czwartek, 9 sierpnia 2012

Londyn 2012. Kolarstwo. Zjednoczone królestwo na dwóch kółkach


Jakub Ciastoń, Londyn
 
08.08.2012 , aktualizacja: 09.08.2012 08:24
A A A Drukuj
Brytyjczycy cieszą się ze złota

Brytyjczycy cieszą się ze złota (Fot. Matt Rourke AP)

Gdyby brytyjscy kolarze byli państwem, zajmowaliby jeszcze dziś rano dziewiąte miejsce w klasyfikacji medalowej, przed Australią, Japonią i Hiszpanią. - Nie mamy magicznych kół, mamy świetny system i ludzi - mówi Chris Hoy
Jest pewnie tylko kwestią czasu, gdy brytyjczycy postawią mu pierwszy pomnik. 36-letni Szkot we wtorek zdobył swój szósty złoty medal na igrzyskach. Zaczął jeszcze w Atenach w 2004 r., trzy złota dorzucił w Pekinie, teraz dwa kolejne. Specjalista od jazdy na torze został najbardziej utytułowanym brytyjskim sportowcem. Na szyi wioślarza Steve'a Redgrave'a wisiało pięć złotych medali. W środę Hoy trafił na okładki wszystkich gazet.

Brytyjscy kolarze - wśród nich także zwycięzca szosowej czasówki Bradley Wiggins - w klasyfikacji medalowej zajęliby siódme miejsce, ale jeśli policzyć tylko krążki wywalczona na torze, też byliby w czołówce. Na 10 konkurencji w welodromie, nie wygrali tylko trzech. Na 45 rozegranych wyścigów, zwyciężyli w 34. Z dwunastoosobowej ekipy torowców tylko Jess Varnish nie stanął na podium. Rywali zmiażdżyli - druga w klasyfikacji Australia zdobyła cztery krążki, w tym jedno złoto. Niemal 20 proc. wszystkich brytyjskich medali zdobyli torowcy.

Prawdopodobnie rozmiary brytyjskiego triumfu byłby jeszcze pokaźniejsze, ale Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) po igrzyskach w Pekinie zmieniła przepisy. Nie pozwala już dwóm zawodnikom z tego samego kraju startować w tej samej konkurencji. Brytyjczycy skarżyli się, że to prawo wymierzono specjalnie w nich, ale i tak sięgnęli po siedem złotych medali, tyle samo co w Pekinie.

Dziś są potęga, kiedyś na dwóch kółkach praktycznie nie istnieli. Hoy wspominał, że w 1996 r. jeżdżąc na zawody musiał podpisywać nazwiskiem swój kombinezon, a potem zwrócić go, żeby mógł z niego korzystać inny kolarz.

Zbawcą kolarzy okazał się Peter Keen, były trener świetnego czasowca Chrisa Boardmana. - Dajcie więcej pieniędzy, a zrobię z kolarstwa dyscyplinę przynoszącą medale - mówił w 1996 r., gdy został dyrektorem sportowym British Cycling. Pewnie nikt by go nie usłyszał, gdyby nie klęska Brytanii na igrzyskach w Atlancie. Rząd zaczął szukać sposobu, jak odbudować wyczynowy sport. I usłyszał Keena, który miał już gotowy plan.

Za pieniądze pochodzące z National Lottery zaczął sprowadzać australijskich i niemieckich trenerów (Hoya trenuje do dziś Niemiec Jan van Eijden), remontować tory, szkolić kolarzy, a także przejmować najzdolniejszych sportowców z innych dyscyplin. Rebecca Romero jeszcze w 2005 r. na MŚ w Gifu startowała w wioślarskiej czwórce. W Pekinie zdobyła złoto na kolarskim torze.

