czwartek, 11 października 2012

Kto obłowił się na tragedii smoleńskiej?


11.10.2012, 12:09
aFp
Trumny z ciałami ofiar, Tomasz Wierzejski, Fotonova

W Polsce przekręt można zrobić nawet na narodowej tragedii. Firma, której MON powierzył kupno i dostawę trumien dla ofiar katastrofy smoleńskiej wzięła pieniądze za czynności, których nie wykonała. SOS Agencja Funeralna zarobiła w ten sposób niemal 260 tysięcy złotych. Smoleńsk stał się źródłem dochodu dla niektórych osób w państwie. Sprawę ujawnił ”Superwizjer” TVN

Już kilka godzin po tym, jak Tu-154m rozbił się wSmoleńsku, rząd zajął się sprowadzeniem i organizacją pogrzebów ofiar.

Za pierwszy etap odpowiedzialność wziął MON, za drugi - Kancelaria Premiera. Szukaniem firmy, która kupi trumny i zadba o sprowadzenie ciał z Moskwy zajął się Inspektorat Wsparcia Sił Zbrojnych z Bydgoszczy. Choć jeszcze 10 kwietnia do rządu zgłosiła się Polska Izba Pogrzebowa oferując wzięcia na siebie wszystkich kosztów, ich propozycja została zignorowana. Urzędnicy odrzucili ofertę przejętych narodową tragedią przedsiębiorców, woleli zapłacić.

Inspektorat w osobie płk Marka Kalwasińskiego podpisał umowę z małą firmą z warszawskiego Żoliborza. SOS Agencja Funeralna zobowiązała się do zapewnienia szybkiej dostawy do Moskwy jednakowych trumien, włożenie do nich ciał ofiar i do ich hermetycznego zamknięcia. Umowa opiewała na ponad ćwierć miliona złotych.

Problem w tym, że żoliborska firma ani nie składała ciał do trumien, ani ich nie zamykała. Te czynności w Moskwie wykonywali polscy żołnierze z Opola! To nie wszystko – w momencie podpisania umowy firma nie miała zamówionych trumien. Dopiero w niedzielę zamówiła je u polskiego przedstawiciela firmy Ferrari, który oprócz luksusowych samochodów produkuje także wysokiej jakości trumny.

Według dziennikarzy „Superwizjera”, za transport trumien zapłaciło państwo, choć – jak ujawnia przedstawiciel Ferrari w Polsce Massimiliano Ronzat – Włosi przywieźli je do Polski za darmo, a w dodatku trumny sprzedali firmie SOS znacznie taniej.

– Firma Ferrari chciała uczestniczyć w takiej ciężkiej chwili, którą Polska przeżywała i transport był za darmo, to był gest firmy. Trumny były oddane za taką kwotę, że można nazwać to drugim gestem – mówił Ronzat w programie TVN.

Nie chciał podać konkretnej kwoty. Wojsko ujawniło, że za każdą z nich zapłacono 2850 zł. Tymczasem dziennikarze dotarli do informacji, z których wynika, że polscy importerzy, w tym firma z Warszawy płacili w 2010 roku ok 800zł za jedną trumnę!Anonimowy przedsiębiorca pogrzebowy sprzedający trumny wojsku, przyznał, że ktoś naciągnął państwo - No, 100tys. zł ktoś na tym "skrobnął" lekką ręką - powiedział mężczyzna.

Płk Marek Kalwasiński problemu w całej sprawie nie widzi. Na pytanie dziennikarzy, czy nie wypadałoby zmniejszyć wynagrodzenia wypłaconego firmie ze względu na czynności, których nie wykonała, pułkownik zaprzecza. – Ja myślę, że to się zdecydowanie zrekompensowało po naszej stronie w zakresie tym co nie było ujęte w umowie, a firma zrealizowała – stwierdził Kalwasiński. Nie potrafił jednak wymienić dodatkowych czynności, które firma SOS wykonała. Nie potrafi też racjonalnie wyjaśnić, dlaczego wybrano akurat tak mały zakład pogrzebowy.

Według TVN, SOS Agencja Funeralna zatrudnia jedynie kilka osób! – Na wielu etapach ona gdzieś tam się pojawiała i miała dobre referencje – wymijająco odpowiadał pułkownik. Potwierdził też, że firmę znaleziono poprzez... wyszukiwarkę internetową, wpisując hasło „firma pogrzebowa”. Postanowiliśmy to sprawdzić, ale wpisując podobne hasła trudno w pierwszej setce firm odnaleźć tę mieszczącą się na warszawskim Żoliborzu. Może więc tropów trzeba szukać gdzie indziej?

