poniedziałek, 5 listopada 2012

Gwiazda: Kaczyńscy wyłamali się z układu okrągłostołowego i dlatego był Smoleńsk


wczoraj, 06:56
Andrzej Gwiazda, fot. Dominik Sadowski/Agencja Gazeta
Andrzej Gwiazda, fot. Dominik Sadowski/Agencja Gazeta

- Kaczyńscy wyłamali się z układu okrągłostołowego i dlatego był Smoleńsk. Gra toczy się z gangsterami. Ktoś zacierał ślady i komuś ten zamach był na rękę. PO zyskała stanowisko prezydenta, to duża korzyść. A pierwsze podejrzenie pada na tego, kto chciał "wyrżnąć watahę" - powiedział w drugiej części rozmowy z Onetem Andrzej Gwiazda.

Z Andrzejem Gwiazdą – współtwórcą Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża i NSZZ "Solidarność", rozmawia Jacek Nizinkiewicz.

Jacek Nizinkiewicz: Czy w dalszym ciągu uważa pan, że Okrągły Stół był błędem?

Andrzej Gwiazda: Okrągły Stół nie był błędem. Był zdradą.

W obradach Okrągłego Stołu uczestniczyli też bracia Kaczyńscy. A raczej Lech Kaczyński, który był bardzo aktywnym uczestnikiem Okrągłego Stołu.

Wiem. Wiele musieli zrobić, żeby nas do siebie przekonać. Wiele dobrego. Kaczyńscy wyłamali się z układu okrągłostołowego i dlatego był Smoleńsk. Gra toczy się z gangsterami.

Rosyjscy politycy są gangsterami, czy polska klasa rządząca?

Obie klasy rządzące, a szczególnie ich specsłużby wykazują takie cechy. Rzymska zasada: "Winny jest ten, kto odniósł korzyść". Ktoś zacierał ślady i komuś ten zamach był na rękę.

Komu katastrofa smoleńska "była na rękę"?

PO zyskała stanowisko prezydenta, to duża korzyść. A pierwsze podejrzenie pada na tego, kto chciał "wyrżnąć watahę".

To słowa Radosława Sikorskiego, wypowiedziane podczas jednego z wieców PO…

Myślałem, że to Palikot. Nie pamiętam też, kto powiedział, że "prezydent gdzieś poleci i to się wszystko zmieni"…

Bronisław Komorowski, podobnie jak szef MSZ, tłumaczył już sens swoich słów.

Gdyby prokuratorzy nie mieli kagańca politycznego, to takie wypowiedzi kwalifikują do aresztowania.

Radosław Sikorski i Bronisław Komorowski powinni zostać aresztowani?

No co pan? Przecież mają immunitet. I większość w Sejmie.

Skąd pan wie, że Lech Kaczyński zginał w wyniku zamachu?

Załóżmy, że był to wypadek. Na terenie obcego państwa ginie prezydent wraz z naczelnymi dowódcami wojska i elitą polityków. Podejrzenie o zamach jest nieuniknione. Rządy obu państw, aby oczyścić się z podejrzeń, oddają śledztwo w ręce specjalistów państw trzecich i instytucji międzynarodowych. Zabezpieczają teren katastrofy i wszelkie, nawet najdrobniejsze, ślady. Żadne państwo nie zgodzi się narażać swego prestiżu w obronie jakiegoś kontrolera lotów. W Smoleńsku teren katastrofy zaorano i zasypano piaskiem. Drzewa wokół wycięto, a szczątki samolotu trzymano pod gołym niebem tak długo, aby deszcze zmyły wszelkie ślady chemiczne. Na koniec wrak umyto! To tak, jakby w miejscu zwykłego morderstwa, przed śledztwem umyto podłogi, wypucowano klamki i inne miejsca gdzie mogłyby pozostać odciski palców, zagrabiono ścieżki i trawniki. Niszczenie dowodów przestępstwa wskazuje winnego.

Ale wraku nie przykrywali Rosjanie, mimo wielokrotnych próśb strony polskiej.

O tym słyszę pierwszy raz. Premier Tusk grożąc Polakom wojną z Rosją, jeśli będą się domagać prawdy, jednoznacznie oskarżał o zamach Rosję. Ale ślady zacierali nie tylko Rosjanie.

A kto jeszcze?