- Keen wiedział, że po igrzyskach w Atlancie, gdy powstał pomysł innego finansowania sportu, trzeba to wykorzystać. Że kilka medali, może rozpędzić śnieżną kulę, która da więcej pieniędzy, a potem jeszcze więcej sukcesów - opowiadał Hoy. Pomysły Keena kontynuował jego następca - Dave Brailsford, o którym środowy "Times" napisał, że jest największym wizjonerem i najskuteczniejszym menedżerem brytyjskiego sportu. Brailsford rozwijał wciąż tor, ale stworzył też zawodową grupę Sky, z zamiarem ekspansji na szosę i wygrania Tour de France. Dziś Brytania ma na szosie mistrza świata, mistrza olimpijskiego i tytuł w Tour de France na dokładkę.

"Jeśli bijesz na kolarskim torze Francuzów, dla których to jest narodowy sport, wiesz, że dobrze się sprawiłeś. Jeśli Francuzi, nie mogąc się pogodzić z porażką, oskarżają cię o oszustwo, wiesz, że sprawiłeś się świetnie" - napisał "Guardian".

Isabelle Gautheron, dyrektor francuskiej ekipy w Londynie, zarzucała, że koła brytyjczyków wzbudzają podejrzenia, że nie wyglądają tak samo, jak innych ekip, i że rywale dziwnie szybko chowają je do pokrowców. - Jak to możliwe, że zyskali aż tyle ułamków sekund - pytała. Jeszcze na kwietniowych MŚ Francuzi z Brytyjczykami czasem zwyciężali.

Brailsford zażartował wtedy, że "tajemnicą naszych kół jest to, że są okrągłe", co wywołało wściekłość francuskiej prasy. Zaczęła się nagonka, jak na Tour de France, gdzie trójkolorowi przegrywają od lat, a potem u wszystkich widzą nielegalny doping.

Diabeł tkwi jednak prawdopodobnie w pieniądzach - Brytyjczycy mieli ponad 50 mln funtów na przygotowania, najwięcej ze wszystkich, oraz w szczegółach. - Żeby być najlepszym, musisz pokonać rywali w najdrobniejszym detalu, musisz skumulować wszystkie drobiazgi na swoją korzyść - to ulubione powiedzonko Brailsforda. Szczegóły to rzeczywiście jego konik - kolarze mieli np. "gorące majtki" - jak przezwała je prasa - specjalne spodenki rozgrzewające mięśnie ud, wzorowane na ocieplanych pokrowcach do opon w F1. Brytyjczycy przed igrzyskami, a więc w PŚ i MŚ jeździli też... na gorszym sprzęcie niż w Londynie. Ich rowery - ważące na olimpiadzie po 6,8 kg (sama rama waży 1,4 kg!) - były wcześniej o 200 gram cięższe, niektóre części z włókien węglowych zastąpiono bowiem aluminiowymi. - Nie chcieliśmy rozpieścić kolarzy, najlepszy sprzęt dostali na najważniejsze zawody - mówił Brailsford. Kolarze mieli też nowatorskie kombinezony, oraz inaczej wyprofilowany przedni widelec w ramie, ale dziennikarze mówią, że tak naprawdę nikt nie wie, co było decydujące. - Wszystko na raz, drobiazgi, ludzie - podkreślają.

Kolarstwo to nie tylko trening, ale też technologia, pomysły, nieustające próby w tunelach aerodynamicznych. Ci, którzy nas dziś atakują, po prostu zaniedbali te elementy. Pieniądze nie są najważniejsze, trzeba umieć rozmawiać z ludźmi i szukać najlepszych rozwiązać metodą prób i błędów - podkreślił Boardman, były mistrz świata i olimpijski, pracujący dziś także w British Cycling.

- Brytyjczycy zawsze mają najnowszy sprzęt, my dostajemy go później - wzdychał Kevin Sireau, francuski kolarz, choć British Cycling zarzeka się, że wszystkie części były do kupienia na stronie internetowej, bo takie są przepisy UCI.

Przyszłość jest piękna. Poza 36-letnim Hoyem medale zdobyła też 20-letnia Laura Trott i 24-letni Jason Kenny, a na stronie internetowej British Cycling najczęściej klikanym linkiem jest "Znajdź klub kolarski koło domu".

