poniedziałek, 31 grudnia 2012

Śledczy: pracownicy laboratorium fałszowali wyniki badań DNA szczątków Olewnika

jagor, PAP
 
31.12.2012 , aktualizacja: 31.12.2012 11:53

A A A Drukuj
Sierpień 2007 r. Konferencja szefa olsztyńskiej prokuratury Cezarego Kamińskiego po skierowaniu do sądu aktu oskarżenia w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Na ekranie film z ekshumacji zwłok

Sierpień 2007 r. Konferencja szefa olsztyńskiej prokuratury Cezarego Kamińskiego po skierowaniu do sądu aktu oskarżenia w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Na ekranie film z ekshumacji zwłok (Fot. Tomasz Waszczuk / AG)

Gdańska prokuratura oskarżyła dwoje pracowników Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie o niedopełnienie obowiązków i sfałszowanie wyników ekspertyz badań DNA szczątków Krzysztofa Olewnika. Grozi im do pięciu lat więzienia.
Jak poinformowała dziś Barbara Sworobowicz, rzeczniczka prasowa Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku, oskarżenie dotyczy szefowej laboratorium Jolanty D. oraz biegłego medycyny sądowej Bogdana Z., a związane jest z wykonanymi przez nich w październiku 2006 r. w olsztyńskim laboratorium badaniami DNA zwłok Krzysztofa Olewnika.

Dotąd w śledztwie przesłuchano ok. 1170 świadków i podejrzanych, z czego aż 660 osób zostało przesłuchanych w ciągu ostatnich czterech i pół roku, czyli w czasie, gdy śledztwo prowadzone było w Gdańsku. Akta główne sprawy w momencie przejęcia jej przez gdańska jednostkę liczyły 106 tomów, a dziś obejmują w sumie 240 tomów (dodatkowo ok. 100 tomów to załączniki).

W śledztwie przeprowadzono 116 przeszukań miejsc, pojazdów i osób oraz ok. 230 różnego rodzaju oględzin miejsc, dokumentów i przedmiotów.

Sworobowicz wyjaśniła, że zgodnie z nowym, zaktualizowanym w 2012 r. planem śledztwa - na najbliższe miesiące przewidziano "wiele różnego rodzaju czynności". Odmówiła podania jednak jakichkolwiek konkretnych informacji na temat planów prokuratury. 

Śledztwo, w którym badane są niewyjaśnione dotąd okoliczności porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika, zostało zainicjowane w październiku 2001 r., tuż po uprowadzeniu mężczyzny. Wszczęła je prokuratura w Sierpcu. Potem postępowanie przejmowały inne jednostki, aż w 2006 r. trafiło do olsztyńskiej prokuratury, która rok później oskarżyła 13 osób o udział w grupie, która uprowadziła i zabiła Olewnika.

Mimo sporządzenia aktu oskarżenia olsztyńscy śledczy nadal prowadzili postępowanie, licząc się z tym, że mogli nie wykryć wszystkich osób odpowiedzialnych za przestępstwa. W maju 2008 r. postępowanie trafiło do Gdańska wraz z drugim śledztwem prowadzonym w Olsztynie, w którym badano nieprawidłowości w dotychczasowych postępowaniach.

Po przejęciu sprawy gdańscy prokuratorzy zdecydowali się na nowo zweryfikować dotychczasowe ustalenia - dokonane głównie przez Prokuraturę Okręgową w Olsztynie.

Przeprowadzono m.in. powtórną analizę akt oraz dowodów zebranych w czasie dotychczasowych postępowań. Przesłuchano ponownie większość osób związanych ze sprawą i jeszcze raz przeszukano istotne dla śledztwa miejsca, w tym dom Krzysztofa Olewnika oraz miejsce, w których był przetrzymywany i gdzie po zabójstwie zakopano jego zwłoki.

