poniedziałek, 19 listopada 2012

Finał Pucharu Davisa: Jedyny taki Radek

Adam Romer, Praga
 
18.11.2012 , aktualizacja: 18.11.2012 23:03

A A A Drukuj
Radość Radka Stepanka

Radość Radka Stepanka (Fot. Petr David Josek AP)

Podobno w tenisie wieku zawodnikom się nie wytyka. Ale 34 lata to już bez wątpienia bliżej emerytury niż początku kariery. Tyle właśnie skończy za dziewięć dni Radek Stepanek. Człowiek, który doprowadził czeski tenis do największego sukcesu od czasów Ivana Lendla. Czesi wygrali 3:2 z Hiszpanią w setnym finale Pucharu Davisa!
Nikt, ale to nikt nie mógł przewidzieć takiego scenariusza niedzielnych pojedynków. Po tym jak debel Stepanek/Berdych z trudem uporał się z hiszpańskimi zwycięzcami deblowego Mastersa, Hiszpanie musieli liczyć na swoich singlistów, a Czesi obliczali swoje niedzielne szanse.

- Stawiam na Berdycha. On zdobędzie dla gospodarzy decydujący punkt. Ivan Lendl mówi nawet, że wygra w trzech setach - opowiadał w sobotni wieczór Wojciech Fibak, który cały finał śledził u boku swojego dawnego podopiecznego Lendla.

Fibak dodawał też, że jeśli Tomas Berdych nie wygra, to nie daje wielkich szans Radkowi Stepankowi w starciu z młodszym o siedem lat Nicolasem Almagro. Trudno było się z taką opinią nie zgodzić, szczególnie po tym, co Hiszpan pokazał w piątek, gdy przez pięć setów uprzykrzał życie pierwszej rakiecie Czechów. Wprawdzie Berdych wygrał, ale Almagro pozostawił doskonałe wrażenie i przekonanie ekspertów, że w singlu na szybkiej nawierzchni w praskiej hali O2 czuje się wyśmienicie.

- Stepanek kocha atakować, ale w takiej formie Almagro raczej nie da mu szans - kończył dzień przed meczem swoją analizę Fibak.

Trudno się dziwić, że jeśli tak mówili sami najwięksi w czeskim i polskim tenisie, to miny czeskich kibiców rzedły z każdą kolejną piłką przegrywaną przez Berdycha. Pierwszy niedzielny singiel, który miał im dać upragniony trzeci punkt, zamienił się w bezlitosną egzekucję wyczerpanego po dwóch dniach gry Czecha. David Ferrer, który rozgrywa najlepszy sezon w karierze, pokazał mu, jaka różnica dzieli miejsca nr 5 i 6 w rankingu ATP, jakie zajmowali obaj panowie przed tym finałem. To nie tylko 1825 punktów rankingowych, ale też witalność, zadziorność i nieustępliwość na korcie przemawiały na korzyść Hiszpana.

- Jeśli mogłem w tym meczu zrobić coś więcej, to przepraszam, ale nie wiem, co mogłoby to być - mówił ze zwieszoną głową Berdych na pomeczowej konferencji.

Ferrer miał wlać nadzieję w serca Hiszpanów i zrobił to, można powiedzieć, w ekspresowym tempie. Po trzech setach, czterech breakach przewagi było po wszystkim i można powiedzieć, że wszystko zaczynało się od nowa.

Wszystko było w rękach i nogach Almagro i Stepanka. A statystyka w tym wypadku była dla prawdziwego Mohikanina gry "serve-and-volley", jakim jest Czech, bezwzględna. Jedynym tenisistą, który w wieku powyżej 30 lat wygrał piąty decydujący mecz w dziewięćdziesięciu dziewięciu poprzednich finałach Pucharu Davisa, był 31-letni Brytyjczyk James Parker, i zrobił to w 1912 roku w Melbourne. W pozostałych 19 przypadkach, gdy w finale dochodziło do ostatniego pojedynku, wygrywali go zawsze młodsi tenisiści. Do tego Stepanek miał w nogach morderczy pojedynek deblowy z soboty i w pamięci porażkę z Almagro w pierwszej rundzie tegorocznego US Open. Wszystko to mogło Czecha nastroić źle, tymczasem Stepanek okazał się prawdziwym liderem drużyny. Charyzmatycznym nie tylko w prowadzeniu ekipy czeskiej (mówi się tu głośno, że to właśnie Radek decyduje o wszystkim, a nie kapitan Jaroslav Navratil), ale także na korcie.