Londyn 2012. Siatkówka. Skorek: Możliwe, że forma przyszła za wcześnie


Łukasz Jachimiak
 
08.08.2012 , aktualizacja: 08.08.2012 23:37
A A A Drukuj

08.08.2012, godzina 20:30

 Polska

Nowakowski, Winiarski, Kurek, Bartman, Żygadło, Ignaczak, Możdżonek
  • 213 Set25
  • 232 Set25
  • 171 Set25

Earls Court Exhibition Centre

Rosja 

Chtiej, Grankin, Tietiuchin, Musierski, Michajłow, Wołkow, Obomoczajew
- Siatkarze nie mają świeżości, dynamiki i tej radości z gry, którą mieli w lipcu. Możliwe, że nasza forma przyszła za wcześnie. To ogromne rozczarowanie. Wszyscy w Polsce, nawet ludzie, którzy na co dzień nie są związani z dyscypliną, oczekiwali dobrego występu, medalu. Siatkarze ich zawiedli - mówi Edward Skorek, mistrz świata i olimpijski w siatkówce, później trener polskich klubów po porażce Polski z Rosją 0:3 w ćwierćfinale igrzysk olimpijskich w Londynie.
Łukasz Jachimiak: Co się stało z polskimi siatkarzami? 

Edward Skorek: Zostali rozbici przez Rosjan. W żadnym z elementów nie podjęliśmy z nimi walki. Oni dominowali w zagrywce, w ataku, w bloku, a nawet w obronie. Rosjanie zagrali świetny mecz, potwierdzili, że są jednym z kandydatów do złota. Przykre, że nie sprawiliśmy im żadnych trudności. Po prostu nie istnieliśmy. 

Dlaczego tak się stało, dlaczego w najważniejszym momencie graliśmy zupełnie inaczej niż w lipcowym finale Ligi Światowej? 

- Widać, że jesteśmy w dołku. Sam początek olimpijskiego turnieju może jeszcze nie zapowiadał tego, co się w końcu stało, bo z Włochami zagraliśmy nieźle. Metamorfoza przyszła w meczu z Bułgarią. Już wtedy byliśmy bezradni, nie mieliśmy recepty na mocne zagrywki rywala. Później z Argentyną zagraliśmy poprawnie, ale spotkanie z Australią dawało wiele do myślenia. Przecież wygrywając startowalibyśmy do ćwierćfinału z pierwszego miejsca w grupie. A my skomplikowaliśmy sobie sytuację. Szanse na awans do czwórki zawaliliśmy sobie sami. To ogromne rozczarowanie, bo niedawno rzeczywiście graliśmy inaczej. Możliwe, że nasza forma przyszła za wcześnie, możliwe, że inne zespoły mecze przed igrzyskami traktowały mniej poważnie, że mocniej koncentrowały się na budowaniu dyspozycji dopiero na Londyn

Z obozu naszej kadry dobiegały sygnały, że po Lidze Światowej zawodnicy wchodzą w kolejne ciężkie treningi, które mają sprawić, że ich forma jeszcze wzrośnie. Może, brzydko mówiąc, zostali zajechani? 

- Trudno to oceniać, kiedy nie jest się na miejscu i nie obserwuje się wszystkiego z bliska. Sztab szkoleniowy cały czas monitoruje reakcje zawodników na trening. Ale z drugiej strony widać było, że zawodnicy nie mają świeżości, dynamiki i przede wszystkim tej radości z gry, którą mieli. Możliwe, że formę złapaliśmy za wcześnie i w tamtym okresie mieliśmy zdecydowaną przewagę nad innymi drużynami, bo te dopiero budowały swoją dyspozycję. Wielka szkoda, że tak wyszło. Wydawało się, że jest atmosfera w drużynie, że stworzył się fajny zespół, który wygrywa. Chociaż mnie martwiły niepotrzebne porażki jak choćby ta z Rosją na Pucharze Świata. W tie-breaku prowadziliśmy 14:9 i daliśmy sobie odebrać zwycięstwo. Wtedy wszyscy tłumaczyli, że wielkiej presji na zwycięstwo nie było, bo przecież już wcześniej zapewniliśmy sobie awans na igrzyska, a to było na Pucharze Świata najważniejsze. Tak nie można, w sporcie tak to nie działa. Jeżeli jest możliwość wygrania, to się wygrywa. Nie ma meczów nieważnych, wszystko zostaje w głowach chłopaków. 