11 lat po uprowadzeniu eksperyment z udziałem statystów

Wielokrotnie przeprowadzano też różnego rodzaju czynności i eksperymenty w domu Krzysztofa Olewnika w Drobinie pod Płockiem, który rodzina stara się utrzymać w nienaruszonym stanie od momentu porwania. M.in. w lipcu 2009 r., przy udziale podejrzanego w sprawie Jacka K., przyjaciela i wspólnika Krzysztofa odtwarzano zdarzenia związane z porwaniem Olewnika, a w październiku br. - dokładnie 11 lat po uprowadzeniu - przeprowadzono podobny eksperyment z udziałem statystów. W jego ramach odtworzono osiem epizodów związanych z uprowadzeniem.

Analizy fonoskopijne, bilingi, nieznane dotąd ślady krwi, ekshumacja zwłok

Śledczy zlecili też wiele ekspertyz - częściowo nowych, częściowo powtórnych, w tym analizy fonoskopijne nagrań, analizy billingów zgromadzonych w śledztwie oraz śladów zabezpieczonych w domu Olewnika.

Po tym, jak natrafiono na nieprawidłowości w badaniach DNA zwłok Krzysztofa Olewnika, w styczniu 2010 r. śledczy zdecydowali się na ekshumację szczątków ofiary. Potwierdziła ona tożsamość mężczyzny.

Efektem pracy śledczych było m.in. znalezienie w domu K. Olewnika nieznanych wcześniej śladów krwi. Nie wiadomo, kto i kiedy je naniósł. Dla wyjaśnienia tych okoliczności śledczy powołali w ub.r. biegłego - specjalizującego się w tego typu badaniach Bernda Brinkmanna - szefa Instytutu Genetyki Sądowej w Muenster. Biegły sporządził już zamówioną opinię i została ona przetłumaczona z niemieckiego na polski. Przed kilkoma dniami śledczy poinformowali, że zwrócą się do eksperta o jej uzupełnienie, bo opinia nie w pełni odpowiedziała na zadane pytania.

Wyniki ekspertyzy mogą okazać się istotne zwłaszcza w kontekście ujawnionych przez prokuraturę pod koniec ub.r. nowych dowodów, które - jak poinformowali wówczas śledczy - "każą podać w wątpliwość dotychczas ustaloną wersję przebiegu zdarzeń, zarówno w czasie zaginięcia K. Olewnika 26-27 października 2001 r., jak i w późniejszym okresie".

Rozmowy między rodziną Olewników a porywaczami
Wśród nowych dowodów śledczy wymienili m.in. ekspertyzę zapisu rozmowy między rodziną Olewników a porywaczami przeprowadzonej w styczniu 2002 r., a więc kilka miesięcy po porwaniu, w czasie gdy Krzysztof Olewnik miał być więziony na działce w okolicach Kałuszyna. W tle rozmowy pojawia się głos instruujący porywaczy: biegli orzekli, że instrukcji udzielał Krzysztof Olewnik, a rozmowa przeprowadzona została w centrum Warszawy.

Śledczy dysponują też zeznaniami świadków, którzy utrzymują, że widzieli Krzysztofa Olewnika już po jego porwaniu w okolicznościach, które wskazywały na to, że nie jest on przez nikogo przetrzymywany siłą.

Wątpliwości śledczych wzbudziły też - ujawnione przez biegłych ds. fonoskopii - luki i nieścisłości w treści nagrań między rodziną Olewników a porywaczami. Na podstawie wyników ekspertyz prokuratorzy nabrali podejrzeń, że rodzina nie przekazała organom ścigania wszystkich dowodów, które mogły być istotne dla sprawy. Aby zweryfikować te wątpliwości, w listopadzie ub.r. śledczy dokonali przeszukań w domach rodziny Olewników. Zabezpieczono tam ok. 480 przedmiotów: dokumentów, nagrań monitoringu. Śledczy nie zdradzają efektów analiz tego materiału.

