieci we mgle, wydaje się być zupełnie niezrozumiała. Jej powodem jest prawdopodobnie kilka krwawych, mocnych scen pod koniec filmu.

W 1979 roku sir Ridley Scott stworzył najlepszy horror, jaki miał kiedykolwiek powstać „Obcy - 8 pasażer Nostromo”, wyznaczając tym samym poziom widowisk z gatunku „horror science-fiction”, i zawieszając poprzeczkę wysoko. Tamten film działał na zmysły, przerażał, miał niesamowitą, gęstą atmosferę...Ale tamten Scott miał odwagę, wyobraźnie i był nieobliczalny. Dzisiejszy- bez reszty podporządkował się hollywoodzkiej machinie, bezlitośnie „mielącej” wszelki indywidualizm w imię reguł komercji, której dwie dekady temu reżyser „Prometusza” był zaprzeczeniem. Dziś, niestety, ją uosabia.