sobota, 24 listopada 2012

Wybielanie zębów - prawdy i mity


ak
29.08.2012 , aktualizacja: 23.11.2012 14:36
A A A Drukuj
Gabinety stomatologiczne proponują zabiegi, dzięki którym w ciągu kilku dni, a nawet kilkudziesięciu minut, nasze zęby mają stać się białe i lśniące. Jeśli uda się trafić na promocję, śnieżnobiały uśmiech można kupić już za kilkaset złotych. Tylko czy takie zabiegi na pewno nie szkodzą naszym zębom?
Piękny uśmiech bez wysiłku - takimi zapewnieniami gabinety stomatologiczne wabią coraz szerszą rzeszę osób, które chcą poprawić swój wygląd. Wybielanie zębów to jeden z najpopularniejszych zabiegów poprawiających wygląd, jakie wykonywane są przez lekarzy. Większym powodzeniem cieszy się jedynie botoks. Białe zęby kojarzą się ze zdrowiem - choć w praktyce kolor uzębienia ma niewiele wspólnego z jego stanem, wyglądają estetycznie i odmładzają. Niestety, wybielanie nie zawsze przebiega tak, jak obiecują foldery reklamowe. Zabieg bywa bardzo nieprzyjemny, a jego skutki mogą odbiegać od naszych oczekiwań.

Skąd ten ból

Producenci środków wybielających obiecują, że ich systemy zawierają składniki eliminujące nieprzyjemną nadwrażliwość i ból zębów podczas zabiegu - takie działanie mają np. fluor i azotan potasu. Według producentów systemów wybielających lekką nadwrażliwość odczuwa jedynie kilka procent pacjentów. Wśród osób, które wybielały zęby nietrudno jednak znaleźć te, dla których zabieg był bolesny. W sklepach dentystycznych i aptekach każdy żel przeznaczony do znoszenia nadwrażliwości opisywany jest jakoś środek pomagający zwalczyć dolegliwości po wybielaniu zębów. Na większości forów poświęconych tej tematyce można przeczytać, że problem jest całkiem popularny a nieprzyjemne odczucia nie kończą się jedynie na lekkim dyskomforcie.

Podczas wybielania prawie zawsze towarzyszy pacjentom uczucie ucisku na zęby, ściskania lub rozpierania. Niestety, czasami może pojawić się również promieniujący i silny ból. Odczucia potrafią być tak nieprzyjemne, że podczas stosowania żelu na noc wielu pacjentów budzi się z powodu bólu. Nawet przy całkowicie zdrowych zębach, bez żadnych ubytków, trzeba być gotowym na utrzymującą się kilka tygodni po zabiegu sporą nadwrażliwość i ból, który może pojawić się podczas wybielania.

Środki wybielające działają bardzo drażniąco na dziąsła, często powodując powstawanie nadżerek, ranek, piekących podrażnień Na szczęście zaraz po zakończeniu zabiegów dziąsła wracają do poprzedniego stanu. Uszkodzeniom dziąseł sprzyjają źle wykonane nakładki na zęby - np. takie, które niedostatecznie zakrywają dziąsła lub są za wysokie i drażnią tkanki miękkie nad zębem oraz takie, które posiadają ostre krawędzie.

Dlaczego zabieg wybielania jest bolesny? - Mechanizm występowania bolesności pozabiegowej jest nie do końca znany. Obecnie przyjmuje się 2 główne przyczyny takiej dolegliwości - tłumaczy Michał Pelc, lekarz stomatolog z kliniki Dentistica w Warszawie. Przypuszcza się, że podczas wybielania nadtlenek karbamidu, wodoru lub mocznika powodują utlenienie związków organicznych znajdujących się w szkliwie zęba oraz zębinie. Dzięki temu barwniki, które nadają niekorzystny kolor naszym zębom, zostają utlenione i zęby się rozjaśniają. Niestety podczas reakcji utleniania rozpadowi ulegają cząsteczki wody a zęby staja się odwodnione, co ma wpływ na przewodzenie nieprzyjemnych dla nas bodźców. - Podczas reakcji utlenienia odsłaniane są kanaliki zębinowe i bodźce mogą dostać się łatwiej do wnętrza zęba, drażniąc zakończenia nerwowe. Druga reakcja bólowa spowodowana jest bezpośrednim kontaktem substancji wybielającej z miazgą zęba. Dotyczy to najczęściej bardzo niewielkiej ilości substancji. Na szczęście. Bo większa ilość bez problemu mogłaby doprowadzić do martwicy miazgi - tłumaczy doktor Pelc. Warto jednak wspomnieć, że dokładny mechanizm rozjaśniania nie jest obecnie znany.