W niedzielę w Pradze zagrał najważniejszy mecz w życiu i zagrał go w swoim najlepszym z możliwych stylu. Atakował, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja, czekał cierpliwie, gdy trzeba było Hiszpana przetrzymać z końca kortu, niemal w ogóle nie dokonywał złych wyborów. Jego wolej i półwolej okazał się bronią zabójczą, dzięki której pozbawił złudzeń młodszego rywala. Grał koncertowo!

Nawet chwilowy moment lepszej gry Almagro, gdy Hiszpan odwrócił losy trzeciego seta i mimo wczesnej utraty swojego podania wygrał tę partię, nie wybił Czecha z uderzenia.

Niesiony dopingiem ponad 10 tysięcy zachwyconych czeskich kibiców Stepanek z początkiem czwartego seta znów odebrał serwis rywalowi i objął prowadzenie 3:0.

W tej sytuacji miejscowi kibice, którym z temperamentu zdecydowanie bliżej do dobrego wojaka Szwejka niż do fanatycznych fanów z południa Europy, już nie zamilkli ani na chwilę. Ponieśli swoim dopingiem Stepanka do kolejnych spektakularnie zdobywanych punktów i w ostateczności do końcowego zwycięstwa.

A potem działo się w O2 Arenie - Stepanek całował się z żoną Nicole Vaidisovą, tenisiści biegali z niebiesko-biało-czerwonymi flagami wokół, kapitan Navratil uronił łzę, a kibice zgotowali swoim prawdziwą fetę.

W ten sposób Czesi dostali kolejny dowód, że tenis jest ich sportem narodowym, a miejscowi restauratorzy - potężny zastrzyk gotówki za tysiące kufli piwa wypitych w praskich (i nie tylko) gospodach ku chwale niespodziewanych zwycięzców jubileuszowego, setnego finału Pucharu Davisa.

- Jesteśmy drużyną i cała drużyna, cały naród tu wygrał - zapewniał na pomeczowej konferencji Stepanek w otoczeniu kolegów, ale trudno było odnieść inne wrażenie niż to, że był to klasyczny "one-man show" w wykonaniu Radka.

CZECHY - HISZPANIA 3:2

Radek Stepanek - David Ferrer 3:6, 4:6, 4:6;

Tomas Berdych - Nicolas Almagro 6:3, 3:6, 6:3, 6:7 (5), 6:3;

Berdych, Stepanek - Marcel Granollers, Marc Lopez 3:6, 7:5, 7:5, 6:3;

Ferrer - Berdych 6:2, 6:3, 7:5;

Stepanek - Almagro 6:4, 7:6(0), 3:6, 6:3. 

niedziela, 18 listopada 2012

Były szef BOR o zarzutach: Dywagacje i życzenia. Robimy tyle, na ile nas stać


ps, PAP
09.01.2014 , aktualizacja: 09.02.2012 21:47
A A A Drukuj
Generał Mirosław Gawor, były szef Biura Ochrony Rządu

Generał Mirosław Gawor, były szef Biura Ochrony Rządu (Fot. Robert Kowalewski / AG)

BOR pracuje jak inne służby, a na większą ochronę nie pozwala nam budżet. Opinia biegłych jest życzeniowa i nie ma uzasadnienia w prawie. Na jakiej niby podstawie mielibyśmy zabezpieczać trasę przejazdu? - pytał były szef BOR gen. Mirosław Gawor, komentując zarzuty prokuratury wobec BOR dotyczące katastrofy smoleńskiej.
Prokuratura postawiła zastępcy szefa BOR gen. Pawłowi Bielawnemu dwa zarzuty (m.in. niedopełnienia obowiązków) w śledztwie dotyczącym przygotowań wizyt prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska w Katyniu w kwietniu 2010 r. Dziś Bielawny został zdymisjonowany ze stanowiska.

- Jak powinno wyglądać zabezpieczenie takiej wizyty - pytała Polska Agencja Prasowa byłego szefa BOR Mirosława Gawora. - Od lat powtarzam, że polskie Biuro Ochrony Rządu w swojej działalności robi niezbędne minimum, bo na tyle nas stać. Oczywistą rzeczą jest, że chcielibyśmy robić więcej, ale nie zawsze na to pozwalają warunki - odpowiedział Gawor.

"Prezydenta USA stać na 300 ochroniarzy"

Generał tłumaczył, że BOR działa jako inne służby w Europie i na świecie, a w Rosji lokalne służby ochrony nie odbiegają od standardów światowych: - USA i Rosja stosują "ochronę totalną", bo ich po prostu na to stać, poza tym nie bez znaczenia jest, że posiadają broń atomową - mówił.