Trudno znaleźć przedstawiciela rządu, który nie kłamał, ale na czele kłamców jest minister Kopacz.

Rosjanie wprowadzili w błąd panią minister, która poleciała do Rosji wspierać rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej.

Gdyby minister Kopacz powiedziała: strona rosyjska zapewnia nas, że wszystko jest w porządku, a ja im wierzę bezgranicznie, nie byłoby kłamstwa, a tylko dowód głupoty i niekompetencji dyskwalifikujący awans na marszałka Sejmu. Kopacz wiedziała, że polscy patolodzy nie zostali dopuszczeni do sekcji zwłok. Ale kłamała nie we własnym, lecz w imieniu rządu.

Chciał się pan dowiedzieć kto leży w trumnie Anny Walentynowicz. Kiedy już się pan dowiedział, to co pan pomyślał?

Że zakaz otwierania trumien był celowy. Jeżeli rząd nie zdementował fałszywych tez lansowanych w mediach, tym samym wziął odpowiedzialność za te oszustwa. Janusz, syn Anny Walentynowicz powiedział mi: w Moskwie mama nie miała na twarzy obrażeń, wyglądała jakby spała. Rodzina pani Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej nie mogła zidentyfikować zwłok swej krewnej z powodu zmiażdżenia głowy, natomiast zwłoki p. Anny rozpoznała po rysach twarzy. Po ekshumacji w 2012 r. ciało Anny Walentynowicz miało tylko szczątki głowy, bez twarzy. Co wydarzyło się między kwietniem 2010 r. a wrześniem 2012 r.? Kto profanował zwłoki? Gdzie jest twarz Anny Walentynowicz?


- Kaczyńscy wyłamali się z układu okrągłostołowego i dlatego był Smoleńsk. Gra toczy się z gangsterami. Ktoś zacierał ślady i komuś ten zamach był na rękę. PO zyskała stanowisko prezydenta, to duża korzyść. A pierwsze podejrzenie pada na tego, kto chciał "wyrżnąć watahę" - powiedział w drugiej części rozmowy z Onetem Andrzej Gwiazda.

Jak pan zareagował na opublikowanie na rosyjskich stronach internetowych zdjęć ofiar katastrofy smoleńskiej?

Ktoś miał takie zdjęcia, to je opublikował. Nie oglądałem ich.

Kto mógł być tym "ktosiem"?

Każdy, od wysokiej rangi dygnitarza, jawnego lub tajnego, po robotnika do przenoszenia zwłok z telefonem w kieszeni. Zdjęcia mogły też zostać zmontowane np. photoshopem.

Czy publikacja zdjęć zwłok nagiego prezydenta jest upokorzeniem Polski i Polaków?

Nie jest upokorzeniem. Jest być może chamstwem. Internet jest zalany chamstwem, prymitywy zawieszają zdjęcia z ubikacji, dzieci, nagich koleżanek. Dopiero gdy zdjęcia okażą się autentyczne, powstanie kilka pytań: dlaczego nie znalazły się w aktach przekazanych polskiej prokuraturze? Czy pochodzą z akt prokuratury rosyjskiej itd.? Dla nas ważne jest czy te zdjęcia zawierają choćby drobne szczegóły poszerzające naszą wiedzę o przyczynach katastrofy. Prawdę tę musimy składać z dostępnych faktów. Naszym obowiązkiem jest przeanalizować zdjęcia pod tym kątem. Myślę, że ukazanie nagiego ciała prezydenta nie upokarza ani śp. Lecha Kaczyńskiego, ani Polski, ani Polaków. Polaków naprawdę upokarza wybranie rządu, który kłamie i mataczy śledztwo w sprawie domniemanego zamachu na Prezydenta Rzeczpospolitej. Zastanawiać się jakie kto miał intencje jest obecnie bez sensu. Anonimowy internet jest zawodnym źródłem informacji. Każdy może zawiesić co chce bez cienia odpowiedzialności. Dlatego śledząc katastrofę nie korzystałem z internetu. Kiedy jednak w "Uważam Rze" ukazało się zdjęcie brzozy, to przeprowadziłem analizę, z której wynikało, że…

Jak pan przeprowadził tę analizę?

Na podstawie wymiarów słoików z kwiatami i zniczy umieszczonych pod tą brzozą.

I co wynika z pańskich obliczeń?