Rozjaśnianie nie wybielanie

Zabieg wybielania rzadko gwarantuje naprawdę białe zęby. Wynik zależy głównie od indywidualnych właściwości szkliwa, zębiny, od charakteru przebarwień, jakich chcemy się pozbyć. - Jeśli ktoś ma sine zęby, będzie miał jasno sine, żółte, pozostaną jasno żółte - przekonuje doktor Pelc, który zabieg woli nazywać rozjaśnieniem niż wybielaniem. - Wybielanie kojarzy się raczej z bieleniem. A tego przecież nie robimy - dodaje.

Jakie jeszcze mogą być nieoczekiwane skutki zabiegu? W zależności od struktury zębów i rodzaju przebarwień zęby mogą rozjaśnić się częściowo - np. tylko do połowy. Ulotki dla pacjentów dołączone do preparatów ostrzegają, że zęby przy szyjkach często pozostają naturalnie ciemniejsze. Na szkliwie mogą pojawić się białe, porowate plamy, które po pewnym czasie powinny zniknąć. W przypadku wystąpienia nierównomiernego efektu pocieszeniem może być fakt, że po kilkunastu dniach efekt wybielania nieco zanika i kolor zębów bardziej się wyrównuje. Dla osób, które są pod wrażeniem zabiegu powolny zanik efektu będzie oczywiście wadą. Wybielanie nie jest zabiegiem trwałym, najczęściej trzeba je powtarzać co 3-4 lata. Czasami jeden zabieg, lub w przypadku wybielania nakładkowego - seria zabiegów - nie wystarczają, żeby zauważyć jakikolwiek efekt. - Mam pacjentów, którzy powtarzają sesję 3 - 4-krotnie. Czasami po jednej sesji nie ma prawie w ogóle efektu. A czasami wręcz odwrotnie. To naprawdę zależy od indywidualnych warunków każdego z nas. Nie ma jednego scenariusza - tłumaczy doktor Pelc.

Czy dentyści wybielają zęby?

Dentyści przekonują, że podczas wybielania nie ulega trwałemu uszkodzeniu żadna z tkanek zęba. W zależności od stanu zębów, pojawiają się lekkie uszkodzenia (bruzdy, porowatość, które można zaobserwować jedynie podczas dokładnych badań mikroskopowych), ale dużo gorszy wpływ na stan szkliwa ma kwas fosforowy zawarty np. w coca coli i podobnych napojach. Oczywiście stężenie tego kwasu w produktach spożywczych nie jest duże, ale wypicie gazowanego napoju i nie umycie zębów wpływa na szkliwo bardzo źle. Mimo wszystko, kto z nas nigdy tak nie postąpił? - Co ciekawe, nie powinno się bezpośrednio po wypiciu napoju z kwasem fosforowym szczotkować zębów. Lepiej z tym chwilę poczekać. Lepiej wypłukać jamę ustną, tak żeby obniżyć stężenie kwasu. Trawi on szkliwo na tyle skutecznie, że można je uszkodzić podczas szczotkowania - wyjaśnia dr Pelc.

Doktor Pelc, który uprzedza, że przed zabiegiem wybielania konsultacje u niego trwają około godziny, sam poddał się zabiegowi. Chociaż przyznaje, że lekarze nieczęsto lądują na fotelu dentystycznym, uważa, że zęby są szczególną wizytówką dentysty. Skoro poddaje zabiegom swoich pacjentów, dlaczego sam miałby ich nie wypróbować? Estetyka to nie jedyny plus zabiegu. - Osobiście zauważyłem bardzo pozytywny efekt. Pacjenci częściej się uśmiechają i pokazują efekt mojej pracy. Lepiej również dbają o zęby. W końcu tyle się namęczyli, ponieśli koszty, więc starają się zadbać o efekt, a odpowiednia higiena przeciwdziała innym schorzeniom - podsumowuje dentysta.