- Gdy kierowałem BOR, to na zabezpieczenie wizyty zagranicznej prezydenta lub premiera nigdy nie udało mi się wysłać więcej niż dziesięciu oficerów. Tymczasem, gdy amerykański prezydent przylatuje do Polski, towarzyszy mu 300 ochroniarzy. To nie znaczy, że oni nie mają zaufania do służb gospodarza lub przejmują dowodzenie. Po prostu mają na to pieniądze - zaznaczył.

Gawor powiedział, że zabezpieczenie zagranicznych wizyt prezydenta i premiera zawsze odbywa się według tego samego schematu, jak podróże do Smoleńska w kwietniu 2010 r. - Odbywa się to w ten sposób na całym świecie. Nikt z zewnątrz nie jest w stanie dobrze zabezpieczyć wizyty bez współpracy z gospodarzem. Zadaniem służb kraju gościa jest zabezpieczenie fizyczne i jednocześnie obserwowanie, czy gospodarze robią wszystko jak należy - stwierdził.

"Niby na jakiej podstawie mielibyśmy sprawdzać trasy przejazdu?"

Zdaniem generał w ekspertyzie biegłych dla prokuratury jest dużo niedomówień i nieścisłości. - Dla mnie jest to życzeniowa opinia, która nie ma uzasadnienia w faktach, a w większości wypadków - w prawie. Na przykład kwestia, czy lotnisko spełnia wymogi techniczne - to nie jest sprawa BOR-u, tylko specpułku. BOR nie ma nawet odpowiednich fachowców, by to ocenić. Podobnie zarzut, że nie sprawdzono tras przejazdu. Ale niby na jakiej podstawie miałyby to na terenie Rosji zrobić polskie służby? Na podstawie jakiego prawa? - pytał.

Podobnie odniósł się do zarzutów o brak ochrony samolotów na lotnisku. - Lotnisko w Smoleńsku, jako obiekt wojskowy, jest dozorowane przez całą dobę. Jeżeli podczas wstępnych ustaleń przed wizytą, Rosjanie zadeklarowali, że biorą na siebie zabezpieczenie lotniska, w tym polskiego samolotu, BOR nie ma podstaw, żeby im nie ufać - wyjaśnił.

"Gospodarz zabezpiecza obiekt. Tylko idiota wpuściłby obce służby..."

Biegli zaznaczyli w opinii, że w grupie rekonesansowej i zabezpieczającej zabrakło m.in. pirotechnika i lekarza. - Gdybyśmy mieli tak działać, na przygotowanie wizyty w Katyniu powinno polecieć 10-15 funkcjonariuszy, a później na fizyczne zabezpieczenie - 20 albo 30 - skomentował to Gawor, dodając, że przy takim postępowaniu "budżet BOR kończyłby się w maju". - Poza tym o liczbie miejsc dla ochrony w samolocie nie decyduje szef BOR, tylko organizator wizyty - dodał.

Według byłego szefa Biura to gospodarz powinien zapewnić zabezpieczenie sanitarne, biochemiczne i pirotechniczne. - Zresztą wyobraźmy sobie, że gość z zagranicy chce lądować w polskiej bazie wojskowej. Tylko idiota wpuściłby obce służby. Taki obiekt jest dozorowany przez całą dobę, a gość może co najwyżej zgłosić - i jest to norma - żeby nie odbywały się tam w tym samym czasie np. żadne prace techniczne - wyjaśniał.

"Oficer, który zginął w Smoleńsku, miał większą wiedzę niż oceniający"

Gawor zaznaczył, że nie ma żadnych przesłanek wskazujących na rolę ochrony w katastrofie lotniczej. - Na pokładzie nie wybuchła bomba, nikt maszyny nie ostrzelał z terenu lotniska itp. - wymieniał - Dlatego dla mnie dużym zaskoczeniem jest, że zarzut dotyczy wiceszefa BOR-u. Według mnie funkcjonowanie ochrony to poboczny wątek, który jest ciągnięty zupełnie niepotrzebnie. Widzę tu też podgrzewanie atmosfery przez prokuraturę - mówił.