Myśli pan, że nasi siatkarze nie wytrzymali mentalnie? 

- Pamiętam mecz z Rosją z 2006 roku, z mistrzostw świata w Japonii. Przegrywaliśmy 0:2, ich trener zmienił kilku zawodników, licząc na to, że już do końca będzie to mecz do jednej bramki. Raul Lozano szukając jakiegoś nowego rozwiązania wpuścił na boisko Grześka Szymańskiego i Piotrka Gruszkę. Byliśmy zdołowani maksymalnie, a oni odwrócili mecz. Tamto spotkanie na długo zostało w pamięci zawodników, bardzo wiele dla nich znaczyło, może teraz zawodnikom brakowało w głowach takiego meczu. Rosjan trzeba tłamsić, kiedy tylko się da. Wtedy łatwiej ich złamać w kolejnych spotkaniach. W ćwierćfinale igrzysk widać było, że oni nas się zupełnie nie bali. Mówimy, że ich atuty to blok, zagrywka i atak, tymczasem oni bronili dużo więcej piłek niż my. To my mieliśmy grać bardziej technicznie, kombinacyjnie, a było odwrotnie. Oni dominowali w polu, nawet ostatnia piłka była obroniona spod band, a my - jak w całym meczu - na moment wyłączyliśmy się z gry i obserwowaliśmy, jak Muserski przebija na stojąco, dając swojej drużynie ostatni punkt. 

Dlaczego siatkarze się wyłączali? Nagle przestali w siebie wierzyć? Przecież sami zapowiadali, że jadą po medal. A może przytłoczyły ich nasze oczekiwania - mediów, kibiców?

- Tacy zawodnicy muszą zdawać sobie sprawę z tego, że igrzyska są raz na cztery lata i że są imprezą zupełnie inną niż wszystkie. Tam naprawdę trzeba wielkiej odporności, umiejętności odnalezienia się w tej całej otoczce, wśród tych wszystkich wydarzeń, które tam się dzieją. One na koncentrację wpływają bardzo źle. Będąc w wiosce olimpijskiej trzeba i umieć żyć normalnie, i jednocześnie umieć się od wszystkiego odciąć, wyłączyć. Ktoś zdobył medal, ktoś przegrał, ktoś miał kontuzję - tym wszystkim żyje cała polska ekipa i każdy jej zawodnik. Trudno to wytrzymać, a kiedy jedzie się będąc jednym z faworytów, to jest jeszcze trudniej. My pojechaliśmy po tym jak Jurek [Hubert Wagner] zapowiedział, że jego interesuje tylko złoto. Czyli mieliśmy jeszcze trudniej niż podopieczni Andrei Anastasiego, bo oni aż takiego celu sobie nie stawiali, mówili tylko o medalu. Przyjadą bez niego i to jest porażka polskiej siatkówki

I całego sportu, bo w wiosce olimpijskiej, o której pan mówi, wielu naszych sportowców z innych dyscyplin w siatkarzach widziało pewniaków do olimpijskiego podium. 

- Wcale się temu nie dziwię, bo od wielu lat nasza dyscyplina ma ogromne środki na to, żeby się przygotowywać, realizować swoje zadania. Wiele dyscyplin nie ma takich możliwości. Zresztą, zostawmy pieniądze. Siatkarze cieszą się ogromnym zainteresowaniem mediów i publiczności, a to napędza koniunkturę. Za moich czasów w kadrze nie było nawet masażysty. Nie skarżę się, po prostu takie były czasy, nie chcę mówić, że obecna kadra powinna osiągnąć nie wiadomo co. Ale nie może pękać. Myśmy trenowali po osiem godzin dziennie, bo przepisy były takie, że mecze mogły trwać i po trzy godziny. Teraz wszyscy w Polsce, nawet ludzie, którzy na co dzień nie są związani z siatkówką, jeszcze dużo bardziej niż kiedyś oczekiwali dobrego występu, medalu. Siatkarze ich zawiedli. 