O czym pamiętać po wybielaniu?

Po wybielaniu zębów, niezależnie od metody należy pamiętać o:

  • zachowaniu białej diety co najmniej 3 doby po zabiegu (w niektórych przypadkach dłużej) - można jeść wszystko to, co nie pobrudzi białego płótna - powinny o tym pamiętać zwłaszcza osoby cierpiące na alergie pokarmowe, dla których zachowanie białej diety po zabiegu mogłoby stanowić problem - odwodnione po wybielaniu żeby wraz z wodą z jamy ustnej wchłaniają wszelkie barwniki

  • stosowaniu past i preparatów z większą ilością fluoru, które remineralizuja szkliwo - jest to szczególnie ważne w przypadku pojawienia się silnej nadwrażliwości lub białych, porowatych plam na zębach

  • zaprzestaniu palenia na czas wybielania i po nim - niektóre badania wskazują, że wolne rodniki powstające podczas wybielania zębów wraz z substancjami, które wdychamy paląc papierosy podwyższaja ryzyko wystąpienia nowotworów jamy ustnej. Poza tym dym papierosowy bardzo przebarwia zęby, dlatego wybielanie traci sens, gdy jednocześnie poddajemy je działaniu dymu

  • regularnym odwiedzaniu dentysty po zabiegu oraz usuwaniu kamienia i przebarwień minimum raz na rok

  • poniedziałek, 19 listopada 2012

    Finał Pucharu Davisa: Jedyny taki Radek

    Adam Romer, Praga
     
    18.11.2012 , aktualizacja: 18.11.2012 23:03

    A A A Drukuj
    Radość Radka Stepanka

    Radość Radka Stepanka (Fot. Petr David Josek AP)

    Podobno w tenisie wieku zawodnikom się nie wytyka. Ale 34 lata to już bez wątpienia bliżej emerytury niż początku kariery. Tyle właśnie skończy za dziewięć dni Radek Stepanek. Człowiek, który doprowadził czeski tenis do największego sukcesu od czasów Ivana Lendla. Czesi wygrali 3:2 z Hiszpanią w setnym finale Pucharu Davisa!
    Nikt, ale to nikt nie mógł przewidzieć takiego scenariusza niedzielnych pojedynków. Po tym jak debel Stepanek/Berdych z trudem uporał się z hiszpańskimi zwycięzcami deblowego Mastersa, Hiszpanie musieli liczyć na swoich singlistów, a Czesi obliczali swoje niedzielne szanse.

    - Stawiam na Berdycha. On zdobędzie dla gospodarzy decydujący punkt. Ivan Lendl mówi nawet, że wygra w trzech setach - opowiadał w sobotni wieczór Wojciech Fibak, który cały finał śledził u boku swojego dawnego podopiecznego Lendla.

    Fibak dodawał też, że jeśli Tomas Berdych nie wygra, to nie daje wielkich szans Radkowi Stepankowi w starciu z młodszym o siedem lat Nicolasem Almagro. Trudno było się z taką opinią nie zgodzić, szczególnie po tym, co Hiszpan pokazał w piątek, gdy przez pięć setów uprzykrzał życie pierwszej rakiecie Czechów. Wprawdzie Berdych wygrał, ale Almagro pozostawił doskonałe wrażenie i przekonanie ekspertów, że w singlu na szybkiej nawierzchni w praskiej hali O2 czuje się wyśmienicie.

    - Stepanek kocha atakować, ale w takiej formie Almagro raczej nie da mu szans - kończył dzień przed meczem swoją analizę Fibak.