Brzoza ze zdjęcia została złamana na wysokości nie 7 metrów, ale na 3.7 – 4.5 m, bo taka była dokładność mikroskopu na którym dokonywałem odczytu. O tę brzozę samolot mógł uderzyć przeciwnym skrzydłem niż to, które zostało urwane. Jeśli jakaś brzoza została ścięta, to nie ta brzoza. Mamy do czynienia z dezinformacją totalną i w drobiazgach. A jeżeli chodzi o dezinformację w związku ze śmiercią prezydenta, to każda dezinformacja ma wymiar zdrady stanu lub międzynarodowej agresji. Proces karny przyznaje prawo do kłamstwa tylko jednej osobie: oskarżonemu. Podstawowa teza śledztwa brzmi: ten winny kto kłamie. Sprawa katastrofy smoleńskiej, to nie jest sprawa między PiS a PO. Gdyby w katastrofie zginął prezydent Komorowski, to z równym uporem domagałbym się prawdy. Bo zamach na prezydenta jest zamachem na Polskę. Mocno uzasadnione podejrzenie o zamach stawia zasadnicze pytanie: czy zgadzamy się, żeby spory polityczne były rozstrzygane za pomocą skrytobójstwa? Czy uznajemy morderstwo za narzędzie walki politycznej. Wszyscy ci, którzy nie domagają się wyjaśnienia prawdy o katastrofie smoleńskiej, wszyscy ci, którzy odmawiają uczestnictwa w marszach domagających się prawdy, milcząco zgadzają się, żeby skrytobójstwo było narzędziem polityki. Ci, którym Smoleńsk jest obojętny, tym samym dają przyzwolenie na stosowanie morderstwa w polityce. Nawet gdyby z czasem wykazano, że katastrofa nie była zamachem, obecna obojętność pozostanie zachętą do przyszłych skrytobójstw.

Pańskie tezy są bardzo mocne. Wydaje mi się, że moglibyśmy jeszcze długo spekulować na temat Smoleńska, a lepiej poczekać na dowody. Zmieńmy temat. Jak pan dzisiaj postrzega Solidarność?

Solidarność po 20 latach znowu próbuje być związkiem zawodowym. Palenie opon nie jest działalnością związkową. Związek zawodowy, żeby bronić pracowników, ma tylko jedno narzędzie: strajk. Rozmowy i negocjacje, jeśli w tle nie stoi groźba strajku, są biciem piany.

Uważa pan, podobnie jak Lech Wałęsa, że sztandar Solidarności należy zwinąć?

Nie odnoszę się do wypowiedzi tajnego współpracownika bezpieki. A jeśli chodzi sztandar, to której Solidarności? Pierwszej, z lat 1980-1988, czy drugiej utworzonej w 1989 r.

Jakie ma pan dowody na agenturalną działalność Wałęsy?

Zachowywał się jak agent, widziałem to już w 1980 r. Dowody są w aktach państwowych. W 1992 r. uchwałą Sejmu RP minister spraw wewnętrznych został zobowiązany do ujawnienia agentów SB w kierownictwie państwa. Od tego czasu cała Polska wie, że Wałęsa był agentem. Przepraszam Macierewicza, że wtedy w niego zwątpiłem. Sądziłem, że nie odważy się podać Wałęsy na czele listy TW. O agenturalnej działalności Wałęsy można by napisać książkę.

Więc jak ma pan dowody, to proszę napisać książkę, zamiast niszczyć legendę Wałęsy.

Dowody są w państwowych archiwach. Książki zostały napisane, a ich autorzy ukarani. Legenda Wałęsy została stworzona by oszukać Polaków. Czy naprawdę uważa pan, że podtrzymywanie tej fikcji służy Polsce? A legendę Wałęsy najskuteczniej niszczy sam Wałęsa.

Nie przemawia przez pana zadra do Wałęsy, że to on a nie pan został szefem "S" i jest dziś legendą?

Czy naprawdę uważa pan, że tak wielu ludzi, w tym ja, zgodziłoby się dźwigać hańbę donosiciela i współpracownika bezpieki, za cenę pieniędzy i "sławy" Wałęsy? W holenderskiej encyklopedii czytamy: "Wałęsa dostał Nagrodę Nobla za rozgromienie radykalnego skrzydła Solidarności". Gdyby nie Wałęsa, to może dzisiaj Polska nie byłaby państwem peryferyjnym.