"Osoba wydająca instrukcje porywaczom to nie Krzysztof"

Rodzina Olewników kategorycznie zaprzecza, jakoby miała ukrywać przed śledczymi jakiekolwiek dowody. Zdaniem rodziny nieprawdziwa jest także wersja zakładająca, że Krzysztof Olewnik sam się uprowadził. Rodzina utrzymuje też, że osoba, która na nagraniu wydaje instrukcje porywaczom, to nie Krzysztof Olewnik.

Jak dotąd głównym podejrzanym w gdańskim śledztwie jest przyjaciel porwanego - Jacek K., któremu śledczy na początku 2009 r. przedstawili zarzuty udziału w grupie przestępczej planującej porwanie Olewnika oraz współudziału w jego uprowadzeniu i przetrzymywaniu. K. nie przyznał się do winy. Od 11 lutego do 11 sierpnia 2009 r. przebywał w areszcie. Zwolniono go, gdy warszawski Sąd Apelacyjny nie uwzględnił zażalenia prokuratury na decyzję o nieprzedłużeniu aresztu, podjętą przez płocki sąd okręgowy.

Warszawski sąd uznał, że prokuratura nie przedstawiła przekonujących dowodów, uprawdopodobniających popełnienie przestępstwa przez K. W przekonaniu sądu zaprezentowany przez śledczych łańcuch poszlak nie zazębiał się w logiczną całość. Gdańska prokuratura nie zdradza, na czym miałby polegać udział K. w przestępstwie.

W śledztwie postawiono też kilku osobom zarzuty wyłudzenia od Włodzimierza Olewnika pieniędzy, które - tuż po porwaniu, rzekomo miały posłużyć do przekupienia przestępców mogących pomóc w odnalezieniu Krzysztofa Olewnika.

W trakcie śledztwa prokuratorzy natrafili na ślady mogące wskazywać na przestępstwa niezwiązane ze sprawą Olewnika, a popełnione przez osoby, których działania badali. W sprawach tych prokuratorzy wszczynali odrębne śledztwa.

Równolegle z postępowaniem, w którym wyjaśniane są nieznane okoliczności porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika, gdańscy prokuratorzy prowadzą też śledztwo, w którym badają nieprawidłowości we wcześniejszych postępowaniach w tej sprawie.

Śledztwo to zmierza ku końcowi. Przed kilkoma dniami gdańska prokuratura oskarżyła dwóch policjantów pracujących przy sprawie porwania o niedopełnienie obowiązków, skutkujące narażeniem Olewnika na utratę życia. Śledczy umorzyli natomiast postępowania wobec 24 prokuratorów, którzy także zajmowali się sprawą.

Do porwania Krzysztofa Olewnika doszło w nocy z 26 na 27 października 2001 r. Mężczyzna został uprowadzony z własnego domu w Drobinie. Sprawcy kilkadziesiąt razy kontaktowali się z jego rodziną, żądając okupu. W lipcu 2003 r. porywaczom przekazano 300 tys. euro, jednak uprowadzony nie został uwolniony. Jak się później okazało, miesiąc po odebraniu przez przestępców pieniędzy został zamordowany. Jego ciało zakopano w lesie w pobliżu miejscowości Różan na Mazowszu. Odnaleziono je w 2006 r.

Gdańska prokuratura przedłużyła śledztwo do końca czerwca 2013 r. 

sobota, 29 grudnia 2012

Tak Waśniewska zabiła Madzię


29.12.2012, 05:30
aFp
Katarzyna Waśniewska pali papierosa przed domem

Madzia Waśniewska (6 mies.) z Sosnowca nie zginęła przypadkowo. Jej matka zaplanowała śmierć dziecka. Przygotowała się do tego i swój okrutny plan wcieliła w życie. Jak wynika z ustaleń śledztwa, które prowadziła Prokuratura Okręgowa w Katowicach, Katarzyna Waśniewska (22 l.) działała sama, zarówno wtedy, gdy udusiła córeczkę, jak i później, gdy ukrywała jej zwłoki. Jak wyglądały ostatnie chwile życia Madzi i pierwsze godziny po jej śmierci? Na podstawie uzyskanych informacji próbujemy dziś odtworzyć kulisy potwornej zbrodni