środa, 8 sierpnia 2012

Londyn 2012. Siatkówka. Zagrać jak Polska, przechytrzyć Rosję



Łukasz Cegliński, Londyn
07.08.2012 , aktualizacja: 07.08.2012 21:00
A A A Drukuj

08.08.2012, godzina 20:30

Polska

Czyśćca nie będzie, są tylko niebo i piekło. W ćwierćfinale igrzysk, najważniejszym meczu od lat, Polacy zagrają w środę z Rosją. Początek o 20.30. Relacja na Sport.pl
Gest, który wykonał Władimir Romanowicz Alekno, trener Rosji, był wyrazem siły, pewności siebie i spokoju. - Czy czuje pan, że forma zespołu rośnie, że w ćwierćfinale będziecie lepsi niż w grupie? - spytał rosyjski dziennikarz. Blisko dwumetrowe chłopisko rozparte na krześle nie potrzebowało słów. Mina Alekny, taka z przymrużonymi oczami i półuśmiechem na ustach, wyrażała wszystko. Łącznie z zadowoleniem.

Jakże wielki był to kontrast w porównaniu z tym, co dwie godziny wcześniej w tej samej sali konferencyjnej przez zaciśnięte usta i przy nerwowym uśmiechu artykułował Andrea Anastasi. W poniedziałek jego Polska po słabiutkim meczu przegrała 1:3 z Australią, Rosjanie tuż potem rozbili Serbię.

Polska i Rosja startowały w Londynie z różnych pułapów - biało-czerwoni, triumfatorzy Ligi Światowej, zwycięzcy 10 spotkań z rzędu, w pierwszym meczu w świetnym stylu pokonali 3:1 Włochów. Złoty sen brutalnie przerwały porażki z Bułgarią i Australią.

Rosjanie Ligę Światową odpuścili, ogrywali ich Kubańczycy i Serbowie. Szykowali się na igrzyska, ale w nich pierwszy poważny mecz przegrali sromotnie - 0:3 z Brazylią. A po dwóch setach meczu z USA przegrywali 0:2.

Ale podnieśli się, wygrali, w czwartym secie i tie-breaku Amerykanów rozbili. Podobnie jak potem Serbię. Nic dziwnego, że analityk polskiej reprezentacji Oskar Kaczmarczyk stwierdził po losowaniu: - Wolelibyśmy Brazylię...

Z Brazylią Polacy mogą się jednak spotkać dopiero w finale, do którego droga prowadzi przez Rosję i zwycięzcę sensacyjnego ćwierćfinału Bułgaria - Niemcy.

Ale najpierw jest ćwierćfinał. Mecz cel, mecz, o którym siatkarze i Anastasi od tygodni mówią, że jest najważniejszy. Wygrywasz - jesteś w strefie medalowej. Przegrywasz - toniesz w morzu rozczarowań.

Nie liczą się ostatnie cztery lata, nie liczą się wyniki w grupie. Liczy się tylko jeden mecz, w którym o wyniku mogą decydować detale. Pojedyncze piłki, jak cztery lata temu w Pekinie, kiedy biało-czerwoni w ćwierćfinale przegrali z Włochami 15:17 w tie-breaku.

- Musimy wyczyścić głowy - powtarzali siatkarze po meczu z Australią, w którym wygrana 3:0 dałaby im za ćwierćfinałowego rywala Niemców, przeciwnika ogrywanego regularnie. Szansę z rąk wypuścili, grają z Rosją - zespołem usadowionym w światowej czołówce, którego atutem są warunki fizyczne i siła.