Gdyby nie Wałęsa może dzisiaj nie bylibyśmy państwem niepodległym.

A pan uważa, że Polska jest państwem niepodległym? Dzisiaj można od wyroków sądów polskich odwoływać się do Strassburga. Za PRL nie odwoływaliśmy się do sądów w Moskwie. Chociaż PZPR spełniała wszystkie zachcianki Kremla, to jednak Moskwa nie mogła jawnie nam dawać dyrektyw i karać za ich nie wykonanie. PRL nie miała też obowiązku dostosowania polskiego prawa do prawa ZSRR. A ponieważ: "Nie ma chleba bez wolności, a wolności bez chleba", połowa społeczeństwa uważa dzisiaj, że za PRL żyło się lepiej. A to nie są resentymenty, lecz twarde realia. Gdyby premier Kaczyński nie przyznał nam z żoną dodatków do emerytury, w ankiecie musiałbym napisać, że pod względem finansowym za komuny miałem lepiej. W podobnej i znacznie gorszej sytuacji są tysiące opozycjonistów i członków Solidarności, którzy zakwestionowali marksizm oraz drapieżność kapitalizmu. O tym muszą pamiętać ci wszyscy, którym w III RP żyje się lepiej. Doceniam, że ani Sakiewicz, ani Rydzyk, ani ja nie siedzimy w więzieniu. Doceniam, że mogłem pojechać nawet do Chin. Przywiozłem od nich mądrość chińskiego filozofa: "W państwie dobrze rządzonym, wstyd jest być biednym. W państwie źle rządzonym, hańbą jest być bogatym".

W pierwszej części rozmowy z Onetem Andrzej Gwiazda powiedział m.in.: Pytanie dlaczego Polacy chcą Tuska, jest tym samym pytaniem co: dlaczego ludzie płakali po śmierci Stalina. Wszystkie społeczeństwa ulegają propagandzie. Mamy 20 lat intensywnej propagandy, wobec której większość Polaków jest bezbronna. Przez ostatnie 10 lat Polacy słyszeli, że PiS to wataha przeznaczona do wyrżnięcia. A to jest partia, która od dawna organizuje debaty, spotkania, dyskusje, tylko wcześniej tego nie transmitowano.

Tenis. Janowicz: 'Marzenia się spełniają i to w niesamowitym tempie'


- Marzenia się spełniają i to w niesamowitym tempie - przyznał w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej Jerzy Janowicz, który dotarł do finału prestiżowego turnieju ATP Masters 1000 w paryskiej hali Bercy. Polski tenisista awansuje z 69. na 26. pozycję w rankingu światowym.
Turniej życia, ogromny skok w rankingu i popularność, a wszystko w tydzień. Pańskie marzenia chyba się właśnie spełniają i to kilka dni przed 22. urodzinami?

Faktycznie marzenia się spełniają, choć to wszystko dzieje się w niesamowitym tempie i trochę jednak zaskakującym. Kto by się spodziewał, że 21-latek i to numer 69. w świecie przebije się nagle do finału turnieju rangi Masters 1000, w którym tak daleko dochodzi najczęściej czołowa czwórka rankingu, a rzadziej zawodnicy z ósemki czy dziesiątki. To dla mnie szok i wciąż nie potrafię tego za bardzo ogarnąć. Potrzebuję trochę czasu, żeby wszystko uporządkować, ułożyć w głowie.

Patrząc na transmisje można było odnieść wrażenie, że całkiem dobrze się pan odnajduje w nowej roli...

Może w telewizji czy na korcie wyglądałem na opanowanego, ale tak naprawdę to w środku mnie już nie było tak fajnie. Wciąż nie mogę zrozumieć, jak ja, zwykły szaraczek, doszedłem do finału tak dużego turnieju, powyżej którego są już tylko Wielkie Szlemy i masters. Tym bardziej, że przecież wcześniej musiałem grać tu w eliminacjach, bo miałem zbyt niski ranking, żeby się znaleźć w głównej drabince. Wciąż nie do końca wiem, jak to się wszystko stało, bo jeszcze pewne rzeczy do mnie nie dotarły.

Czyli właściwie należałoby teraz szybko położyć się na kozetce u psychoanalityka?