Dziennikarze TVN ustalili, że właściciel firmy Piotr Godlewski w okresie PRL był tajnym współpracownikiem Wojskowej Służby Wewnętrznej. Odchodząc do cywila w 1984 roku oświadczył, że gotów jest dalej współpracować ze służbami wojskowymi będąc w łączności z oficerem kontrwywiadu wojskowego. Czy to mogło mieć wpływ na wybór jego firmy? Kalwasiński skomentował to słowami „to kabaret jakich mało”.

Miejska firma też zarobiła na smoleńskich pogrzebach

Organizacją transportu trumien z Okęcia na Torwar i do Pałacu Prezydenckiego oraz pogrzebami ofiar katastrofy smoleńskiej na zlecenie Kancelarii Premiera zajęło się Miejskie Przedsiębiorstwo Usług Komunalnych wskazane przez urząd miasta. MPUK dostał za to z rządu 180 tys. zł. Ponieważ MPUK nie był w stanie sam podstawić tylu karawanów, zatrudniał podwykonawców. Prezes spółki Magdalena Rogozińska twierdzi, że to im musiała zapłacić. Jednak ci przedsiębiorcy pogrzebowi, do których dotarli dziennikarze „Superwizjera” zapewniają, że za swoje usługi nie wzięli ani grosza. – Nie mieliśmy nigdy na celu zarobkować na takim nieszczęściu – powiedział Robert Czyżak, właściciel zakładu z Wyszkowa. – Nasza firma zrobiła to za darmo. Wykonaliśmy jeszcze siedem innych pogrzebów również nieodpłatnie – zapewnia Sławomir Moch z Otwocka. Prezes Rogozińska twierdzi jednak, że płaciła.

niedziela, 7 października 2012

Politolog o teorii "13 kluczy": "Debaty się nie liczą, Obama na pewno zwycięży"



ps, PAP
07.10.2012 , aktualizacja: 07.10.2012 12:45
A A A Drukuj
Barack Obama podczas wiecu w Fairfax (stan Wirginia)

Barack Obama podczas wiecu w Fairfax (stan Wirginia) (Fot. KEVIN LAMARQUE REUTERS)

Amerykański politolog prof. Allan Lichtman przewiduje, że to ubiegający się o reelekcję Barack Obama wygra wybory prezydenckie w USA. Lichtman od 1984 r. ani razu się nie pomylił, używając swej metody prognozowania wyników wyborów "13 kluczy do Białego Domu" .
0 Obama jest nie tylko pewnym kandydatem, ale nawet jeśli do wyborów przydarzy mu się jeszcze jakiś błąd lub potknięcie, to wygra - powiedział Lichtman w Brukseli podczas debaty zorganizowanej przez think tank European Policy Center. Wypowiadał się już po nieudanej dla Obamy środowej debacie telewizyjnej z kandydatem Republikanów Mittem Romneyem. Zdaniem Lichtmana debaty nie mają znaczenia. - Liczy się rządzenie, a nie kampania - przekonuje.

Prof. Lichtman jest historykiem i politologiem w American University w Waszyngtonie. Analizując wyniki wyborów w USA od roku 1860 do 1980, stworzył metodologię prognozowania ich rezultatów, zwaną "13 kluczy do Białego Domu". Od rozpoczęcia prognoz w 1984 roku ani razu się nie pomylił, wszystkie jego przewidywania się sprawdziły.

Obama wygra, bo "tylko 3 tezy się nie zgadzają"

Owe 13 kluczy to po prostu lista tez, które generalnie zakładają, że faworytem wyścigu jest partia urzędująca (ta, z której wywodzi się obecny prezydent). Jeżeli co najmniej sześć z tych stwierdzeń jest fałszywych, to wygrywa partia opozycyjna.