    Trudno się dziwić, że jeśli tak mówili sami najwięksi w czeskim i polskim tenisie, to miny czeskich kibiców rzedły z każdą kolejną piłką przegrywaną przez Berdycha. Pierwszy niedzielny singiel, który miał im dać upragniony trzeci punkt, zamienił się w bezlitosną egzekucję wyczerpanego po dwóch dniach gry Czecha. David Ferrer, który rozgrywa najlepszy sezon w karierze, pokazał mu, jaka różnica dzieli miejsca nr 5 i 6 w rankingu ATP, jakie zajmowali obaj panowie przed tym finałem. To nie tylko 1825 punktów rankingowych, ale też witalność, zadziorność i nieustępliwość na korcie przemawiały na korzyść Hiszpana.

    - Jeśli mogłem w tym meczu zrobić coś więcej, to przepraszam, ale nie wiem, co mogłoby to być - mówił ze zwieszoną głową Berdych na pomeczowej konferencji.

    Ferrer miał wlać nadzieję w serca Hiszpanów i zrobił to, można powiedzieć, w ekspresowym tempie. Po trzech setach, czterech breakach przewagi było po wszystkim i można powiedzieć, że wszystko zaczynało się od nowa.

    Wszystko było w rękach i nogach Almagro i Stepanka. A statystyka w tym wypadku była dla prawdziwego Mohikanina gry "serve-and-volley", jakim jest Czech, bezwzględna. Jedynym tenisistą, który w wieku powyżej 30 lat wygrał piąty decydujący mecz w dziewięćdziesięciu dziewięciu poprzednich finałach Pucharu Davisa, był 31-letni Brytyjczyk James Parker, i zrobił to w 1912 roku w Melbourne. W pozostałych 19 przypadkach, gdy w finale dochodziło do ostatniego pojedynku, wygrywali go zawsze młodsi tenisiści. Do tego Stepanek miał w nogach morderczy pojedynek deblowy z soboty i w pamięci porażkę z Almagro w pierwszej rundzie tegorocznego US Open. Wszystko to mogło Czecha nastroić źle, tymczasem Stepanek okazał się prawdziwym liderem drużyny. Charyzmatycznym nie tylko w prowadzeniu ekipy czeskiej (mówi się tu głośno, że to właśnie Radek decyduje o wszystkim, a nie kapitan Jaroslav Navratil), ale także na korcie.

    W niedzielę w Pradze zagrał najważniejszy mecz w życiu i zagrał go w swoim najlepszym z możliwych stylu. Atakował, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja, czekał cierpliwie, gdy trzeba było Hiszpana przetrzymać z końca kortu, niemal w ogóle nie dokonywał złych wyborów. Jego wolej i półwolej okazał się bronią zabójczą, dzięki której pozbawił złudzeń młodszego rywala. Grał koncertowo!

    Nawet chwilowy moment lepszej gry Almagro, gdy Hiszpan odwrócił losy trzeciego seta i mimo wczesnej utraty swojego podania wygrał tę partię, nie wybił Czecha z uderzenia.

    Niesiony dopingiem ponad 10 tysięcy zachwyconych czeskich kibiców Stepanek z początkiem czwartego seta znów odebrał serwis rywalowi i objął prowadzenie 3:0.

    W tej sytuacji miejscowi kibice, którym z temperamentu zdecydowanie bliżej do dobrego wojaka Szwejka niż do fanatycznych fanów z południa Europy, już nie zamilkli ani na chwilę. Ponieśli swoim dopingiem Stepanka do kolejnych spektakularnie zdobywanych punktów i w ostateczności do końcowego zwycięstwa.

    A potem działo się w O2 Arenie - Stepanek całował się z żoną Nicole Vaidisovą, tenisiści biegali z niebiesko-biało-czerwonymi flagami wokół, kapitan Navratil uronił łzę, a kibice zgotowali swoim prawdziwą fetę.

    W ten sposób Czesi dostali kolejny dowód, że tenis jest ich sportem narodowym, a miejscowi restauratorzy - potężny zastrzyk gotówki za tysiące kufli piwa wypitych w praskich (i nie tylko) gospodach ku chwale niespodziewanych zwycięzców jubileuszowego, setnego finału Pucharu Davisa.

    - Jesteśmy drużyną i cała drużyna, cały naród tu wygrał - zapewniał na pomeczowej konferencji Stepanek w otoczeniu kolegów, ale trudno było odnieść inne wrażenie niż to, że był to klasyczny "one-man show" w wykonaniu Radka.