Generał powiedział także, że płk Jarosław Kaczyński (byłego wiceszefa BOR, który odwoływał się od decyzji o zwolnieniu go ze służby) nie powinien jego zdaniem podejmować się roli biegłego. Zaznaczył, że ppłk Jarosław Florczak, który zabezpieczał wizyty w Smoleńsku (zginął w katastrofie smoleńskiej) był jednym z bardziej doświadczonych oficerów: - Moim zdaniem wiedza profesjonalna ppłk. Florczaka była o wiele wyższa niż tego, który go oceniał.

"Czy stać nas na to, żeby setkę agentów wysłać do Smoleńska?"

- Ta sytuacja osobiście mnie boli, bo powoduje złą atmosferę wokół BOR. Wciąż czuję się związany z tą firmą - mówił Gawor.

- Czy powinniśmy na przyszłość zmienić sposób ochraniania najważniejszych osób w państwie podczas podróży zagranicznych? - pytała generała PAP.

- To jest pytanie, czy powinniśmy wsadzić w samolot setkę agentów ochrony i wysłać ich wcześniej do Smoleńska. Może i powinniśmy, tylko, czy nas na to stać? - pytał retorycznie generał - Niech wszyscy przeanalizują wizyty, które się odbywają w Polsce, oprócz wizyt rosyjskich i amerykańskich. Czy przylatuje 50, czy 100 agentów ochrony? Nie, przylatuje kilku. Wiedzą, że BOR działa na tyle profesjonalnie, że nie będą mieli stresu - zaznaczył.

Trzy drużyny, umowa koalicyjna i... Photoshop. Kim jest Piechociński?

psm
18.11.2012 , aktualizacja: 18.11.2012 10:36
A A A Drukuj
Kongres PSL. Janusz Piechociński przyjmuje gratulacje od Jarosława Kalinowskiego

Kongres PSL. Janusz Piechociński przyjmuje gratulacje od Jarosława Kalinowskiego (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Niewybieralny poseł od infrastruktury, grzybów i życzeń przerabianych Photoshopem. Janusz Piechociński - co dla wielu było zaskoczeniem - został szefem Polskiego Stronnictwa Ludowego, detronizując wieloletniego szefa partii Waldemara Pawlaka. Zobacz, kim jest Piechociński i co się może zmienić po jego wygranej.
Według posłów, do niedawna, człowiek niewybieralny. Dla dziennikarzy - wszędobylski, miły w kontaktach poseł PSL od infrastruktury. Dla działaczy lokalnych - szansa na odklejenie od Polskiego Stronnictwa Ludowego łatki "partii od taśm Serafina" i tej, która "załatwia stołki" nie wedle kompetencji, lecz koneksji. Janusz Piechociński wczoraj został prezesem Polskiego Stronnictwa Ludowego.

1,75 proc. głosów, czyli czym poróżnił się Piechociński z Pawlakiem

Otwarty konflikt nowego prezesa PSL ze starym rozpoczął się po wyborach prezydenckich w 2010 roku. To wtedy Waldemar Pawlak zdobył zaledwie 1,75 proc. głosów i wtedy też Piechociński powiedział na głos to, o czym wielu działaczy lokalnych mówiło w swoich regionach - że szef partii zdobył znacznie mniej głosów niż jego ugrupowanie w wyborach parlamentarnych ("o ponad 110 tys. głosów mniej niż wirtualny kandydat Janusz Korwin Mikke" - zauważył ostatnio Piechociński).



Przed samymi wyborami prezydenckimi - wtedy jeszcze poseł - Piechociński wzywał do wystawienia w wyborach kandydata ponadpartyjnego, wtedy miałby on szansę na wygraną. Tak się jednak nie stało, a Piechociński został wręcz oskarżony przez Waldemara Pawlaka o sabotowanie kampanii. Właśnie po tych - nieudanych dla Polskiego Stronnictwa Ludowego - wyborach, Piechociński zapowiedział, że będzie kandydował na szefa całego PSL-u.

Jak Piechociński widzi PSL?

Jakie problemy w PSL-u widział Pawlak? Sam pisał: "Przez 5 lat rządów nie umiemy poszerzyć poparcia społecznego. Nie budujemy partii do wewnątrz. Nie umiemy uruchamiać mechanizmów partiotwórczych, które zablokowałyby te procesy. PSL-u parlamentarnego, w większej części Polski praktycznie już nie ma. Mamy bardzo słabe kierownictwo, co potwierdził start w ostatnich wyborach prezydenckich. (...) W 2003. roku PSL było najbogatszą partią polityczną w Polsce. Dziś jesteśmy najbiedniejsi. (...) Dlaczego stoimy na skraju zapaści finansowej? Dlaczego w Stronnictwie nie ma gospodarza? To są bolesne pytania, ale dlaczego obecne kierownictwo nie potrafi i nie chce na nie odpowiedzieć?" - pytał.