W przypadku tegorocznych wyborów prezydenckich Lichtman prognozuje pewne zwycięstwo Obamy, bo tylko trzy tezy nie sprawdzają się i wskazują na niekorzystne dla niego trendy. Obama wygra więc nawet, jeśli nie wyjdą mu kolejne debaty z Romneyem. Bo np. "Urzędująca administracja nie została skażona większym skandalem" (jak np. afera Billa Clintona z Monicą Levinsky), "Nie ma znaczącego, poważnego trzeciego kandydata", czyli konkurenta, który mógłby zaszkodzić Obamie, tak jak w 2000 roku zaszkodził Demokratom kandydat Zielonych Ralph Nader. Zdobywając blisko 3 proc. poparcia, odbierał kluczowe głosy kandydatowi Demokratów Alowi Gore'owi, wskutek czego wygrał Republikanin George W. Bush.

Brak skandali, gospodarka nie jest w recesji

W przypadku Obamy zgadzają się też inne tezy: "Nie było poważnych prawyborów w partii, która ubiega się o reelekcję" czy "Kandydat partii ubiegającej się o reelekcję jest urzędującym prezydentem". Także teza "Obecna administracja osiągnęła znaczący sukces w polityce zagranicznej i sprawach wojskowych" jest prawdziwa, bo za taki sukces uważa się zabicie w ubiegłym roku przez amerykańskich żołnierzy szefa Al-Kaidy Osamy bin Ladena.

Na korzyść Obamy wypada też jeden z dwóch "kluczy" dotyczących gospodarki: "Gospodarka nie jest w recesji podczas kampanii wyborczej". Choć trwa kryzys, gospodarka USA wciąż minimalnie rośnie i - jak brzmi kolejna teza Lichtmana - "Nie doszło podczas kadencji do długotrwałych niepokojów społecznych".

Jedynie trzy minusy dla Obamy

Jedyne trzy założenia, które wypadają na niekorzyść Obamy, to: "Po wyborach uzupełniających partia ubiegająca się o reelekcję ma w Izbie Reprezentantów więcej miejsc, niż miała po poprzednich wyborach uzupełniających" (Demokraci stracili część mandatów w wyborach w 2010 roku); "Wzrost realnego PKB na mieszkańca w okresie kadencji (ubiegającej się o reelekcję partii) jest równy lub przekracza średni wzrost w ciągu dwóch poprzednich kadencji" oraz "Kandydat partii ubiegającej się o reelekcję jest charyzmatyczny bądź jest bohaterem narodowym". Można by dyskutować o charyzmie Obamy, ale po środowej debacie Lichtman nie waha się postawić mu minusa.

Sondaże, debaty, swing states i wiceprezydenci nieważni

Lichtman nie przejmuje się sondażami wyborczymi, bo przecież badania opinii można porównywać tylko do innych sondaży, a nie realnych wyborów - wyjaśnia. Dlatego nawet gdy badania wskazywały w 1988 roku na znaczną przewagę kandydata Demokratów, Lichtman do końca zapewniał, że to Republikanin zwycięży. I nie pomylił się.

Politologa nie interesują też tzw. swing states, czyli stany, które nie są zdecydowanie ani prorepublikańskie, ani prodemokratyczne - dlatego żaden z 13 kluczy ich nie dotyczy. "Trendy ogólnonarodowe przekładają się na wyniki w swing states" - mówi politolog. Dowodzi, że wszyscy zwycięzcy wyborów w USA od 1860 roku zawsze zdobywali też większość w głosowaniu ogólnokrajowym, poza jednym wyjątkiem, w 2000 roku, gdy starli się George W. Bush i Al Gore. Jednak różnica w ich wynikach była minimalna.

Za kompletnie nieistotne dla wyników wyborów prezydenckich Lichtman uważa też, kogo obie strony proponują na kandydatów na wiceprezydenta. - Ludzie głosują na lidera i tyle - przekonuje.

"Te wybory to starcie starej i nowej Ameryki"

Ogółem politolog ocenia wybory jako "starcie starej i nowej Ameryki". Elektorat Republikanów jest przeważnie biały; na kandydata Demokratów głosują częściej Latynosi i Afroamerykanie. Dlatego dodaje, że przyszłość - jeśli Republikanie nie zmienią polityki - należy raczej do Demokratów, zakładając coraz większą przewagę liczebną wyborców z szybko rosnących grup etnicznych.

Zwycięstwo Demokratów nad Republikanami w 2008 roku, po ośmiu latach rządów George'a W. Busha, Lichtman przewidział na dwa lata przed głosowaniem, zanim w ogóle wiadomo było, kogo Demokraci wystawią do wyścigu. - Demokraci mogli wziąć z książki telefonicznej czyjekolwiek nazwisko. I tak by wygrali - powiedział.