Nie jest to najgorszy pomysł, bo chyba mało kto potrafiłby sobie samemu poradzić z takim stresem. Tym bardziej, że przeżyłem to wszystko mając zaledwie 21 lat.

Ale chyba miał pan w Paryżu czas na oswojenie się z sukcesem przy okazji kolejnych zwycięstw z dużo wyżej notowanymi rywalami?

Nie do końca. To były dla mnie po prostu kolejne mecze w turnieju. Pierwszy, drugi, trzeci i tak dzień po dniu, bez dłuższej chwili na odpoczynek i zastanowienie. Pewnie dlatego właściwie przez cały tydzień nie mogłem spać ani nie miałem apetytu. Po prostu nadmiar emocji i adrenaliny, zresztą to jeszcze nie minęło, choć kilka godzin temu skończył się finał. Nie było to dla mnie łatwe i muszę się nad tym wszystkim spokojnie zastanowić. Łatwo o rozprężenie, a nie bardzo jest na nie czas, bo przede mną trzy tygodnie odpoczynku i od razu rozpocznę przygotowania do nowego sezonu.

Zazwyczaj ktoś, kto pokonuje Murraya, Federera czy Djokovica, w kolejnej rundzie jest zagubiony i przegrywa ze słabszym rywalem. Jak panu udało się tego uniknąć?

Nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Tym bardziej, że Murray miał przecież do dyspozycji meczbola i nie wykorzystał go. Mimo to wygrałem z trzecim tenisistą świata, a już dzień później musiałem wyjść na kort, żeby spotkać się z numerem dziewięć w świecie. Z Tipsarevicem zagrałem jednak w zasadzie koncertowo, szczególnie w drugim i trzecim secie. A przecież miałem już w nogach dwa mecze w eliminacjach, no i trzy jeszcze cięższe w turnieju głównym...

...w którym najniżej notowany z pokonanych przez pana rywali zajmował 20. miejsce w rankingu. Chyba każdy na pana miejscu powiedziałby o fatalnej drabince?

Przez cały turniej nie analizowałem drabinki, patrzyłem tylko na najbliższy mecz, a każda kolejna runda wydawała mi się i tak nierealna. Ten występ przyniósł mi niesamowite doświadczenia i nigdy go nie zapomnę. Powinien mi pomóc w przyszłości, nawet, jeśli nie wszystko pójdzie tak dobrze. Zresztą tutaj też pozostał pewien niedosyt. Nawet nie dlatego, że przegrałem z Ferrerem, bo to jeden z najlepszych tenisistów świata, ale dlatego, że w finale zagrałem dość słabo. Niestety, dzisiaj chyba wreszcie dało znać o sobie zmęczenie.

Rozmawiał Tomasz Dobiecki

niedziela, 4 listopada 2012

Urządzenia z bolcem i podejrzane maszyny - jak głosują Amerykanie?


Paulina Kozłowska, Michał Kolanko

2012-11-02

Pocztą lub osobiście. Kilka tygodni wcześniej lub w dniu wyborów. Za pomocą specjalnych maszyn lub listownie. Jak głosują Amerykanie?

Fot. Alex Brandon AP

Tak wygląda wcześniejsze głosowanie w stanie Maryland
+ więcej zdjęć

W Stanach Zjednoczonych dozwolone jest głosowanie za pomocą poczty, choć niektóre stany wymagają podania powodu, dla którego ktoś chce oddać głos wcześniej. Wypełnioną kartę odesłać można pocztą, przynieść do punktu wyborczego lub pojawić się w nim wcześniej i oddać głos za pomocą specjalnego urządzenia.

Ale wszystko zależy od tego, w którym stanie się mieszka. Na przykład w Oregonie i Waszyngtonie wszystkie karty do głosowania można wysłać pocztą.

Floryda i urządzenia z bolcem

Po tym, jak w 2000 roku wielu wyborców na Florydzie narzekało na nieczytelne karty i sposób głosowania, stany zaczęły inwestować w urządzenia do głosowania elektronicznego.

Dwanaście lat temu Floryda przeżyła tzw. recount, czyli ponowne liczenie głosów. Wielu wyborców, przede wszystkich starszych osób i emerytów mieszkających w tym stanie, deklarowało, że choć zagłosowało na Pata Buchanana, to miało zamiar, i było przekonanych, że głosują na Ala Gore'a. Powodem pomyłki miały być mało czytelne karty, które mogły wprowadzać wyborców w błąd.