A jak to widzi Piechociński? Jedną z jego podstawowych recept ma być "koncepcja trzech drużyn", czyli oddzielne działanie na trzech frontach: parlamentu ("oparte o szerokie zespoły eksperckie"), rządu ("z wicepremierem Pawlakiem na czele") i polityki ("z nowym prezesem PSL, który ruszy w Polskę i zacznie budować Wielki Ruch Ludowy"). I ten rozdział może być najbardziej problematyczny - dla wielu obecnych posłów wiąże się on bowiem z osłabieniem siły partii, dla działaczy terenowych zaś - jest szansą na wzmocnienie struktur i wybieralność w następnej zmianie parlamentu.

Kolejną sporną kwestią jest związek z Platformą Obywatelską. Piechociński chce, aby koalicja trwała, ale... z umową koalicyjną, której do tej pory nie została podpisana. Pawlakowi to nie przeszkadzało, nowy prezes PSL chce jednak wyraźnie zapisanych kompetencji koalicjantów i lepszej współpracy między resortami.

Kim jest Piechociński? Pan od grzybów i Photoshopa

Janusz Piechociński jest jednym z najbardziej obecnych w mediach polityków Polskiego Stronnictwa Ludowego. Do dziennikarzy wysyła stale newslettery, gotowe teksty i analizy, prowadzi kilka blogów, ma swoje profile na portalach społecznościowych: Facebooku, Naszej Klasie i Twitterze.

Dziennikarzom składa także... życzenia. Zarówno na święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok, Dzień Kobiet. Jedne, które składał właśnie na Dzień Kobiet, pracownikom mediów wyjątkowo utkwiły w pamięci. Otóż na zdjęciu Piechocińskiego trzymającego kwiaty, kwiaty zostały wstawione programem graficznym. I, bynajmniej, nie był to najlepszy fotomontaż.



Nowy lider PSL-u jest także grzybiarzem. I przekonuje się o tym każdy, kto miał z nim kilkukrotnie do czynienia - Piechociński z grzybami pokazuje się na konferencjach prasowych, jest w stanie o nich rozmawiać niemal bez przerwy przed programami publicystycznymi. W sezonie zaś często zdarza się, że polityk przynosi swoje grzyby i daje w prezencie współdyskutantom.

Idzie młode?

Piechociński jest zaledwie rok młodszy od Waldemara Pawlaka, ale w kuluarach mówi się, że to on jest nadzieją młodego pokolenia działaczy tej partii i że to dzięki ich głosom wygrał. Jeździł na wszystkie zjazdy wojewódzkie PSL, gdzie - według naszych źródeł - zostawał do późnych godzin wieczornych, w przeciwieństwie do swojego kontrkandydata, który tuż po swoich wystąpieniach, popołudniem wracał do Warszawy. Piechociński na zjazdach krytykował swojego przeciwnika, a szczególnie próby obsadzania stanowisk partyjnych "ludźmi prezesa", co podobało się lokalnym działaczom. Tym, którzy chcą pokazać, że PSL to nie są "taśmy Serafina" i chcą odkłamać mit "stereotypowej rodziny PSL".



Janusz Piechociński ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki (obecnie SGH) i przez lata pracował na uczelni. Posłem był pięciokrotnie, zawsze startował z okręgu podwarszawskiego, co często było dla mieszkańców tego okręgu zaskoczeniem - ci kojarzą Piechocińskiego przede wszystkim z Warszawą, nie z własną okolicą. To widać też po wynikach wyborczych nowego szefa PSL.

Po wyborach na prezesa Stronnictwa, komentatorzy zauważają, że zagrożony może się czuć m.in. Sławomir Nowak, minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Dlaczego? Piechociński był w PSL-u uważany za eksperta od infrastruktury. Wielokrotnie występował w dyskusjach dotyczących rozwoju ruchu kolejowego czy przepustowości polskich dróg i przetargów. Był też wielokrotnie wskazywany jako potencjalny kandydata na ministra lub wiceministra transportu po objęciu władzy przez koalicję PO-PSL.

Teraz niektórzy wzywają go, aby to on przejął ministerstwo gospodarki, zamiast Waldemara Pawlaka. Sam Piechociński na razie nie deklaruje chęci żadnych zmian. Rozmowy koalicyjne jednak już są zapowiedziane - na przyszły tydzień.