Nawet jeśli średnią wzrostu Rosjanie Polaków przewyższają tylko o centymetr, to 218 cm środkowego Dmitrija Muserskiego robi wrażenie. Podobnie jak możliwości fizyczne pozostałych graczy - skocznych, silnych, zasłaniających w bloku pół boiska.

Poza tym - zagrywka. Rosyjski znak firmowy i element gry, który potrafi wbić w parkiet lub odrzucić od siatki, utrudniając rozegranie każdego przeciwnika. Polacy poczuli to w pierwszym secie meczu z Włochami, ale wówczas nawałnicę przeczekali. Potężna, precyzyjna zagrywka ma to do siebie, że utrzymać ją na świetnym poziomie przez cały mecz jest bardzo trudno.

By pokonać Rosję, Polacy muszą przede wszystkim wrócić do poziomu gry z Ligi Światowej lub ze spotkań z Włochami lub Argentyną. Wrócić do gry, w której skoncentrowany zespół nie popełnia prostych błędów, walczy o każdą piłkę i znajduje sposoby na oszukiwanie rywala.

- Słabym punktem Rosjan jest przyjęcie - mówi Kaczmarczyk. A skoro tak, to konieczna jest dobra zagrywka. Dobra, lecz niekoniecznie atomowa. - Powinna był zmienna - raz mocna i dynamiczna, a raz taktyczne floaty [zagrywka szybująca] - analizuje Wojciech Drzyzga, komentator Polsatu Sport.

Zagrywka, a konkretnie asy Jakuba Jarosza, pchnęły Polaków do zwycięstwa nad Rosją w meczu o brązowy medal zeszłorocznych mistrzostw Europy. Biało-czerwoni wygrali wówczas 3:1, dwa poprzednie mecze z Rosją za kadencji Anastasiego przegrali.

Jeśli taktyczna, zróżnicowana zagrywka rywali nie rozreguluje, Polacy muszą walczyć w bloku, którego organizacja w ostatnich meczach nie była na najlepszym poziomie. Progres jest bardzo istotny, bo Maksim Michajłow, Taras Chtiej i Siergiej Tietuchin atakują świetnie.

Kolejne wyzwanie - ominięcie rosyjskiego bloku. - Zróżnicowany atak, inteligentna gra, techniczne obijanie podwójnego czy potrójnego bloku może Rosjan frustrować. Oni są na to podatni - mówi Drzyzga. Rosjanie siły fizycznej nie przekładają na psychikę, w trudnych momentach potrafią się złamać.

Do zróżnicowanego ataku idealnie pasowałby Paweł Zagumny - wirtuoz rozegrania, czołowy rozgrywający świata, którego Anastasi wpasował w rolę rezerwowego, pełniącego rolę dżokera. W przegranych meczach z Bułgarią i Argentyną Zagumny gry Polaków nie odmieniał, choć wchodził na boisko w trudnych momentach, a atakujący grali nieskutecznie. Czy Anastasi zdecyduje się i teraz na roszadę na kluczowej pozycji?

Trener USA Alan Knipe, mówiąc o Rosjanach, podkreśla ich dobrze znane atuty, ale na koniec dodaje: - Najważniejsze, by wystarczająco zadbać o siebie, o własny styl i poziom gry. By w danym dniu być możliwie najlepszym zespołem.

Jeśli dzisiaj Polacy wrócą na swój poziom i będą górą w pojedynczych akcjach, detalach, to po meczu promieniał będzie Anastasi, a w skorupie zamknie się Alekno. Włoch będzie jak mag, który wyciąga czar w najważniejszym momencie bitwy, Alekno dołączy do szerokiego grona poprzedników, którzy nie wykorzystali możliwości drużyny. Polska zagra o medale igrzysk pierwszy raz od 32 lat, Rosja znów zderzy się z rozczarowaniem.

Czyśćca nie będzie, są tylko niebo i piekło. I dla jednych, i dla drugich.

Rafał Stec bloguje na żywo o meczu Polska - Rosja i innych siatkarskich ćwierćfinałach - A jednak się kręci »