    CZECHY - HISZPANIA 3:2

    Radek Stepanek - David Ferrer 3:6, 4:6, 4:6;

    Tomas Berdych - Nicolas Almagro 6:3, 3:6, 6:3, 6:7 (5), 6:3;

    Berdych, Stepanek - Marcel Granollers, Marc Lopez 3:6, 7:5, 7:5, 6:3;

    Ferrer - Berdych 6:2, 6:3, 7:5;

    Stepanek - Almagro 6:4, 7:6(0), 3:6, 6:3. 

    niedziela, 18 listopada 2012

    Były szef BOR o zarzutach: Dywagacje i życzenia. Robimy tyle, na ile nas stać


    ps, PAP
    09.01.2014 , aktualizacja: 09.02.2012 21:47
    A A A Drukuj
    Generał Mirosław Gawor, były szef Biura Ochrony Rządu

    Generał Mirosław Gawor, były szef Biura Ochrony Rządu (Fot. Robert Kowalewski / AG)

    BOR pracuje jak inne służby, a na większą ochronę nie pozwala nam budżet. Opinia biegłych jest życzeniowa i nie ma uzasadnienia w prawie. Na jakiej niby podstawie mielibyśmy zabezpieczać trasę przejazdu? - pytał były szef BOR gen. Mirosław Gawor, komentując zarzuty prokuratury wobec BOR dotyczące katastrofy smoleńskiej.
    Prokuratura postawiła zastępcy szefa BOR gen. Pawłowi Bielawnemu dwa zarzuty (m.in. niedopełnienia obowiązków) w śledztwie dotyczącym przygotowań wizyt prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska w Katyniu w kwietniu 2010 r. Dziś Bielawny został zdymisjonowany ze stanowiska.

    - Jak powinno wyglądać zabezpieczenie takiej wizyty - pytała Polska Agencja Prasowa byłego szefa BOR Mirosława Gawora. - Od lat powtarzam, że polskie Biuro Ochrony Rządu w swojej działalności robi niezbędne minimum, bo na tyle nas stać. Oczywistą rzeczą jest, że chcielibyśmy robić więcej, ale nie zawsze na to pozwalają warunki - odpowiedział Gawor.

    "Prezydenta USA stać na 300 ochroniarzy"

    Generał tłumaczył, że BOR działa jako inne służby w Europie i na świecie, a w Rosji lokalne służby ochrony nie odbiegają od standardów światowych: - USA i Rosja stosują "ochronę totalną", bo ich po prostu na to stać, poza tym nie bez znaczenia jest, że posiadają broń atomową - mówił.

    - Gdy kierowałem BOR, to na zabezpieczenie wizyty zagranicznej prezydenta lub premiera nigdy nie udało mi się wysłać więcej niż dziesięciu oficerów. Tymczasem, gdy amerykański prezydent przylatuje do Polski, towarzyszy mu 300 ochroniarzy. To nie znaczy, że oni nie mają zaufania do służb gospodarza lub przejmują dowodzenie. Po prostu mają na to pieniądze - zaznaczył.

    Gawor powiedział, że zabezpieczenie zagranicznych wizyt prezydenta i premiera zawsze odbywa się według tego samego schematu, jak podróże do Smoleńska w kwietniu 2010 r. - Odbywa się to w ten sposób na całym świecie. Nikt z zewnątrz nie jest w stanie dobrze zabezpieczyć wizyty bez współpracy z gospodarzem. Zadaniem służb kraju gościa jest zabezpieczenie fizyczne i jednocześnie obserwowanie, czy gospodarze robią wszystko jak należy - stwierdził.

    "Niby na jakiej podstawie mielibyśmy sprawdzać trasy przejazdu?"

    Zdaniem generał w ekspertyzie biegłych dla prokuratury jest dużo niedomówień i nieścisłości. - Dla mnie jest to życzeniowa opinia, która nie ma uzasadnienia w faktach, a w większości wypadków - w prawie. Na przykład kwestia, czy lotnisko spełnia wymogi techniczne - to nie jest sprawa BOR-u, tylko specpułku. BOR nie ma nawet odpowiednich fachowców, by to ocenić. Podobnie zarzut, że nie sprawdzono tras przejazdu. Ale niby na jakiej podstawie miałyby to na terenie Rosji zrobić polskie służby? Na podstawie jakiego prawa? - pytał.