24 stycznia 2012 roku. To był ostatni dzień, kiedy mała Madzia cieszyła się życiem. Tego dnia jej matka miała już bowiem w głowie uknuty plan zbrodni. Kilka dni wcześniej pokłóciła się ze swoim mężem Bartłomiejem Waśniewskim (23 l.). Nie podobało jej się to, że mężczyzna utrzymuje kontakty towarzyskie, a ona nie pracuje, nigdzie nie chodzi, tylko musi siedzieć w domu z 6-miesięczną córeczką. Śledczy doszli do wniosku, że to właśnie ta frustracja z powodu sytuacji rodzinnej mogła być przyczyną wprowadzenia w życie planu okrutnej zemsty na mężu. Madzia była bowiem oczkiem w głowie swego ojca. Czy dlatego musiała zginąć?


Około godz. 16
Wtorek 24 stycznia był mroźnym dniem. Wieczór Katarzyna Waśniewska i jej mąż mieli spędzić z przyjaciółmi. Oboje ustalili, ze Madzia trafi do dziadków. Na kolację mieli przygotować pizzę. Katarzyna powiedziała, że sama zawiezie małą wózkiem do rodziców. Sąsiedzi z ul. Floriańskiej, gdzierodzice Madzi wynajmowali od jakiegoś czasu mieszkanie widzieli, jak oboje wychodzą krótko przed godziną 16.00 z mieszkania na I piętrze. Bartłomiej ruszył po drewno do swoich rodziców i po pieczarki na pizzę, a Katarzyna po chwili wróciła się na górę.

16-16.30

Waśniewska zostawiła wózek na dole i z córeczką weszły do mieszkania. Nie było świadków tego, co się wydarzyło za drzwiami mieszkania. Ale po wielu drobiazgowych badaniach, które przeprowadzili biegli, uznano, że powodem śmierci małej dziewczynki było uduszenie. Bezbronnemu dziecku, najprawdopodobniej właśnie matka zatkała nosek i buźkę. Biegli uznali na podstawie badań tkanek, że Madzię duszno miękkim przedmiotem np. poduszką albo workiem, a katusze maleństwa trwały co najmniej 5 minut. Z badań ciała dziewczynki wynika też, że dziecko upadło, ale sam upadek nie był śmiertelny. Czy Waśniewska po uduszeniu dziecka rzuciła jeszcze Madzią o podłogę?

16.30

Katarzyna zawinęła córeczkę w kocyk i zeszła na dół kamienicy. Tam do stojącego wózka włożyła swoje najprawdopodobniej już martwe dziecko. Wiedziała gdzie iść. Szła prosto do Parku Dietla. Tam miała upatrzone miejsce w starych ruinach. Droga zajęła jej 15-20 minut. Ubrała robocze rękawiczki i nimi wygrzebała dół dla swojej córeczki. Włożyła do niego ciałko i przykryła je kocykiem. Po wszystkim przysypała Madzię liśćmi, kamieniami i ziemią. Rękawiczki, którymi to robiła znaleźli potem śledczy w tym miejscu, w którym zakopała Madzię. Po wszystkim wypaliła spokojnie papierosa, a niedopałek porzuciła obok ciała. Z pustym wózkiem rozpoczęła wędrówkę w stronę domu swoich rodziców przy ul. Wesołej.