Podczas akcji przeliczania głosów prawnicy George'a W. Busha, kandydata Partii Republikańskiej, i Ala Gore'a, który startował z nominacją Partii Demokratycznej, spierali się, jak wygląda poprawnie oddany głos, czy dziurka, którą zrobił bolec, powinna być okrągła, czy prawidłowo oddany głos może mieć otwór w kształcie półksiężyca, i czy jeśli kawałek papieru, który miał być oderwany przez dziurawiący kartę do głosowania bolec, ma być w całości oderwany, czy też może wciąż być przytwierdzony. Spierano się także o maszyny - o to, z jaką siłą należało uderzyć w wajchę, by oddać ważny głos. Walka pomiędzy prawnikami obu stron, jakkolwiek kuriozalna, to pokazała jednak, że maszyny używane w tym stanie są przestarzałe.

Ohio i podejrzane maszyny

W kluczowym dla tych wyborów stanie Ohio stosowane są elektroniczne metody głosowania - głosujący naciska na ekranie nazwisko kandydata, które chce wybrać. Ale te maszyny są podejrzane dla niektórych na amerykańskiej lewicy. Jak się bowiem okazuje, Tagg Romney - najstarszy syn Mitta - za pomocą skomplikowanej sieci inwestycji zainwestował w firmę dostarczającą maszyny wyborcze w Ohio. Dla niektórych lewicowych aktywistów to sygnał, że sztab Romneya może chcieć ingerować w elektronicznie liczone wyniki głosowań.

Jest jeszcze jedna kwestia w Ohio, która budzi wątpliwości - i to nie tylko lewicy. W tym roku praktycznie wszyscy mieszkańcy Ohio dostali pocztą formularze zgłoszeniowe, które pozwalają im otrzymać (właśnie za pomocą poczty) kartę do głosowania. Po jej wypełnieniu i odesłaniu, głos liczy się normalnie. Ale jeśli ktoś wypełnił formularz, a później dostał kartę do głosowania i z niej nie skorzystał, może mieć problem w dniu wyborów. Po przyjściu do lokalu wyborczego taki wyborca dostaje specjalną kartę - provisional ballot - które zgodnie z planem zostaną zliczone dopiero 10 dni po wyborach, po upewnieniu się, że ktoś nie zagłosował po raz drugi. Jak się ocenia, takich głosów może być nawet ćwierć miliona. A ponieważ w 2004 roku Bush wygrał z Kerrym różnicą 118 tysięcy głosów, ilość "provisional ballots" może zdecydować o wyniku. W najgorszym razie wyniki poznamy w tym roku dopiero 16 listopada.

Zagłosuj wcześniej!

Sztaby wyborcze mocno inwestują we wczesne głosowanie. Chodzi o to, by przed dniem wyborów "złapać" nie tylko głosy aktywistów i najbardziej zaangażowanych wyborców, ale także "sporadycznych" głosujących, którzy inaczej by nie zagłosowali. Wtedy wczesne głosowanie może przynieść zyski.

Rejestracja obowiązkowa, dowód niewymagany

Jest jeden czynnik, który zdecydowanie odróżnia USA od Polski. Głosować może tylko osoba, która się wcześniej zarejestrowała. Zwykle taka rejestracja jest możliwa do 5 dni przed wyborami - wszystko zależy od stanu. Tylko w niektórych stanach jest możliwa rejestracja tego samego dnia co wybory - m.in. w Wisconsin czy Minnesocie.

Na dodatek podczas samego głosowania nie zawsze trzeba pokazywać dokument ze zdjęciem - znów, procedura zależy od konkretnego stanu, w niektórych trzeba mieć prawo jazdy, legitymację studencką lub taką z NRA, w innych nie trzeba potwierdzać, że jest się tym, kim się zadeklarowało. Co może szokować - choć nie wszędzie sprawdzają, czy dana osoba ma prawo zagłosować, w zasadzie nie zdarzają się w Stanach fałszerstwa wyborcze.

Czy czeka nas powtórka z koszmaru wyborczego z Florydy? Mimo wielu prób modernizacji, system wyborczy w USA dalej pozostaje niespójny i pełen niebezpieczeństw dla wyborców oraz dla sztabów.