    Podobnie odniósł się do zarzutów o brak ochrony samolotów na lotnisku. - Lotnisko w Smoleńsku, jako obiekt wojskowy, jest dozorowane przez całą dobę. Jeżeli podczas wstępnych ustaleń przed wizytą, Rosjanie zadeklarowali, że biorą na siebie zabezpieczenie lotniska, w tym polskiego samolotu, BOR nie ma podstaw, żeby im nie ufać - wyjaśnił.

    "Gospodarz zabezpiecza obiekt. Tylko idiota wpuściłby obce służby..."

    Biegli zaznaczyli w opinii, że w grupie rekonesansowej i zabezpieczającej zabrakło m.in. pirotechnika i lekarza. - Gdybyśmy mieli tak działać, na przygotowanie wizyty w Katyniu powinno polecieć 10-15 funkcjonariuszy, a później na fizyczne zabezpieczenie - 20 albo 30 - skomentował to Gawor, dodając, że przy takim postępowaniu "budżet BOR kończyłby się w maju". - Poza tym o liczbie miejsc dla ochrony w samolocie nie decyduje szef BOR, tylko organizator wizyty - dodał.

    Według byłego szefa Biura to gospodarz powinien zapewnić zabezpieczenie sanitarne, biochemiczne i pirotechniczne. - Zresztą wyobraźmy sobie, że gość z zagranicy chce lądować w polskiej bazie wojskowej. Tylko idiota wpuściłby obce służby. Taki obiekt jest dozorowany przez całą dobę, a gość może co najwyżej zgłosić - i jest to norma - żeby nie odbywały się tam w tym samym czasie np. żadne prace techniczne - wyjaśniał.

    "Oficer, który zginął w Smoleńsku, miał większą wiedzę niż oceniający"

    Gawor zaznaczył, że nie ma żadnych przesłanek wskazujących na rolę ochrony w katastrofie lotniczej. - Na pokładzie nie wybuchła bomba, nikt maszyny nie ostrzelał z terenu lotniska itp. - wymieniał - Dlatego dla mnie dużym zaskoczeniem jest, że zarzut dotyczy wiceszefa BOR-u. Według mnie funkcjonowanie ochrony to poboczny wątek, który jest ciągnięty zupełnie niepotrzebnie. Widzę tu też podgrzewanie atmosfery przez prokuraturę - mówił.

    Generał powiedział także, że płk Jarosław Kaczyński (byłego wiceszefa BOR, który odwoływał się od decyzji o zwolnieniu go ze służby) nie powinien jego zdaniem podejmować się roli biegłego. Zaznaczył, że ppłk Jarosław Florczak, który zabezpieczał wizyty w Smoleńsku (zginął w katastrofie smoleńskiej) był jednym z bardziej doświadczonych oficerów: - Moim zdaniem wiedza profesjonalna ppłk. Florczaka była o wiele wyższa niż tego, który go oceniał.

    "Czy stać nas na to, żeby setkę agentów wysłać do Smoleńska?"

    - Ta sytuacja osobiście mnie boli, bo powoduje złą atmosferę wokół BOR. Wciąż czuję się związany z tą firmą - mówił Gawor.

    - Czy powinniśmy na przyszłość zmienić sposób ochraniania najważniejszych osób w państwie podczas podróży zagranicznych? - pytała generała PAP.

    - To jest pytanie, czy powinniśmy wsadzić w samolot setkę agentów ochrony i wysłać ich wcześniej do Smoleńska. Może i powinniśmy, tylko, czy nas na to stać? - pytał retorycznie generał - Niech wszyscy przeanalizują wizyty, które się odbywają w Polsce, oprócz wizyt rosyjskich i amerykańskich. Czy przylatuje 50, czy 100 agentów ochrony? Nie, przylatuje kilku. Wiedzą, że BOR działa na tyle profesjonalnie, że nie będą mieli stresu - zaznaczył.