17.45

Od domu rodziców dzieliło ją kilkaset metrów. Po drodze obserwowała ludzi. To wówczas upatrzyła sobie mężczyznę w białej kurtce z kapturem na głowie. On w jej głowie urósł do miana porywacza. Niczego nieświadomy mężczyzna zmierzał ulicami Sosnowca do domu. 
Około godz. 18 
Waśniewska 300 metrów przed domem swoich rodziców postanowiła odegrać maskaradę. Położyła się na śniegu i udawała, że porywacz porwał jej dziecko, wcześniej ogłuszając ją uderzeniem w tył głowy. Wybrała miejsce uczęszczane przez ludzi. Na osiedlu o tej porze wielu wraca z pracy, wielu też wychodziło z psami na spacer. Wiedziała, że długo nie będzie leżeć na zimnym śniegu. I tak się stało. Po kilku minutach podeszło do niej dwóch młodzieńców z wiarą, ze kobiecie coś się stało.

18.15


Przechodnie powiadomili policję i wezwali karetkę pogotowia. Do poszukiwań rzekomo porwanej Magdy zaangażowano całą sosnowiecką policję. W tym czasie Waśniewska podała dokładny opis porywacza i trafiła do szpitala w Sosnowcu. Lekarze nie doszukali się widocznych obrażeń, ale Waśniewska twierdziła, ze boli ją tył głowy i że uderzona została mając czapkę i kaptur na głowie. Udzielono jej pomocy, a potem przesłuchiwano do późnych godzin nocnych.
2 lutego – ujawnienie śmierci dziecka

O tym, że nie było porywacza i że Madzia nie żyje, dowiedzieliśmy się na początku lutego br. Wtedy Waśniewska pękła i przed detektywem Rutkowskim wyznała, że zakopała dziecko w gruzowisku. Do dzisiaj twierdzi uparcie, że jej Madzia zginęła w wyniku nieszczęśliwego wypadku, bo wysunęła jej się z kocyka i uderzyła główką w próg.


czwartek, 20 grudnia 2012

S. Koziej: Tarcza to skrót myślowy


Data publikacji : 22.08.2012

Zachęcamy do przeczytania wywiadu Pawła Wrońskiego z szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego ministrem Stanisławem Koziejem, który ukazał się w dzisiejszym wydaniu "Gazety Wyborczej". Rozmowa dotyczyła budowy systemu obrony przeciwrakietowej.

Przedstawię panu dość powszechną opinię po ogłosze­niu przez prezydenta programu budo­wy polskiej tarczy antyrakietowej: jest kryzys, a prezydent chce wyrzucić 15 mld zł na gwiezdne wojny.

- Ale przecież pre­zydent od razu zadeklarował, że pro­gram budowy tarczy antyrakietowej ma być sfinansowany z budżetu MON. Te pieniądze i tak pójdą na uzbrojenie. Prezydent dba o to, aby poszły głów­nie na uzbrojenie najpotrzebniejsze. Jestem zdumiony niektórymi inter­pretacjami. Mają niewiele wspólnego z tym, co proponuje prezydent. Od­noszę nawet wrażenie, że niektórzy najpierw przedstawiają swoje wy­obrażenia o tym, czego chce prezy­dent, a potem je krytykują.

Też trochę byłem zdumiony deklaracją prezydenta. No bo przecież od listo­pada 2011 r. wiadomo, że MON wska­zuje cztery priorytety rozwoju sił zbroj­nych, w tym modernizację obrony prze­ciwlotniczej i stworzenie obrony an­tyrakietowej. Tymczasem prezydent nagle przedstawia własny program bu­dowy „polskiej tarczy". Po co?

- Zgoda. Od listopada 2011 są okre­ślone priorytety na lata 2013-22. Pre­zydent chciał wskazać, który z prio­rytetów ma dla niego największe zna­czenie. Jego zdaniem jest to obrona powietrzna, a w jej ramach moderni­zacja tradycyjnej obrony przeciwlotniczej (czyli np. zwalczanie samolo­tów) i budowa zupełnie nowego elementu – obrony antyrakietowej (zdol­ności zwalczania rakiet). Obecnie nie mamy obrony przed tym największym zagrożeniem z przestrzeni powietrz­nej, jakim są rakiety.