Uczestnicy debaty z Lichtmanem dopytywali, czy jego teoria "13 kluczy" stosuje się też do wyborów w innych państwach świata. - Nie, klucze były opracowane specjalnie dla USA, ale można byłoby stworzyć inne klucze, stosując podobną metodologię - powiedział.

Amerykanie wybierają prezydenta - najnowsze informacje z USA na naszym liveblogu >>>

Przejmująca relacja ws. katastrofy smoleńskiej. "Byłem jak w amoku"



Dymitr Książek, lekarz Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, który towarzyszył rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej, ujawnia, jak wyglądały te dramatyczne dni w Moskwie. - Byłem jak w amoku. Spaliśmy tam po godzinie, po dwie. Rodziny w ogóle nie spały - przypomina w rozmowie z "Wprost".

Wrak Tu-154M, Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Wrak Tu-154M, Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

- Nie, nie mówiliśmy nic przez dwa i pół roku. Tak się umówiliśmy między sobą, że nic. Nawet razem z kumplami, z ratownikami nie rozmawialiśmy o tym, co widzieliśmy tam, w Moskwie. To była taka... Ech, nie będę przeklinał - mówi Książek.

Przypomina też, że kiedy wrócił do domu powiedział do swojej żony, że "jeszcze wszystkich będą ekshumować". - Byłem jak w amoku. Spaliśmy tam po godzinie, po dwie. Rodziny w ogóle nie spały - twierdzi.

Lekarz przypomina, że już 11 kwietnia 2010 r. do Moskwy poleciały dwa samoloty - ze sprzętem, patomorfologami i właśnie z nimi. - Dostaliśmy informację, że będziemy się zajmowali rodzinami ofiar. Baliśmy się tylko, że jest nas pięciu na jakieś 200 osób - podkreśla.

- Pamiętam żonę rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego, która informowała nas o przebytych chorobach męża, jego znakach szczególnych. Była przekonana, że to, co mówi, może przyspieszyć identyfikację zwłok - mówi w rozmowie z "Wprost".

- My przecież nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będziemy pomagali przy identyfikacjach, że będziemy w chłodniach, w prosektorium, wszędzie - ujawnia.

Jak twierdzi, patomorfolodzy, którzy pojechali do Moskwy byli z kolei przekonani, że włączą się w pracę z Rosjanami i, że w momencie przylotu rodzin, ciała będą gotowe do okazania.

- I zaczęła się jazda. W Moskwie byliśmy 11 kwietnia ok. godz. 23. Wszystkim zabrano paszporty. Oddano nam chyba po dwóch dniach. Wsadzono nas w autobusy i przewieziono do hotelu - przypomina.

Zaznacza też, że część rodzin od razu chciała identyfikować swoich bliskich, ale nic nie było wiadomo. - Techników, patomorfologów nie było. Późną nocą minister Arabski i minister Kopacz zwołali spotkanie. Rodzinom dano sutą kolację – bliny z kawiorem – i kazano czekać.

Książek przyznaje, że to Ewa Kopacz desygnowała jego i jego kolegów do pracy. Jak podkreśla, od początku miał poczucie, że ówczesna minister zdrowia chce dużo zrobić i chce pomóc. - Ale wiem też, że to, co tam się działo, złamało ją, przerosło. Jak wszystkich - twierdzi w rozmowie z "Wprost".

Ujawnia też, że choć w swojej pracy ratował ludzi z najgorszych wypadków, nigdy wcześniej nie widziałem tylu ciał i takiej tragedii.

Pytany o działania patomorfologów tłumaczy, że w ciągu pierwszych dni po przylocie mieli trudności z rozpoczęciem prac. - Siedzieli na drewnianej ławie (w poniedziałek po katastrofie - przyp. red.), przed nimi biurko, na biurku sprzęt m.in. do badań DNA. I czekanie. I nic nie wiadomo, bo nic nie było uzgodnione - przypomina.

Twierdzi też, że wcześniej dostali informacje, że będą mogli pomagać w sekcjach zwłok i pobieraniu materiałów DNA, ale okazało się, że Rosjanie do niczego ich nie dopuścili. - Cały poniedziałek tak siedzieli. I cały poniedziałek trwało dogadywanie, żeby w końcu weszli do tego prosektorium - mówi.

Cały wywiad we "Wprost".

("Wprost",GK)