Może zawiniło tu zbyt szumne słowo tarcza"? Może lepiej było użyćskrom­nego określenia modernizacja obro­ny przeciwlotniczej i budowa antyra­kietowej"?

- Coś w tym jest. Ludzie widzą po­dobieństwo do tego, co w przeszłości proponowali Amerykanie, i stąd być może nieporozumienia. Zgoda: „tar­cza" to skrót myślowy, tylko że inne określenia są nadmiernie techniczne.

Dziesięć lat temu zdecydowaliśmy o za­ kupie 48 F-16 za podobną kwotę - ok. 12 mld zł. Miały one bronić polskiego nieba. Teraz okazuje się, że znów trze­ba wydać pieniądze na ochronę pol­skiego nieba. Jak pan chce przekonać polskie społeczeństwo do kolejnych wydatków na zbrojenia.

- Kiedy pojawia się zagrożenie, po­winna pojawić się odpowiedź. W XX w. okazało się, jak groźną bronią ofen­sywną są czołgi, pojawiła się obrona przeciwpancerna. Gdy okazało się, jak groźną bronią jest lotnictwo, kon­struktorzy zaczęli pracować nad obro­ną przeciwlotniczą. Teraz pojawiły się możliwości obrony antyrakietowej.
Być może za dziesięć lat, gdy będzie pan przeprowadzał rozmowę z kolej­nym szefem BBN, porozmawiacie o obronie w cyberprzestrzeni.

Ciągle jednak nie padła odpowiedź, dlaczego obrona antyrakietowa jest
tak ważna.

- Wspomniał pan o F-16. Bez obro­ny antyrakietowej te samoloty mogą być zniszczone przez rakiety prze­ciwnika na lotniskach, zanim oderwą się od ziemi. Także zgrupowania wojsk mogą zostać zaatakowane przez poci­ski przeciwnika, zanim dotrą na za­grożone kierunki. Polska w przypad­ku konfliktu będzie oczekiwać na po­moc sił NATO, ale żeby te siły mogły dotrzeć na nasze terytorium, to musimy przecież dać im ochronę z po­wietrza.

Powtórka z 1939 r., gdy większośćsa­molotów została zniszczona na lotni­skach?

- Jest pewna analogia. W1939 r. Pol­ska nie panowała nad przestrzenią po­wietrzną, a jeśli dane państwo nie pa­nuje nad przestrzenią powietrzną, obrona staje się trudna.

Jest też inne rozwiązanie. Natych­miastowej odpowiedzi przy użyciu tej samej broni, czyli rakiet. Wyszłoby ta­niej niżskomplikowana i zaawanso­wana technologicznie obrona przeciw­rakietowa.

- Dziesięć lat temu zdecydowali­śmy, że naszą silą uderzeniową będą samoloty F-16. Wychodziliśmy z prze­konania, że samolot jest bronią bar­dziej uniwersalną. Po drugie, wówczas jeszcze broń antyrakietowa była na początkowym stadium rozwoju, a Polski na nią nie było stać. Myślę jednak, że dojrzeliśmy do momentu, w któ­rym musimy o niej nie tylko pomyśleć, ale po prostują zbudować. Zresztą, gdy kupowaliśmy F-16, pro­ponowałem strategię przeskoku ge­neracyjnego i uważałem, że trzeba za­inwestować w bezpilotowce. Teraz by­libyśmy w światowej czołówce. Z obro­ną przeciwrakietową nie powinniśmy się tak opóźnić jak z bezpilotowcami.

Użycie słowa „tarcza" zakłada ochro­nę całego terytorium Polski. Przecież to niemożliwe.

- Jeśli wyobrażamy sobie rodzaj ja­kiegoś gigantycznego parasola czy ko­puły nad Polską, to będzie możliwe do­piero wówczas, gdy powstanie system ogólnonatowski. Nas - mówię o syste­mie narodowym - nie będzie stać na szczelną obronę całego terytorium kraju. Chcemy bronić najważniejszych elementów państwa i systemu obron­nego. Moim zdaniem zresztą ta obro­na powinna się składać ze zdolnych do samodzielnego działania mobil­nych elementów, które w razie po­trzeby będą mogły dać ochronę w miej­scu zagrożenia. My będziemy się kon­centrować na ochronie przed bronią najkrótszego, krótkiego i średniego za­sięgu, zaś system natowski, do które­go wejdą m.in. te elementy tarczy, któ­re budują Stany Zjednoczone, będziemógł chronić także przed rakietami dalekiego zasięgu.

Polska znów jest bardzo wyrywna" w NATO. Na razie jest to postulat Sojuszu sformułowany na szczycie w Liz­bonie, ale niewiele europejskich kra­jów NATO - poza Francjąi Niemcami - deklaruje chęćbudowy systemu obro­ny antyrakietowej.

- To nie tak. Środkami przeciwra­kietowymi już dziś dysponują także inni. Także Wielka Brytania, Holan­dia, Hiszpania, Włochy, Grecja, Nor­wegia. Polska jest orędownikiem bu­dowy tarczy antyrakietowej, bo jeste­śmy krajem brzegowym NATO nara­żonym na atak. Jedno z państw grozi, że w przypadku zainstalowania na te­renie Polski elementów tarczy anty­rakietowej nie tylko wyceluje w nas swoje rakiety, ale nawet gotowe jest wykonać atak prewencyjny! W naszym najżywotniejszym interesie jest więc przyspieszenie budowy natowskiego systemu obrony przed rakietami.

Prezydent i minister obrony mówią, że chcemy budować tarczę wspólnie z Francją i Niemcami. Niemcy używa­ją amerykańskich patriotów PAC-3i proponują nam kupienie rakiet star­szego typu, Francuzi testują swoje ra­kiety Aster. Chodzi po prostu o to, któ­re rakiety kupimy.

- Jest jeszcze system izraelski, któ­ry jest dla nas ciekawy z tego wzglę­du, że odpowiada na podobne wy­zwania, jakie będą stać przed Polską, czyli zagrożenie rakietami najkrót­szego, krótkiego i średniego zasięgu. Pamiętajmy, że system obrony prze­ciwrakietowej to nie tylko same przeciwrakiety. To także środki wykry­wania i śledzenia rakiet, naprowa­dzania przeciwrakiet, obrony biernej: maskowania, mylenia. Są środki cyberwalki: dezorganizowania, zakłó­cania, blokowania systemów stero­wania rakietami. W budowaniu obro­ny przeciwrakietowej istotną rolę mo­że odegrać polski przemysł obronny, który w niektórych z powyższych dzie­dzin ma już spore osiągnięcia (np. ra­dary). Bardzo ważne jest jednak jed­no zastrzeżenie. Ten system musi dzia­łać. Często w przeszłości topiliśmy pieniądze w długotrwałych badaniach rozwojowych.

Propozycja prezydenta opiera sięna przekonaniu, że w Polsce zostanie utrzymany współczynnik 1,95 proc. PKB na armię. A jeśli z powodu kry­zysu te pieniądze trzeba będzie prze­znaczyćna cośinnego?

- Na razie jest zgoda w sprawie sta­bilnego w wieloletniej perspektywie finansowania sił zbrojnych wśród wszystkich sił politycznych. Nie prze­widuję, aby w najbliższym czasie by­ło inaczej.
 

S. Koziej: Tarcza to skrót myślowy, rozmowę przeprowadził P. Wroński, „Gazeta Wyborcza”, nr 195.7619, 22 sierpnia 2012 r., s. 6, http://wyborcza.pl/1,75478,12342071,Tarcza_to_skrot_myslowy.html (dostęp: 22 sierpnia 2012 r.).